• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Kumbria, Hethmere Keep > Dziedziniec
Dziedziniec
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
04-01-2026, 11:50

Dziedziniec
Dziedziniec rozciąga się pomiędzy trzema skrzydłami budynku, tworząc półotwartą, reprezentacyjną przestrzeń. Arkady i kolumny porośnięte są zielenią, która miękko przejmuje kamienne mury. W niszach ustawiono kamienne posągi dawnych członków rodu Bulstrode, przedstawionych w postawach świadczących o ich pozycji, odpowiedzialności i władzy. Posadzka z kamiennych płyt prowadzi ku otwartej stronie dziedzińca. Stamtąd rozpościera się widok na połać i całą dolinę poniżej.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (2): « Wstecz 1 2
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Bradford Bulstrode
Czarodzieje
Wiek
35
Zawód
magizoolog, behawiorysta
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
19
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
14
16
12
Brak karty postaci
3 godzin(y) temu
— Najbliżsi panny młodej, witamy — Cassian Bulstrode przywitał ród Burke, ściskając dłonie mężczyzn i kłaniając się nisko paniom. Zawsze surowy i o powściągliwym wyrazie twarzy, dziś najwidoczniej był w doskonałym nastroju. Czy to nadzieja, że relacje z szanowanym rodem zacieśnią się jeszcze bardziej, a może zwyczajnie dostrzegł szansę na męskich potomków swego pierworodnego? Dwie nastoletnie córki były naturalnie pociechą, lecz ewidentnie w domu tak przepełnionym kobiecą energią, potrzebował wyraźniejszej kontry. Zaraz u jego boku wyrosła Leonnie Bulstrode, macocha Bradforda, która pomimo wejścia w wiek dojrzały, geny pomków wil sprawiały, że nawet w stosunkowo prostej sukni w kolorze zgaszonej czerwieni, prezentowała się zjawiskowo. Dyskretnie poprawiła kołnierz jego szaty, maskując to czułym gestem, po czym ciepły, acz wystudiowany uśmiech skierowała do zbierających się gości.
— Jest nam niezmiernie miło was dziś gościć. Proszę, zajmujcie swoje miejsca. Ceremonia już wkrótce się zacznie — mówiła melodyjnym głosem, delikatnym gestem zapraszając gości w głąb dziedzińca, a zapięta na nadgarstku drobna, srebrna bransoletka błysnęła w słonecznych promieniach. — Spóźniony gość, to dobra wróżba — odezwała się do Nylah Black, gdy wspomniała o swoim bracie. Wróżbiarstwo stanowiło jej ulubioną dziedzinę magii i w rozmowach chętnie nawiązywała do ścieżek losu. — Oznacza, że pomimo niewątpliwych trudności, motywował go pewny cel.
Przez boczne drzwi weszły szybkim krokiem ciemnowłose bliźniaczki z lekkimi rumieńcami na twarzach. Po opuszczeniu komnat ojca nie udały się od razu na zewnątrz, tylko zatrzymały na balkonie, aby przez moment obserwować wszystko z góry. Teraz po wychwyceniu czujnego spojrzenia babki, ewidentnie zwolniły nagle kroku, by wyglądać dostojnie i poważnie, spokojnym już tempem docierając do ławek i zajmując miejsce blisko Nylah i Oriona z narzeczoną.
— Jestem ciekawa, jaką pani Primrose będzie miała sukienkę — powiedziała podekscytowana Josephine do swojej siostry.
— Cokolwiek wybrała i tak wszyscy będą patrzeć tylko na nią — odpowiedziała spokojnie Bernadette, posyłając bliźniaczce spojrzenie z ukosa. — W dniu ślubu zawsze tak jest. — Pomimo jednakiego wieku oraz identycznego wyglądu, siostry różniły się temperamentem. Pragmatyczną Bernadette cechował spokój i rzeczowe podejście do wielu spraw, za to w Josephine potrafił płonąć żywy ogień. Różnice nie sprawiały jednak, że pałały do siebie niechęcią, tylko doskonale się uzupełniały.
— Lorcanie, dobrze, że jesteś. — Leonnie objęła delikatnie krewnego, ledwie muskając jego policzek. — Niektóre decyzje podejmujemy świadomie, zaś inne podejmują się przy nas. Dzisiejszy dzień należy do obu tych rodzajów. — Zawiesiła na nim błękit spojrzenia, jakby za tymi słowami miało się kryć coś więcej.
Przyjęcie było na tyle małe, by goście mieli realną okazję pomówić z każdym z obecnych. Kilka rzędów ławek wystarczyło, aby wszyscy zajęli swoje miejsca i byli w stanie usłyszeć treści rozmów, chyba że prowadzone były ściszonym głosem.

Bradford w skupieniu pokonał mnogość schodów, prowadzących na zewnątrz. Rezydencja zdawała się być opustoszała, kiedy korytarzami częściowo wykutego w skale gmachu nie niosły się żadne dźwięki, poza stukotem lakierowanych butów. Krój jego szaty był prosty i zdecydowany, a tkanina cięższa niż ta, którą zwykle nosił na co dzień; miękka, ale o wyraźnej strukturze, lekko połyskująca przy ruchu. Opadała od ramion w czystej, pionowej linii, podkreślając szerokość barków i pewność postawy. Zwężane ku nadgarstkom rękawy wykończono subtelnym haftem w tonie ciemniejszego srebra i akcentem głębokiej czerwieni – motywem delikatnych, niemal niewidocznych splotów przypominających skrzydło żmijoptaka. Z daleka pozostawały jedynie cieniem faktury, ale z bliska zdradzały precyzję wykonania i rodowe odniesienie. Pod spodem widoczna była jasna koszula o wysokim kołnierzu, zamkniętym prostą, srebrną spinką. Brakowało tu zbędnych ozdób, piór czy ciężkich łańcuchów, zaś jedynym wyraźniejszym akcentem był sygnet rodu na prawej dłoni – stary, chłodny w kolorze metalu, z głęboko wyrytym herbem. Pas spinający szatę wykonano z gładkiej, ciemnej skóry, a jego smukła, doskonale wyważona klamra pozbawiona była zdobień — praktyczna, jak większość rzeczy, które Bradford wybierał. Szata przy każdym kroku poruszała się z miękką płynnością, nie ciągnąc ciężko po ziemi, lecz sunąc tuż nad kamienną posadzką.
Melodia smyczkowa zaczęła do niego docierać dopiero w momencie wkroczenia do głównego holu, gdzie wziął jeszcze jeden głębszy oddech. Stając w drzwiach wyjścia  na dziedziniec, upewnił się dyskretnym spojrzeniem, że wszystko jest na swoim miejscu. Już wcześniej miał okazję przyjrzeć się planowanym dekoracjom. Był wdzięczny wszystkim, którzy zaangażowali się w przygotowania do ślubu, projektujący stanęli na wysokości zadania — sam już nie wiedział, kto był za nie odpowiedzialny, czy to Apollonie, czy Vivianne, a może Primrose. Sam zajęty był planowaniem podróży poślubnej, ceremonię zaś zostawiając całkowicie w gestii kobiet.
Prędko zebrał się w sobie i wyszedł, by wkroczyć do kamiennego kręgu i zaczekać razem z gośćmi. Omiótł wzrokiem wszystkich zebranych, skinąwszy głową do bliskich osób. Wraz z Primrose zdecydowali się na mniejsze grono zamiast wystawnego przyjęcia na setkę gości. Oboje niechętnie podchodzili do wielkich spędów, definitywnie woląc spędzić ten czas wśród najbliższej rodziny oraz przyjaciół. Xavier był mu przyjacielem od paru długich lat i to on był pierwszym, któremu Bradford wyznał swe zamiary wobec jego siostry, a siedząca u jego boku Vivienne pełniła zaszczytną rolę wspierającą, choć momentami nadal trudno było mu postrzegać zamężną już kuzynkę inaczej, niż roześmiane dziecko. Amodeus należał do grona znajomych Primrose i nie miał jeszcze wielu okazji, by poznać go bliżej, podobnie z Cybil, czy Nylah i Orionem. Ród Bulstrode utrzymywał z Blackami przyjazne stosunki ze względu na zbieżność konserwatywnych poglądów, lecz samemu Bradfordowi bliżej było do rodzin, z którymi łączyło ich coś więcej, niż polityka. Nie był od niej wolny, woląc stać na uboczu, w rezerwatach magicznych stworzeń, nie zaś lawirować pośród dyplomatycznych niuansów, których teoria wszak nie była mu obca. Odnalazł spojrzeniem Lorcana, który od czasów hogwarckich był mu niczym rodzony brat. Pomimo wyraźnych różnic, odwiecznej wojny opartej na utartych schematach konfliktu między rywalizującymi domami, doskonale się dogadywali. Nie widział nigdzie wokół jego brata, najpewniej coś musiało go zatrzymać.
Mimo kameralnych warunków mało komfortowo czuł się wystawiony na świecznik, z pełną świadomością, że wszystkie oczy skupione były teraz wyłącznie na nim. Przywykł do przyciągania spojrzeń, niejednokrotnie przecież prowadził grupy badaczy, czy przemawiał na sympozjach, ale teraz zwyczajnie czekał. Moment ten zdawał się ciągnąć w nieskończoność, póki melodia, dotąd lekka i rozmowna, zaczęła się wyciszać, a smyczki przeszły w wolniejsze, dłuższe frazy. Rytm zwolnił, zupełnie jakby sama przestrzeń nabrała oddechu i w przejściu na przeciwległym krańcu stanęła ona.

***
Sprawy organizacyjne:
Druga tura small talku i osadzania się na miejscach. Przyjęłam, że nie potrzebujemy mapki, zakładając, że przyjęcie jest na tyle małe, by wszyscy znajdowali się w miarę blisko siebie. Pamiętajcie, by w treści postów dodawać podkreślenie pod imieniem postaci, do której się zwracacie, bądź której chcecie zwrócić uwagę. Zdecydowanie ułatwi nam to wszystkim zabawę!

Nadal zapraszamy spóźnialskich!

Termin odpisu: 4.03 godz. 18:59
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Primrose Burke
Czarodzieje
Wiek
25
Zawód
Badaczka artefaktów i run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
12
9
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
8
Brak karty postaci
3 godzin(y) temu
Sylvanus Burke u boku ze swoją małżonką szedł na przedzie rodziny, gdzie wcześniej przywitał się z Cassianem Bulstrode. Wymienili uprzejmości, po czym skierował się do pierwszych rzędów obserwując kątem oka uważnie swoją rodzinę, ale również przybywających gości. Dorian zajął się swoją kuzynką Cybil i wyłapując wzrok młodszego z braci Burke wskazał im krótkim ruchem głowy miejsca jakie powinni zająć. Podobnie uczynił dostrzegając Xaviera oraz Vivienne. Nie tak dawno świętowali wesele tej dwójki, a już uczestniczyli w kolejnym, gdzie jednym z młodych była panna Burke. Mogli mówić o sporym szczęściu i dobrych układach. Z jednej strony Avery, a teraz Bulstrode - obydwie rodziny o odpowiednich poglądach.
Tytania Burke szybko spostrzegła przybycie Nylah i nim zajęła przeznaczone miejsce dla matki panny młodej podeszła do młodej czarownicy. Przywdziała swój uprzejmy uśmiech, tak charakterystyczny dla jej osoby. Rozejrzała się dookoła nim odezwała się do krewnej. -Czy Twój brat nas zaszczyci obecnością? - Było dla niej nie do pomyślenia, że rodzina Black nie będzie w większości, skoro ona - matka pani młodej - wywodziła się z tej rodziny. Po tych słowach obrzuciła spojrzeniem strój Nylah i skinęła z uznaniem głową.-Prezentujesz się nienaganne.
Choć przez całe życie przywykła do tego, by nosić twarz spokojną jak marmur i postawę prostą niczym kolumna, tego dnia w jej opanowaniu pojawiła się rysa. Stała wyprostowana, dłonie splatając przed sobą z niemal ceremonialną starannością, jakby samą siłą dyscypliny mogła powstrzymać to, co kotłowało się pod powierzchnią. A jednak drobne sygnały zdradzały więcej, niż chciałaby przyznać. Jej jedyna córka opuszczała Burke Manor. Rozum podpowiadał jej, że tak właśnie powinno być. Każde dziecko musi kiedyś wyfrunąć z gniazda, znaleźć własne miejsce, zbudować dom, który nie będzie już tylko przedłużeniem rodzinnych murów. Sama powtarzała to innym kobietom z chłodną pewnością, z jaką wypowiada się oczywiste prawdy. A jednak teoria i praktyka rzadko idą w parze. Bo kiedy to nie czyjaś, lecz jej własna córka przekraczała próg, nagle wszystkie te rozsądne argumenty brzmiały jak wyuczona formułka, niezdolna uciszyć serca. Nie pozwoliła sobie na łzy. Nigdy nie była kobietą, która rozpuszcza emocje w obecności służby czy rodziny. Uczucia należało trzymać w ryzach, tak jak trzyma się w ryzach dom, nazwisko, reputację. A jednak w jej spojrzeniu czaiło się coś miękkiego, niemal bezbronnego coś jak cień lęku o to, czy świat okaże się dla dziewczyny łaskawy. Czy będzie wystarczająco silna? Czy zapamięta wszystkie lekcje, które przekazywano jej nie w słowach, lecz w surowych wymaganiach i chłodnych napomnieniach?
Wrażenie to zaraz jednak minęło, ponieważ na horyzoncie pojawiła się osoba Oriona. Zdążył ma główną część ceremonii, co ją uspokoiło. Kiedy zbliżył się do Nylah posłała mu spojrzenie, które jednocześnie mogło być naganą jak i powitaniem. -Primrose ucieszy się z waszej obecności. - Skomentowała krótko okraszając słowa znów nieznacznym uśmiechem, a potem skierowała swoje kroki w stronę Amodeusa Notta.
Jako matka pani młodej miała w obowiązku powitać też inny gości. Sunęła w jego stronę płynnym krokiem. -Dziękuję za przybycie, moja córka ceni sobie bardzo z panem pracę. - Odezwała się po wcześniejszych uprzejmościach jakie padły. -Wspomniała, że pracujecie nad starym manuskryptem i ostatnio udało się wam dokonać pewnego odkrycia. - Podzieliła się tym co wie, jednocześnie wskazując, że ceni sobie to, że czarodziej ma czynny udział w rozwoju jej córki. Wierzyła w to, że u boku Bradforda Bulstrode będzie mogła dalej poszerzać swoje horyzonty i nie porzuci rozpoczętych prac. Jednocześnie wiedziała, że teraz spadną na nią inne obowiązki. Po krókiej wymianie zdań z panem Nottem, udała się w stronę rodziny. Przystanęła po drodze obok swojego średniego syna i Cybil. -Cybil, mam nadzieję, że ślub Primrose natchnie również ciebie i spojrzysz łaskawszym okiem na paru kawalerów. - Raczej nie dało się ukryć, że po Primrose wzrok reszty rodziny spocznie na kuzynce i będą interesować się jej losem. Nie zwracając uwagi na spojrzenie młodszej panny Burke zbliżyła się do swojego miejsca pozdrawiając innych gości, z każdym wymieniając odpowiednio dwa lub trzy zdania nim przechodziła dalej. Na koniec przystanęła przy Vivienne i Xavierze. -Słyszałam, że rankiem masz zamiar wybrać się z Bradfordem na polowanie. - Po tych słowach przeniosła wzrok na swoją synową. -Rankiem Primrose będzie zapewne potrzebować dobrego słowa. Matce wszystkiego nie powie. Liczę na to, że się nią odpowiednio zajmiesz.


Primrose wkroczyła wraz z ojcem na wewnętrzny dziedziniec gdzie zebrali się już goście, a cicha muzyka skrzypiec z arkad koiła nerwy. Przymknęła oczy czując jak serce wali w piersi, obawiała się, że wszyscy je słyszą. Zacisnęła mocniej palce na bukiecie w dłoni i uniosła wzrok. Widziała jak spojrzenia wszystkich skupione są na niej, ale jej własne było wbite w jeden punkt.
W niego.
Stał na końcu ścieżki, przy łuku z kwiatów na tle zieleniejącej się doliny. Ochota podbiegnięcia pojawiła się niczym iskra wypuszczona z różdżki, ale nogi nadal trwały w jednym miejscu. Zaraz miała stać się jego żoną, miała złożyć słowa przysięgi i oznajmić całemu światu, że od teraz staje się panią Bulstrode. Nagle lęk i strach odeszły w niepamięć, silne ramię ojca przypominało jej, że nie jest sama. Ekscytacja mieszała się z niepohamowaną radością. W tej chwili czuła się najszczęśliwszą kobietą na ziemi. Ruszyli ścieżką w stronę kręgu gdzie stał Bradford.
Nie chciała się potknąć więc całą swoją uwagę skupiła na stawianiu kroków, ale też dyskretnie rozglądała się wokoło.
Pomimo tego, że goście wodzili za nią wzrokiem nie czuła się źle. Tego dnia wiedziała, że jest piękna. Suknia przyciągała wzrok. Był to ten element wesela, o którym Primrose chciała zadecydować sama. Nie pozwoliła nikomu się wtrącać. Kreacja miała kolor perły – nie śnieżnobiały, lecz ciepły, miękki, jakby odrobinę rozgrzany dotykiem dłoni. Tkanina była drobno tkana i rozsypywała po sobie ledwie dostrzegalne iskry. Nie błyszczała tylko mieniła się dyskretnie, jak powierzchnia wody o zmierzchu. Każdy ruch sprawiał, że materiał ożywał tworząc złudzenie odbijających się promieni słońca na ruchomej tafli.
Krój był prosty, niemal surowy, bez zbędnych dodatków czy drapowań. Suknia przylegała do sylwetki od linii ramion w dół, podkreślając talię i biodra. Dopiero poniżej kolan rozszerzała się miękko, przechodząc w łagodny tren. Ten nie ciągnął się ciężko po ziemi tylko płynął za panną młodą. Dekolt pozostawał prosty a jednak nie sposób było od niego oderwać wzroku. Linia szyi, obojczyki, subtelne napięcie skóry – wszystko zyskiwało w tej oprawie wyraźniejszy kontur.
Najbardziej jednak zapadały w pamięć plecy.
Głęboko wycięte, odsłonięte aż do linii, która budziła lekkie zawahanie – czy to jeszcze śmiałość, czy już odwaga? Materiał opadał tam miękko, w swobodnym drapowaniu, jakby zarzucony niedbale szal zsunął się w dół i zatrzymał tuż przed upadkiem. Poniżej spływała kaskada lekkich fal, łagodząc zdecydowaną linię kroju, nadając jej niemal romantycznej miękkości.
Włosy upięła tworząc misterną, lecz swobodną konstrukcję nad karkiem. Nisko osadzony kok nie był ciasny; raczej rozłożysty, lekko niedbały, choć każdy wiedział, że to tylko tak miało wyglądać. Kilka pasm wymknęło się spod kontroli. Jedno opadało przy policzku, drugie delikatnie muskało szyję. Wpięte we włosy drobne ozdoby lśniły dyskretnie. Niewielkie gałązki w złotawym odcieniu, z maleńkimi perełkami i kryształkami wyglądały jakby ktoś zatrzymał w nich krople rosy. Całości dopełaniała delikatna biżuteria i zaręczynowy pierścionek na dłoni panny młodej.
Kroczyła i rozglądała się dyskretnie wokół. Widziała Nylah w granatowej sukni, olśniewająca swoją urodą jak zawsze. Obok niej Orion, który swoim uśmiechem mógł powalić na kolana nie jedną pannę, która się tutaj zebrała. Cieszyła się z ich obecności, dodawała jej otuchy. Dalej Amodeus Nott, z którym dzieliła pasję i pracę, który chętnie jej pomagał ze starymi manuskryptami i nigdy nie odmówił swojego wsparcia. Skinęła mu głową kiedy mijała go w drodze do okręgu.
Dostrzegła Xaviera i Vivienne, do których posłała uśmiech. Zaraz obok Cybil, Dorian i matka, im również przesłała delikatny uśmiech, a każdy krok sprawiał, że była bliżej narzeczonego.
Córki Bradforda siedziały w pierwszym rzędzie i ze wszystkiego to ich reakcji bała się najbardziej. Tego jak ją przyjmą i jak zaakceptują wybór ojca. Nigdy nie chciała zastępować ich matki, ale miała stać się macochą, a to słowo, przez baśnie, źle się kojarzyło. Podarowała im szkicowniki oraz lornetki, wspierając pasje i zainteresowania dziewczynek. I choć zaraz miały wrócić do Hogwartu to niedługo rok szkolny się skończy. Jednak teraz obydwie obserwowały na zmianę swojego ojca i jego przyszłą żonę. Mijając je uśmiechnęła się do nich przyjaźnie nim ostatecznie wkroczyła w krąg.
Droga dobiegła końca.
Uścisk dłoni ojca zelżał, a ona przystanęła obok Bradforda. Wzięła głębszy oddech, a jej spojrzenie mówiło wszystko co chciała wręcz wykrzyczeć. Nie potrafiła oderwać od niego wzroku. Wygładzone włosy, choć starannie ułożone, wymykały się pojedynczymi pasmami przy skroniach narzuconej elegancji. To sprawiło, że jej uśmiech stał się cieplejszy. Ojciec spojrzał na córkę z pewną czułością, złożył na jej policzku delikatny pocałunek, a następnie przekazał jej dłoń w stronę Bradforda w symbolicznym geście złożenia na jego ręce losów Primrose.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): « Wstecz 1 2


Skocz do:

Aktualny czas: 02-03-2026, 20:36 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.