• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Szkocja > Hogsmeade i okolice > Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie > Wielka Sala
Wielka Sala
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
09-10-2025, 17:55
Wielka Sala
Wielka Sala to największe pomieszczenie w całym zamku Hogwart. Jak sama jej nazwa sugeruje - jest naprawdę wielka. Długa na kilkadziesiąt stóp, szeroka na kilkanaście i o bardzo wysoko, łukowato sklepionym suficie, którego zazwyczaj nie widać, bo dzięki czarom uczniowie Hogwartu spoglądając ponad głowy dostrzegają zazwyczaj niebo podobne temu, które widać za oknem. Pod sklepieniem wieczorami unoszą się setki świec, za dnia zaś światło dziennie wpada przez wysokie i wąskie okna. Wielka Sala ma kamienną posadzkę i takież ściany, zawsze wypolerowane i zadbane przez domowe skrzaty pracujące w kuchni. Każdego dnia stoi tu kilka stołów - cztery najdłuższe przeznaczone są wychowankom domów w Hogwarcie. Po drugiej stronie od wejścia zaś, na podwyższeniu, stoi stół nauczycielski, gdzie zasiada grono pedagogiczne. Po środku tego stołu stoi krzesło przywodzące na myśl tron, należące do dyrektora szkoły. Dekoracje Wielkiej Sali zmieniają się w zależności od okoliczności.
Na lewo od stołu nauczycielskiego znajdują się drzwi prowadzące do bocznej komnaty z portretami.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (12): « Wstecz 1 … 10 11 12 Dalej
 
Odpowiedz
Odpowiedz
#101
Manon Baudelaire
Śmierciożercy
normal is an illusion. what is normal for the spider is chaos for the fly.
Wiek
25
Zawód
alchemiczka w szpitalu św. munga
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
10
OPCM
Transmutacja
4
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
23
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
7
Brak karty postaci
01-01-2026, 00:03
Odpowiedź dla Morty Dunham

Swoje emocje Manon wyobrażała sobie jak pasożyty, których należało się pozbyć. Potrafiła robić to z zaskakującą, momentami nawet nią samą, skutecznością. Całe swoje dorosłe życie, a także część nastoletniego poświęciła w końcu na to, aby zbadać wszystko to, co miała do zaoferowania jej własna, jak ją wtedy określała, płaska psychika. Wolała, by taka była. Aby wszelkie reakcje były na tyle proste, wytłumaczalne, a przede wszystkim przewidywalne, aby nigdy nie stały się powodem do zwątpienia. Aby zawsze gotowa była na wdrożenie planu, który miał zapobiec ich rozprzestrzenianiu się. I tak jak we wszystkim, w całym jej życiu — i tutaj nie mogła powstrzymać się przed tym maniakalnym pędem za kontrolą i władzą. Bo zawsze, gdy tylko czuła znajome, choć nieproszone łaskotanie w żołądku, mówiła sobie, że jeżeli przestanie jej się podobać, zaraz będzie mogła zdusić to uczucie, zatłuc własnymi rękami, aż zniknie jak pył na wietrze. Do pewnego czasu tyle starczało, samo przekonanie, że jeżeli nadejdzie ten moment, nie zawaha się nawet przez chwilę.
Potem pojawił się on — burzliwy huragan w jej uporządkowanym świecie. Uzależniające tchnienie świeżego powietrza, które zerwało grubą warstwę kurzu z tego, co było tak bliskie dla innych ludzi. Dla tych, którzy potrafili, którzy chcieli czuć więcej. To, co uwolnił, rosło w niej z każdym dniem, czy tego chciała, czy nie, a ona próbowała radzić sobie z nagłą słabością na swój sposób. Potrzebowała kontroli. Morty jej ją dawał. Na własnych zasadach, ale dawał. On potrzebował partnera do rosnącego w nim szaleństwa — ona spełniała się w tej roli więcej niż idealnie, popychając już nie tylko siebie, ale ich dwójkę na skraj. Ich układ — bo to przecież miał być tylko układ, nic ponad to — był wygodny dla obu stron, nawet jeżeli wiązał się z pełnymi ograniczeniami, które sami na siebie narzucali.
Dlatego właśnie się bała. Pierwszy raz od chwili, gdy ojciec postanowił zbić ją pasem za stłuczenie jednej z droższych waz, które stały w ich domu. Bo pierwszy raz czuła w sobie tak wielką słabość, prawdziwą słabość, bo wreszcie nieudawaną w teatrze, którego sztuki prezentowała na co dzień w kontaktach z przeróżnymi ludźmi. W jednym tańcu, a raczej w jego końcówce, pośród znajomo i przyjemnie brzmiąco francuskich głosek, obnażyła się przed nim bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej, nie była taka szczera z nikim, nawet z samą sobą. I od razu dowiedziała się, że nie lubi tego uczucia. Nie chciała, aby wiedział, jak głęboko sięgają jej słabości. Jak często jej myśli wybiegały w jego kierunku. Że pod kaskadą ciemnych włosów, pod białą warstwą kości czaszki, narodził się pomysł, skromna myśl, że dla niego mogłaby rzucić wszystko. Dla niego mogłaby wystąpić wbrew swoim przekonaniom, wbrew woli rodziny, mogłaby nawet zaryzykować swoje relatywnie wygodne życie. Wiolonczelista owładnął jej marzeniami, owładnął nią, wytrącając jej — świadomie bądź nie — całą kontrolę z rąk. A ona, zdjęta przerażeniem i własną słabością, próbowała za wszelką cenę ją odzyskać. Nawet, jeżeli ceną za to miało być jej sumienie, samopoczucie, autodestrukcja. Nie potrafiła inaczej.
Nie chciala się z tym oswajać. Wolała zniszczyć to w zarodku.
Dlatego przymknęła powieki, gdy palce Mortiego, tak znajome, że jak własne, sięgnęły nagiej skóry jej pleców. Pozwoliła sobie tylko na delikatne drżenie, na uniesienie kącików ust w uprzejmym, bo przecież nie lubieżnym uśmiechu. Gdy otworzyła powieki, napotkała jego spojrzenie, jego twarz. Rozjaśnioną od zadowolenia do tego stopnia, że poczuła pod piątym żebrem ukłucie irytacji. Uśmiech rozszerzył się na moment — drapieżnie, tak, jak Morty był przyzwyczajony widzieć krzywiznę jej ust — w tym uśmiechu tkwiła bowiem odrobina klasycznej Manon. Niewerbalne ostrzeżenie, że równie prędko mogła zmyć słodycz samozadowolenia z jego twarzy, zastąpić ją innym uczuciem, raczej z tych przyjemnych, gdy tylko znajdą się sami.
Ale względna anonimowość oferowana przez maskę przywróciła ją do porządku. Jeszcze raz ujawniła to, jak naga, w przenośni oczywiście, pozostała po ich wspólnym tańcu. Potrzebowała oddechu. Z daleka od niego. A mimo to ściskała teraz jego dłoń, odrobinę zbyt lekko, niż by tego chciała, nawet lżej, niż wypadało. A wciąż ich dłonie dopasowywały się do siebie, leżały w sobie wzajemnie idealnie, jakby do tego właśnie — nie do gry, nie do warzenia eliksirów, nie do rzucania czarów — były stworzone.
Czuła rozlewającą się w ustach gorycz, gdy wspominał o niejedynym toaście. I w tej jednej sekundzie była już pewna, że jeden kieliszek szampana nie wystarczy. Że nie dało się go zmyć nawet słoną kurtyną łykanych w pośpiechu łez, ani słodyczą przygotowanego poczęstunku. Myśli, dla niej naturalnie, przeszły więc do krwi. Do ran, które zadała im ponad miesiąc temu. Ślad na szyi Mortiego był już ledwo widoczny, ten na jej dłoni utrzymywał się dłużej. Ale to nie na swoją krew miała ochotę, nie tym razem. Potrzebowała ofiary, by sama się nią nie stać.
— A może jedna z twoich fanek? — prychnęła lekceważąco, gdzieś na skraju chłodnej drwiny. Im dłużej była bez maski, tym bardziej czuła, że odzyskuje nad sobą przynajmniej pozorną kontrolę. Udało jej się nawet spojrzeć na Mortiego kątem oka, nim tylko o stopień zwiększyła nacisk na jego dłoni. Ostatni raz, na pożegnanie. Przynajmniej tego wieczoru. Odebrała od niego kieliszek, przez moment wpatrując się właśnie w jasny płyn, którego bąbelki uciekały ku górze naczynia. Tych kilka sekund starczyło w zupełności.
Bo oto, po zarzuceniu kaskady ciemnych włosów na plecy, sylwetka Manon wyprostowała się elegancko. Spojrzenie jej zielonych oczu zaostrzyło się wyraźnie, tracąc na rozmarzonej słabości, którą prezentowało jeszcze chwilę temu, na parkiecie. Oszukiwała. Jego, innych, choć przede wszystkim siebie. Ale lata nauczyły ją kłamać, z fałszu czyniąc jej drugą naturę.
— Nie potrafiłabym tego lepiej ująć, monsieur Dunham — niemalże zaszczebiotała, na moment chwytając kieliszek w obie dłonie. Nie trwało to długo, ponieważ chwilę później przełożyła go do dłoni prawej i uniosła do zaproponowanego przez mężczyznę toastu z zaskakującą, acz sztuczną, radością. Wydawało się, że odzyskiwała utracony rezon. — To, co minęło i to, co jeszcze przyjdzie — nie zdążyła jeszcze przysunąć kieliszka do ust, gdy obok niej — a dostrzegła go ledwie sekundę wcześniej kątem oka — pojawił się nie kto inny jak Hieronymus Goyle.
— O, pan Dunham, dobry wieczór. Mam nadzieję, że bawi się pan szampańsko? — zwrócił się do Mortiego, nie tracąc czasu nawet na chwilę, bo jednocześnie objął Manon swoim ramieniem. — Nie będzie miał mi pan za złe, gdy porwę pana towarzyszkę? — pytanie było, a jakże, retoryczne. Manon zwróciła swą twarz ku Goyle'owi, choć Morty mógł wyłapać to, że zrobiła to bez większego zachwytu. Doskonale znał jej emocje, w odróżnieniu od Hieronymusa, który musiał myśleć, że Baudelaire była zachwycona jego obecnością. — Chodźmy, noc jeszcze młoda — wyszeptał teatralnie, specjalnie na tyle głośno, aby Morty nie miał problemu z usłyszeniem. Nim wprawił ciało Manon w ruch, zgarniając ją raz jeszcze w kierunku parkietu, ta zdążyła jeszcze unieść dłoń, machając wiolonczeliście na pożegnanie, nim zniknęła pośród tłumu absolwentów.

| z/t Manon i Morty
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#102
Wulfric Fawley
Czarodzieje
Wiek
34
Zawód
pracownik MM
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
15
6
Brak karty postaci
03-01-2026, 14:40
Odpowiedź dla Odille Ollivander

Nie chciał skrywać się za kotarą milczenia, ale czasem cisza była silniejsza od niego, zwłaszcza wtedy, gdy pod sklepieniem czaszki tłoczyło się kłębowisko myśli, a on nie potrafił, lub nie chciał, nad nim zapanować, lecz teraz, z nią, było zupełnie inaczej. Otulina muzyki i rytmicznych kroków zdawała się spajać rozproszone myśli zatapiając go w stanie nieoczywistej błogości, którego przez chwile nawet nie potrafił nazwać. Przy niej milczenie nie ciążyło jak ciężar kumulującego się w przestrzeni napięcia, lecz przybierało postać łagodnego, niematerialnego zawieszonego nad nimi całunu, miękkiego jak światło, która za dnia pada przez wysokie okna Wielkiej Sali. Oparł się temu uczuciu, aby całkowicie samolubnie zafundować sobie na chwilę zapomnienia – rzadki luksus w ostatnich miesiącach.
Niepokój, który czaił się w trzewiach miał jednak smak słodkiego napięcia, a nie lęku. Wydawało mu się, że wciąż, nieprzerwanie o od kilku tygodni, znajdował się pod wpływem uroku, jaki na niego rzuciła, gdy zjawiła się niespodziewanie w jego gabinecie. Miał wrażenie, że coś się pomiędzy nimi się przesunęło. Gdyby wierzył w astrologię, powiedziałby, że zmienił się układ gwiazd. Patrząc na nią teraz – na jej rozświetlone oczy i uśmiech, który łatwo mógłby przegapić, gdyby nie wiedział, czego szukać, a wiedział, chociaż nawet nie wiedział skąd – miał wrażenie, że stąpa po kruchym lodzie, który niebawem pęknie pod ciężarem jego ciała. Tliła się świadomość, że nie powinien stawiać kolejnych kroków; wyczekiwać, aż się pod nim załamanie; jej świat i jego świat rozdziela nie tylko relacja, jaka łączyła Wulfa z jej bratem, lecz też fatum, jaki sprawił, że oboje, przez żałobę, nie potrafi odnaleźć się w rzeczywistości; może to ich do siebie przyciągało, tragedii, jakie zaznali, które ich prześladowały i o których nie potrafili zapomnieć, a cała reszta była jedynie złudzeniem, wyprodukowanym przez potrzebę bliskości? A jednak, mimo iż rosło w nim te przekonanie, rozpychało się w klatce żeber, zmuszało serce do gwałtowniejszego rytmu, pozwalał sobie na więcej niż kiedykolwiek wcześniej, kierowany nie rozsądkiem, lecz odruchem, które, jak żywe stworzenie, zamieszkało w jego ciele.
Jej słowa przecięły ciszy, ale on westchnął w duchu, bo miał przeczucie graniczące z pewnością, że jego kaprys sięgał znaczenie dalej niż ten jeden wieczór, jeden taniec kilka skradzionych spojrzeń, lecz nie chciał wybiegać tak daleko w przyszłości, gdyż obawiał się, że to, co się w nim budziło, nie miało przyszłości. Było niczym więcej, jak zrodzonym kaprysem, który pojawił się nagle i zniknie równie szybko.
- To twoje ulubione miejsca w zamku? Wieża Ravenclawu i Astronomiczna? ] - podpytał, chociaż nie planował kolejnej sentymentalnej podróży po korytarzach Hogwartu. Nie powinien tak łatwo ulegać nostalgii. Jutro przecież wyjeżdżał w delegacje. – Ja też, wiesz, gdzie go znaleźć?- Podejrzewał,ze nawet sam dyrektor szkoły nie znał rozmieszczenia każdej sekretnego przejścia i ukrytej komnaty. Te mury skrywały wiele sekretów; komuś udało się je zbadać?
Wzmianka dotycząca szlabanów przecięła jego ustach łukiem uśmiechu. Jego szkolna kartoteka nie była czystą kartką. Gdyby tylko wiedziała, ile razy w czasach szkolnych łamał szkolny regulamin… choć oficjalnie dorobił się tylko dwóch szlabanów, a przynajmniej o tylu pamiętał.
- Zdarzyło się - przyznał wiec szczerze, bez szczegółów, bo te już dawno straciły miejsce w jego pamięci – a tobie?
Taniec trwał dalej, jakby czas na moment zatrzymał się w miejscu, pozostawiając ich samych w bezkresnej ciszy zawieszonej pomiędzy dźwiękami orkiestry. Dłoń, którą ułożył na jej talii, niemal drżała pod wpływem najdrobniejszych napięć ukrytych pod tkaniną sukni. Miał wrażenie, że pod opuszkami palców pulsuje nie tylko jej życie, ale i własne pragnienia, które jeszcze chętniej wślizgiwały się pod skórę. Każda sekunda, każdy centymetr bliżej, wzmagał w nim chęć, by przekroczyć wyczuwalną, choć niewidzialną, granicę, jaką stawiał przed nimi świat pełen konwenansów.
Myśli zaczęły się plątać, pojedyncze obrazy rozświetlały się i gasły jak iskry w letnią noc, pozostawiając za sobą ślad tęsknoty. Pojawiły się niechciane wizje; jej skóra pod jego palcami, ciepło, miękkość i zapach, których jeszcze nie poznał, dźwięk jej imienia, wypowiedziany szeptem tuż przy uchu. Usta, które zbliżały się niebezpiecznie blisko jej ust. I choć wszystko to istniało zaledwie na granicy wyobraźni, tętniło żywym ogniem w jego trzewiach.
Nie powinien pozwolić sobie na te myśli. Przecież wokół nich krążyły setki oczu, każde uważne, każde gotowe wychwycić najmniejszy cień spojrzenia, który trwałby ułamek sekundy za długo. A jednak — w tej chwili w ogóle go to nie obchodziło. Liczyła się tylko Odille: jej obecność, jej zapach, ledwie wyczuwalny uśmiech ukryty w kąciku ust. Chciał zobaczyć, jak wygląda, kiedy zrzuca z siebie wszelkie maski, nawet te utkane z aksamitu i koronki. Pragnął zatrzymać czas dokładnie w tym momencie, tuż przed tym, zanim oboje ulegną rzeczywistości, która czyhała tuż obok, gotowa w każdej chwili rozproszyć czar tej chwili.
Nie wiedział, czy to ona działała na niego tak silnie, czy może sam, podsycany palącą potrzebą, wyobrażał sobie zbyt wiele, próbując wypełnić pustkę, która rozrastała się pod sercem. Sens ich rozmowy rozpłynął się, zniknął gdzieś pomiędzy rytmem kroków a echem melodii sączącej się po sali. Dostrzegł, że Odille porusza ustami, że coś do niego mówi, ale słowa ginęły, zaplątane w muzyce i oddechach. Dopiero, gdy usłyszał zdanie o utracie tchu- i poczuł jej dłoń zaciskającą się mocniej na jego ramieniu 0 coś w nim pękło, jakby wyrwał się z transu.
- Tak... strasznie tu duszno - wydusił, próbując zachować pozory obojętności, choć serce tłukło mu się w piersi jak oszalałe. Miał nadzieję, że wkrótce muzyka ucichnie, że pojawi się pretekst, by przerwać ten tanie, choć w głębi duszy wcale tego nie chciał, lecz zmuszała go do tego konieczność zachowania równowagi.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#103
Odille Ollivander
Czarodzieje
And if you'd never come for me, I might've drowned in the melancholy.
Wiek
26
Zawód
projektantka różdżek, artystka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
13
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
10
Brak karty postaci
03-01-2026, 17:31
Odpowiedź dla Wulfric Fawley

Nie pamiętała, kiedy ostatnio tańczyła z tak wielką przyjemnością. Może jeszcze z Flaviusem, gdy świat okrajał się do obietnicy ich wspólnej przyszłości, a zainteresowanie Wulfrikiem ledwo kiełkowało, zagłuszone sympatią, którą czuła do narzeczonego. Wtedy wszystko rysowało się w innych barwach, niosło w sobie naiwną niewinność, za którą musiała zapłacić rozpaczą żałoby i czarną woalką przykrywającą twarz podczas uroczystego pogrzebu. Flavius nie przepadał za tańcem, wiedział jednak, jaką sprawiało jej radość bycie w ruchu, więc robił to dla niej, sztywny jak konar drzewa porwany przez wiatr; nie zważała wtedy na ociężałość jego prowadzenia, tak jak teraz nie przeszkadzała jej dość kamienna rama Fawleya. Samo to było już niepokojącym objawem. Jeśli z łatwością wybaczała taneczną niedoskonałość, to znaczyło, że mężczyźni naprawdę ją interesowali. Do tej pory mogła jeszcze żywić złudne nadzieje, że zauroczenie Wulfrikiem jest ostatnim łącznikiem z dzieciństwem i nastoletniością, ale kiedy znajdowali się tak blisko siebie, jeszcze bliżej niż w jego gabinecie na początku kwietnia, nie znajdowała argumentu na to, by osłabić moc swoich emocji. Nie zdołały pomóc też myśli o Romulusie, który z pewnością nie byłby zachwycony ich postępowaniem, jeśli nabrałby podejrzeń, że pod płaszczem uprzejmości kryje się coś więcej. Czy zachowywała się nielojalnie względem brata? Możliwe, a z drugiej strony on zachował się nielojalnie, kiedy po raz pierwszy zaprosił Wulfa do Chelmsford i naraził ją na adolescencyjny zryw serca. Jeśli kogoś należało winić, to Romulusa.
- Widocznie lubię gniazdować na wysokości - odparła ze śmiechem, dotychczas nigdy się nad tym nie zastanawiała, ale kiedy Wulfric zwrócił jej na to uwagę, ulubione punkty na mapie zamku faktycznie obrała na wieżach. Nie przeszkadzało jej długie i żmudne wspinanie się po schodach na położone najwyżej kondygnacje, za to uwielbiała widoki, którymi mogła tam nacieszyć oczy. Wieża Ravenclawu była zresztą drugim, zastępczym domem przez siedem lat szkoły, teraz w swoim pokoju w rodzinnej posiadłości czuła, że znajduje się zbyt blisko ziemi, jakby wraz z dyplomem straciła skrzydła niosące ją do nieba. - A twoje? Gdzie czułeś się najlepiej? - odwzajemniła się ciekawością. Może przy padokach dla magicznych stworzeń, o których się uczyli? Albo nad jeziorem, gdzie wiosną można było popływać po lekcjach? Interesował ją każdy aspekt jego przeszłości, którym Wulf mógł i chciał się z nią podzielić, choć jednocześnie stała za tym myśl, że nigdy nie pozna ich tyle, ile znała ich Millicent. Nie mogła konkurować z jej widmem, z tym, co stworzyli między sobą w małżeństwie i choć na co dzień doprowadzało ją to do szewskiej pasji, próbowała po prostu się z tym pogodzić. - Mniej więcej - skinęła w kwestii sekretnego hogwarckiego ogrodu. Usłyszała instrukcję, ale czy kompletną? Trudno powiedzieć. - Jeśli chcesz, możemy go poszukać - zaproponowała swobodnie, otwarcie. A może nie był to dobry pomysł, bo Merlin raczył wiedzieć, jakie pomysły przyszłyby im do głowy w otoczeniu cichej zieleni, za murem odgradzającym ich od innych absolwentów.
Wraz z kolejnymi krokami tańca miała wrażenie, że do jej płuc dociera coraz mniej powietrza. Czuła uderzenia serca w płynącej przezeń krwi, echo płytkiego oddechu zamiast muzyki; świat ograniczał się do jego widocznych spod maski oczu, zwierciadeł duszy, w których widziała to samo bliźniacze napięcie, jakie nią teraz kierowało. Intencje, kaprys, wszystko to dźwięczało na ich naprężonej pięciolinii, podsycając żar i plącząc myśli, ale w jej przypadku na szczęście nie kroki. Poruszała się tak samo gładko jak wcześniej, suknia mieniła się w rozmydlonym blasku świec, a policzki pozostawały czerwone, częściowo przykryte aksamitem maski, którą Hogwart obdarzył Odille w chwili wejścia na parkiet.
Jak na dłoni widziała moment, w którym o Wulfrika upomniała się rzeczywistość. Jego rysy lekko stężały, spojrzenie stało się wyraźniejsze, rama ciała sztywniejsza, jakby dopiero przypomniał sobie, kim jest i gdzie się znajduje, wyrwany z onirycznego tańca pragnień. Sama czuła się podobnie, wracając na ziemię z olbrzymiej wysokości, gdzie przed momentem dryfowała; serce zaczynało uspokajać się przez jedno uderzenie za drugim, a kiedy melodia wytyczająca ich taniec wydała na świat ostatnie takty, dygnęła przed nim dwornie, choć czuła się jak nieociosana sztaba drewna. Bogowie, jak on na nią działał. A przecież między nimi nie miało miejsca nic zdrożnego ani nawet szczególnie bliskiego!
- Muszę odetchnąć - przyznała, rozkładając wachlarz z ciemnogranatowych piór, dzięki któremu poczuła na dekolcie powiew chłodniejszej bryzy, studzącej rozedrgane zmysły. Najlepiej byłoby wyjść na zewnątrz, liczyła jednak, że miejsce, które zamierzała odwiedzić, było w jakiś sposób nieosłonięte dachem, a może magiczną barierą przeciwdziałającą warunkom atmosferycznym. - Poszukajmy tego ogrodu, dobrze? - poprosiła, bo zamroczony jego towarzystwem umysł nie wziął pod uwagę, że Fawley mógłby chcieć już się oddalić. W głowie Odille mieli spędzić razem jeszcze kilka chwil.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#104
Vivienne Burke
Czarodzieje
Wiek
23
Zawód
Badaczka historii run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
7
12
15
Brak karty postaci
04-01-2026, 13:20
Odpowiedź dla Xavier Burke

Nie musiałam ukrywać ekscytacji związanej z tańcem. Mój mąż wiedział, że jest to czynność, którą uwielbiałam i chociaż on może nie był fanem spędzania godzin na parkiecie, to nigdy nie odmówił mi tańca. Czy to podczas naszego ślubu, luźnych tańców w Egipcie, czy dzisiaj. Nie mogliśmy tego odpuścić. W Hogwarcie pojawiło się ogrom ludzi, różnego pochodzenia, różnej narodowości, różnej krwi. Ciężko było się odnaleźć i przyzwyczaić do tego, że tuż obok na parkiecie może tańczyć jakiś mugolak. Najlepszym sposobem było skupienie się tylko i wyłącznie na partnerze, a mi to przyszło dzisiaj wyjątkowo łatwo. Nie wiem czy to za sprawką tego dnia, gdy melancholijny nastrój towarzyszył mi przez cały dzień, czy może była to sprawka maski, którą nosił Xavier. Nie mogłam jednak oderwać od niego wzroku.
Czułam, jak serce zaczyna bić mi szybciej z każdą chwilą spędzoną u jego boku. Rumieniec wypłynął znów na policzki, już mniej z powodu komplementu jakim mnie obdarzył, a moich myśli, które zaczęły krążyć wokół mojego męża.
- Zbyt rzadko? - Odpowiedziałam, wpatrując się w jego oczy. - A mam wrażenie, jakbym słyszała to cały czas. Nie narzekam, jest mi bardzo miło, że tak o mnie myślisz. Mogłabym tych słów słuchać codziennie, do końca naszego życia.
Coś się w tonie mojego głosu zmieniło. Był cichszy, drżał przyjemnie jak podczas naszych rozmów chwilę przed wspólnym zbliżeniem. Mój mąż w tym momencie nie był tylko mężem, był również mężczyzną, który mi się szalenie podobał, przyciągał mnie w sposób, w który nie powinno ujawnić się na parkiecie.
Nie mogłam się jednak oprzeć, dłoń którą opierałam na jego ramieniu zacisnęłam mocniej. Delikatnie zbliżyłam się bardziej, zmniejszając dystans i jednocześnie powodując, że nasze ciała stykały się ze sobą zdecydowanie częściej niż powinny.
- To był długi dzień, prawda? - Zapytałam, nie chciałam tak bezpośrednio insynuować chęci powrotu do domu. Przemknęła mi myśl, że wolałabym być teraz w naszej sypialni niż tu na parkiecie. - Jak ci się podobał powrót do Hogwartu.
Złapałam jego spojrzenie. Kiedy ja spoglądałam na niego lekko rozmarzona, tak miałam wrażenie, że Xaviera wzrok jest inny. Jakiś taki niepewny, lekko zakłopotany? A może mi się tylko wydawało?
- Czy coś się stało? - Zapytałam, dłonią gładząc męża po policzku
Jeszcze przed chwilą wydawał się być w cudownym nastroju, a teraz coś mi nie grało. Nie bardzo wiedziałam co, nie potrafiłam tego wytłumaczyć. Ale było coś takiego jak kobieca intuicja, która mówiła mi, że coś zaprząta myśli mego męża. Odkąd ujawnił się przede mną ze swoimi obawami i otworzył na moje uczucia, zdecydowanie bardziej był dla mnie czytelny. I schlebiało mi to. Zazwyczaj nigdy nie mogłam zgadnąć o czym myśli, ani jaki ma nastrój. Dobrze się krył, zakładał swoje maski, które rzadko ściągał w pełni. Pozwalał mi siebie poznać, a jednocześnie próbował również trzymać na dystans i pokazywał mi tylko to, co sam chciał bym zobaczyła. Tamtego dnia się to zmieniło, od tamtej pory był dla mnie bardziej dostępny, a mi to schlebiało.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#105
Xavier Burke
Śmierciożercy
Wiek
31
Zawód
Badacz artefaktów, handlarz informacjami
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
0
20
OPCM
Transmutacja
11
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
10
5
Brak karty postaci
04-01-2026, 18:42
Odpowiedź dla Vivienne Burke

Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że taniec jest dużą częścią życia jego żony. Poruszała się na parkiecie bez żadnego skrępowania, czuła się jak ryba w wodzie. Zawsze z przyjemnością obserwował ją w tańcu chociaż sam nie uważał siebie za wybitnego tancerza. Starał się jednak jak mógł, może w dzieciństwie brał tylko podstawowe lekcje tańca aby się nie wygłupić na parkiecie, teraz jednak im częściej tańczył z Vivienne dochodził do wniosku, że przy niej idzie mu zdecydowanie lepiej niż wcześniej. Z resztą taniec z nią w swoim ramionach sprawiał mu przyjemność. Mógł ja mieć blisko, ciało przy ciele, rozmowa bez słów, gdyż one w tym momencie nie były potrzebne. Rozumieli się doskonale.
Uśmiechnął się na jej słowa, po czym delikatnie przesunął dłonią po jej plecach. W około nich znajdowało się wiele wirujących w tańcu par, nie podejrzewał aby ktokolwiek zwrócił uwagę na to, że jego dłoń znajduje się niżej niż powinna.
- W takim razie od teraz zaczynając będę ci to mówił codziennie, co ty na to? - zaproponował unosząc jedną brew ku górze, a lekki uśmiech nadal widniał na jego ustach.
Wszystko to co się ostatnio działo cały czas było w jego głowie. Emocje i uczucia, z których zdał sobie niedawno sprawę buzowały w nim nieustannie, szukając ujścia, ale on nadal je powstrzymywał. Nie miał pojęcia jak sobie z nimi poradzić, nie wiedział w jaki sposób Vivienne mogłaby zareagować gdyby powiedział jej co dokładnie czuje. W tym momencie jednak, na tym parkiecie miał wrażenie, że to wszystko atakuje go ze zdwojoną siłą. Chciałby móc teraz spojrzeć jej w oczy, ale nadal widział tylko swoje odbicie w jej masce. Oczywiście doskonale wiedział, że ma ją w swoich objęciach. Praktycznie znał jej ciało już na pamięć, widział wyraźnie jej piękne jasne włosy, które tak lubił łapać między palce i przeczesywać.
Mruknął cicho zadowolony kiedy poczuł jak żona przysuwa się do niego bardziej, teraz już praktycznie nie dzieliła ich już żadne odległość. Uśmiech znów zagościł na jego ustach.
- Bardzo długi. - zgodził się z nią, podświadomie czując, że jej pytanie miało drugie dno i jeśli było to co myślał, bardzo podobała mu się ta sugestia - No cóż…miło było tutaj wrócić, nawet jeśli na jeden dzień. Ta szkoła nas ukształtowała nawet jeśli nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy. - odparł spokojnie.
Czy coś się stało? To pytanie odbiło się kilka razy w jego głowie. Stało się tak wiele, że nie do końca wiedziałby od czego zacząć. Wtulił lekko policzek w jej dłoń, po czym na moment przymknął oczy. Jego umysł działał na najwyższych obrotach. Miał wrażenie, że im dłużej to wszystko w sobie dusił tym zaczynał odczuwać wręcz fizyczny ból i powoli zaczynało go to już przerastać. A teraz zadała mu to pytanie i miał ochotę to wszystko wykrzyczeć na głos. Oczywiście nie zrobił tego, nie było to w jego stylu. Otworzył jednak po chwili oczy i spojrzał na nią, chcąc przejrzeć przez tą całą maską i spojrzeć jej w oczy.
- Nic złego się nie stało. - odparł łagodnie, ponownie przesuwając dłonią po jej plecach - Mam wrażenie, że ostatnio cały czas odpływam myślami. I muszę ci powiedzieć, że to do ciebie nimi cały czas uciekam. Łapie się na tym w ciągu pracy, podczas normalnych codziennych obowiązków. Początkowo mi to przeszkadzało, ale teraz to jest jedna z najprzyjemniejszych części dnia. Zwłaszcza kiedy wracam do domu i mogę ten czas spędzić z tobą. Zajmujesz moje myśli i bardzo mi się to podoba. Wiesz… - uśmiechnął się łagodnie - z początku starałem się z tym walczyć, jednak uczucia, którymi cię darzę są silniejsze ode mnie i ja już nie chcę z nimi więcej walczyć. - jego głos ściszył się do szeptu kiedy nachylał się do niej.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#106
Nylah Black
Czarodzieje
It's only illegal if I get caught.
Wiek
24
Zawód
Śpiewaczka operowa i łamaczka klątw
Genetyka
Czystość krwi
potomkini wili
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
9
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
3
8
Siła
Wyt.
Szybkość
5
9
5
Brak karty postaci
05-01-2026, 18:06
Odpowiedź dla Leopold Flint

Na jej wargach pojawia się czysto rozbawiony, acz nieco przekorny uśmiech. Czuły komitet powitalny? A niech mu będzie. Brak kurtuazji jakoś wcale jej nie przeszkadza, zwłaszcza jeśli spojrzeć na to, jakie właściwie przeszłości ich łączyły. Zresztą przy dobrym humorze rzadko kiedy przeszkadza jej brak kurtuazji.
- Złe wrażenie być może pozostawiłeś na mojej rodzinie. Ale czy na mnie samej? Tu już bym polemizowała. – Nylah nie próbuje uwodzić, nie próbuje strzelać swoim urokiem, on po prostu jest, tli się pod skórą niczym nigdy nie gasnący płomień. Gdyby chciała, mogłaby. Ale nie chce. Po co? Zresztą wbrew temu, co mogą sądzić postronni, urok wili wcale nie jest tak łatwy. Wcale nie jest tak prosty do skierowania go w konkretną stronę. A po drodze miliony rzeczy mogą pójść nie tak. Sztuką nie jest ciskać nim na prawo i lewo, a zwyczajnie być powściągliwym. Tego uczyła ją babcia i to właśnie Nil ma cały czas w pamięci. Zresztą… Z jakich niby powodów miałaby ciskać urokiem we Flinta?
- Jeśli dobrze pamiętam nie byłeś uczniem tych wspaniałych progów. Więc… nie jesteś na pierwszych miejscach listy osób, których bym się tu spodziewała. – och oczywiście zjazd jest dla wszystkich, nie o to tu przecież chodzi. Raczej dla niej samej Leopold nie kojarzy się jako miłośnik bali, ale to nawet lepiej. To właśnie ten pierwiastek, który w nim polubiła. – Ciekawość to pierwszy stopień do piekielnych czeluści. – rozbawienie wymyka się z jej ust, ale jednocześnie towarzyszy mu ten charakterystyczny błysk w oczach. Nylah też bywa ciekawskim stworzonkiem, choć maskuje to na swój sposób, bo przecież nie zawsze wypada dawać jej ujście. Nie w każdym towarzystwie.
- Ja? Niereformowalna? – unosi brew w górę, w udawanym i teatralnym zdziwieniu. Zawsze taka była, ale teraz, kiedy tak naprawdę łączy ich jedynie luźna znajomość, nie musi się z tym ukrywać aż tak. Nie musi się obawiać, że go czymkolwiek zrazi, ale głębsze zastanowienie mówi, że te cechy charakteru nie byłyby raczej czymś, co mogłoby zrazić Flinta. – Nigdy w życiu. Po prostu wiem, czego chcę. – uśmiech dosięga oczu, częściowo odrzucając pozory i niekoniecznie potrzebną kurtuazję i przysłowiowy kij w czterech literach. Czasem takie momenty są bardziej niż odświeżające. Żadnych oczekiwań, żadnego szukania drugiego dna. Jest zlot absolwentów, jest zwyczajna zabawa.
Z satysfakcją i jednocześnie radością pozwala się zaprowadzić na parkiet, z lekkim zaskoczeniem witając delikatny dotyk maski na twarzy. Nie wie, jak wygląda jej własna, ale ta Flinta jest… Jest. Zawiesza spojrzenie na unoszących się w powietrzu oczach, czując lekki dreszcz niepewności. Płynnie dopasowuje się do muzyki, kładąc dłoń na ramionach Leopolda,.
- Nie… Chyba nie. – przez chwilę czuje się zdezorientowana, a nie lubi tego uczucia. – Są ważniejsze sprawy. – tak, magia to doskonała odpowiedź na wszystko. Prawie wszystko, ale mało jest rzeczy, na które ona nie odpowiada.
I am the voice in the wind and the pouring rain
I am the voice of your hunger and pain
I am the voice
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#107
Vivienne Burke
Czarodzieje
Wiek
23
Zawód
Badaczka historii run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
7
12
15
Brak karty postaci
06-01-2026, 10:06
Odpowiedź dla Xavier Burke

Przyglądałam mu się czujnie gdy odpowiadał na moje pytania. Chociaż jego twarz była pod maską, na którą gdy patrzyłam robiło mi się ciepło, a nogi same się uginały. To jednak był moim mężem i jeśli coś go trapiło, a zachowywał się ostatnio trochę inaczej, chciałam o tym wiedzieć. Niektóre z jego odpowiedzi często były wymijające, a to spojrzenie, którym mnie obdarowywał sprawiało, że nie wiedziałam co mam o tym wszystkim myśleć. Coś się zmieniło, a ja nie do końca potrafiłam powiedzieć co. Ani kiedy to się stało. Ani czy to na pewno dobrze, a może niekoniecznie? Nie znałam dotychczas takich spojrzeń, tych czułości, a wszystko co nieznane, nawet jeśli miłe, powodowało wewnętrzny strach.
Nie byliśmy na parkiecie jedyni, wokół nas krążyły inne pary, a miałam wrażenie jakbyśmy byli tutaj sami. Nie słyszałam za bardzo innych rozmów, za to skupiałam się w pełni na mężu i jego odpowiedziach. Słysząc tą związaną z Hogwartem, uśmiechnęłam się lekko.
- A jesteś zmęczony? - Dopytywałam.
W końcu od rana krążyliśmy korytarzami, zwiedzaliśmy miejsca, w których nie było nas od wielu lat. I przede wszystkim spotykaliśmy starych znajomych, albo tak jak ja, opłakiwaliśmy tych, którzy odeszli. Ten dzień był pełen wrażeń, mnie tylko bolały stopy, ale może Xavier był bardziej zmęczony ode mnie?
Gładziłam go po policzku czekając na odpowiedź, a im dłużej musiałam czekać, tym bardziej miałam wrażenie, że coś jest na rzeczy. Spojrzał na mnie tak, jakby bardzo chciał mi coś powiedzieć, ale nie mógł lub nie wiedział jak? Nie poganiałam go, nie dopytywałam, po prostu czekałam, aż dowiem się co go trapi.
Jego słowa spowodowały u mnie niemałą konsternację. Na początku chciałam zażartować, że jak kto uciekające ku mnie myśli miałyby ci się nie podobać i co to w ogóle ma znaczyć. Ale po chwili zaniechałam, słysząc co mówił do mnie dalej. Zmarszczyłam brwi, lekko rozchyliłam usta nie bardzo wiedząc co mam powiedzieć. O jakich uczuciach on do mnie mówił, przecież wiedziałam, że mnie lubi. Uważa za piękną kobietę, darzy szacunkiem i podobają mu się moje zainteresowania. Moje myśli też wciąż do niego uciekały, ale myślałam, że to jest absolutnie normalne. Tak się dzieje, gdy jest się małżeństwem.
- O czym ty mówisz? - Zapytałam cicho, ton mojego głosu był bardzo ciepły. - A… to nie jest normalne, że się o sobie często myśli? Moje myśli też ku tobie uciekają… To przecież bardzo miłe, prawda? Dobrze, że już nie chcesz z tym walczyć. Co to za uczucia? Szanujesz mnie, uważasz, że jestem mądra, bystra i na dodatek całkiem ładna - uśmiechnęłam się szeroko. - Przecież wiem.
Serce nagle zaczęło bić mi szybciej. Dłoń z policzka zsunęła się na klatkę piersiową, krok w tańcu stał się wolniejszy, ale nie mogłam myśleć o odpowiednich sekwencjach, gdy mój mąż nagle zechciał porozmawiać ze mną o swoich uczuciach. Nie zdarzało mu się to często, już wiedziałam, że był osobą raczej zamkniętą w sobie, nie dzielił się tą jakże intymną kwestią i było to dla niego trudne. Co się nagle zmieniło?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#108
Wulfric Fawley
Czarodzieje
Wiek
34
Zawód
pracownik MM
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
15
6
Brak karty postaci
06-01-2026, 18:05
Odpowiedź dla Odille Ollivander



Wydawało mu się, że to, co połączyło ich na parkiecie, to coś więcej niż taniec, chociaż nie potrafił tego nazwać. Pozwolił sobie na swobodę, której wcześniej nie wykazywał ani względem niej, ani w obecności tłumu. Na radość, której dawno nie poczuł, a która, przynajmniej na moment, uwolniła go od ciężaru trosk, pod jakim uginało się jego życie. Czuł się, jakby ich ruchy splatały się w cichy dialog, a każdy krok w rytmie muzyki był promieniem słońca przebijającym się przez gęste chmury codzienności. Mimowolnie, wbrew niepokojowi, który rósł wraz z kolejnymi uderzeniami serca, zaczął się zastanawiać, czy zainteresowanie, jakie jej okazywał, nie sięgało głębiej; może nie było tylko przejawem tęsknoty za tym, co utracił, a nowym rozdziałem, jaki powinien w końcu zacząć, wcześniej pożegnawszy wspomnienia? Pozwoliłby sobie na to? Na odrzucenie żałobnego całunu, który niczym ciężka mgła otulał każdy jego dzień, i otwarcie się na nowe uczucie, delikatne jak świeży pąk róży?
Wiedział, że jego przeszłość zawsze będzie zestawiana z tą, którą dzielił z Millicent. Nie próbował jej porównywać ani konkurować z dawnymi wspomnieniami, ale może to dobry momenty, by zacząć się pielęgnować nowe, nawet jeśli sylwetka zmarłej małżonki będzie kładła się cieniem na teraźniejszość.
Równolegle do tego rodziła się w nim obawa przed tym, co może nadejść; powinien czuć się winny, że pozwala sobie na zbliżenie, które, ze względu na jego przyjaźń z jej bratem nie powinno się wydarzać, a może to czas, by chociaż na chwilę, zapomnieć o zasadach i lojalności, które dotąd wyznaczały granice ich relacji? Mętlik w głowie stawał się tym większy, im częściej ich ciała dzieliła przestrzeń kilku zbędnych centymetrów. Bywały momenty, kiedy chciał się jej pozbyć—przycisnąć mocniej dłoń do jej tafli i przyciągnąć do siebie, lecz zdrowy rozsądek, chociaż stopniowo tracił nad nim władzę, nadal się w nim tlił i nie mógł wyrzec się jego istnienia.
W powietrzu między nimi wisiało pytanie, czy pozwoli sobie na upadek w bezkres nowego uczucia, czy jednak pozostanie w bezpiecznym cieniu wspomnień, które choć bolesne, były mu dobrze znane. Miał wrażenie, że każdy ich gest, spojrzenie, muśnięcie dłoni, zdawało się być zapisane w tajemnym języku, który znali tylko oni - języku serca, niepojętego dla rozumu, lecz bliskiego prawdzie, której nie śmiał jeszcze nazwać.
Wulfric przez chwilę milczał, tonąc w rozbawieniu, jakie zapłonęło na krawędzi jej spojrzenie. On sam nigdy nie gniazdował na wysokości, nie ciągnęło go na szczyty wież. Choć doceniał widoki, które tam się rozpościerały, to jednak serce kierowało go w inne strony zamku. Chciałby powiedzieć, że zdecydowanie bardziej odnajdywał się wśród padoków dla magicznych stworzeń, bo tam mógł czuł bliskość z naturą i nieokiełznaną magią, której nie dało się zamknąć w czterech ścianach, lecz to nie była prawda. W Hogwarcie żyły jeszcze w nim nadzieje, że będzie mógł obrać inną ścieżkę kariery, dopóki nie zrujnował ich ojciec rok przed ukończeniem edukacji. Wtedy już nic nie było takie sam. On nie był taki sam.
- Nie wiem - przyznał zatem po chwili. - Nigdy się nad tym nie zastanawialem. Dużo czasu spędziłem w bibliotece, na dziedzińcu i w klubie pojedynków. - A więc wszędzie, gdzie mógł skryć się przed bratem i pożywić swoje ambicje. - Możemy, jeśli wiesz, gdzie szukać.
Cień uśmiechu przesunął się po jego ustach, lecz zaraz został przygaszony przez świadomość okoliczności – blask świec, szelest sukien, czujne spojrzenia zza masek. Przez moment miał wrażenie, że gdyby tylko pozwolił sobie na słabość, cały świat mógłby rozpaść się na kawałki pod ciężarem jego kapryśnych pragnień.
Gdy Odille rozłożyła wachlarz i szeptem przyznała się do potrzeby zaczerpnięcia powietrza, Wulfric skinął głową z wyraźnym zrozumieniem. On sam również czuł, że ledwie oddycha. Maska przylgnęła do twarzy niczym druga skóra, a puls w skroniach wybijał własny rytm.
Ogród. Słowo brzmiejące jak wybywanie „Poszukajmy tego ogrodu, dobrze?” – zadrżało w nim, skutecznie wyrywając go z letargu. Nadal walczył z myślą, by się wycofać się, pozwolić zatriumfować zdrowemu rozsądkowi, bo świadomość obecności Odille – barwa jej głosu, ciepło bijące od jej ramienia – sprawiała, że tracił rozum. Nie mógł sobie na to pozwolić.
- Może później? – nie patrzył w jej oczy, w obawie, że nie odnajdzie tam zrozumienia. Gdy maska zniknęła z jego twarzy, łatwiej było otrzeźwi osąd sytuacji. – Teraz muszę - pobyć sam ze sobą – coś załatwić.
Wyjść, przewietrzyć głowę, odświeżyć myśli, skonfrontować się z tym, co wydarzyło się na parkiecie. I złapać utraconą równowagę i – dystans.
Zostawiając ją, czuł jednak jak coś zapada się w jego płucach. Jak kłamca, które jedno obiecuje, drugie robi.

zt Wulfric i Odille
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#109
Xavier Burke
Śmierciożercy
Wiek
31
Zawód
Badacz artefaktów, handlarz informacjami
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
0
20
OPCM
Transmutacja
11
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
10
5
Brak karty postaci
08-01-2026, 18:45
Odpowiedź dla Vivienne Burke

Czuł na sobie jej spojrzenie. Uważne, wnikliwe. Czy wiedziała co dzieje się w jego głowie? Nie, to nie było możliwe. Chociaż teraz nie był już tego tak pewny. Odkąd otworzył się przed nią ze swoimi obawami, miał wrażenie, że zbliżyli się jeszcze bardziej. I chociaż to on z reguły nie miał problemu z czytaniem ludzi, teraz wydawało mu się, że stał dla niej jak otwarta księga. Nie był jeszcze do końca pewny czy mu się to podoba, nie zdarzyło mu się to chyba nigdy wcześniej. Przeważnie ciężko było dojść o czym myśli czy co zamierza, zawsze miał na sobie maskę. Vivienne jednak ostatnimi czasy potrafiła przejrzeć każdą z nich, niezależenia od tego, którą by ubrał. Była to ciekawa, ale zarazem niepokojąca odmiana. Zwłaszcza teraz, kiedy był świadom swoich uczuć względem niej. Nie chciał aby poczuła się niewygodnie jeśli jej to powie, nie chciał by czuła się zobowiązana by odpowiedzieć mu tym samym, wbrew swoim uczuciom. Nie miał pojęcia co ona czuje, dziwnym trafem nie był w stanie tego odkryć. Zdawał sobie sprawę, że lubi przebywać w jego towarzystwie, ich pożycie małżeńskie było wspaniałe, nie uciekali od siebie, nie unikali swojej obecności. Ale czy to można było już zakwalifikować jako silne uczucie?
- Może troszkę. - odparł spokojnie uśmiechając się do niej łagodnie - Ale nie na tyle, aby nie zająć się moją cudowną żoną gdy wrócimy do domu. - dodał już szeptem praktycznie w jej wargi.
Serce waliło mu jak oszalałe. Bał się, że ona je zaraz usłyszy albo organ sam wyskoczy mu z piersi obwieszczając całemu światu co czuje. Jej dłoń na policzku była tak miękka, tak ciepła i przyjemna, że przez chwilę myślał tylko o tym. Zapragnął znaleźć się z nią już w domu, zaciszu ich sypialni gdzie trafią do łóżka i zostaną tam do rana, we dwoje, z dala od tych wszystkich ludzi. Im dłużej mówił tym jakoś lepiej się z tym czuł. Oddałby wszystko aby w tym momencie widzieć jej twarz. Czy wyrażała zaskoczenie? A może konsternacje? Czy rozumiała co starał jej się teraz powiedzieć?
- Całkiem ładne? - uniósł brew ku górze nie wierząc temu co usłyszał - Vivienne Burke, jesteś najpiękniejszą kobietą chodzącą po ziemi. Roztaczasz w około siebie blask, który przyciąga do siebie każdego na kogo padnie. - powiedział spokojnie, chociaż czuł, że jeszcze chwila i głos zacznie mu drżeć z tego wszystkiego - Nie w każdym małżeństwie tak jest. Nie zawsze małżonkowie myślą o sobie w każdej wolnej chwili. Ale ja… - zamilkł na chwilę starając się zebrać rozbiegane myśli - ja wyczekuję momentu powrotu do domu, by móc spojrzeć w twoje oczy. W twoje piękne oczy, w których mógłbym utonąć i nie wołać o ratunek, bo byłaby to czysta przyjemność. - pozwolił sobie na delikatny uśmiech - Kiedy tamtego dnia dowiedziałem się, że zasłabłaś miałem wrażenie, że ziemia osuwa mi się spod nóg, ponieważ nie mogę żyć w świecie, w którym ciebie nie ma. - pokręcił głową - Chciałbym cię móc obronić przed wszystkim, bo jesteś najważniejszą osobą w moim życiu, jesteś w centrum mojego wszechświata. - spojrzał na nią, a jego spojrzenie było łagodne, pełne uczuć, o których miał jej za chwilę powiedzieć - I chociaż początkowo nie wiedziałem co to znaczy, nie miałem pojęcia czym są te wszystkie emocje, te wszystkie uczucia, teraz już wiem. Teraz już wiem i nie chcę tego dłużej w sobie dusić, bo im dłużej to robię tym trudniej mi jest. I wiem, że możesz nie czuć tego samego, ale jestem na to gotów. Jestem gotów z tym żyć, ale nie zmienia to jednak faktu, że po prostu nie ma możliwości abym cię nie kochał.
Powiedział to, w końcu ubrał to w słowa. Czuł jak serce podchodzi mu do gardła, a po chwili wraca na swoje miejsce. Powiedzenie na głos tego co wiedział już od dłuższego czasu spowodowało jakby wielki kamień spadł mu z serca. Zrobiło się lżej, kiedy w końcu to nazwał, wypowiedział na głos i przekazał jej, jedynek osobie, która musiała i miała prawo o tym wiedzieć.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#110
Vivienne Burke
Czarodzieje
Wiek
23
Zawód
Badaczka historii run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
7
12
15
Brak karty postaci
09-01-2026, 12:33
Odpowiedź dla Xavier Burke

Czułam jak serce zaczyna mi bić coraz szybciej, gdy Xavier wypowiadał kolejne słowa. Rumieniec wpływał na policzki, dolna warga lekko zadrżała, a oczy się zaszkliły. Moje ciało jakby nie wiedziało czy okazać radość, czy z tej radości wybuchnąć płaczem. Nigdy nie spodziewałam się, że usłyszę od niego takie słowa. Byłam przecież jego drugą żoną, tą z którą związał się z przymusu, a nie chęci. Dlatego, że mu kazano, a nie dlatego, że darzył mnie uczuciem. Spodziewałam się, że nigdy nie zajmę w jego sercu miejsca pierwszej żony, którą kochał. A teraz mówił mi, prawie drżącym głosem, że jestem jego centrum świata. Że mnie kocha i nie może już wytrzymać dłużej i musi mi o tym powiedzieć. Nie rozumiałam dlaczego dzisiaj, dlaczego teraz. Spędzaliśmy ze sobą tyle czasu, mógł mi to powiedzieć w każdej chwili. Ale z jakiegoś powodu wybrał ten moment, teraz się ponownie na mnie otworzył. Delikatny uśmiech, kąciki ust uniosły się ku górze. Zatrzymaliśmy się, nie miałam teraz głowy do tańca. Inne pary musiały nas omijać, ale przyznam szczerze, że nie specjalnie mnie to obchodziło. Był teraz tu tylko mój mąż i ja u jego boku. Sięgnęłam po jego dłoń i położyłam sobie na sercu. Mógł poczuć jak szybko i mocno bije moje serce.
- Pamiętasz tamten wieczór na balkonie? - Zapytałam, nie opanowałam drżenia swojego głosu. - Wtedy poczułam tu takie ciepło, przestałam się bać tego małżeństwa. To ciepło z dnia na dzień rosło coraz bardziej i coraz bardziej. Pojawiało się za każdym razem gdy się spotykaliśmy, a ja tych spotkań wyczekiwałam. Czułam to ciepło, gdy moje myśli uciekały do ciebie. Czuję je gdy rozmawiamy przy stole przy śniadaniu, gdy patrzę na ciebie w nocy, gdy myślę o tobie w ciągu dnia. Nigdy czegoś takiego nie czułam.
Przycisnęłam jego dłoń jeszcze mocniej, drugą za to powędrowałam do jego twarzy, gładząc jego policzek kciukiem. Uśmiechałam się, łzy ciekły po policzkach i chowały się pod moją maską. Dziwne szczęście mnie ogarnęło i poczucie ulgi, jakby jakiś ciężar spadł z moich ramion.
- Widzę różnicę pomiędzy tym co czuję do Primrose, w końcu jest moją przyjaciółką od lat, a tym co czuję do ciebie. To zupełnie coś innego - dłoń z policzka zjechała na kark, wsunęłam palce w ciemne włosy mojego męża. - Nie wierzyłam, że zaczniesz mnie darzyć takim uczuciem. Miałeś już żonę, którą kochałeś, a ja nie śmiałam nawet marzyć o tym, że poczujesz to również i do mnie. Czy ty też tu - zacisnęłam palce na jego dłoni spoczywającej na moim sercu - czujesz takie ciepło? Czy to się nazywa miłość?
Patrzyłam na niego lekko niepewnie, nie bardzo wiedząc, czy dobrze interpretuje swoje uczucia. Kochałam Primrose, Nathaniela i Noah ale miłością przyjacielską. Takie ciepło rozchodziło się po moim ciele gdy ich widziałam czy o nich myślałam, ale to czym darzyłam Xaviera było absolutnie zupełnie innym uczuciem. Inny rodzaj ciepła i przyjemności w sercu. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z faktu, że kochałam go już od dawna. Byliśmy ze sobą krótko, zmuszeni do ślubu, ale ten ślub nie był przykrym doświadczeniem. Wspólny wyjazd nas do siebie zbliżył, lubiliśmy się i lubiliśmy spędzać razem czas. Otworzyliśmy się na siebie, a wtedy ten ogień, przynajmniej w moim sercu, rozpalił się w całości. I już nie patrzyłam na Xaviera tylko jak na przyjaciela, męża, ale i kochanka, ale jak na moją miłość. Czy to możliwe, abyśmy byli sobie przeznaczeni? Przypadek nas ze sobą połączył, a ja byłam najszczęśliwszą kobietą na świecie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (12): « Wstecz 1 … 10 11 12 Dalej
 


Skocz do:

Aktualny czas: 11-01-2026, 10:13 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.