• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Szkocja > Hogsmeade i okolice > Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie > Wielka Sala
Wielka Sala
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
09-10-2025, 17:55
Wielka Sala
Wielka Sala to największe pomieszczenie w całym zamku Hogwart. Jak sama jej nazwa sugeruje - jest naprawdę wielka. Długa na kilkadziesiąt stóp, szeroka na kilkanaście i o bardzo wysoko, łukowato sklepionym suficie, którego zazwyczaj nie widać, bo dzięki czarom uczniowie Hogwartu spoglądając ponad głowy dostrzegają zazwyczaj niebo podobne temu, które widać za oknem. Pod sklepieniem wieczorami unoszą się setki świec, za dnia zaś światło dziennie wpada przez wysokie i wąskie okna. Wielka Sala ma kamienną posadzkę i takież ściany, zawsze wypolerowane i zadbane przez domowe skrzaty pracujące w kuchni. Każdego dnia stoi tu kilka stołów - cztery najdłuższe przeznaczone są wychowankom domów w Hogwarcie. Po drugiej stronie od wejścia zaś, na podwyższeniu, stoi stół nauczycielski, gdzie zasiada grono pedagogiczne. Po środku tego stołu stoi krzesło przywodzące na myśl tron, należące do dyrektora szkoły. Dekoracje Wielkiej Sali zmieniają się w zależności od okoliczności.
Na lewo od stołu nauczycielskiego znajdują się drzwi prowadzące do bocznej komnaty z portretami.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (12): « Wstecz 1 … 8 9 10 … 12 Dalej
 
Odpowiedz
Odpowiedz
#81
Morty Dunham
Akolici
L'ennemi, tapi dans mon esprit, fête mes défaites
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
06-12-2025, 13:54
Odpowiedź dla Manon Baudelaire

Czasem wyobrażał sobie, że emocje były żywymi istotami ukrytymi w szczeblach drabiny żeber. Wiły się między nim, oplątał je jak pnącza diabelskich sideł - czasem doprowadzając do bezdechu, czasem do zbyt głośnego bicia serca, któremu zdarzało się pominąć kilka uderzeń. Żyły po swojemu. Rządziły jego odruchami wbrew jego woli.
Bywały dni, kiedy czuł, jak w środku rośnie gęstwina lęku, drobne, istoty, podobne do nieśmiałków, które drapały wnętrze klatki piersiowej swoimi przydługimi, zakończonymi ostrymi paznokciami palcami. Zgrzytały po kościach, osiadały przy każdym żebrze, ślizgały się po mięśniach, sprawiając, ze nie mógł ignorować ich obecności. Były przebiegłe – czasem pozwalały mu oddychać, a czasem zatrzymywały powietrze tuż pod gardłem, jakby dla zabawy mierząc jego cierpliwość. Potrafiły nagle zaciągnąć się w głąb, zniknąć na chwilę tylko po to, by wybuchnąć na nowo, jak wulkan w trakcie swojej erupcji, zupełnie bez ostrzeżenia.
Manon, z różną intensywnością i natężeniem, budziła je wszystkie.
Czasem czuł, jak radość przepływa przez niego, lekka i niesforna, jakby dziecięca, która potrafiła ukłuć śmiechem, a potem natychmiast umknąć, zostawiając za sobą echo radości, która rodziła pustkę i smutek, mający konsystencję mgły, jaka powoli zalewała płuca, rozlewała się pod skórą, a on miał wrażenie, że nigdy nie zdoła się od niego uwolnić.
Każda emocja miała własny rytm, własny kolor, głębie, głos. Gniew był gorący, duszący, pulsujący, rozpychał się łokciami, podczas gdy wstyd przywierał do żeber jak osad na szklanej powierzchni, zazdrość natomiast paliła w gardło jak trucizna. Tęsknota rozciągała się wzdłuż kręgosłupa, drażniła nerwy, wyciągała swoje ręce ku wspomnieniom, spinała mięśnie, aż do bólu. Niekiedy próbował je ujarzmić, zamknąć w sobie, wyciszyć drżenie mostka, lecz one cierpliwie oczekiwały na kolejną chwile słabości, by znów dojść do głosu, przypominające wilcze wycie w noc samotnej pełni. Żył z nimi na co dzień – z tym niewidzialnym tłumem istot, rozbieganych, splątanych w gęstwinie żeber i chociaż wiedział, że były nim, czasem wydawały się zupełnie obce, jakby nie należały do niego, lub nie miał do nich prawa.
Teraz było inaczej, teraz emocje miały smak jej ust, zapach jej perfum, delikatności jej dłoni. Udało się jej chociaż częściowo zapełnić pustkę tląca się pod sercem. Nadała jego sercu innego, żywszego tempa, który wybijał ich wspólny rytm. Widząc wypieki na jej policzkach, słysząc jej oddech, w chwilach, w których jego policzek znalazł się tuż przy jej usta, był pewny, że gdyby tylko złączył ich usta w nagłym pocałunku, jej usta uległby pod znajomym naporem, a ona, nieprzytomnie, łaknąc tego samego co on, odwzajemniłaby go bez zawahania.
Wraz z krótkim "mam czas", wypuszczonym z kobiecych ust na jednym wydechu, wiedział, że miał ją w garści. I właśnie dlatego pozwolił, by jego palce, do tej pory spoczywając na linii jej tali, wspięły się wyżej, na pergamin jej skóry, tam, gdzie materiał sukienki odsłaniał skrawki pleców. Poczuł pod opuszkami łagodną linie kręgosłupa i drżenie jej ciała, które wynagrodził figlarnym uśmiech rozświetlającym twarz,. Zerknął prosto w zielone oczy, delektując się tym, jak piękno jej kobiecej siły kruszeje pod jego dotykiem. Słabość, z której nie da się o oswoić, a z którą trzeba nauczyć się żyć.
Muzyka wkrótce ucichła, po sali rozniósł się szelest szeptów, a maski, która ukrywały ich rysy twarzy, znikły, odkrywając to, co wcześniej zasłaniały - policzki, na których płonęły rumieńce, które nie pozostawił tylko wysiłek.
Myślał, że propozycja, jaka w końcu uleciała z jego ust, spotka się z jej odmową; że zapragnie zniknąć w tłumie, zniknąć z zasięgu jego spojrzenia; zagrzebać swoje słabości w gniewie wypełniającym jej płuca; zadać sobie lub komuś ból, by zasmakować chwilowego zapomnienia; uciec przed tym, co ją przerastało, a jednak sięgnęła po jego dłoń, na której zamknął swoje palce. Dopasowały się do siebie perfekcyjnie, jakby były dla siebie stworzone.
- Oczywiscie, mademoiselle Baudelaire, nie śmiałbym prosić o więcej - a mimo to nadal pragnę więcej niż możesz mi dać, Manon.– Jestem pewny, że to nie jedyny toast, który dzisiaj wzniesiecie.
Bez słowa zaprowadził go ku wolnej przestrzeni, z dala o parkietu i kolejnego tańca zapoczątkowanego przez symfonie znajomych dźwięków. Poczuł na sobie obce spojrzenie, zwrócił ku niemu swoją twarz i skinął lekko głową w ramach powitania, zanim Manon znowu skradła całą jego uwagę.
- Mamy widownie. Ta jedna z twoich krewnych? - mruknął ledwie szeptem, uśmiechając się przy tym ciut drwiąco Nie ugiął się przed parawanem obcych spojrzeń, nie wycofał dłoni spod jej palców. Jedną ręką poddał jej kieliszek, zanim sięgnął dla siebie po drugi. – Miło jest wrócić do miejsca, które kiedyś zastępował nam dom, czyż nie? - zagadnął pozornie spokojnym tonem, unosząc szkło w geście toastu. Na dobrą sprawę nie mógł przywołać w zwojach pamieci momentu, w którym ich rozmowa zahaczyła o temat Hogwart, możliwe więc, że nigdy jej nie odbyli. – Wypijmy zatem za to, co minęło. Za czar wspomnień.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#82
Cassius Avery
Śmierciożercy
Haunted spirits in my head, the thoughts themselves are the thinkers
Wiek
32
Zawód
badacz umysłów, pracownik MM, zaklinacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
0
25
OPCM
Transmutacja
11
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
5
Brak karty postaci
06-12-2025, 17:52
Odpowiedź dla Antonia Borgin

Większość ludzi dzieliła się swoim życiem jakby wykładała na stół odsłonięte karty. Odkrywali przed światem wszystkie posiadane figury i atuty. Jego umysł traktował je jak łatwą zdobycz, nagrody, które układał pieczołowicie w przegródkach pamięci, aby sięgnąć do nich w przyszłości jak do bibliotecznego katalogu, o pracowicie zakodowanym systemie znaczeń. Wykorzystywał je potem z rozmysłem, niekiedy do krótkiej wymiany zdań mającej na celu jedynie budowanie zaufania, bo pamiętał u urodzinach córki, czy złamanej łapce ulubionego psidwaka. Wszystko po to, aby ostrożnie budować rusztowanie prowadzące wprost do ich niczego nieświadomych umysłów. Niektórzy sami pakowali się w jego sidła, nie musiał ich nawet specjalnie zakładać, w końcu sami w nie wpadali. Ich jaźnie bywały jednak nieprzeciętnie nudne, pozbawione głębi, nie stanowiąc wyzwania, które lubił przed sobą stawiać. Służyły jednak za trening, rozgrzewkę do bardziej rozbudowanych zadań, pozwalając na to, aby wciąż rozwijane umiejętności nie zardzewiały. Dzięki temu nie pozwalał ucichnąć drzemiącej w duszy potrzebie spenetrowania i odkrycia najgłębszych zakamarków obcych świadomości.
Antonia nigdy nie raczyła go zbędnym pustosłowiem, skrywając tym samym swój umysł za zasłoną tajemniczości - bardziej więc pociągającej, chwilami nawet złowieszczej, bo chociaż doskonale znali swoje ciała, tak naprawdę niewiele o sobie wiedzieli. Może bawiło ich budowanie łączącej ich relacji w sposób w jaki konstruuje się domek z kart - ze świadomością jak łatwo przychodzi mu runąć, a wtedy wszystko należy zaczynać od nowa. Każde ich spotkanie stanowiło więc nowy początek, bo nie rzucając na wiatr żadnych obietnic, koegzystowali bez zobowiązań, z rozmysłem korzystając z chwil, w których przeznaczenie splątało ich losy. Dokładnie jak tego wieczoru, na ten krótki moment, gdy ich ciała znajdowały wspólny rytm w tańcu.
- Masz rację. Każda przysługa ma swoją cenę. Nad nią się jeszcze zastanowię - odparł, unosząc do góry kąciki ust, równocześnie obejmując ją nieco mocniej, na chwilę zatrzymując wzrok na ich złączonych dłoniach, które ukierunkowywały wspólny taniec. Również żartował, chociaż Panna Borgin miała rację, że w ich rejestrze każdy dobry uczynek krył w sobie jakiś ukryty motyw.
Wciąż czuł w niej lekki opór, wydawało się, że doskonale mu znany. Przywykł do tego, że niełatwo pozwalała przejąć inicjatywę. Nie była bezwładną lalką, która bez namysłu pozwalała się prowadzić. Roześmiał się szczerze słysząc jej zaczepny przytyk, to w jaki sposób wykorzystała jego dobór słów.
- Chciałem upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Wydawało mi się, że tak wyjątkowej okazji nie należy przegapić. Jeszcze nigdy nie przebywaliśmy tak blisko siebie pośród takiego tłumu. - Zaintrygował go nagły cień, który pojawił się w jej oczach. Zupełnie jakby pod tą prawdziwą. balową maską, skrywało się jeszcze inne, bardziej zmanipulowane oblicze. Przez moment wydawało mu się, że wkradło się między nich niemal namacalne napięcie. Lekko rozluźnił dłoń, która obejmowała jej ramię, przesuwając palcem wskazującym po skórze. Delikatnie jak na niego, uspokajająco. On w zamian czuł dziwną swobodę, rozluźnienie, które przyszło do niego zupełnie nagle. - Wielka Sala zachwyca. Wciąż jednak uważam. że Durmstrang z łatwością zdobywa palmę pierwszeństwa? Nie uważasz? - Odchylił do tyłu głowę, spoglądając w rozgwieżdżone niebo.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#83
Michael Scaletta
Czarodzieje
wolność — kocham i rozumiem
wolności oddać nie umiem
Wiek
26
Zawód
kradnie, co popadnie
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
11
15
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
7
10
Brak karty postaci
07-12-2025, 00:20
Odpowiedź dla Philippa Moss

Tkaniny wirowały nad drewnianym parkietem, klasyczna muzyka dudniła dostojeństwem, a twarz krzywiła się od niewygody niesionej przez nałożoną na wejściu maskę; i nie byłby zupełnie szczery przyznając, że wcale nie wolałby pokołysać się do melodii bluesa, że wcale nie wolałby wymienić murów dawnej szkoły na piwnicę jakiejś podłej meliny, gdzieś po drodze rozpinając jeszcze trzy pierwsze guziki koszuli ― tej samej, która gryzła teraz szyję.
Nie byłby szczery, więc nie komentował tego wcale, myśli skupiając na kilku pomniejszych, łechtających przyjemnie świadomość, niuansach tego wieczora. Choćby i na tym, że wyjątkowo zadowalała ją ta okoliczność i jego zgoda; choćby i na tym, że cały ten wypad skwituje najpewniej realizacją kolejnego ― jak chciał wierzyć ― intratnego interesu; choćby i na tym, że po drodze może łykną jeszcze ― za pieniądze tych skurwysyńskich bogaczy ― po kieliszku jakiegoś wybitnego szampana, do pary z kawałeczkiem słodkiego tortu. Nowy minister musiał sypnąć kasą na podobne udogodnienia, co do tego nie miał większych wątpliwości; gdzieś tam jeszcze zastanawiał się nawet przez chwilę, czy głupotą było nie korzystać z zasobów zamczyska, rzucając się na ukryte w jego murach kosztowności ― zaraz jednak refleksja ta ustąpiła miejsca następnej, w której wygodna ironia mieszała się z prawdą, w której prosty komplement znikał pod przykryciem czegoś banalnego.
― No pewnie ― przyznał jej niezwłocznie, szczerze przekonany, że tak rzeczywiście mogło być; że w innej czasoprzestrzeni, w innym układzie losu, tak po prostu brylowałaby na eleganckich salonach, w towarzystwie odnajdując nie śmierdzące oddechy podpitych marynarzy, a raczej świeże istnienia młodych i bogatych paniczyków. Ich życiowym celem, sednem, wartością było najpewniej godne odnajdywanie się w powinności synów i córek, potem ― ojców i mężów, matek i żon; jak śmiał sobie niemo twierdzić, nie spotykali na swojej drodze żadnych niegodziwości przeznaczenia, pławiąc się w luksusach, dziedzicząc wielopokoleniowe majątki, istniejąc dla samego faktu istnienia. ― Czasami zastanawiam się, co by było, gdybym uwiódł jakąś samotną wdowę i namówił ją na przepisanie mi połowy swojej fortuny ― wyznał nieoczekiwanie, w tonie błahej konspiracji skwitowanej szerokim uśmiechem, bo opowiadał o tym zupełnie półżartem, półserio. ― Ale potem dochodzę do wniosku, że musiałbym przecież godzinami wysłuchiwać jej kurewsko nieinteresujących żali, na końcu mamiąc jakąś ładną historyjką o miłości w obliczu mezaliansu ― ciągnął to dalej, brązowym spojrzeniem przemykając pomiędzy kantami jej twarzy; w nich też odnajdywał teraz chyba odwagę do podobnych konstatacji, w nich też chyba zasadzały się powody, dla których w ogóle dywagował o takiej odległej wizji. ― Regularne robienie jej dobrze wydawałoby się najmniejszym wysiłkiem... I nadwyrężeniem. ― Moich zasad, mógłby doprecyzować, ale zamiast tego oddał ją w dryg kolejnego piruetu, już zaraz dochodząc chyba wreszcie do finału tej miałkiej tajemnicy. ― Ale to za dużo zachodu, za duże zobowiązanie... ― Zbyt duże kłamstwo, bo wyrzuty sumienia zżarłby go prędzej niż później; prościej było jednak przywdziać ten beztroski kostium lenistwa, ten swobodny wizerunek nieznoszącego rutyny i powinności lekkoducha, i tym też cieniem nieodgadnionego sąsiada ją właśnie nakarmić. ― Ty zaś... Ty byś była do tego zdolna. Umiesz sycić ludzi iluzją ― dorzucił w charakterze aprobaty, choć ze słów tych wynikała przecież ponura prawda o jej jestestwie, przyzwyczajeniach, talentach i zawodzie. ― Dlatego nadal nie pojmuję, dlaczego tracisz czas na mieszanie w głowach naszym lokalnym obszczymurkom. Dlaczego, skoro mogłabyś zawładnąć takim, który kupowałby ci rękawiczki warte więcej od twojej miesięcznej wypłaty? ― padło bardziej retorycznie, niźli w oczekiwaniu na realną odpowiedź, ale nie było w tym niczego poza figlarnością i swobodą ducha; gdzieś przecież, chwilę przedtem, usłyszał też, że chciała tu przyjść właśnie z nim ― i może to właśnie dowartościowało go na moment, może to właśnie rozciągnęło na jego wargach uśmiech nonszalancji, a wzdłuż niego ― kolejne enigmatyczne półsłówka, niezupełnie przecież podobne do tego, co zwykł jej codziennie serwować.
― Nie tylko ― zaprzeczył, bynajmniej nie z uprzejmości; zaprzeczył, by już zaraz kończyć prostego walca i dzielić się ułożonym zawczasu planem. ― Muszę znaleźć jedną książkę i... zabrać ją do domu ― krótkie wytłumaczenie spełzło w eter, gdy palce pewniej objęły te jej, a gdzieś po drodze z parkietu twarze znów stały się transparentne, znów odkryte i możliwe do rozszyfrowania. ― Wino może być, ale tematu poszukam innego... Może też cię zainteresuje ― rzucił porozumiewawczo, niemo rozglądając się za papierosem i pokrótce przygotowując się do krótkiego wykładu o tym, jak całkiem niedaleko, najpewniej gdzieś pod ich nosami, spoczywały mugolskie, legendarne kosztowności ― gotowe tylko do tego, by zostać odnalezionymi, a w konsekwencji przeistoczyć się w pokaźny stos złota, którym mogli się podzielić.
Wchodzisz w to?

ztx2
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#84
Drew Macnair
Śmierciożercy
the only way to get rid of temptation is to yield to it
Wiek
32
Zawód
zaklinacz, namiestnik Suffolk
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
0
40
OPCM
Transmutacja
14
2
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
12
2
Brak karty postaci
08-12-2025, 23:59
Odpowiedź dla Lucinda Macnair
Zadziwiająco wiele w ciągu ostatnich miesięcy rozmawialiśmy o polityce, ale trudno było przejść obok zmian obojętnie, zwłaszcza gdy było się częścią tego naiwnego tworu. Bo właśnie takie zdanie miałem o Ministerstwie i jego strukturach; zbyt demokratycznych, zbyt równych i ukierunkowanych na rzekome wyższe dobro. To właśnie ta rzekoma poczciwość doprowadziła nas do przełomowego – w tym negatywnym wydźwięku – momentu historii, który najpewniej zakończy się rozlewem krwi tudzież kompletnym zatraceniem nie tylko czarodziejskiej tradycji, ale wartości. Angielska potęga oddana w ręce zmanipulowanego kretyna i – co gorsze – szlamy stanowiło niejako zaproszenie do konfliktu, nie tylko wewnętrznego, ale i płynącego zewnątrz, bowiem słabość strony stanowiła ku temu fundament. Ciekaw byłem czy wszyscy ci, którzy poparli jego kandydaturę w ogóle brali to pod uwagę. -Odnoszę wrażenie, że już dawno wspomniany sukces odtrąbił- zerknąłem na Lucindę nie mogąc powstrzymać kpiącego uśmiechu. -Wątpliwe, aby ktokolwiek wyszedł stąd niezadowolony- zamyśliłem się. -No chyba, że Irytek dał mu się we znaki- zaśmiałem się pod nosem czując, że jeśli faktycznie ten podły duch zrobiłby psikusa jakiemuś ważniakowi zza granicy, to pierwszy raz byłbym mu wdzięczny. -Doskonale wiemy, że teraz będą zatruwać prasę najmniejszymi sukcesami, a porażki zrzucać na karb poprzedników, byle tylko przekonywać do siebie opinię publiczną- rozłożyłem bezradnie ręce, po czym upiłem trunku. -A zwłaszcza niezdecydowanych- dodałem kręcąc nieznacznie głową. Byliśmy w niewielkiej, ale wciąż mniejszości i to skutecznie ograniczało nam możliwość działania – niemniej jednak nie zamierzałem pozostawiać tego bez echa. Kropla drążyła skałę.
-A to nie po to chodzi się na takie spędy? Żeby ponarzekać?- wygiąłem wargi w kąśliwym wyrazie, po czym nachyliłem się do jej ucha. -Znam zdecydowanie lepsze sposoby na wykorzystanie tego wieczoru, ale obawiam się, że jest tutaj zbyt dużo ludzi- szepnąłem, by finalnie wyprostować się i przenieść spojrzenie na pełny parkiet. Zwykle nie odmawiałem sobie tańca, choć wolałem poddać się muzyce po nieco większej dawce alkoholu, niżeli przyszło mi wypić do tej pory. -Czyli znów wrócę z umorusanymi butami? Masz wiele talentów, ale- przerwałem starając się zachować niewinny wyraz twarzy. -To nie jest jeden z nich- rzuciłem, rzecz jasna mijając się z prawdą, bo choć jej umiejętności nie były wybitne, to z pewnością dalekie od nędznych.
-Tak?- spytałem będąc ciekaw powodu, choć mogłem się go domyślać. Nigdy nie wypowiadała się ciepło o własnym domu, mimo że postronny obserwator mógł sądzić, iż przecież miała wszystko. Bo dla wielu tym wszystkim był właśnie majątek. Rzecz ulotna i trywialna; pusty symbol, który błyszczał tylko dla tych, którzy nigdy nie zrozumieli, jak mało naprawdę znaczył. -Też wracałem do Londynu tylko latem- wtrąciłem, ale zapewne doskonale o tym wiedziała. Matce było to na rękę, ojciec najpewniej nawet się tym nie interesował – Hogwart był moim domem, zaś nokturnowska dziura jedynie przechodnią noclegownią. Unikałem spędzania tam czasu jak tylko mogłem – brzydząc się każdym fragmentem tego miejsca.
-Zatem opowiedz mi o najsurowszej karze i dlaczego ją dostałaś. No chyba, że nigdy nie wylądowałaś na dywaniku?- uniosłem pytająco brew, po czym ponownie zamoczyłem wargi w ognistej. O swoich mógłbym opowiadać do rana, choć zapewne i tak zabrakłoby czasu. Nie skomentowałem kwestii dyrektora; powodów tego było wiele, a wśród nich jeden – najważniejszy. Niepodlegający dyskusji zwłaszcza w podobnych okolicznościach.
-Najlepsze? To właśnie zapewne te najbardziej ryzykowane- zaśmiałem się pod nosem starając się przypomnieć najciekawsze ze wszystkich. -Zapewne oskarżysz mnie o sentymentalność, ale najlepiej wspominam pierwszy dzień w tych murach, bo w końcu poczułem przynależność, nie tylko dlatego że nie miałem innego wyjścia. Ta wolność, swego rodzaju beztroska i możliwość rozwoju w normlanych warunkach były czymś, o czym wcześniej mogłem jedynie marzyć. Właściwie nawet nie jestem pewien, czy byłem skory do tak nieosiągalnych - na tamten moment – pragnień- odparłem zgodnie z prawdą starając się zobrazować jej moją perspektywę. Pewnie wielu przywołałoby ten sam dzień, ale każdego kierowała inna motywacja – ja naprawdę poczułem wtem, że byłem wart coś więcej i zrozumiałem, że jeśli chciałem coś osiągnąć, to tylko własną pracą – walką i ambicją.
-Najbardziej ryzykowne? Nocne wyprawy do biblioteki, schadzki w pokoju życzeń, metamorfomagiczna zmiana twarzy byle tylko oddać denny i ośmieszający esej pod postacią nielubianego kolegi, wrzucanie pod bijącą wierzbę bagażu osób, do których żywiłem jeszcze mniejszą sympatię. I wiele, wiele więcej- wzruszyłem ramionami nie potrafiąc chyba wybrać tego najzabawniejszego. Bo przecież w całym tym ryzyku chodziło wyłącznie o lepszy nastrój.
-Już?- spytałem przenosząc ponownie spojrzenie na parkiet. Upiłem trunku do dna, po czym dźwignąłem się na nogi i wysunąłem w jej kierunku dłoń. -A zatem zawstydźmy wszystkich- dodałem z lekkim uśmiechem i wspólnie ruszyliśmy w kierunku roztańczonych par.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#85
Henry Teyssier
Zwolennicy Dumbledore’a
there's no man as terrified as the man who stands to lose you
Wiek
22
Zawód
auror, poczatkujący klątwołamacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
16
0
OPCM
Transmutacja
19
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
13
10
Brak karty postaci
13-12-2025, 11:05
Odpowiedź dla Lizzy Evans

Świat wokół przestawał mieć jakiekolwiek znaczenie. Stał się jedynie dekoracją, a sam bal —pretekstem. Na scenie zdawali się pozostawać tylko oni. Zarumieniona, zdjęta zawstydzeniem dziewczyna i on, równie zawstydzony, niepewny — chociaż niepewność zwykł kryć pod szelmowskim uśmiechem, zawadiackim mrugnięciem oka i tym nieustannie powtarzającym się, wydawać by się mogło, że zupełnie machinalnym, a tak naprawdę wypracowanym przez lata gestem, gdy szczupłe palce, mogące uchodzić za palce pianisty, przeczesywały bujne loki. wijące się nieco odważniej niż pozwalały ówczesne standardy. Teraz jednak to nagłe zagubienie, ta destabilizacja, bo serce pchało do jednego, a rozum podsuwał co innego, to wszystko sprawiało, że stracił rezon.
Udało mu się jednak pokonać strach przed pomyłką. Strach, który dotychczas w takich chwilach go po prostu paraliżował.
Było coś paradoksalnego w fakcie, że to właśnie nieskrywana, przyjacielska czułość, bliskość charakterystyczna raczej dla odurzonych uczuciem par, dla nich stanowiła ucieczkę - przed tym brzemiennym w następstwa krokiem, przed kotłującymi się w trzewiach uczuciami, przed tym szczególnym drganiem powietrza zapowiadającym, że już za chwilę, już za moment, c o ś w końcu się wydarzy. W bliskości do tej pory znajdowali absurdalne ukojenie, dotyk przychodzący im z taką naturalnością jedynie pozornie gasił wewnętrzny ogień, stanowił otrzeźwienie zmieszane z wzrastającym w ciele pragnieniem przekroczenia umownej granicy. Te wszystkie sprzeczności kumulowały się w nich od wielu miesięcy. Chwila, w której dojdzie do przełomu, nagłego wybuchu zbliżała się nieuchronnie.
Może właśnie w taki sposób miało dopełnić się ich przeznaczenie. Może kwitnące w ich sercach uczucia miały wzrosnąć na fundamentach mocnej, trwałej przyjaźni, której żadna siła nie byłaby w stanie wyrwać z korzeniami. Może to te czasy, ta niepewna przyszłość, w taki a nie inny sposób splotła nieprzypadkowość ich wzajemnych losów. Ich więź miała być mocna. Miała być na zawsze.
Jej cichy szept konspiracji, gdy w głowie mruczał do siebie słowa przyrzeczenia, którego nigdy nie zamierzał złamać, bo trzymała go za słowo, sprawił, że zadrżał. Musiała wyczuć to drżenie, prąd przeszedł po całym jego ciele. Henry miał wrażenie, że przewędrował także przez jej drobne ciało, które tak zachłannie trzymał w swoich ramionach. aby ponownie powrócić do niego. Przypadek był spełnieniem wszelkich dotychczasowych, najgłębszych pragnień. Pierwszy, delikatny, niezbyt długi pocałunek, a niosący w sobie siłę mającą scementować ich relację - miał nadzieję - na zawsze. Gdy obracał ją wokół własnej osi, jego twarz rozjaśniła się nietłumionym szczęściem, przygryzł lekko wargę w wyrazie rozpierającej go euforii, kącik ust zadrgał lekko, nieco nerwowo, gdy obserwował jej coraz bardziej zaróżowioną twarz, gdy drżący, delikatny uśmiech przeszył go na wskroś, gdy łzy stanęły jej w oczach, bo zrozumiał, że to, o czym do tej pory jedynie marzył nie było tym, co spełniało się jedynie we śnie, ale było zupełnie namacalne. Prawdziwe. Naturalne.
Pozwolił Lizzy zatrzymać się w miejscu. Gdyby było trzeba pozostałby w takim bezruchu już na zawsze. Gdyby tylko oznaczało to, że dziewczyna trwałaby przy nim wiecznie obok, zrobiłby to bez żadnego zawahania. Znowu zadrżał, gdy poczuł na policzkach delikatny dotyk jej drobnych palców, sam wciąż trzymał dłoń przy zaróżowionej skórze. Kciuk przesunął się z ust na kości policzkowe. Odwzajemniał głębie jej spojrzenia, równocześnie przyciągając do siebie pannę Evans jeszcze odrobinę bliżej, wciąż czule, ale mocniej zaciskając drugą dłoń na jej plecach. Zdążył jeszcze przyłożyć czoło do jej czoła, zanim wciągnął jej kolejna słowa, wypowiedziane na głos pragnienie, wprost do płuc. Przymknął oczy, gdy ich usta spotkały się po raz drugi. Delikatne muśnięcie motylich skrzydeł przerodziło się w intensywniejszy taniec. Niemal zachłysnął się tym kalejdoskopem przepływających przez ciało uczuć. Czuł jej miłość, odwzajemniał ją każda komórką swojego jestestwa, gdy ich języki w naturalny sposób splotły się ze sobą, nie potrzebując prowadzenia. Ich usta łączyły się ze sobą nieskrępowanie, nieustannie — były sobie w końcu przeznaczone. Czas wokół zdawał się zwolnic. Henry przesunął obie dłonie na jej szyję, wplótł palce w jej włosy, jeszcze mocniej przyciągając do siebie jej twarz. Nie potrafiłby właściwie opisać tego, co właśnie czuł. Słowa nie były jednak ważne. Liczyła się ta jedna, niepowtarzalna chwila. której wspomnienie - był tego pewien - miało wyryć się w nim na zawsze. - Nawet nie wiesz od jak dawna o tym marzyłem - wyszeptał, odrywając się od niej na krótka chwilę. Roześmiał się radośnie, zaczerwienione usta i wzrastające pod mostkiem i w całym ciele podniecenie, pragnęły więcej. Kiedy całował ją po raz kolejny , kierowało nim czyste uczucie szczęścia.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#86
Odille Ollivander
Czarodzieje
And if you'd never come for me, I might've drowned in the melancholy.
Wiek
26
Zawód
projektantka różdżek, artystka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
13
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
10
Brak karty postaci
14-12-2025, 12:09

Masque du Chuchot Noir

Noszący zdaje się bardziej przekonujący, perswazyjny — partner mimowolnie bardziej ufa jego słowom, nawet jeśli są tylko półprawdziwe.


Muzyka wypełniająca Wielką Salę przypominała rozgrzany karmel, gęsty syrop zalewający zmysły po to, by pozostawić w nich jedno tylko pragnienie - taniec. Kolorowe suknie wirowały w ruchach początkowanych przez mniej lub bardziej wprawionych partnerów, szum rozmów z pogranicza parkietu mieszał się z harmonią smyczków i harf, tworząc aurę, której Odille nie mogła się oprzeć. Przetańczyła już kilka utworów, porwana do nich przez dawnych hogwarckich znajomych oraz dżentelmenów, którym niestraszna była ołowiana chmura nieszczęścia osnuwająca jej postać na arenie małżeńskiej; wielu z nich jej matka będzie zachwalać po powrocie do Chelmsford, jednak Ollivanderówna, poza oczywistym zadowoleniem powziętym z tańca, nie poczuła przy nich żadnego zewu przeznaczenia. Może to dobrze. Oznaczało to, że mieli szansę przeżyć dłużej, niż byłoby im pisane u jej boku, niby przeklętej, w co z wolna sama zaczynała wierzyć.
W antrakcie łagodnych, pozwalających na oddech nut harf i skrzypiec zatrzymała się nieopodal bogatych bukietów róż, sącząc chłodny trunek z kieliszka odebranego z lewitującej między gośćmi tacy. Suche od natchnienia gardło wreszcie przestało dokuczać, więc odłożyła szkło na pobliski stolik, owiewając się chłodnym powietrzem zbudzonym przez ruchy wachlarza zbudowanego z piór tak granatowych, że w przytłumionym świetle mogły wydawać się czarne. Jej suknia była o kilka tonów jaśniejsza, rozkloszowana poniżej kształtnych bioder i przylegająca u góry, z dekoltem eksponującym linię obojczyków i nic więcej. Wierzchnia warstwa kreacji została wyszyta delikatną srebrzystą nicią w taki sposób, iż dopiero na plecach nienachalny wzór nabierał przejrzystości, kojarząc się z korpusem ćmy rozkładającej skrzydła przez całą szerokość materiału. Dla tych, którzy nie zwrócili na to uwagi, mógł być tylko zwykłą abstrakcją.
Kasztanowe włosy upięto w misterny kok na jej wysokości karku, choć przez intensywność tańca drobne kosmyki zdążyły się z niego wysunąć, obrębiając twarz. Trudno, to nic; nie zamierzała wychodzić z Wielkiej Sali tylko po to, by poprawić fryzurę, w ogóle nie chciała z niej wychodzić. Taniec osaczył jej myśli, zatruł je swoją słodyczą, a wzrok mimowolnie błądził po ludzkiej masie, poszukując partnera, na którego po cichu liczyła, a który może wcale nie zamierzał jej odnaleźć.
Gdzie jesteś, Wulfriku?
Nie powinna być zdziwiona, jeśli uniknął dziś Wielkiej Sali, pogrążony w smutku na myśl, że nie zawiruje już ze zmarłą żoną. Millicent wlokła się za nim jak nieprzepędzony duch, sącząc jad żałoby do zmysłów męża, któremu powinna zwrócić wolność chociaż po śmierci. W ostatnim czasie Fawley zdawał się odzyskiwać radość życia, obawiała się jednak, że widok roztańczonych par obudzi w nim dekadencję, a ona już do końca będzie skazana na przyjmowanie - nadal miłych - zaproszeń od kawalerów, którym mogłoby zależeć na dobrych relacjach z Ollivanderami. Westchnęła cicho, powoli składając wachlarz, gdy wzrok zatrzymał się na zbliżającym się do niej dżentelmenie. Poznała go z trudem: pochodził z Macmillanów, wysoki, ubrany w piękny szmaragdowy surdut, ze wzrokiem utkwionym w niej z niezaprzeczalną intencją. Przyjmie go, oczywiście, że tak - orkiestra przecież znów zaczynała grać klasyczną melodię.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#87
Wulfric Fawley
Czarodzieje
Wiek
34
Zawód
pracownik MM
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
15
6
Brak karty postaci
14-12-2025, 17:32
Odpowiedź dla Odille Ollivander

Masque de l’Horloge

partner w naturalny sposób synchronizuje się z noszącym — towarzyszą mu analogiczne emocje oraz myśli.


Nie planował tu być. Nie dzisiaj, nie w ten wieczór. Nie w tym roku. Zajazd Absolwentów budził w nim mrowie ambiwalentnych przeczuć i rodził jeszcze więcej wątpliwości. Nadal okrywał go żałobny całun. Nadal unikał kontaktów towarzyskich. Spotykał się głownie z rodziną i dobrymi przyjaciółmi, a także ludzkimi, z którym prowadził interesy, oraz tymi, którymi połączyła go ścieżka zawodowa. Teraz, krocząc znajomymi Hogwartu, czuł powrotne uczucie żalu - tęsknotę za czasami, które minęły. Z każdym kolejnym krokiem rosła tez obawa, ze spotka na swojej drodze tego, którego unikał odkąd wrócił do Londynu - swojego brata. Dwukrotnie odmówił mu spotkania, chociaż był świadomy, że tak konfirmacja była nieunikniona, że prędzej czy później Richard znajdzie sposób, by się z nim spotkać, choćby nawiedzając go w ministerstwie, gdy zamknie przed nim inne drzwi.
Nie zwracał uwagi na tych, których mijał w drodze do Wielkiej Sali, chociaż raz czy dwa z jego ust padło automatyczne "witaj" lub "dzień dobry", chociaż żadnej twarzy nie poświecił choćby pojedynczej myśli. Był zbyt skupiony celu. Na balu, który trwał za zamkniętymi drzwiami. Na muzyce, którą rozbrzmiewał korytarz. Na perspektywie kolejnego spotkanie z Odille, chociaz była ta myśl, którą próbował, bezskutecznie zdusić, jak wszystkie te emocje, która tłumił od ich ostatniego, przyjemnego spotkania, gdy odnalazł dawno utracony komfort w jej obecności.
Bal już trwał; orkiestra grała kolejne akordy, które zadomowiły przestrzeń. Zerknął w górę, na ugwieżdżone niebo. Czasem żałował, że nie przyłożył się bardziej do astronomii i nie potrafił nazwać żadnej konstelacji - moze pośród migoczących punktów na firmamencie odnalazłby upragniony spokój?
Starał się nie myśleć o tym wszystkim. Szczególnie o żonie. Szczególnie o niej, chociaż jego lewa dłoń mimowolnie sięgnął do palca serdecznego prawej, gdzie nadal widniała ślubna obrączka. Obrócił ją na palcu, zastanawiając się przez chwile, czy nie powinien ją zdjąć.
Ostatecznie jednak, zanim powziąć ten krok, który wydawał mu się wręcz absurdalny wśród tego morza ludzi, w którym czuł się jeszcze bardziej samotnie, sięgnął po kieliszek szampana, rozglądając się z uwagą po otoczeniu. Nie zauważył nawet, kiedy zmaterializowała się przy nim jedna z kuzynek. Wymienił z nią kilka niezobowiązujących słów, zanim ciężar swojego spojrzenia oparł o sylwetkę tej, którą chciał tu ujrzeć. Stała do niego odwrócona bokiem, zajęta rozmową. Przyjrzał się więc jej kreacji - jak zwykle finezyjnej, zdradzającej jej kreatywność. Uśmiechnął się kącikiem ust, nieświadomy radości, jaka zadomowiła się pomiędzy szczeblami żeber. perspektywa kolejnego spotkania wydała mu się nagle mniej odległa niż jeszcze chwile wcześniej, chociaż oddaliła się nieco, gdy dostrzegł kątem oka zbliżającej się ku niej męską sylwetkę. Mimowolnie poczuł ukłucie w klatkę piersiową, impuls, który nakazał mu podejść bliżej i wykraść jej ten konkretny taniec zanim będzie za późny; zanim skonsultuje się z piętrzącymi pod sklepianiem czaszki myślami i uzna, że zamiast z nią tańczyć, powinien zacząć ją unikać.
- Panie Macmillan - zwrócił się do mężczyzny, krzywiąc usta w subtelnym, uprzejmym grymasie uśmiechu, dopiero teraz uzmysławiając sobie, że zachował się jak pies ogrodnika, chociaż ta autorefleksja nie sprawiła, że wycofał się ze swoich zamiarów. – Niezmiernie mi przykro, ale obawiam się, że musi sobie Pan znaleźć inną partnerkę do tego tańca, gdyż panna Ollivander, niespełna godzinę temu, obiecała mi właśnie go. – Nie zadedykował Macmillanowi kolejnego spojrzenia, utkwił je natomiast w stojącej tuż obok kobiecie. - A zatem, panno Ollivander, czy mogę prosić Panią do tańca? - zwrócił się do niej oficjalnie, z lekkim rozbawieniem rozpalonym na krawędzi źrenic, po czym ukłonił się doń lekko, wyciągając ku niej dłoń w zapraszającym geście.
Nie uzgadniali tego wcześniej, miała pełne prawo mu odmówić, powiedzieć, że Macmillan stanowi dla niej lepsze towarzystwa niż długoletni przyjaciel jej brata i roczny, szukając w niej partnerki wdowiec. Na dobrą sprawę nawet nie wiedział, kiedy pozbył się kieliszka, którego ledwie chwile wczesniej trzymał w dłoni.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#88
Odille Ollivander
Czarodzieje
And if you'd never come for me, I might've drowned in the melancholy.
Wiek
26
Zawód
projektantka różdżek, artystka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
13
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
10
Brak karty postaci
14-12-2025, 21:28
Odpowiedź dla Wulfric Fawley

Każdy krok Macmillana czuła sekwencją uderzeń swojego serca. Wiedziała, co za chwilę nastąpi, znała reguły gry, znała fragmenty wymienianej kurtuazji, znała scenariusz rozmów toczonych na parkiecie w akompaniamencie przygrywającej orkiestry, ponieważ każdy taniec przebiegał podobnie. Nie przeszkadzało jej to, w gruncie rzeczy pragnęła po prostu zachłysnąć się ruchem i parkietem, widzieć pod powiekami wypalony kalejdoskop warstw sukien wirujących nad wyłożoną drewnem podłogą, wpisać w pajęczynę żył pęd uniesienia i muzycznej radości; lecz przed tym, jak młodzieniec zdążył wypowiedzieć choćby jedno słowo przez już rozchylone wargi, obok nich zabrzmiał głos, którego nie pomyliłaby z żadnym innym. Był tu. Znalazł ją. Stanął obok, kiedy wokół niej krążył nowy księżyc, powstrzymał go, zmusił rywala do zmarszczenia brwi i rzucenia w kierunku Odille pytającego spojrzenia.
Nie widziała jednak reakcji Macmillana. Tafla chłodnego błękitu odnalazła oblicze Wulfrica, jego oczy wpatrzone w nią, nie w konkurenta, do którego przemówił; oczy intensywne, niemal palące, przeszywające ją igłami ulgi i ekscytacji, pozwalające na oddech, który do tej pory przytrzymywała w piersi, tańcząca na granicy jawy i snu. Wachlarz ptasich piór zamarł w pół swej drogi, wargi Ollivanderówny rozwarły się delikatnie, jak gdyby zamarły na nich zgłoski, których nie umiała wypowiedzieć, jeszcze nie. Była zdumiona, a zarazem wewnętrznie rozgrzana od radości skropionej kwaskowatym niedowierzaniem; bal trwał od dobrej chwili, a teraz, gdy wiedziała, jaką szatę przywdział Wulf, była pewna, że dotychczas nie mignął jej w tłumie. Czyżby dopiero zdecydował się na dołączenie do bawiących się uczestników Zjazdu? A wcześniej? Czy błąkał się po zamku, rozpamiętując wszystkie te chwile, które dzielił z żoną, rozdrapując strupy melancholii? Wracając do wspomnień, do dziesiątek rozmów o adolescencji, do tego, co stracił wraz z jej ostatnim oddechem i uderzeniem serca? Nie powinna czuć złości. Nie powinna czuć zazdrości. Nie powinna pozwalać sobie na żadne z tych małostkowych uczuć, ale to nie znaczyło, że nie umościły się w znajomym gnieździe pośród trzewi i nie spęczniały boleśnie za mostkiem.
Jego oczy oplatały ją jak pajęczyna, w której przepadła bez reszty. Drugi czarodziej chyba coś mówił, nie była pewna, nadal zapatrzona w twarz Wulfrika, człowieka, który nie musiał dziś do niej sięgać, a który mimo wszystko właśnie to zrobił. - Proszę mi wybaczyć, panie Macmillan. Na ten taniec faktycznie zostałam już przyrzeczona - z trudem oderwała spojrzenie od Fawleya, przenosząc je na ciemnowłosego dżentelmena, który skłonił się nisko, przyjmując porażkę, i zasugerował, że w takim razie odnajdzie ją później; skinęła mu głową, po czym znów obróciła się w kierunku Wulfa i bez słowa podała mu dłoń, pozwalając mu poprowadzić się w tłum tańczących par. Wraz z przekroczeniem parkietu na jej twarzy rozkwitła nowa maska, ciemna jak rozgwieżdżona noc, srebrem ornamentów zgrywając się idealnie z kreacją Odille. Nie widziała samej siebie, jednak bez trudu mogła dojrzeć jego przebranie, wykute jak gdyby z mosiądzu zdobienia przywodzące na myśl stare zegary. - Widzę w twojej masce dwie możliwości, panie Fawley - zwróciła się do niego miękko, sunąc wraz z nim przez parkiet. Nie miał w sobie naturalnej gracji tancerza, lecz nie wymagała tego od niego, bo jego przewodnictwo okazało się przyjemnie silne i zdecydowane, mącące w głowie Ollivanderówny jak zapach jego wody kolońskiej, wślizgujący się do zmysłów wraz z oddechem. Rósł w niej, rozgrzewał. - Albo przeznaczone ci jest zniknięcie bez śladu o północy, jak w baśni, którą na pewno opowiadano ci w dzieciństwie - mówiła cicho, na tyle dyskretnie, by słowa nie rozmyły się w obłokach muzyki, a zarazem żeby dosłyszeć je mógł tylko on, - albo odliczałeś ruchy wskazówek zegara, zanim będziesz mógł odebrać ten obiecany ci wcześniej taniec, Wulfriku - oczy błysnęły lisim rozbawieniem spod delikatnego materiału maski. Podszedł do niej z jakiegoś powodu, zaaranżował łączące ich kłamstwo z jakiegoś powodu; jakiego? Sądził, że wybawia ją od opresji? Niepotrzebnie, wszystkie poprzednie zaproszenia nie były niemiłe, po prostu nie nadeszły od tego, na którego czekała. Od niego.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#89
Varya Borgin
Czarodzieje
Wiek
22
Zawód
łowczyni
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
4
OPCM
Transmutacja
5
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
19
13
Brak karty postaci
17-12-2025, 18:52
Odpowiedź dla Freddy Krueger

Dlaczego tu i teraz miałam ochotę tak bardzo schować się, wcisnąć ciało w najbliższy kąt, upewnić się, że nikt więcej na mnie nie patrzy. Wiedziałam dlaczego. Przez cały czas podejmowałam walkę z podobnymi myślami, obiecując sobie tę obcą mi odmianę społecznej dzielności. Przecież miałam suknię inną od wszystkich innych noszonych dotąd strojów: piękną, choć wciąż zdającą się strzec znacznie więcej ciała niż u innych panien. Przecież wiedziałam, że jeśli nie zostaniesz wrzucony na głęboką wodę, to nigdy nie pojmiesz techniki pływackiej Mój ojciec nie bez powodu pozostawiał mnie samą w lesie. Bez tego nigdy nie nauczyłabym się tropić, rozpoznawać śladów, orientować się na ogołoconym z obecności sojuszników terytorium. Spróbować, miałam spróbować. Niezmiennie te melodie chciały mnie angażować, wypychać do przodu spłoszone myśli, a wraz z nimi stopy, dłonie, spojrzenia, które miały być przychylne serdecznym mi ludziom.
Ten chłopak, on wcale nie był napastliwy, wydawał mi się nawet podobnie skołowany, całkiem ostrożny, w jego rucha nie odnalazłam niepokojącej energii. Czy gubił się tak samo jak ja? Płochliwie nieco zbliżaliśmy się do siebie, a ruchy te nijak nie przypomniały mi podchodów znanych z polowań. Coś jednak w nim było takiego, coś, co sprawiło, że owo próbowanie stało się łatwiejsze. Być może zbyt długo przyglądałam się jego opatulonym przez maskę oczom. Im dłużej to trwało, im dłużej nasze dłonie pozostawały połączone, tym śmielsze myśli zaczynały rozgaszczać się w moim umyśle. Chyba szczerze pragnęłam, by mnie nie puszczał. Czy to możliwe? Oferował jednak rodzaj bliskości, który coraz mocniej zaczynał mnie zastanawiać. On też chciał, on też nie potrafił tańczyć.
Dałam się więc zaprowadzić na środek parkietu, w gęstwinie wirujących par, w towarzystwie muzyki i dziwnie podniosłej celebracji. Rzadko bywałam na tak eleganckich uroczystościach. Czy on umiał się w tym odnaleźć? Tak wiele miałam pytań, ale żadne z nich nie miało odwagi wydostać się ze zbyt mocno ściśniętych wciąż ust. Nosiłam ciężar blokad silniejszych, niż sama mogłam przypuszczać.
Poruszyliśmy się. Zerkałam, jak robią to inni, bo to powinno być najlepszą drogą do odnalezienia właściwiej strategii. Starałam się zachęcać swoje ciało, by odtworzyło ruchy, by zakołysało się lekko w tych nieznanych mi ramionach. Dotykał. Taniec oznaczał dotyk. Czułam, jak ciepło wpływa na moją twarz, nieznośne, łaskoczące namolnie, zachęcające oczy, aby wreszcie zgubiły twarz towarzysza. Nie przestałam jednak na niego patrzeć, owo patrzenie miałam przecież fantastycznie wytrenowane. Bardzo. Cokolwiek mówił, odbijało się to głębokim echem w odmętach mych myśli. Zadrżałam, choć przyznanie się do tego było okropnie trudne. Nasz taniec był mu miły. Notowałam każdą obserwację bardzo dokładnie, ucząc się, naśladując, analizując.
– Chyba… powinniśmy stać bliżej –
zauważyłam wreszcie, przegrywając z obecną wciąż dotknięcia mojego partnera w jakiś nowy sposób. Przysunęłam się więc w jego stronę. Objęta jedwabiem dłoń powędrowała zauważalnie po jego ramieniu. Nie zapanowałam nad tym, nie wiedziałam, czy robię to dobrze. Jego zapewnienie dodawało mi odwagi, ale poza tym istniało coś jeszcze, coś niewytłumaczalnego, coś nienormalnego dla mojego tak bardzo analitycznego umysłu. Obca dłoń osadzona na moich plecach przesunęła się, a ja zaskoczyłam samą siebie, gdy ciało wcale nie spróbowało przed tym uciec. – Ja pierwszy raz się tak czuję, pierwszy raz z kimś tańczę. To jest miłe, ty jesteś… dobry. Po prostu… - zaczęłam się plątać, czując, że jeszcze chwila i poddam się ostatecznie. Wzięłam jednak głęboki wdech, a delikatne ozdoby na masce lekko się zatrząsały. – Bardzo mi się podoba nasz taniec – oznajmiłam natchniona jakimś niesamowitym uczuciem. Czy to ta maska? Czy to on? Obawa wtargnęła do toczonej wewnątrz, daleko poza jego świadomością dyskusji. Im dłużej odnajdywaliśmy się we wspólny, coraz mniej koślawym ruchu, tym mocniejsze zaczynałam czuć przyciąganie. Mężczyzna. On stał się pierwszym, który znalazł się tak blisko mnie. Kumulacja silnych emocji zaczynała narastać. A jednak: stresowałam się, wstydziłam się, onieśmielenie walczyło z rosnącą ekscytacją. On ładnie pachniał, on dotykał w niepokojąco miły sposób, on wcale mnie nie osaczał, choć zawsze to wydawało się być największą udręką. – Mogę… się zakręcić, Freddy? – zapytałam, znów mocniej naciskając. Tym razem to były jego palce, pierwszy znak tanecznego rytuału. Kątem oka zdołałam jednak dojrzeć, że inni tak właśnie robili. Czy należało więc to uzgodnić? Nie wiedziałam.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#90
Nylah Black
Czarodzieje
It's only illegal if I get caught.
Wiek
24
Zawód
Śpiewaczka operowa i łamaczka klątw
Genetyka
Czystość krwi
potomkini wili
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
9
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
3
8
Siła
Wyt.
Szybkość
5
9
5
Brak karty postaci
20-12-2025, 17:46

Masque Obsidienne

partner odczuwa lekką niepewność co do intencji noszącego — pojawia się subtelne napięcie lub ciekawość, trudniej przewidzieć reakcje rozmówcy.


Choć naprawdę nie miała ku temu powodów, poczuła lekki stres przekraczając bramy Hogwartu po tylu latach. Nie była tu ani razu od momentu ukończenia szkoły, a patrząc na reakcje innych absolwentów nie była w tym uczuciu odosobniona. Do tego przecież także dochodzili absolwenci Durmstrangu i Beauxbatons, którzy chyba niespecjalnie mieli okazję widzieć Hogwart od środka. Zagadała się przez chwilę z delikatnie zagubioną Francuzką, zanim skierowała się w stronę stołów. Oriona pod ręką nie było - nie była pewna, czy brat w ogóle pojawił się na zlocie absolwentów - nie mogła więc zrobić mu na złość i wyciągnąć go wprost na parkiet. Och zrobiłaby to i to z jaką satysfakcją, ale przynajmniej aktualnie nie miała takiej możliwości. Jej wzrok za to padł na dość dobrze znaną jej personę. Nawet jeśli ich rodziny zrezygnowały ze wspólnych planów Nylah nie uważała, by miała powody do unikania Flinta. Personalnie nawet go lubiła, nawet jeśli ich kontakt się rozluźnił.
- Witamy w Hogwarcie. - zaczepiła mężczyznę z lekkim rozbawieniem słyszalnym w głosie, zakładając za ucho frywolnie wyrywający się z eleganckiej fryzury kosmyk włosów.
Czy próbowała go w jakikolwiek sposób czarować? Oczywiście, że nie. A na pewno nie bardziej, niż każda kobieta próbująca oczarować mężczyznę - w końcu czuła do Leopolda jedynie sympatię. A do tego w końcu sama była zaręczona, musiała się więc zachowywać.
- Jestem całkiem przyjemnie zaskoczona twoim widokiem na zjeździe absolwentów. - błękitne oczy dziewczyny iskrzyły delikatnie, zwłaszcza, gdy zerknęła na parkiet. Pary zaczynały się ustawiać, a orkiestra zaczęła wygrywać pierwsze muzyczne takty.
- Skusisz się? - lekkim ruchem wskazała na parkiet, rozważając, czy już sięgać po kieliszek z napojem, czy najpierw poszaleć chwilę na parkiecie. Nigdy nie ukrywała tego, że lubiła muzykę, a choć na swoją ścieżkę wybrała śpiew, to taniec także był jej dosyć bliski. Widok masek na twarzach był czymś interesującym, zwłaszcza, że nie zauważyła, by ktokolwiek brał je do rąk. Czyżby kolejne twory magiczne?
- Zauważyłeś może, skąd biorą się te maski u tancerzy? - nie była kimś, kto w zaciszu bezpiecznej szkoły nie podjąłby się możliwości zbadania takiej tajemnicy. Rzecz jasna była stuprocentowo pewna, że wszystko jest bezpieczne, a jednak... Jednak chciała choćby uszczknąć sekretu, który krył się za maskami.
I am the voice in the wind and the pouring rain
I am the voice of your hunger and pain
I am the voice
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (12): « Wstecz 1 … 8 9 10 … 12 Dalej
 


Skocz do:

Aktualny czas: 11-01-2026, 10:18 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.