• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Szkocja > Hogsmeade i okolice > Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie > Wielka Sala
Wielka Sala
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
09-10-2025, 17:55
Wielka Sala
Wielka Sala to największe pomieszczenie w całym zamku Hogwart. Jak sama jej nazwa sugeruje - jest naprawdę wielka. Długa na kilkadziesiąt stóp, szeroka na kilkanaście i o bardzo wysoko, łukowato sklepionym suficie, którego zazwyczaj nie widać, bo dzięki czarom uczniowie Hogwartu spoglądając ponad głowy dostrzegają zazwyczaj niebo podobne temu, które widać za oknem. Pod sklepieniem wieczorami unoszą się setki świec, za dnia zaś światło dziennie wpada przez wysokie i wąskie okna. Wielka Sala ma kamienną posadzkę i takież ściany, zawsze wypolerowane i zadbane przez domowe skrzaty pracujące w kuchni. Każdego dnia stoi tu kilka stołów - cztery najdłuższe przeznaczone są wychowankom domów w Hogwarcie. Po drugiej stronie od wejścia zaś, na podwyższeniu, stoi stół nauczycielski, gdzie zasiada grono pedagogiczne. Po środku tego stołu stoi krzesło przywodzące na myśl tron, należące do dyrektora szkoły. Dekoracje Wielkiej Sali zmieniają się w zależności od okoliczności.
Na lewo od stołu nauczycielskiego znajdują się drzwi prowadzące do bocznej komnaty z portretami.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (12): « Wstecz 1 … 9 10 11 12 Dalej
 
Odpowiedz
Odpowiedz
#91
Wulfric Fawley
Czarodzieje
Wiek
34
Zawód
pracownik MM
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
15
6
Brak karty postaci
20-12-2025, 23:14
Odpowiedź dla Odille Ollivander

Obserwował z dystansu kłębiącą się na parkiecie grupę tańczących par. Stali się dla niego nieokreśloną masą barw i dźwięków, ledwie dostrzegalnym tłem dla własnych, natrętnych myśli. Przez dłuższą chwilę nie brał udziału w balu; nie szukał rozrywki, śmiechu ani towarzystwa wśród wirujących sukien i rozbrzmiewającej muzyki. Każdy takt wydawał mu się obcy, jakby należał do innego świata — świata, którego nie potrafił na nowo zamieszkać po tym, jak jego własny rozpadł mu się na kawałki. Myślami wracały nieustannie do minionych lat, do chwil spędzonych z żoną, do słów wypowiadanych szeptem przy kominku, do delikatnego dotyku jej dłoni, do czułości, której, jak mu się wydawało jeszcze niedawno nie zdoła już odnaleźć w żadnym innym spojrzeniu, do straty, która odcisnęła na nim niezmywalne piętno.
Zanim pojawił się w sali balowej, długo krążył po zamku. Przechadzał się pustymi, chłodnymi korytarzami. Wsłuchiwał się w szept wspomnień, próbował wyciszyć emocje, zebrać roztrzaskane myśli, wziąć się w garść, by stanąć pośród tych, którzy nie byli obarczeni ciężarem żałobnego całunu.
Gdy w końcu zdecydował się wejść na parkiet, poczuł, jak serce przyspiesza mu pod żebrami. Jego spojrzenie błądziło po sali, by w końcu odnaleźć tę, której towarzystwa rozpaczliwie szukał, choć do tej chwili sam nie chciał się do tego przyznać. Lecz dopiero wówczas, konfrontując swoje spojrzenie z jej sylwetką, to pojął. Widok jej twarzy, na której gościł niedawno przez niego lepiej poznany grymas uśmiechu, w nim niespodziewaną falę emocji: ulgi, ekscytacji, tęsknoty, a także nieuchronnego bólu, który niósł w sobie jak zbyt ciężki płaszcz.
Nie patrzył na tego, który właśnie próbował nawiązać z Odille rozmowę, jego obecność była dla niego ledwie mglistym zarysem, cieniem, którego nie chciał widzieć u jej boku. Cała jego uwaga skupiła się na niej, na jej oczach, w których chciał egoistycznie dostrzec odbicie własnych emocja. Przystanął pewnie tuż obok, jakby to było należne mu miejsce, jakby był jej osobą towarzyszącą od zawsze, z prawem do czułości i bliskości, choć dobrze wiedział, że nikt nie nadał mu tego prawa, on sam go sobie odmawiał. Zanim się odezwał, wiedział, że wygrał to starcie nie słowem, lecz samą obecnością, pewnością, która przynależała jego postawie. I nie musiał używać zbyt wielu słów, by zmusić młodzieńca do ustąpienia. Co prawda nie była to potyczka, której pragnął, lecz jednocześnie nie chciał pozwolić, aby między nim a kobietą narósł dystans. Samo to, że nie mógł oderwać od niej spojrzenia, musiało wystarczyć. Było zbyt intensywnie, niemal paląco, nachalnie zdradzające jego intencje, ale dzięki niemu niewiele mu umykało.
Zauważył wachlarz ptasich piór, który zamarł w pół drogi, dostrzegł jej rozchylone wargi i zaskoczenie. Czuł, jak jej zdumienie jego obecnością rozlewa się po ich wspólnej przestrzeni; i chyba nie powinien się dziwić jej reakcji, bo bal trwał już od jakiegoś czasu, a on dotąd nie pojawił się w tłumie. Był jak duch, który nagle wyłania się z cienia, jak echo przeszłości, które nie daje o sobie zapomnieć.
Ujmując jej dłoń w swoją, poczuł, jak nienośne napięcie, które jeszcze wcześniej go wypełniało, teraz opada, jak w jego trzewiach budzi się radość. Wiedział, że nie powinien niczego żądać, nie miał prawa wywoływać zazdrości, odganiać od niej absztyfikantów, lecz emocje, jakie w sobie nosił, odgrywały teraz pierwsze, znaczące skrzypce.
Kiedy muzyka potoczyła się po sali, kontakt wzrokowy zamknął ich w ulotnym momencie chwili, która równie dobrze mogła rozciągać się całą wieczność, zakończonego w chwili przekroczenia linii parkietu, gdyż właśnie wtedy ich twarze pokryły maski, ukrywającą pod nimi zastygłe w rysach twarzy emocje. Pozostały tylko oczy. Ich blask.
- A co, jeśli za żadną z tych możliwości, nie zdradza prawdziwości moich intencji, panno Ollivander? - pozwolił sobie na ton żartu, gdy, obejmując ją delikatnie w tali, sunęli po parkiecie. Starał się wczuć w rytm muzyki, lecz na większa uwagę zasługiwał takt jej słów, które, w przestrzeni, jaką wspólnie dzieli, wybrzmiewała wyraźniej i donośnie niż jakakolwiek melodia. – Proszę, wybacz mi to kłamstwo, Odille, ale nagle poczułem potrzebę, by kontynuować to, co zapoczątkowaliśmy w restauracji - potrzebę, aby przegonić od niej adoratora; pokusę, aby towarzyszyć jej na parkiecie; pragnienie, aby znowu usłyszeć jej głos. Wszystko to, co się w nim kłębiło, tłoczyło się w nim jak tlum, który przybył do zamku. I wszystko to sprawdzało się do jednego - potrzebował pretekstu, aby pobyć w jej towarzystwie, bo czuł, że tylko ona mogła przegonić obłoki melacholii, które wypełniły jego myśli
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#92
Lucinda Macnair
Śmierciożercy
Hope for the best, but prepare for the worst.
Wiek
28
Zawód
łamacz klątw i uroków, poszukiwacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
15
1
OPCM
Transmutacja
30
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
21-12-2025, 16:42
Odpowiedź dla Drew Macnair

Niektórzy ludzie przychodzili na świat po to, by rządzić innymi. Pomocne bywały pieniądze, pomocne były wpływy rodziny, ale to najczęściej cechy charakteru determinowały, kim staniesz się w przyszłości i jaką rolę przyjdzie ci odegrać w świecie. Charyzma niektórych aż prosiła się o wykorzystanie w politycznym wyścigu, torując drogę do ciepłych posad na najwyższych szczeblach czarodziejskiej hierarchii. I choć była to historia stara jak świat, nigdy wcześniej nie dotykała jej tak mocno jak teraz.
Jako dziecko nie miała możliwości pojąć, czym właściwie były te wszystkie przepychanki - nie rozumiała, że za zamkniętymi drzwiami grupa czarodziejów wybiera jej przyszłość, decyduje za nią i kreuje świat, którego ostateczny kształt odbije się na losach całej społeczności. Gdy stała się na tyle świadoma, by móc to kalkulować ze spokojem i zrozumieniem, miała już inne sprawy, którym nadawała większą wartość. Może polityka nigdy wcześniej nie była tak skrajna. Może nigdy nie niosła ze sobą tak wielu zagrożeń. A może to kwestia roli, jaką przyszło pełnić Drew i faktu, że ona sama znalazła się teraz bliżej samego serca sprawy. Albo - co wydawało jej się najbardziej prawdopodobne - teraz, jako matka, jako żona, jako kobieta gotowa walczyć o swój dom, miała po prostu więcej do stracenia. I więcej zmartwień, które nie pozwalały jej spać spokojnie. Wzruszyła delikatnie ramionami. - Nie byłabym tego taka pewna - zaczęła z lekkim wahaniem, bo w świecie biurokratycznych i arystokratycznych bzdur potrafiła poruszać się sprawniej od niego. Wiedziała, że podczas takich spotkań nie liczy się prezentowana atmosfera ani szerokie uśmiechy zaproszonych gości. Napięcie było ich nieodzownym elementem - czasem wystarczała pojedyncza iskra, drobne spięcie, by wywołać prawdziwą burzę. Wszystko mogło się wydarzyć. - Wiesz, jak rozmowy toczą się za zamkniętymi drzwiami. - nie dziwiło jej jego niezadowolenie. Sama podzielała te emocje, te myśli. Drew jednak nie był przyzwyczajony do konfrontowania się z porażką - teraz po części właśnie ją dźwigał na swoich barkach. - Czy nie tak właśnie działa polityka? - rzuciła retorycznie, bo znała odpowiedź. Rozliczanie poprzedników było wpisane w ten zawód, w tę rolę. Nieodłączne jak cień.
- Jeśli tak właśnie chcesz spędzić ten wieczór - na narzekaniu - to może powinnam poszukać sobie innego towarzystwa - mruknęła, choć w jej głosie pobrzmiewało wyraźne rozbawienie. Wiedział doskonale, że to tylko zaczepka, pozbawiona jakiegokolwiek związku z prawdą. Kolejne słowa męża przyjęła z delikatnym uśmiechem. - Zatrzymaj tę myśl na później - odparła, bo choć zwykle ceniła wspólnie spędzany czas w murach ich domostwa, brakowało jej także takich chwil jak ta. Może takich, w których dźwięki muzyki rozluźniały napięcie w jej ramionach, a może po prostu obecności innych ludzi. Nie chciała zamykać się na świat tylko dlatego, że ostatni czas przyniósł jej zbyt wiele trudnych doświadczeń i że jej poglądy zmieniły się niemal nie do poznania. Choć nie narzekała na rodzinne koligacje ani na odosobnienie Przeklętej Warowni - miejsca, w którym czuła się bezpieczna, odcięta od trosk - wiedziała, że ten rodzaj normalności również był jej potrzebny. Wartościowy. Chciała wrócić do swojego życia, nie tylko tego chronionego grubymi murami.
Prychnęła, przewracając oczami. - Jeśli kiedykolwiek cię podeptałam, to w pełni świadomie - odparła, unosząc brew w pytającym geście. - Zapominasz, że wiele podobnych do tej imprez mam już za sobą. - może nie nazwałaby wyuczonych kroków talentem, ale gdy tańczyła z pasją, to faktycznie, nie zaprzątała sobie głowy tym, gdzie stawia stopy. Bzdurne zaczepki, które mogłaby zignorować, ale nigdy tego nie robiła. I on doskonale o tym wiedział.
Nostalgia powracająca do wspomnień z czasów, gdy Hogwart był domem - nie tylko jej, ale i jego - nie zdarzała się zbyt często. Może to właśnie te mury miały w sobie coś, co sprzyjało takim powrotom. W gruncie rzeczy powinni znać się ze szkolnych korytarzy, mijać na schodach, zapamiętać twarze z Wielkiej Sali - ale być może nawet lepiej, że się z tamtych lat nie pamiętali. Teraz potrafiła zrozumieć jego pobudki, pojąć, skąd brała się jego impulsywność i dlaczego czasem wygrywała z rozsądkiem. Nie była jednak pewna, czy wtedy - jako młoda dziewczyna - umiałaby spojrzeć na to z podobną dojrzałością. Zamyśliła się nad jego pytaniem, a gdy w końcu znalazła odpowiedź, na jej twarzy pojawił się uśmiech. - Nie wiem, czy była najsurowsza - zaczęła, maczając usta w trunku. - Ale nie byłabym sobą, gdybym nie łamała nocnych zakazów poruszania się po zamku. Raz próbowałam przedrzeć się niezauważona do biblioteki. Przyłapał mnie Vincent - był wtedy prefektem. Za karę kazał mi szorować podłogę. Nienawidziłam go za to. - co prawda to właśnie to zdarzenie, zupełnie nieoczekiwanie, zbliżyło ich do siebie i zapoczątkowało przyjaźń, ale wtedy - gdy klęczała na zimnych kamieniach, szorując brudną podłogę jeszcze brudniejszą wodą i równie brudną ścierą - miała ochotę złamać kolejny zakaz. Tym razem już nie wychodzenia po nocy, lecz użycia różdżki.
Wsłuchała się w jego wspomnienia i bez trudu odnalazła w nich własne. Myśl o pierwszym dniu w Hogwarcie była czymś, co łączyło niemal wszystkich - przekroczenie wielkich drzwi, ciężkiego, drewnianego progu, który raz na zawsze zmieniał bieg życia. Dawał przynależność, ale też obietnicę nowego początku; poczucie, że gdzieś tam istnieje miejsce, do którego się należy. - Z kim najbardziej się przyjaźniłeś? - zapytała, może z czystej ciekawości, a może próbując umiejscowić go w tej dawnej rzeczywistości, wpleść w korytarze i wspomnienia, które sama znała aż za dobrze. - Schadzki? - powtórzyła po nim, a uśmiech mimowolnie wkradł się na jej usta. - Byłeś łamaczem serc czy miałeś jakąś… stałą dziewczynę? - nie zdziwiło jej, że to właśnie ryzykowne epizody wymieniał najchętniej, rzucając je w ogólnikach, jakby były jedynie tłem dla reszty historii. Tak samo nie zdziwiłoby jej, gdyby mogli rozmawiać o dawnych czasach aż do świtu. Nie widziała w tym żadnych przeciwwskazań - nostalgia udzielała jej się coraz bardziej, teraz, gdy znaleźli się już na parkiecie.
Maska uformowała się na jej twarzy równie naturalnie jak na jego, a dłoń spoczęła bezpiecznie na jego ramieniu. Dała się ponieść muzyce, prowadząc ciało w wyuczonych krokach, które wracały do niej bez wysiłku. - Jeszcze czyste pantofelki - rzuciła z zadziornym uśmiechem.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#93
Odille Ollivander
Czarodzieje
And if you'd never come for me, I might've drowned in the melancholy.
Wiek
26
Zawód
projektantka różdżek, artystka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
13
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
10
Brak karty postaci
22-12-2025, 19:05
Odpowiedź dla Wulfric Fawley

Za radość, która odzywała się w jej myślach, nie odpowiadała magia maski Wulfrika. To uczucie należało tylko do niej, wynikało z lat zauroczenia, które na kwietniowej przestrzeni nabierało tempa, krystalizując się na krańcach zmysłów coraz bardziej osiągalnymi pragnieniami. Ich kontakt zmienił się bowiem. Od chwili, kiedy Fawley zobaczył ją w swoim gabinecie, a w jego oczach zajaśniały zdumienie i głód, zaczynała żywić coraz śmielszą nadzieję, że nowy zwrot akcji nie musi prowadzić do ślepej uliczki, zamurowanej cegłami klątwy i żałoby. Co z tego wyniknie - nie wiedziała, niech jednak wyniknie cokolwiek. Niech jego zainteresowanie nie stygnie zbyt szybko, niech jego uwaga nadal budzi w jej żołądku trzepot motylich skrzydeł. Zaś to, że Wulfric odnalazł ją w tłumie, stając w metaforyczne szranki ze zmierzającym ku niej Macmillanem, dowodziło, że nie miał dość; rozsmakował się w cieple, które zaczęło rozpuszczać lód i szron z jego żył, szukał ciągu dalszego, polegał na niej, by prowokowała jego śmiech i igrała z nim wachlarzem zaczepności; mógł dziś podejść do każdej kobiety oczekującej na zaproszenie do tańca na granicy parkietu, ale skierował kroki do niej, wyniósł ją ponad tłum, konkretną i wybraną. Skłamałaby, mówiąc, że to nie rozgrzewało jej serca.
- Teraz mnie zaciekawiłeś - stwierdziła z nutą rozbawienia, błękitne oczy rozmigotały się pod materiałem czarno-srebrnej maski okalającej twarz. Gładko mknęli po drewnianej posadzce, podążała za prowadzeniem czarodzieja, ciesząc się każdą sekundą dotyku ich splecionych dłoni. Mogłaby do tego przywyknąć. Mogłaby splatać z nim palce codziennie, a zarazem nie mogłaby wyjść za niego za mąż, więc jaki był w tym sens? Gdyby poprosił ją o rękę, a ona się zgodziła, macki klątwy owinęłyby się wokół niego i wydusiły z niego wszelkie oznaki życia. Sprowadziłaby na niego ból i w końcu też śmierć, a gdyby musiała złożyć go w objęcia ziemi, jej serce roztrzaskałoby się do reszty. - Zatem jakie przyświecają ci intencje? - podjęła, ani myśląc odpuścić. Znali się od dawna, a jednak pozostawali dla siebie wciąż nieodkrytym lądem, podczas każdego spotkania, przy którym nie towarzyszył Romulus, poznawała inną stronę Wulfrika, dowiadywała się o nim rzeczy, które wcześniej rezerwował dla innych osób, niż sprawiających wrażenie dzieci młodszych sióstr jego przyjaciół.
Jak to dobrze, że nie zdezerterowała tamtego dnia i mimo nieprzyjemnego napięcia kłębiącego się w żołądku zdobyła się na odwagę, by go odwiedzić. Gdyby do tego nie doszło, już na zawsze poznawałaby go tylko we śnie, w tych rzadkich momentach, kiedy koszmarne nocne wizje przeplatały się z czymś przyjemniejszym, zapewniającym więcej wypoczynku. Powoli redukowała mikstury pozyskane na wyraźne polecenie doktor Sanderson, jednak nie mogła odstawić ich zbyt szybko, żeby nie narazić się na skutki uboczne - wobec czego przez większość czasu odpoczywała bez snów, lecz nie zawsze. Może to też był sen. Szczęśliwsza jego odmiana, niemal zbyt wyidealizowana, by być jawą, skoro Fawley dosłownie przeszkodził innemu mężczyźnie w poproszeniu jej do tańca, a takie sytuacje zwykle nie miewały miejsca, nie ze strony kogoś, do kogo wzdychało się przez lata.
- Nie mnie powinieneś za nie przepraszać, a tamtego nieszczęśnika. Musiałeś puścić jego kalkulacje z dymem - orzekła bez prawdziwej przygany, nieco teatralnie. Zapewne oboje wiedzieli, że ktoś pokroju Macmillana mógł zainteresować się owianą niezbyt dobrą sławą starą panną wyłącznie przez pryzmat korzyści zawiązania sojuszu z Ollivanderami, nie dlatego, że przypadła mu do gustu i chciał przekuć zauroczenie w czyny. Wobec tego Wulfric wybawił ją od konieczności prowadzenia któryś raz tej samej rozmowy, a jego dłoń na jej talii skutecznie odciągała uwagę od myśli o jego błękitnokrwistym konkurencie. - Poza tym co dokładnie miałabym ci wybaczyć? To, że upomniałeś się o taniec, który sama ci obiecałam? To było chyba zaraz po Gumochłonku, prawda? - westchnęła miękko, przędząc nić wspólnego kłamstwa. Nie musieli tego robić, nikt nie rozliczyłby ich z faktycznego stanu rzeczy, ale było coś upojnie satysfakcjonującego w konspiracji, w której uczestniczyli tylko oni. - Jak znajdujesz tegoroczny zjazd? - spytała, choć tak naprawdę chciała zapytać, czy podobała się mu jej sukienka, czy przypadła mu do gustu jej fryzura, czy cieszył się, że ją widzi, czemu kazał jej czekać tak długo i czy przyprowadził ze sobą cień Millicent.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#94
Antonia Borgin
Śmierciożercy
I can resist everything except temptation
Wiek
28
Zawód
zaklinacz, pracuje w Ministerstwie Magii
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
14
OPCM
Transmutacja
6
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
11
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
8
Brak karty postaci
22-12-2025, 21:42
Odpowiedź dla Cassius Avery

Nie łaknęła uwagi - to ona spływała na nią sama, ciężka i nieproszona. Nie raz i nie dwa, uparcie przypominając, że z ostrożnością należało myśleć nie tylko o tym, czego się pragnie, ale też o tym, co potrafi przyjść bez zaproszenia. Życie nauczyło ją zdobywać. Zasługiwać. Na miejsce, którego nikt nie oddaje za darmo, na wiedzę dostępną wyłącznie tym, którzy potrafią czekać, na szacunek, pozycję, pieniądze i władzę. Tak samo jak na uwagę. Na bliskość. Na ciepło. Na wszystko, co inni nazywali uczuciami.
Miłości nie doświadczyła nigdy. Nie znała jej smaku, nie potrafiła go nazwać - i nigdy nie uznała tego za brak. Znała za to ludzi, którzy bez skrępowania próbowali oblewać ją własnymi wyobrażeniami tego stanu, jakby mogli ją nim przekonać albo oswoić. Nie tęskniła za nim. Nie szukała go. Nie miała potrzeby się do niego zbliżać. Skoro nie wiedziała, jak smakuje, nie widziała powodu, by za nim gonić. Ani miejsca, do którego miałaby przed nim uciekać.
Może dlatego nie była jak te kobiety zapatrzone w mężczyznę do granic śmieszności. Marzące, podporządkowane, gotowe zniknąć w cudzym cieniu. Relacje porządkowała inaczej - na te, które dawały jej przyjemność i kontrolowaną bliskość, oraz na te, które niosły ze sobą konkretny zysk. Czasem te kategorie nachodziły na siebie, przenikały się, ale nigdy nie prowadziły do oddania czegokolwiek bez gwarancji zwrotu.
Nigdy nie była zakochana. Nigdy nie traciła dla kogoś głowy. Nie znała motyli w brzuchu, o których kobiety mówiły z rozbrajającą łatwością, jakby były naturalnym stanem istnienia. To nie znaczyło jednak, że była obojętna. Bywała zaborcza. Bywała zazdrosna. Ludziom nadawała przynależność, znaczenie, miejsce. Uznawała ich za swoich. Z jej ust padały słowa „mój” i „moja” - wypowiadane bez ciepła, ale z pełną świadomością konsekwencji.
Nie potrzebowała wiedzieć, czym jest miłość, by doskonale rozumieć chciwość. Być może właśnie w tym tkwiło jej szaleństwo.
I taka właśnie zdawała się być ich relacja. Przesiąknięta szaleństwem i chciwością. Ciężka od marazmu - nigdy od prawdziwego uczucia. W chwilach, gdy zostawali sami, gdy zamykała drzwi sypialni i odcinała świat na zewnątrz, gdy prześcieradło opatulało ich ciała, wtedy należał do niej. Wtedy mogła bez wahania przypisać mu przynależność, pozwolić sobie na zaborczość, na zazdrość, na wszystko to, co poza tymi ścianami trzymała na krótkiej smyczy.
Ale gdy drzwi się otwierały, a prześcieradło opadało bezwładnie na łóżko, wszystko wracało do swojego niezmąconego rytmu. Do chłodnej równowagi. Do oczekiwania na kolejny początek, który nigdy nie miał być ciągiem dalszym. Wiedziała, że nie chodziło o tajemnicę - tę, którą oboje narzucili na relację jak woalkę żałoby - ani o miejsce. Teraz potrafiła to nazwać. Chodziło o granice.
Bo nauczyła się zdobywać. I nauczyła się zasługiwać. Na tyle, by nigdy nie pomylić jednego z drugim.
Jej dłoń spoczęła na jego ramieniu ostrożnie, z wahaniem, które uwierało ją bardziej niż zwykle. Inaczej. Zawsze była zdystansowana, zahamowana, przyzwyczajona do kontroli - dziś jednak smak, który osiadał na jej języku, był obcy. Narzucony. - Oby nie za długo - odezwała się cicho, a gdy jego dłoń zacisnęła się mocniej w talii, uniosła kącik ust w wyuczonym uśmiechu. - Kiedy chcę, potrafię mieć bardzo kiepską pamięć. - kłamstwo miało znajomy posmak. Pamiętała wszystko - winy i zasługi, swoje i cudze. Nic nie znikało naprawdę. Choć w jego głosie brzmiała swoboda, może nawet rozbawienie, ona była gotowa zapłacić cenę tego aktu… miłosierdzia.
Na wspomnienie tłumu jej wzrok chciał uciec w kierunku tych wszystkich ludzi, ale skutecznie się powstrzymała, nie odrywając spojrzenia od jego twarz. - Mogłabym zapytać, czy obchodzi cię to, co za chwilę powiedzą - urwała na moment - ale oboje znamy odpowiedź. - jej palce mocniej zacisnęły się na materiale jego marynarki, może dla podbudzenia wyobraźni gapiów, a może dla własnego komfortu. - Może za to ja powinnam się martwić atakiem ze strony innych, drogich ci kobiet? – doskonale wiedział, że to nie było zmartwienie, które choć przez chwilę zajęłoby jej myśli. Bo w tej pewności siebie, w arogancji odbierającej czasem zdrowy rozsądek wiedziała, że niewiele z nich tak naprawdę może jej zaszkodzić, ją skrzywdzić, wpłynąć jakkolwiek na jej samopoczucie. - A może właśnie tak wyobrażasz sobie nasz czas od teraz - dodała wolno - pośród cudzych oczu?
Uspokajający dotyk wbrew oczekiwaniom nie zadziałał uspokajająco, bo choć wszystko zdawało się być takie jak zawsze, to jednak to wycofanie nie należało do niej. Nie było częścią jej kontroli. Grała jednak swoją rolę, choć chyba nie do końca wiedziała, z jakim skutkiem. - Uważam - przyznała, gdy kolejne takty muzyki prowadziły ich przez parkiet. - Choć nie przez wystrój. Zwiedziłeś Hogwart? Doświadczyłeś czegoś… naprawdę wartego wspomnienia?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#95
Leopold Flint
Śmierciożercy
Wiek
23
Zawód
dżokej - wyścigi na granianach
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
18
20
15
Brak karty postaci
27-12-2025, 22:05
Odpowiedź dla Nylah Black

Zaglądając do Wielkiej Sali, nosi w sobie nadzieję, licząc na łaskę przypadkowego tłumu i zajętych rozmowami absolwentów, że przemknie niezauważony, jednak owe nadzieje zostają rozwiane szybciej, niż zdążyłby sięgnąć wzrokiem ku najbliższym stołom. Dźwięczne witamy w Hogwarcie rozbrzmiewa w przestrzeni i mimowolnie przyciąga jego spojrzenie, którym odnajduje Nylah Black. Swoją niedoszłą narzeczoną.
- Gdybym wiedział, że czeka mnie tu taki czuły komitet powitalny, zajrzałbym tu wcześnie – rzuca w ramach powitania, na moment zapominając, że w takim miejscu je te, nie powinien rozstawać się z kurtuazją. – Dobrze wiedzieć, że złe wrażenie to nie jedyne, jakie po sobie pozostawiam – uśmiechem odpowiada na uśmiech; aura, jaka ją otacza, kiedyś robiła na nim większe wrażenie, lecz, gdy zgłębił podstawy oklumencji i obdarzył uczuciem kogoś, kto nosi w sobie wili pierwiastek, stał się na nią nieco bardziej odporny. Z czasem nauczył się rozpoznawać subtelne niuanse w sposobie, w jaki przyciągała uwagę otoczenia – ten delikatny błysk w oczach, lekko uniesione brwi, spojrzenie, które zdawało się przenikać na wskroś i jednocześnie skrywać własne myśli pod woalem tajemnicy. Teraz już nie pozwoli, by magia jej obecności miała nad nim jakiekolwiek władanie.
– Skąd to zaskoczenie? Sądziłaś, że tu nie zajrzę? - rzuca pół żartem, pół serio, pozwalając, by w jego słowach wybrzmiała nuta lekceważenia, jednak w oczach czai się cień autentycznej ciekawości. – Ciekawość skutecznie mnie do tego namówiła.
Gdy kobiece spojrzenie ucieka w stronę parkietu, bezbłędnie odczytuje jej intencje, jakby niemal słyszał szept jej myśli. Już chce zaproponować taniec, wyciągnąć ku niej dłoń i poprowadzić w rytm melodyjnych dźwięków, lecz ona, w pędzie własnych myśli, jest o krok przed nim. Zanim decyduje się odezwać, już przesuwa się z gracją w kierunku parkietu, sygnalizując mu swoje zamiary.
Lekkie rozbawienie unosi ku górze kąciki ust Leopolda i włamuje się także do spojrzenia.
- Jak zwykle niereformowalna - może za tą niefrasobliwość odpowiada gen wili, jaki otrzymała w genetycznym spadku po babce? Tajemnica, którą niegdyś chciał rozwikłać, dzisiaj, odkąd ich drogi się rozeszły i widują się tylko okazjonalnie, podczas wystawnych przyjęć, nie zabiera mu już snu z powiek. - Oczywiście, że się skuszę.
Chwilę później prowadzi ją na parkiet i dołączają do tańczących. Maska, jaka zakryła kobiece rysy twarzy, przykuwa uwagę Leopolda tylko na chwilę. Delikatnie ujmuje jej dłoń, drugą rękę opiera ostrożnie na jej talii. Stawiają pierwsze kroki: ona pozwala się prowadzić, on szuka odpowiedniego tempa, wyczuwając puls muzyki i subtelne drgania jej ciała. Suknia kobiety lekko szura po parkiecie, podążając za zwiewnym krokiem. Maska, choć skrywa jego twarz, nie ukrywa uśmiechu, który maluje się w kącikach ust, ale pojawia si też nie wiadomo skąd, niewytłumaczalne napięcie, przez które chwilowo głos zamiera mu w krtani.
- Nie – wyrzuca w końcu z gardła - ale czy to ważne?
M a g i a. Słowo, które w ich świecie tłumaczyło prawie wszystko. Leopold nie potrzebuje znać odpowiedzi na frapującą kobiecy umysł kwestie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#96
Wulfric Fawley
Czarodzieje
Wiek
34
Zawód
pracownik MM
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
15
6
Brak karty postaci
28-12-2025, 15:41
Odpowiedź dla Odille Ollivander

W tłumie ludzi, otoczony dźwiękami, odnalazł ją bez trudu, instynktownie, jakby jego zmysły dostroiły się do jej obecności. Od tamtej chwili w gabinecie, kiedy spojrzeli sobie w oczy i zobaczył w niej coś więcej niż tylko siostrę swojego najlepszego przyjaciela, coś się zmieniło. Zaskoczenie mieszało się z głodem poznania, z pragnieniem, które rodziło się powoli, wynurzała się z mgły wątpliwości, nabierając ostrości. Stając naprzeciw Macmillana, czuł, jak coś się w nim przebudza— chociaż poznał smak rywalizacji, bo od wielu lat konkurował z własnym bratem, ciche współzawodnictwo o kobietę było mu niemal obce, ale dla tej iskry, która zapłonęła w jego trzewiach, gotów był podjąć tą rzuconą przez los rękawic. Prowadząc ją na parkiet, uzmysłowił sobie to, co dotychczas chowało się za parawanem niezrozumienia. Polegał na niej, na jej zaczepności, na sposobie, w jaki potrafiła wybić go z rutyny i podsycić ciekawość. Teraz, gdy czuł ciepło jej ciała i zapach jej perfum, każde jej spojrzenie, gest, a nawet słowa przybierały niemal fizyczną formę, jakby mogła rozproszyć chłód, którym tak długo po śmierci żony się otaczał. Miał wrażenie, że mógłby podejść do każdej kobiety na parkiecie i zaprosić ją do walca, a jednak to ona sprawiła, że pragnął czegoś więcej niż tańca, który skończy się za kilka chwil, kiedy melodia dobiegnie końca.
Nie od razu dał upust jej ciekawości, jaka zjawiła się wraz z jej pytaniem. Zamiast tego poprowadził ich taniec płynnie przez salę, czyniąc z muzyki sprzymierzeńca swojego tymczasowego milczenia. Intencje… Słowo, które odbijało się echem od ścian jego czaszki, powracało z uporem szczególnie wtedy, gdy bliskość jej spojrzenia zdawała się przebijać przez kruchą powłokę jego opanowania. Powinien wyznać jej prawdę? Przyznać do marzenia o bliskości, której nie miał prawa żądać?
Wiedział, że przywiązanie do niej to igranie z losem – nie z powodu klątwy, która rzekomo nad nią ciążyła i której perspektywa czaiła się na krawędzi jej źrenic jak cień na skraju światła, a z powodu długoletniej przyjaźni z jej bratem i wciąż żywej pamięci o żonie. Pamięć o Millicent, jej śmiechu i ciepłych dłoniach, była zawsze gdzieś w tle, wplątana w każdy gest i westchnienie. Czasem wydawało mu się, że ślady dawnych wspomnień splatają się z teraźniejszością, jakby cienka nić przeszłości wciąż oplatała jego serce. Próbował zgasić te obrazy, lecz przychodziły nieproszone – migotliwe światła balu przywoływały głosy dawno minionych wieczorów, a muzyka, którą czynił sobie tarczą, stawała się nagle wspomnieniem tamtej pokoju, gdzie Millicent nuciła pod nosem ulubioną melodię. Zdawało mu się, że nawet gdyby chciał zerwać pęta przeszłości, nie potrafiłby. Był zbyt mocno związany jej losem, z tym, co ją spotkało i to, co nie powinno się wydarzyć.
Nadal się wahając, nie odnajdując właściwych słów, spojrzał na Odille. W jej obecności wszystko wydawało się możliwe, tylko ślady dawnych zobowiązań trzymały go w ryzach, każąc mu serwować półprawdy zamiast wyznań, chociaż jej oczy zachęcały do szczerości.
- Po namyśle nie wiem, czy intencje to właściwie słowo - wydobył w końcu z korytarza krtani pierwsze słowa, wypowiadając je ostrożnie, jakby ważył ich ciężar na języku. –Znajdę się bliżej prawdy, gdy powiem, że kierował mną kaprys. Zwyczajnie chciałem wykraść ci kilka minut z tego wieczoru.
Kiedy wędrował po korytarzach zamku, nie decydując się na żadne towarzystwo, pozwolił, by porwała go otchłań wspomnień. Zanurzając się w ich odmętach, zerkał do pomieszczeń, które wiązały go z przeszłością. Biblioteka, pokój wspólny Krukonów, a nawet Izba Pamięć. Tam,wśród wyblakłych przez czas zdjęć, zetknął spojrzenie z fotografią, na której była ona - Odille. I zapragnął jej towarzystwa. Potrzebował obecności, która potrafiłaby rozjaśnić mroki jego myśli, wytrącić go z melancholii i przywrócić do rzeczywistości. Może to nie była intencja — może faktycznie był to tylko kaprys, nieprzewidywalny impuls, który popchnął go w stronę drzwi, za którymi mogł ją odnaleźć.
Przyjął jej słowa- taktykę, jaką zdecydowała się obrać - z delikatnym, czającym się także na talerzu spojrzenia rozbawienia. Nie czuł jednak ani wyrzutów sumienia, ani potrzeby przepraszania za swoje działania. Przeciwnie, chociaż jego pobudki wynikały z czystego egoizmu, niczego nie żałował.
- Więc tak chcesz to rozegrać? - zapytał przed pierwszym obrotem, nie kryjąc rozbawienia; z ich dwójki to ona sunęła płynnie po parkiecie, on każdy krok stawiał twardo, jakby bał się utraty równowagi. I trochę właśnie tego bał, bo zapytana o tegoroczny zjazd, pojął, że w tym momencie nie interesował go sam zjazd, lecz jej obecność, jej sukienka, sposób, w jaki ułożyła włosy i lekki uśmiech, jak okalał jej usta. Miał wrażenie, że to ona była prawdziwym powodem, dla którego w ogóle pojawił się w zamku tego wieczoru; wszystkie inne nagle zbledły, gdy skonfrontowały się z jej obecnością.
Po tym burzliwym zaprzysiężeniu nowego ministra, jest spokojniej niż podejrzewałem, że będzie, polityczny aspekt chciał zakraść się w jego usta, lecz w porę ugryzł się w język. Nie sądził bowiem, że pannie Ollivander przypadnie ten temat do gustu.
- Jest przyjemnie, ale podejrzewam, że to zasługa towarzystwa - po tych słowach, jego palce mocniej, z pewną dozą zaborczości, która nie powinna ujrzeć tego wieczoru, zaakcentowały swoją obecność na jej tali. Pierwszy raz od dawna, zerkając jej prosto w oczy, nie miał wrażenie, że podąza za nim duch zmarłej żony. - Tobie się podoba? - Co dokładnie? Zjazd? Ten taniec? Ta bliskość? Nie sprecyzował. Nie musiał.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#97
Rodric Carrow
Śmierciożercy
Wiek
28
Zawód
Służby Administracyjne Wizengamotu
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
10
17
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
3
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
3
Brak karty postaci
28-12-2025, 16:31

Masque de l’Écaille du Dragon

Partner odczuwa ekscytację i napięcie wokół noszącego, co może pobudzić fascynację erotyczną i niekontrolowaną bezpośredniość ruchów czy propozycji.


Bal Absolwentów to ostatnie miejsce w którym spodziewałem się być, ale również jest to ostateczna szansa na pokazanie Cassianowi Carrow oraz ojcu, że jestem w pełni sił zdolny do samotnego sterowania swoim życiem i odnalezieniem swojej narzeczonej bez ich pomocy. Pech chciał, że dziś mają nade mną przewagę, a ja nie jestem jeszcze w stanie się im postawić, czy zakwestionować ich zdanie. Zresztą, jak wie każdy Carrow, Cassianowi się raczej nie odmawia. Ja też nie mam natury buntownika, głównie dlatego, że nie wiem co musiałoby się wydarzyć, bym nie podzielał ich zdania na wiele tematów. Pomysł z ożenkiem w gruncie rzeczy nie jest też taki zły. Jedyne co, to jednak mam jakąś ambicję, żeby znaleźć sobie narzeczoną samodzielnie. Mam już niewiele czasu, bo zgodnie z umową miałem im przedstawić propozycję do 1 maja (czyli do jutra), a jeżeli mi się nie uda, to wcześniej wspominani wskażą mi tą, z którą przyjdzie mi spędzić resztę dni.
Nim wybije dwunasta, jest jeszcze dla mnie szansa a ja niczym książę z bajki, wkraczam do Wielkiej Sali, na kilka godzin przed północą. Na parkiecie wirują już pary, niektóre robią odważniejsze figury, na inne po prostu miło popatrzeć. Nie zatrzymuję się ani na chwilę, przed decyzją że muszę znaleźć się pośród nich. Mijając miejsce z maskami, sięgam po jedną, która oplotła moje oczy ciemnym, niemal czarnym materiałem, z wyraźnymi, grubszymi łuskami przypominającymi zbroję. Przywdzianie maski ma o tyle zbawienny efekt, że skupia moje spojrzenie na samotnych damach. Widzę, jak stoją pomiędzy lawirującymi w takt muzyki, jak ukradkiem spoglądają z nadzieją w stronę nowych, wchodzących do pomieszczenia kawalerów. Niektóre najpewniej czekają na osoby bliższe ich sercu, chociaż na pewno są i takie, które po prostu chciałyby dać porwać się nieznajomemu. Niektóre pewnie marzą o reunion ze znajomymi z czasów szkolnych. Na pierwszy rzut oka nie widzę jednak żadnej znajomej z rocznika damy, chociaż zdaje mi się, że gdzieś miga mi Lucinda. Ona jednak nie jest w o l n a, więc dziś mnie nie interesuje. Dziewczyny, które są dostępne póki nie mają masek na oczach, co pomaga, bo dość łatwo odsiać mi ziarno od plew, i odrzucić te, które mają na czole napisane, że nie są kandydatkami, które byłyby godne ze mną tańczyć teraz czy przez resztę życia. Po niektórych twarzach widać, że pochodzą z mieszanych rodzin, na prawdę. Może powinienem moją tezę przedstawić na spotkaniu Śmierciożerców, ale uważam, że każda kobieta, która ma blond włosy i ponad metr siedemdziesiąt ma w sobie coś z mugola. Również te, które mają krzywe zęby i widoczną skłonność do reumatyzmu w stopach - te na pewno mają krew mugolską. Moje poszukiwania nie są długie, bo wbrew pozorów nie jestem wybredny, zresztą, nie mogę być. Długa wskazówka zaczęła właśnie zataczać kolejne koło. Staję przed Violet Macnair, wyciągam rękę i kłaniam się, zapraszając ją do tańca.
Gdzieś za plecami tańczą moje wspomnienia. Gdzieś za plecami czeka jeszcze kilka samotnych panien, może jeżeli znów mi nie wyjdzie, to ruszę na podbój ich rąk. Póki co skupiam się na tej - pierwszej z brzegu. Wyłowiłem ją w tłumie, ale nie mogę się przyznać, ani przyzwyczaić, na takich balach nigdy do końca nie wiadomo z kim ma się do czynienia. Szczególnie, jeżeli tańczy się w masce.
-Czy mogę Ci dziś towarzyszyć Pani?
W tym całym rozgardiaszu, skupiony na zadaniu, które mam dziś do wykonania, zdaje się że postradałem zmysły prosząc do tańca osobę, której raczej nie będę mógł złożyć oferty narzeczeństwa. Przypominała mi jednak kogoś, a jej uroda przyćmiła mój zmysł poznawczy. Kłaniam się nisko i czekam aż przyjmie moją dłoń, mam nadzieję, że to się wydarzy.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#98
Vivienne Burke
Czarodzieje
Wiek
23
Zawód
Badaczka historii run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
7
12
15
Brak karty postaci
28-12-2025, 17:04

Masque du Miroir Liquide

partner w tańcu widzi w niej swoje własne odbicie zamiast twarzy noszącego — w konsekwencji mimowolnie ujawnia swoje emocje, co może prowadzić do głębszej bliskości lub lekkiego zakłopotania.


Przyszedł wieczór, a wraz z zajściem słońca i pojawieniem się na niebie księżyca, przyszła także pora na nasz wspólny taniec. Dawno nie mieliśmy okazji, aby stanąć u swojego boku na parkiecie. Dużo ćwiczyłam przed naszym ślubem, po ślubie zajęta podróżą, pracą, przeprowadzką zaniechałam treningi. Ale już wiedziałam, że jutro z rana wyślę sowę do swojego nauczyciela i ustalę z nim terminy spotkań, bo dalej pod jego czujnym okiem ćwiczyć kroki i nie wyjść z formy. Liczyłam na to, że pomoże mi to utrzymać kondycję mimo ciąży, która nawiedziła mnie tak nagle.
Zgodnie ze zwyczajem Beauxbatons wchodząc na parkiet otrzymywaliśmy maski. Maski były różne, przydzielane losowo. Ta którą ja otrzymałam była niezwykle piękna. Smukła, o srebrzystej poświacie. Jej brzegi były gładkie, lekko falowały i przypominały taflę wody. Jakby płyn był zamknięty pomiędzy warstwami maski. Idealnie trafiłam, pasowała do mojej kreacji, w którą zdążyłam się przebrać specjalnie na okazję tego tańca. Buty na wysokim obcasie, suknia balowa sięgająca ziemi, opięta na talii, z opadającymi ramiączkami odsłaniająca przy tym kark i obojczyki. Do tego srebrna biżuteria. Sama suknia była biała, a na niej warstwa niebieskiego tiulu wysadzana srebrnymi koralikami.
Nim weszłam na parkiet założyłam swoją maskę. Trochę mnie to bawiło, bo wydawało mi się, że cały szkopuł krył się w tym, aby za pomocą maski ukryć swoje oblicze. Nie pokazać, z kim druga osoba ma do czynienia. A ja doskonale wiedziałam, że u mojego boku był mój mąż. Że Xavier pewnie trzymał moją dłoń i ustawiał się do tańca. I dopiero wtedy spojrzałam na jego maskę. Była niemal czarna, wyglądała jak pokryta łuskami. Kojarzyło mi się to ze skórą smoka, albo zbroją noszoną przez rycerzy. Wyglądał w niej niezwykle dobrze, pasowała do jego rysów twarzy, stroju. Dodawała mu męskości, o ile można było bardziej. Podobał mi się, naprawdę.
- Wyglądasz bardzo… elegancko… w tej masce - zawiesiłam się na chwilę, nie wiedząc jakich słów użyć.
Całe szczęście, że na mojej twarzy również była taka maska. Inna trochę z wyglądu, ale zasłaniała mi policzki i dzięki temu ukryła mi również rumieńce, które niespodziewanie się na nich pojawiły. Nie wiedziałam skąd nagle pojawiło się u mnie takie napięcie. Z początku nie wiedziałam co to za uczucie, nie mogłam go zidentyfikować.
Muzyka rozbrzmiała, a tym samym wszystkie pary na parkiecie, jak jedno ciało, ruszyło do tańca. My również, krok za krokiem, obrót, podskok. Nie mogłam oderwać spojrzenia od Xaviera. Były momenty, kiedy powinnam odpowiednio ruszyć głową, odwrócić wzrok, ale nie mogłam. Wpatrywałam się w niego jak zaczarowana, nie wiedząc co powiedzieć.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#99
Xavier Burke
Śmierciożercy
Wiek
31
Zawód
Badacz artefaktów, handlarz informacjami
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
0
20
OPCM
Transmutacja
11
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
10
5
Brak karty postaci
30-12-2025, 10:52
Odpowiedź dla Vivienne Burke

Masque de l’Écaille du Dragon

partner odczuwa ekscytację i napięcie wokół noszącego, co może pobudzić fascynację erotyczną i niekontrolowaną bezpośredniość ruchów czy propozycji.


Wielokrotnie tego dnia powtarzał, że nie jest sentymentalny, że jeśli chodzi o wizytę w szkole po latach to nie specjalnie się tym ekscytował. Oczywiście, dobrze było wrócić w stare, szkolne mury, gdzie tak naprawdę ukształtowała się jego osobowość, gdzie nawiązał znajomości, a niektóre z nich przetrwały do dzisiaj. Nie planował jednak brać udziału w tych wszystkich dodatkowych atrakcjach, które na ten dzień przygotowano. Oprócz jednego. Wieczorny bal był dla niego atrakcją, przede wszystkim dlatego, że miał mieć sposobność znów pojawić się na parkiecie w towarzystwie swojej żony. Ostatnio brylowali na swoim weselu, chociaż początkowo oboje zestresowani, finalnie taniec wyszedł im naprawdę fenomenalnie. Potem mieli okazję raczej do luźnych potańcówek w Egipcie, ale nic nie mogło się równać z typowym tańcem balowym. Xavier cieszył się, że jego zdolności taneczne zdecydowanie się poprawiły i nie musiał się aż tak martwić, że popełni jakiś błąd.
Wielka sala była pięknie przystrojona na tą okazję. Nawet on, który raczej rzadko przykładał do takich rzeczy uwagę, musiał przyznać, że wszystko wyglądało bardzo elegancko, ale jednocześnie bez przesadnego patosu. Na tą okazję przebrał się w odpowiedni strój. Przywdział na siebie dopasowany ciemny, trzyczęściowy garnitur, białą, przeszytą srebrnymi nitkami koszulę i granatowy krawat. Wyszedł z założenia, że prezentuje się całkiem przyzwoicie, zwłaszcza, że to Vivienne miała błyszczeć, on nie musiał. A jego żona wyglądała olśniewająco i wcale nie uważał tak tylko dlatego, że był jej mężem.
Kiedy tylko weszli na parkiet w jego dłoni pojawiła się maska. Przyjrzał jej się i lekko uśmiechnął pod nosem. Była zdecydowanie w jego stylu, więc bez zbędnego ociągania się założył ją na twarz. Po chwili ujął małżonkę za dłoń i delikatnie przyciągnął do siebie. Dopiero wtedy spojrzał na Vivienne i musiał przyznać, że lekko się zdziwił. Jej maska była fascynująca, w jej fakturze widział swoje odbicie i nie od końca jeszcze wiedział czy mu się to podoba. Chyba zdecydowanie wolałby wiedzieć twarz żony.
- Dziękuję. - uśmiechnął się łagodnie - Ty za to wyglądasz olśniewająco moja droga. - powiedział spokojnie, by po chwili, gdy rozbrzmiały pierwsze nuty melodii, poprowadzić ją w tańcu.
Muzyka była przyjemna dla ucha, spokojna i stonowana, więc mogli bez przeszkód sunąć po parkiecie bez żadnych zbędnych wygibasów. Xavier zdecydowanie wolał taką muzykę. Ponownie spojrzał na żonę, jednak znów dostrzegł tylko swoje odbicie. Dziwne uczucie lekkości wezbrało w jego umyśle, pewnego rodzaju wolności, jakby wszystko czuł bardziej i klarowniej.
- Zawsze wyglądasz olśniewająco, mam wrażenie, że mówię ci to zdecydowanie zbyt rzadko. - odezwał się po chwili chcąc spojrzeć jej w oczy, jednak natrafił jedynie na swoje niebieskie tęczówki.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#100
Odille Ollivander
Czarodzieje
And if you'd never come for me, I might've drowned in the melancholy.
Wiek
26
Zawód
projektantka różdżek, artystka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
13
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
10
Brak karty postaci
31-12-2025, 22:02
Odpowiedź dla Wulfric Fawley

Otulina tańca przykryła chwilę zadumy Wulfrika, a Odille nie czuła wewnętrznego przymusu do przełamania panującej między nimi ciszy, bo właśnie zrozumiała, że milczenie przy nim nie miało w sobie niezręcznych naleciałości, jak przy lwiej części innych czarodziejów. Wydawało się to normalne, miękkie; bezpieczne. Jedyne, co mogło jej doskwierać, to podsycone ekscytacją wyczekiwanie, pewien ścisk w żołądku, prowokowany nie dyskomfortem, a napięciem chwili, którą dzielili. Ten sam wewnętrzny ferment towarzyszył jej w jego gabinecie na początku kwietnia, kiedy wszystko między nimi zaczęło się zmieniać, oscylując na granicy między dawną kurtuazyjną sympatią a nowym pragnieniem, nienasyconym głodem. Tamten afekt był świeży i łatwy do uzasadnienia na sto różnych sposobów, ale skoro dziś postąpił wbrew rozsądkowi i upomniał się o nią w Wielkiej Sali, chyba mogła założyć, że jego zainteresowanie nie jest już takie, jak przed miesiącami, kiedy to Romulus był ich jedynym prawdziwym łącznikiem.
Pod nieobecność brata wkroczyli na grunt przypominający cienką krę na przeżartym zimą jeziorze. Jeden krok i mogliby wpaść pod powierzchnię. Jeden krok i mogłaby zapomnieć, że łabędzia klątwa to coraz bardziej prawdopodobne zmartwienie i podsycanie jego uwagi było z góry skazane na niesatysfakcjonujący finał. Nie miała prawa wystawiać toczonej chorobą żałoby duszy Fawleya na kolejne rozczarowanie, tym razem odmową, którą prędzej czy później musiałaby mu podarować - dla jego dobra. Nie miała prawa, a jednak płynęła z nim przez roztańczony tłum w Wielkiej Sali, a w kącikach jej ust drzemał leniwy, prozaicznie zadowolony uśmiech.
- Tylko kilka - powtórzyła, przechylając głowę, by spojrzeć na niego lekko pod kątem. Nie podobało się jej, jak bardzo nie chciała, by ich wieczór kończył się tak szybko, pewnie zaledwie po jednym tańcu, chociaż była świadoma, że gdzieś w tłumie musiała przechadzać się jej kuzynka, która wyczyta z niej to wszystko jak z otwartej księgi, zauważy prawdę zawartą w gestach, w oczach, nawet w łuku uśmiechu. A potem Chelmsford pogrąży się w goryczy ich wyrzutów; "dlaczego znowu zaczynasz, Odille? dlaczego to robisz, chociaż wiesz, jaki czeka cię epilog?", zapytałaby najbliższa przyjaciółka i musiałaby się z nią zgodzić. Problem w tym, że kiedy czuła na talii dłoń Wulfa i kiedy jej serce biło w takt orkiestralnej melodii, nie zawracała sobie głowy rozsądkiem. - Skąpisz, Wulfriku. Liczyłam, że twój kaprys rozciągnie się na wspólną wizytę do Domu Kruka, Wieży Astronomicznej, może do sekretnego ogrodu, o którym dziś usłyszałam bardzo ciekawe szepty... Nie miałam o nim pojęcia aż do dzisiaj. A ty? - starsze krewniaczki nie pochwaliłyby tego, że jako pierwsza wyszła z propozycją ciągu dalszego, ale teraz o to nie dbała. - Przyznaj się, dostałeś choć jeden szlaban w erze swojej nauki? - spytała, tknięta myślą, że to chyba niemożliwe, by urzędnik ze znakomitej rodziny dorobił się szkolnej nagany.
Lisie wzruszenie ramion stanowiło jedyną odpowiedź, jaką później otrzymał. Przyznanie się do zamiaru odebrałoby mocy wizji, którą właśnie uknuła, więc  milczała, a w tym czasie oczy błyszczały od podstępu, w którym razem wylądowali. Na szczęście podczas balu wszyscy wokół wydawali się pochłonięci swoim towarzystwem, nawet Macmillan mignął jej w tłumie, partnerujący już innej młodej damie, zapewne z podobnie szanowanej rodziny. To dobrze, nie chciała mieć na sumieniu jego dzisiejszego nastroju, a dzięki temu mogła bez wyrzutu wrócić spojrzeniem do Wulfa. Obrót na parkiecie załopotał połami sukienki, oddech zamarł w gardle, kiedy wyczuła zaborczość w sposobie, w jaki ją trzymał, serce znów przyspieszyło bieg. Nawet rumieniec wychynął spod ciemnej tkaniny maski, ożywiając policzki.
Dlaczego znowu zaczynasz, Odille? Nie powinna. Nie powinna wyobrażać sobie, że od jej skóry nie dzieli go żadna tkanina, że czuje jego opuszki bezpośrednio na sobie, czuje ciekawość, z jaką poznaje krzywizny jej sylwetki, że gwar sali balowej ucicha, a oni znajdują się w kameralności pokoju, gdzie nikt nie może ich zobaczyć ani im przeszkodzić. Nie powinna zastanawiać się, jaki smak miałby jego pocałunek, jak brzmiałby jego przesycony tęsknotą oddech, jaki okazałby się w świecie, gdzie konwenans traci moc, oddając pole żywej tkance zmysłów i uczuć. Ale właśnie to robiła. Niczym zakleszczona w szponach zauroczenia nastolatka wpatrywała się w niego i widziała tysiąc scenariuszy zamkniętych w jednym człowieku, spragniona możliwości, by dowiedzieć się, który z nich mógłby okazać się prawdziwy.
- Tak - zabrzmiała bardziej chrypliwie, niż się spodziewała, więc odchrząknęła cicho, walcząc z zakłopotaniem niestosownością swoich rozmyślań. Bądź co bądź Wulf pozostawał przyjacielem jej brata i pogrążonym w smutku wdowcem, niezależnie od tego, co roiłaby sobie pod koroną kasztanowych włosów. Ale czy na pewno? Przecież to nie mógł być przypadek, że dotykał jej w taki sposób, ani że pojawił się w Wielkiej Sali tylko po to, by z nią zatańczyć. Na Merlina, on też musiał wyobrażać sobie więcej... A jeśli nie? Jeśli był tylko uprzejmy, a ona jakimś cudem źle odczytywała jego sygnały? - Podoba - ciągnęła równie enigmatycznie. Chyba oboje zdawali sobie sprawę z tego, że ich słowa nie są do końca dopowiedziane, a sięgają głębiej, znaczą więcej; przynajmniej Odille miała nadzieję, że dla niego rozmowa również nabierała drugiego dna. - Chociaż czasem brakuje mi tchu... To pewnie przez otaczającą nas kohortę - dodała jeszcze ciszej, odrobinę mocniej zacisnąwszy dłoń spoczywającą na jego ramieniu. I oczywiście kłamała, pozostali czarodzieje nie mieli nic wspólnego z rumieńcem rozciągniętym na jej policzkach, z płycizną oddechu, nikt, tylko on.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (12): « Wstecz 1 … 9 10 11 12 Dalej
 


Skocz do:

Aktualny czas: 11-01-2026, 00:41 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.