• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Organizacja > Akta postaci > Zaakceptowane > Czarodzieje > Rodric Carrow
Rodric Carrow
Obrazek postaci
Dusza
Personalia rodziców
Uarraig Carrow, Cecilia Crouch
Aspiracje
satysfakcja
Amortencja
róże, sosna pinii, zapach morskiej bryzy
Różdżka
13 cali, bardzo sztywna, Pazur Gryfa, Orzech
Hobby, pasje
czytanie ksiąg, quiddich, wycieczki
Bogin
martwa mamusia
Umysł
Data urodzenia
10/10/1934
Miejsce urodzenia
rezydencja Carrow
Miejsce zamieszkania
rezydencja Carrow
Język ojczysty
angielski
Genetyka
Czarodziej
Ukończona szkoła
Hogwart, Slytherin
Zawód
Urzędnik w Służbach Administracyjnych Wizengamotu
Czystość krwi
Błękitna krew
Status majątkowy
Bezdenna sakiewka
Ciało
28
191
76
Wiek
Wzrost
Waga
brązowe
brązowe
Kolor oczu
Kolor włosów
Budowa ciała
Dość atletyczna, szczególnie jeżeli chodzi o nogi, bo dla rozrywki lubi biegać.
Znaki szczególne
brak
Preferowany ubiór
Ciemnoniebieskie i czarne garnitury z wąskimi krawatami, w przypadku oficjalnych wydarzeń tradycyjne długie szaty w ciemnych kolorach.
Zajęty wizerunek
Jacob Elordi
Obrazek postaci

1934 - dzieciństwo

Urodzenie się nie jako pierworodny ma swoje zalety. Urodzenie się jako najmłodszy chłopak obfituje w zalety. Kiedy moi bracia i siostry byli poddawani wszelkim możliwym eksperymentom ze strony rodziców oraz nianiek, mi zostało jedynie jeść owoce doświadczenia,  a te doprawdy, były wyśmienite. Weźmy na przykład moje rodzeństwo, które zapewne zaśmiałoby się histerycznie, gdyby usłyszało kiedykolwiek od rodziców tekst "Jeżeli będziesz miał problem, przyjdź do nas". Ja natomiast słyszałem to non stop, a efektem tego jest, że cokolwiek w życiu zrobiłem, rodzice o tym wiedzą. Jeżeli miałem jakikolwiek problem - szedłem do nich, jeżeli groziło mi cokolwiek - szedłem do nich. Brzmi to przedziwnie, ale koniec końców to ja poszedłem w ślady przodków i piastuję prestiżowe stanowisko w Ministerstwie, kiedy moje rodzeństwo nie przejawia ani talentu ani zaangażowania w tych sferach. No, może przesadzam, ale to moja opowieść, więc mówię jak ja to widzę.



1945 - początek nauki w Hogwarcie

Slytherin nie był bezprecedensowy. Do tego samego domu należała moja matka, mój ojciec, mój wuj oraz Cassian Carrow. Prawdopodobnie wszyscy mamy to po prostu zapisane w genach. W odróżnieniu do ojca, nie przejawiałem talentu do nauki przedmiotów, które mnie nie interesowały. Dlatego nic co nie było związane z zaklęciami czy  Historią Magii, nie było zaopiekowane. Koniec końców okazało się jednak, że wystarczy mieć osoby dzięki którym zdawanie innych przedmiotów jest możliwe. Czując rodzinną presję, zrobiłem wszystko, by na trzecim roku dołączyć do drużyny Quiddicha. Wylądowałem na mało atrakcyjnej pozycji pałkarza, co od tego momentu skutkowało w wizycie w Skrzydle Szpitalnym przynajmniej raz na kwartał. To doświadczenie pomogło mi poznać przynajmniej podstawy magii leczniczej. Czas w szkole pamiętam dziś jak przez mgłę. Pamiętam niesamowitą determinację, dążenie do perfekcji, kombinowanie i uczenie się jak rozmawiać z ludźmi od których chce się pozyskać pomoc.  Czas nauki to również czas wakacji, bo właśnie wtedy miałem czas by nadgonić to, czego nie zdołałem nauczyć się w danym roku, lub to co mnie czeka w kolejnym. Gdzieś około piątego roku natrafiłem w rodowej bibliotece na książkę o czarnej magii, która wyjątkowo mnie zainteresowała. To było podczas przerwy świątecznej, siedziałem w pokoju w którym siedział również nasz rodowy skrzat i próbowałem miotać w niego zaklęciami, które były tam wypisane. Na szczęście dla skrzata, okazało się, że rzucanie zaklęć czarnomagicznych jest dla dzieci praktycznie niemożliwe. Zastanawiałem się, czy jest mi potrzebne więcej czasu, więc zaplanowałem wziąć ją do szkoły.  Książka zniknęła zanim zdażyłem ją zabrać z przerwy do Hogwartu. Dużo później dowiedziałem się, że zabrała ją moja matka, która dowiedziała się o moich planach zaglądając mi do myśli. Tak jak można się domyślić, moja matka jest biegła w sztuce legimencji.




1952 - początek pracy w Ministerstwie, narzeczeństwo  i wypadek przy pracy


Śpieszyło mi się, by dorosnąć. Miałem niespełna osiemnaście lat, kiedy tuż po szkole dzięki znajomościom rodzinnym trafiłem na staż w Ministerstwie, konkretnie w Departamencie Współpracy Międzynarodowej Czarodziejów. Naszym rodowym zgodnym przekonaniem jest to, że im prędzej zacznie się pracować, tym łatwiej o doświadczenie, które później owocuje. Dlatego chociaż moja twarz była wciąż dziecięca, a garnitury musieli szyć na miarę nie tylko dlatego, że świadczyło to o ich jakości, ale również dlatego, że te dostępne od ręki były na dorosłych mężczyzn, w dniu swoich osiemnastych urodzin bardziej zainteresowany byłem przerzucaniem papierów i swoimi praktykami, niż przyjęciem, które matka wydawała mi w weekend. A na którym również znów spotkaliśmy się z panną Selwyn, która wyjątkowo smutna, wyjątkowo przykuła moją uwagę, a którą kilka miesięcy później poprosiłem by była moją żoną. 
Kiedy dziś patrzę na to, wydaje mi się absurdalne, że ktokolwiek przystał na ten związek. Sprawialiśmy wrażenie przedziwnej pary: ona ze wzrokiem nieobecnym, ja wypowiadający się jak dojrzały, chociaż nigdy nie udało mi się wyhodować nawet wąsa. Czułem się,  jakbym złamał jakąś regułę, bo kiedy wokół moi rówieśnicy głowili się nad przyszłością, moja była przejrzysta, prosta i jawiła mi się w najpiękniejszych kolorach. Zbyt byłem pewny siebie.
Chciałem się popisać, byłem pijany i wśród rówieśników, a moja różdżka pojawiła się w ręku zbyt pewnie. Nowe zaklęcie, które dotąd ćwiczyłem tylko "na sucho", według instrukcji z książki.  Zaklęcie, które wreszcie wiedziałem jak wypowiedzieć, bo było podsłuchane przez ścianę, kiedy wypowiadał je wuj Fester. Nim się zorientowałem co się dzieje ukrywaliśmy ciało mugola na bagnach, zaklinaliśmy, że nie będziemy nigdy o tym rozmawiać. A później wystarczyło pół godziny w gabinecie Cassiana i opowiedziałem mu wszystko. Nie wiem czy to miało jakikolwiek związek z tym, ale niedługo później Selwynowie wycofali się z układu małżeńskiego, a ja przestałem widywać się ze smutnooką dziewczyną. Miałem skupić się z powrotem na pracy, ale okazało się, że moja motywacja jakby zelżała. Matce mówiłem, że rozstanie z narzeczoną bardzo mnie dotknęło. Lord Carrow zwalił moje zachowanie na karb nieodpowiedzialnego wieku i chociaż ja wiedziałem, że to nie jest do końca prawda, przystałem na jego propozycję. Jego propozycji z zasady się nie odmawia.



1954 - podróż do Włoch

Czym leczyć złamane serce, jak nie podróżą za granicę? Oderwanie od chłodu angielskiej ziemi, zieleni angielskich orgodów czy zachmurzonego wiecznie nieba jest o tyle przyjemne, jeżeli skutkuje w podróży w miejsce atrakcyjne. W 54 roku najbardziej atrakcyjna dla mnie była plaża pod Rzymem w Ostii. Taka plaża ma wiele zalet. Po pierwsze jest we Włoszech, więc gdziekolwiek się nie ruszę mam na wyciągnięcie ręki pyszną - na prawdę pyszną kawę. Brak herbaty nie przeszkadzała mi prawie w ogóle, albo po prostu nie byłem tam aż tak długo, by poczuć typowo angielską potrzebę wychylenia popołudniowej herbatki. Po drugie - na plaży większość kobiet nosi ubrania w Anglii nie uchodzące za przyzwoite, więc rzecz jasna przyglądałem się im zza ciemnych okularów z mieszaniną zmieszania, fascynacji, zgorszenia i podniecenia. Po trzecie, na plaży, czy raczej tuż obok jest wielkie i otwarte morze, a to koi moje nerwy jak nic innego. A kiedy miałem już dość leżenia, opalania się (czy raczej leżenia pod ogromnym parasolem, gdyż jak można się domyślić, moja angielska skóra nie była przyzwyczajona do przyjmowania takiej ilości słońca, więc byłem poparzony już w pierwszym tygodniu), wyruszałem do Rzymu.Tak się zresztą składa, że w Rzymie, mamy jeden z przyjemniejszych saloników dla światowej arystokracji magicznej. Zlokalizowany w rokokowym pałacu  Doria Pamphilij, przy głównej ulicy Corso, stanowi wygodną odmianę od plebejskiej plaży na której koniec końców uznałem, że szerzy się zbyt wiele zgorszenia. Siedząc w jednym z pałacowych saloników, popijałem swoje śniadaniowe  capuccino, kiedy poczułem, że ktoś przygląda mi się wyjątkowo intensywnie. Zostałem jednak rozpoznany, wyrwany z beztroski wakacji do których dopiero co się zacząłem przyzwyczajać. Ową osoba okazał się być ktoś, kogo dziś nazywać mogę przyjacielem, a od którego zaczęły się wszystkie moje włoskie przygody, poczynając od wycieczek o piątej rano na Awentyn, przez rejs na Capri aż do romansu, który niczym pamiątkę zabrałem spowotem do Anglii. Czy może ona sprawiła, że wróciłem tam nie żałując niczego.




1956 - początek odkrywania mrocznej części siebie i czarnej magii

Do Londynu powróciłem zainspirowany i pełen sił, wiedziałem już konkretnie co chce robić i że chce iść w ślady Carrowów. Wróciłem do Ministerstwa (z małą pomocą głowy rodowej), zamieszkałem w Londynie w nieużywanym mieszkaniu ojca, a mój wakacjny romans sprawił, że na dobre półtorej roku stworzyłem sobie bańkę do której należałem ja, ona i Ministerstwo. Wirując w tym trójkącie dopiero po jakimś czasie zorientowałem się, że moje myśli coraz częściej wracały do nocy 52 roku. Mineły 3 lata, a ja przyznałem się w końcu sam przed sobą, że ciekawość nie pozwala mi spać. Zacząłem częściej bywać w rezydencji, rozmawiać z wujem, w końcu spytałem go o zaklęcie, wspomniałem o książce do której wracałem w każde wakacje odkąd skończyłem piętnaście latg, a ten uśmiechnął się przerażająco. Nigdy nie zapomnę tego uśmiechu, ale nie zapomnę też jakie na mnie zrobiło wrażenie to co stało się później. Poruszyło każdy nerw w mym ciele, sprawiło że znów zacząłem czuć się obudzony, jakby wszystko co działo się przez ostatnie lata było jedynie snem, lekką drzemką. Wtedy też zaczęły się moje problemy z moją włoską kochanką, zresztą kiedy powiedziałem o niej w domu, polecono mi rozwiązać ten problem. Nie byłem już w wieku, kiedy chciałem słuchać rodziny apropo tego z kim mam się spotykać, ale wtedy akurat rozstanie się było mi na rękę. Mogłem wymienić kochankę na elementarz czarnej magii i zamiast w łóżku, spędzać wieczory z wujem przy rozprawianiu się z mugolskimi ciałami. Nigdy nie nazwałbym ich ofiarami, bo koniec końców, robiliśmy tylko to, co uważaliśmy za stosowne - czyli szukaliśmy w mugolskich ciałach tego co robi z nich osoby niemagiczne. Po wielu eksperymentach nie doszliśmy czy jest to zlokalizowane w mózgu, czaszce, sercu, czy żołądku.
Natomiast kolejnym krokiem wtajemniczenia była nauka Okulmencji, czyli złożonej umiejętności obrony umysłu przed niechcianymi gośćmi w swoich myślach. Słyszałem o tym przelotnie w szkole. Później przez wiele lat nawet nie zastanawiałem się nad istnieniem tej sztuki, aż nie przypomniała mi o tym mamusia, kiedy po raz kolejny wtargnęła do moich myśli. To, że robiła to, kiedy byłem dzieckiem to jedno, ale teraz czułem się już osobą dorosłą, a ona nie mogła się powstrzymać. Powiedziała mi później, że to było jedynie dla mojego dobra, że chciała dowiedzieć się co się dzieje pomiędzy mną a wujem Festerem. To był jeden jedyny raz, kiedy się z matką pokłóciłem i w efekcie miałem motywację, aby nauczyć się kwestii zamykania umysłu przed ciekawskimi mackami. 



1959 - awans, specjalista w Departamencie Przestrzegania Prawa


Równocześnie rozwijała się moja kariera w Departamencie Przestrzegania Prawa do którego udało mi się zrekrutować. Miałem jasny cel - w przeciągu kolejnej dekady zostać sędzią Wizengamotu, do czterdziestki zapisać się na kartach historii jako jeden z najlepszych sędziów. Wydać książkę na czterdzieste piąte urodziny (napisaną rzecz jasna przez ghostwrittera, albo ducha Williama Shakespeare), a do pięćdziesiątki przychodzić do Ministerstwa tylko dla rozrywki. Ten plan urodził się w mojej głowie jeszcze kiedy byłem w szczęśliwym związku, ale kochanka odeszła, a plan został. Minęło mi pierwsze pięć lat pracy w jednym dziale. Siedzenie po godzinach, branie dodatkowej pracy, robienie najprostszych zadań - wszystko profesjonalnie, kiedy trzeba było nawet się uśmiechałem. Na szczęście dla mnie - nie było takiej potrzeby. Byłem wyjątkowo skupiony tylko na tym, żeby godnie reprezentować rodzinę i pójść w ślady starszych Carrowów, zapisać się na kartach historii rodu jako szanowany specjalista przestrzegania prawa. Po pierwszych pięciu latach przyszło pierwsze małe uznanie. Dostałem awans na samodzielne stanowisko specjalisty. W tamtym momencie byłem przekonany, że mam wszystko pod kontrolą: mój plan wypełnia się tak jak chciałem, mam poprawne relacje z przełożonym. 
Ambicja nieco zaczęła mi jednak przeszkadzać w profesjonalizmie. Zamarzyło mi się wspiąć po szczeblach szybciej, więc zamiast skupić się na jednej nowej roli, rozglądałem się za dodatkową pracą, często nawet międzydziałową. To sprawiło, że nie robiłem wszystkiego bezbłędnie, a negatywny feedback z kolei wpłynął na moje samopoczucie w pracy. Zacząłem nawet zauważać, że podzielam opinię o sobie, że dostałem awans bo przytakuję szefowi na każdą, beznadziejną nawet, uwagę i pomysł. Musiałem nieco zwolnić i wrócić na swoją wcześniej wytyczoną drogę, ale nie mogłem dalej pracować w tym dziale. Za błogosławieństwem przełożonego ruszyłem dalej i przeniosłem się do działu Wizengamotu, gdzie do dziś pracuję jako urzednik w Służbach Administracyjnych. Mam kolejnego przełożonego, mam również prostą drogę do stołka sędziego. Znając żywotność czarodziejów, to będzie najpewniej za kilkanaście lat, ale kiedy patrzę na to, że już niebawem mugolską kólową zastąpi jej młody syn Charles, myślę, że sukcesja jest bliżej niż mi się może wydawać. 



1960 - przystąpienie do frakcji Śmierciożerców

 

Wuj niechętnie powiedział mi o Śmierciożercach, pewnie dlatego, że wiedział, że nie jest chlubą obnoszenie się z należeniem do tajemnego zgromadzenia. Mając w poważaniu Cassiusa Carrow, powiedział mi o nich dopiero po pięciu latach  mojej nauki okulmencji i czarnej magii  u jego boku.  Jak wszystko, po pierwszej fascynacji, odwiedzałem wuja coraz rzadziej, aż nasze spotkania zaczeły bardziej przypominać pijackie narzekanie na kształt świata. Może jednak w tym okazało się, że był sposób, bo kiedy ja już się poddałem, on wyciągął asa. Jest taka grupa. Uznałem, że wuj musiał we mnie zobaczyć coś wyjątkowego i tym mnie wyróżnił. Przyznałem, że chciałbym ich poznać. Spotkanie z innymi czarodziejami popierającymi Czarnego Pana otworzyło mi oczy na zupełnie nowy świat. To co wcześniej wydawało mi się moim i wuja sekretem, którym nie powinniśmy się dzielić z innymi, nagle okazało się być dość powszechne w tej konkretnej grupie. Okazało się, że jeżeli chodzi o podejście do mugoli, prawie wszyscy zgromadzeni byli sceptyczni.  Typowo dla siebie, zaangażowałem się bardzo mocno na samym początku, ale okazało się, że jeszcze nie umiem wszystkiego, a niektóre osoby działające przy Czarnym Panu to naprawdę niezłe freaks.  Z czasem stałem się nieco bardziej skryty, ostrożny, ale jednocześnie poznałem swoją wartość. Uczestniczyłem już w kilku działaniach i czuję sie związany z innymi Śmierciożercami, ale zauważam, że każdy z nich ma zupełnie inną motywację do działania. Póki co nie widzę, by ktokolwiek traktował to jak terapię antystresową, ale mnie tortury odstresowują. Szczególnie po ciężkim dniu w pracy. 




1962 - narzeczeństwo

 

Niestety czasami daję się ponieść, ostatnio zdarzyło mi się to na początku roku. To miała być nieszkodliwa wyprawa do Torquay. Jedna, upatrzona przez kolegę, mugolska rodzinka. Dwójka rodziców, siedzą na chacie całymi dniami. Nic specjalnego. No to, jak tylko tam się pojawiliśmy, to okazało się, że owi rodzice w swoim domu przetrzymują czwórkę dzieciaków przykutą do łóżek. Nikt nic nie wiedział o rzeczonych dzieciakach, a wyglądały jak dzieci z Nokturna. Wyglądały na zabiedzone i przerażone, ale do tego stopnia, że nawet nie zareagowały, kiedy zaczeliśmy sie panoszyć po ich domu i go roznosić. Zareagował jednak ich ojciec, jeżeli można go tak nazwać. W gruncie rzeczy, pomyślałem, że byłby z niego dobry Śmierciożerca, bo zachowywał się, jakby nienawidził tych mugolskich dzieci. Dość szybko zrobiło się straszne zamieszanie, i w tym chaosie, nagle wszystkie różdżki zaczęły miotać zielonym światłem. Koledzy się zawinęli pierwsi, ale ja z wujem zostałem, żeby posprzątać. I wtedy okazało się, że został jakiś jeden dzieciak. Wuj chciał go sprzątnąć, ale mnie coś tknęło i powiedziałem, że ja go biorę do domu. Może chodziło o te dziwne spojrzenie: jednocześnie przerażone, a jednocześnie zafascynowane. Może chodzi o to, że nie płakał. Może o to, że wiedział jak się ukryć. Tak czy siak, kiedy posprzątaliśmy i ukryliśmy ślady złapałem dzieciaka i od teraz był mój. Swoją drogą, powiem jeszcze, że tym razem praktycznie nie musieliśmy się starać, bo mugole sami sobie stworzyli w tej chacie piekło. Dla mugolskiej policji, która przyszła tu tydzień później, sprawa wyglądała tak, że ojciec zabił siebie i całą rodzinkę, a smaczku dodawał fakt, że był również freakiem, bo trzymał swoje dzieciaki na uwięzi. 
Wróciłem z tym chłopcem do willi rodzinnej. To był błąd, powtarzał mi wuj. Błąd, błąd. Wsadziliśmy go do piwnicy i faktycznie nie minęły dwie godziny, kiedy zostałem wezwany na dywanik do Cassiusa i ojca. Po raz kolejny musiałem przyznać się co się działo i wyjaśnić, że to mugolskie chuchro jest tu tylko dlatego, że chciałem, żebyśmy mieli rozrywkę z wujem. Obiecałem zamknąć dzieciaka w piwnicy, nie pozwolić sie uwolnić i torturować po cichu. Nie powiedziałem, że należę już do Śmierciożerców, chociaż znak na przedramieniu palił mnie mocno, kiedy mówiłem że to była moja własna inicjatywa. Całą tą bajkę opowiadałem zręcznie posługując się wyuczoną umiejętnością zamykania umysłu - zgodnie z moją obecną umiejętnością, mogłem wybrać sobie jedną rzecz,  o której nie dowie się Cassius. I byli to Śmierciożercy. Rzecz jasna Cassusis zdenerwował się okrutnie. Podejrzewam, że zrozumiał, że jego nadzieja na szanowanego młodego członka rodu, szansę dla nowego pokolenia na to, by zmienić to jak nas postrzegają, właśnie legły w gruzach. Zawiodłem go i co ciekawe, nieco mnie to poruszyło. Błyskawicznie wpadł na rozwiązanie problemu, sposób na zatuszowanie jakichkolwiek moich wyczynów. I chociaż chodził po ścianach i traktował mnie ciszą przez tydzień, to wymyślił. Po tygodniu powiedział, że ma już dość tego szczeniackiego zachowania pod własnym dachem i że mam miesiąc, żeby znaleźć sobie żonę - jak tego nie uczynię, to sam mi załatwi i nie będzie dyskusji. 
Minął właśnie miesiąc odkąd nieudolnie rozglądałem się za żoną,  Cassuis przewidywał moje niepowodzenie w tej dziedzinie i równo trzydzieści dni po rozmowie powiedział mi gdzie mam iść się oświadczać. 

 
0
Pozostało PP
wand
0
Pozostało PM
15
10
17
OPCM
Uroki
Czarna magia
0
3
0
Transmutacja
Magia lecznicza
Eliksiry
10
10
3
Siła
Wytrzymałość
Szybkość
Ścieżka VII — Magia uzdrawiania
Pierwsza pomoc
Ścieżka VIII — Historia i kultura magiczna
Historia cywilizacji
Znajomość obyczajów i etykiety
Mitologia i folklor
Analiza i interpretacja starożytnych tekstów
Ścieżka X — Polityka i prawo
Znajomość prawa i regulacji
Śledztwa i dochodzenia
Taktyka przesłuchań
Retoryka sądowa
Strategia i zarządzanie kryzysowe
Ścieżka XI — Ekonomia i handel
Inwestowanie w ryzykowne przedsięwzięcia
Ścieżka XII — Przestępczość
Fałszerstwo i manipulacja dowodami
Sabotaż i eliminacja śladów
Ścieżka XIII — Szpiegostwo
Sztuka infiltracji
Fałszerstwo i manipulacja dokumentami
Ścieżka XIV — Odkrywanie świata
Przewodnictwo i przetrwanie w nieznanych terenach
Przystosowanie do obcych kultur
Ścieżka XV — Przetrwanie
Zrozumienie rytmów przyrody i pór roku
Ścieżka XVI — Społeczeństwo i wpływy
urok osobisty
Ścieżka XXI — Magiczna umiejętność
Oklumencja

drzewko

Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
15-12-2025, 23:06

Witamy na forum Serpens!

Mistrz Gry utworzył dla Ciebie osobisty dział, w którym została umieszczona Twoja skrytka bankowa. Udaj się do niego i opublikuj temat z sowią pocztą oraz umieść tam swój prywatny kuferek. Na start otrzymujesz też od nas skromny prezent – znajdziesz go w swoim ekwipunku.

Możesz już rozpocząć zabawę na forum! Zachęcamy, abyś sprawdził, co Ci się przyśniło, rozeznał się w aktualnych wydarzeniach oraz spytał, kto zaczyna.

Odtąd Twoje słowa, decyzje i sojusze mają znaczenie. Uważaj, komu zaufasz — wężowe języki są zdradliwe. Dobrej zabawy!

Karta zaakceptowana przez: Lucinda Macnair

    Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
20-12-2025, 17:45

Rodric Carrow

Ekwipunek

pozostałe przedmioty spoza automatycznego ekwipunku

darmowa sowa pocztowa

Historia rozwoju

[20.12.2025] zatwierdzenie karty postaci, +1 do szybkości
    Odpowiedz
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 10-01-2026, 09:35 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.