• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Szkocja > Hogsmeade i okolice > Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie > Balkon
Balkon
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
13-10-2025, 12:48

Balkon
Balkon na czwartym piętrze to jedno z tych miejsc w Hogwarcie, które zdają się istnieć poza czasem. Kamienna balustrada, zdobiona motywem starych liści i herbów, wychodzi ponad dziedziniec, oferując widok na wieże i mgły snujące się nad jeziorem. W samym rogu stoi pomnik kamiennego gargulca – posąg o skrzydłach złożonych jak do lotu, z pyskiem skrzywionym w sardonicznym uśmiechu. Nocą jego oczy podobno błyszczą odblaskiem gwiazd, a czasem słychać, jak chrząka, gdy ktoś przechodzi zbyt blisko. Balkon bywa ulubionym miejscem uczniów szukających spokoju lub podmuchu świeżego powietrza po długich zajęciach.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (3): « Wstecz 1 2 3 Dalej
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Lucinda Macnair
Śmierciożercy
Hope for the best, but prepare for the worst.
Wiek
28
Zawód
łamacz klątw i uroków, poszukiwacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
15
1
OPCM
Transmutacja
30
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
05-01-2026, 23:11
Odpowiedź dla Rodric Carrow

Carrow. Jego nazwisko smakowało jej w myślach inaczej niż wtedy, gdy wiedziała tak niewiele o rodowych koligacjach. Może wcześniej po prostu się nimi nie interesowała z bezradności. Bo cokolwiek by zrobiła, cokolwiek by wybrała, ostatecznie ten wybór i tak nigdy nie należał do niej. A może był to przejaw buntu - cichej potrzeby udowodnienia, że nie nadaje się do dźwigania na ramionach nazwiska męża, łatki, która miała ciążyć jej aż do ostatnich dni życia. Bo nawet teraz głupotą nazywała to, że tak młodym ludziom każe się wiązać ze sobą na zawsze. Że już w tak wczesnym wieku narzuca się powinności, którym młody umysł zwyczajnie nie jest w stanie sprostać. I choć niejeden powiedziałby, że nie ma to żadnego znaczenia - bo przecież i tak nie mogli decydować o własnym losie - ona dziś patrzyła na to inaczej. Zupełnie inaczej. Z inną świadomością spoglądała na małżeńskie pieczęcie, na runy wypalone na własnej skórze, na obowiązek, który jej powierzono. Inaczej niż wtedy, gdy miała naście lat. Teraz rozumiała rodzinne koligacje. Teraz chciała je znać - nie z przymusu, lecz dla własnego, szeroko pojętego interesu. A rodzina, z której wywodził się Rodric, była znana pod wieloma względami. Z bezwzględności. Z niezłomności wobec raz podjętych decyzji. Z silnych poglądów i jeszcze twardszych czynów. Krążyły o nich plotki, odbijające się echem po czarodziejskim świecie i wiedziała - a przynajmniej podejrzewała - że wiele z nich było prawdziwych. Musiałaby być ignorantką, by nie dostrzegać ich fascynacji magią, której w naturze było więcej mroku niż światła. Mówiono też o innych rzeczach. O takich, które dawniej skłoniłyby ją do sprzeciwu, może nawet do oburzenia. Z którymi prawdopodobnie by się nie zgodziła. Teraz jednak było inaczej. Ona również poznała smak tej mocy i wraz z nim pojawiła się potrzeba, by ugruntować się w niej głębiej. Na razie delikatna, ledwie zasiana, ale gotowa do wzrostu. Rodric jednak na pierwszy rzut oka nie zdradzał tej strony siebie. Zanim zdążyła go poznać, już wcześniej tonęła w plotkach na jego temat, przekazywanych szeptem przez wścibskie koleżanki. Tak właśnie wyglądała szkoła. Tak rozchodziły się historie - szybciej niż prawda. Powiedzieć, że wiedziała o nim cokolwiek to i tak powiedzieć za dużo. Bo nie mogła tak naprawdę ufać zasłyszanym komentarzom, a i on raczej nie był osobą, z której można było czytać jak z otwartej książki. Przynajmniej nie w jej przypadku.
Zobaczyła zaskoczenie na jego twarzy, gdy zadała pytanie, choć nie była pewna, czy było szczere. Bo własnej intuicji ufała bardziej niż słowom, a ta podpowiadała jej, że za każdym razem, gdy znikał za rogiem, gdy zmieniał kierunek, w którym zmierzał, gdy odwracał wzrok - unikał konfrontacji z nią. Z premedytacją. Świadomie. Może ona robiła to samo. Bo było prościej. A może oboje nauczyli się traktować siebie jak nic nieznaczący rozdział w życiu - taki, który nigdy nie powinien był się otworzyć. W końcu to narzeczeństwo właściwie niczego nie zmieniło. Zaczęło się od błyszczącego pierścionka, a skończyło na jego oddaniu, wraz z decyzją ojca i głowy rodu. Bez dramatów. Bez wyboru. Bez pytania.
A jednak dziś było inaczej. Może to za sprawą zjazdu i nostalgii, która niepostrzeżenie wdarła się do jej myśli. A może dlatego, że miała w sobie więcej pewności niż kiedyś - więcej zgody na to, by nie odwracać wzroku. Dziś nie zamierzała udawać, że się nie znają. Nie zamierzała uciekać ani chować się za konwenansami. Bo udawanie, że nic ich nie łączyło, oznaczałoby, że jednak coś znaczyło. A ona była gotowa się z tym zmierzyć.
Kącik ust drgnął jej w uśmiechu, gdy usłyszała odpowiedź. Może właśnie takiej się spodziewała, a może - zbierając się, by w końcu wypowiedzieć na głos własne myśli - liczyła, że usłyszy coś podobnego. - Takie odniosłam wrażenie - zaczęła, unosząc lekko brew. - Wydaje mi się zadziwiające, że tak często zdarza nam się pojawiać w tych samych miejscach, w tym samym czasie… a tak rzadko mamy okazję na rozmowę. - i może była to śmiała teza wykraczająca poza to co prawdziwe, ale nie miała zbytnich oporów by się tym podzielić. - Może to tylko zbieg okoliczności - dodała po chwili, spokojniej, choć w jej głosie wciąż pobrzmiewała nuta wyzwania. - Zgadzasz się ze mną?
Kolejne słowa wypowiedziane przez mężczyznę zbiły ją z tropu. Nie dlatego, że perspektywa jego ślubu była czymś nieprawdopodobnym - wiedziała przecież, że prędzej czy później każdy z nich trafi na ślubny kobierzec - lecz dlatego, że padły właśnie teraz. W tej chwili. Tak naprawdę bardziej dziwiło ją to, że jego rodzina wciąż nie znalazła mu odpowiedniej partnerki, skoro ona sama okazała się być tą nieodpowiednią. A może to on był nieodpowiedni dla niej i to właśnie było sednem wszystkiego? - Pozostaje mi pogratulować, jak sądzę - odezwała się w końcu, z uprzejmym, niemal wyuczonym uśmiechem. - Kim jest twoja wybranka… serca? - zawiesiła głos na ostatnim słowie, jakby celowo pozostawiając w powietrzu drugą, niewypowiedzianą możliwość. Serca - czy głowy rodu? Czy to w ogóle miało jeszcze jakiekolwiek znaczenie?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Leopoldine Flint
Czarodzieje
to be a woman is to perform
Wiek
23
Zawód
wschodząca gwiazda baletu
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
13
16
20
Brak karty postaci
20-01-2026, 17:11
30 kwietnia 1962
po balu maskowym


Mijał drugi miesiąc, odkąd powróciła na brytyjską ziemię, a wciąż nie mogła odgonić się od towarzyszącego jej niemalże na stałe głodu tęsknoty. Nie potrafiła go zidentyfikować, ale doskonale czuła, jak uczucie to, niespodziewane, ale towarzyszące jej już wcześniej, zjadało ją od środka. Walijczycy określali to, co czuła mianem hiraeth, tęsknotą za domem, który nigdy nie istniał. Ale Leopoldine nie potrafiła w stu procentach dostosować się do tej definicji. Bo kiedyś miała dom. W kamienicy w centrum Wiednia, niedaleko Ringu, w którym mieszkali w piątkę — ona, Leopold, Agnes, ojciec i mama. W dniu jej śmierci zakończył się pewien rozdział życia Leopoldine, a niedługo później na zawsze zamknęły się za nią drzwi domu, którego namiastki szukała po całej Europie. W Margate, w Instytucie Durmstrang, w wynajmowanym mieszkaniu przy budynku Admiralicji w Leningradzie, wreszcie — ponownie w Margate. Przez te wszystkie lata nie potrafiła nasycić swojego głodu w pełni. Zawsze czegoś, kogoś brakowało. Wreszcie nauczyła się szukać namiastki domu w otaczających ją ludziach. W Yelizaviecie, która towarzyszyła jej z oddaniem, w Leopoldzie, który towarzyszył jej jeszcze przed przyjściem na świat, w krewnych, zarówno ze strony ojca, jak i matki. Cieszyła się na ogłoszony jakiś czas temu Zjazd Absolwentów. Nie tylko z tej prostej, niemalże dziecięcej przesłanki, że wreszcie będzie mogła odwiedzić zamek Hogwart, który przez siedem lat był domem olbrzymiej ilości jej znajomych, kolegów i koleżanek. Przede wszystkim cieszyła się, bo oznaczało to niechybne spotkanie z ludźmi, których tak dawno nie widziała.
Jedną z nich była nie kto inny, jak Willow Weasley. Lata temu, w trakcie wakacji organizowanych przez dziadków Ollivander, były nierozłączne. Starsza kuzynka z zaskakującą łatwością zgarnęła pod swoje skrzydła małą, wycofaną dziewczynkę, jako pierwsza spoza grona najbliższej rodziny Leopoldine sprawiając, że ta zaczęła coraz częściej uśmiechać się w jej towarzystwie, aż wreszcie nie mogła powstrzymać się od przepełnionego radością chichotu, gdy tylko skrzyżowały ze sobą spojrzenia. Teraz, już jako dorosła kobieta, Leopoldine czuła narastające wyrzuty sumienia. Powinna bardziej interesować się losem swojej ulubionej kuzynki. Kiedyś prosto było jej przyjąć, że po prostu nie miała czasu na listy. Kariera baletowa w ZSRR wymagała od niej całodniowego zaangażowania, bez żadnych wymówek, a gdy wracała do domu, miała ochotę tylko zjeść coś i zaraz wcisnąć się pod pierzynę, i zasnąć. Gdy tylko wypatrzyła w tłumie błysk płomiennorudych włosów, na chwilę zapomniała, jak się oddycha. Musiała przyspieszyć kroku, aby nie zgubić jej z oczu. Lawirowanie pomiędzy tłumem gości przychodziło jej z wrodzoną łatwością — niewiele różniło się od ćwiczeń, które wykonywała w trakcie swoich codziennych treningów. Większym wyzwaniem okazała się wspinaczka po — jak się okazało — ruchomych schodach. W Instytucie Durmstrang nie było miejsca na podobnie dziwne pomysły, dlatego moment, w którym schody, na których się znajdowała, poruszyły się, aby zmienić swoje położenie, spotkał się ze stłumionym piśnięciem wydobywającym się z ust baletnicy. Serce niemalże natychmiast podeszło jej do gardła, ale zdołała zacisnąć mocno szczękę, przywołać się do porządku. To nie strach - mówiła sobie w myślach, w założeniu kojąco. To tylko zaskoczenie.
Na całe szczęście korytarz, na którym się znalazła, okazał się być tym samym, na którym ponownie mignęły jej rude włosy i chyba ciemny materiał garnituru na sylwetce już na pierwszy rzut oka zbyt niskiej, by mogła być to sylwetka męska. Wraz z każdym wykonywanym krokiem czuła, jak temperatura delikatnie opada, aż wreszcie przed swymi oczami dojrzała widok, którego tak potrzebowała. Obrócona plecami osoba, którą wzięła od razu za Willow, a przed nią górzysty krajobraz Szkocji rozpościerający się zza balkonu.
— Willow? — spytała ściszonym głosem, podchodząc do kobiety. Nie widziała jeszcze jej twarzy, ale bardzo, naprawdę bardzo pragnęła, aby kobieta obróciła się w jej stronę i uśmiechnęła szeroko — tak, jak robiła to, gdy obie były jeszcze dziećmi. Gdy świat nie popchnął je w dwóch różnych kierunkach, gdy wszystko wydawało się jakieś prostsze, łatwiejsze do przyswojenia. — Willow, to ja, Leopoldine...
Czy Weasley ją w ogóle pamiętała?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#13
Rodric Carrow
Śmierciożercy
Wiek
28
Zawód
Służby Administracyjne Wizengamotu
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
10
17
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
3
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
3
Brak karty postaci
20-01-2026, 19:20
odpowiadam Lucindzie

Pewnych rzeczy nie można przewidzieć, na przykład tego, że chociaż dawałem możliwość Lucindzie, by oświadczyła, że zupełnie nie wie dlaczego powiedziała, że ją unikam, ta obierze zupełnie różną taktykę. Tą, w której bezpośrednio postanawia zwrócić moją uwagę na to, że ewidentnie ma rację i tak - unikam jej, czy raczej unikałem. Co skończyło się właśnie teraz, a może nawet jest szansa że od teraz nie będę mógł już jej nigdy unikać. Ta prawda, która spływa z jej ust jest niekomfortowa. Podobnie do każdego innego brytyjczyka, miałem nadzieję zamieść nieścisłości pod dywan naszej powierzchownej relacji, natomiast może właśnie przyszedł czas, by obudzić w sobie siłę lwa, który powiewa w herbie Angoli i Szkotów, wreszcie oczyścić atmosferę i od teraz mieć w sobie kogoś innego niż tylko kolejną twarz na balu, którą jedynie widuję z dystansu.
Przez chwilę więc się nie odzywam. Daję jej się wypowiedzieć, wycofać, a nawet zadać mi pytanie. W końcu kiwam głową, przyznając jej rację, w każdym razie w takim stopniu w jakim jestem w stanie się przyznać do czegokolwiek.
- Nie sądziłem, że to konieczne - mówię, a po przestąpieniu tego kroku w stronę prawdziwej rozmowy, uznaję, że mogę faktycznie zorientować się, skąd ta jej ciekawość. Podejrzewam, że weszła już w ten wiek, w którym kobiety zaczynają rozliczać swoją przeszłość - widziałem to u wielu starszych lady, które uczęszczają do tych samych teatrów co ja. Nie raz byłem przecież świadkiem ich piekących w uszy rozmów, podczas których mówiły o byłych kochankach. Wątpiłem dotychczas, że Lucinda mogłaby mnie utożsamiać z jakimkolwiek swoim wspomnieniem, wszak nie tylko ja jej unikałem, to musiało dziać się obustronnie . Nie wspominając już nawet o tym, że nie mieściłem się w ramach definicji kochanka w żadnym stopniu, jeżeli o nas chodzi. - Zdaje się, że to niecodzienne, bym rozmawiał z młodymi mężatkami. Nie chciałem by Twój mąż czuł się niekomfortowo
Ta otwartość zaskakuje nawet mnie, podejrzewam jednak że to była trafna uwaga - rzeczywiście od momentu narzeczeństwa wokół dam zwykle pojawia się niewidoczna granica której nie mam w zwyczaju przekraczać.
Natomiast na pewno można było przewidzieć, że moje oświadczenie spotka się z dociekliwymi pytaniami. Może wierzyłem, że ta rewelacja zwali Lucindę z nóg i nie będzie w stanie zadać żadnego pytania. Stało się jednak inaczej i zostałem pociągnięty do odpowiedzi.
- Dziękuję - pociągam łyk napoju, pojawił się w mojej dłoni w momencie w którym poruszyłem absurdalny temat mojego narzeczeństwa - Jeszcze nie ogłaszaliśmy nic oficjalnie, ale na pewno niebawem się dowiesz. - wiem jednak, że brzmi to jakbym mówił, że mam dziewczynę w innej szkole - co zresztą kiedyś utrzymywałem przez jakiś rok, nim koledzy nie zorientowali się, że nie mogłem mieć dziewczyny z innej szkoły, bo ani razu nie napisałem żadnego listu do rzekomej niewiasty, ani nic nie dostałem - Ale jest tutaj na Zjeździe
Gdybym się odwrócił to może nawet bym ją zobaczył.
- Skoro więc rozmawiamy - już chcę zmienić temat z niewygodnego na taki, który zwykle pojawia się w takich sytuacjach - Masz jakieś rady dla przyszłego męża?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#14
Willow Weasley
Zwolennicy Dumbledore’a
Nothing you can take from me was ever worth keeping.
Wiek
25
Zawód
Służba w Policji Magicznej
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
22
0
OPCM
Transmutacja
21
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
27-01-2026, 23:39
Odpowiedź dla Leopoldine Flint
Nie przepadała za tańczeniem i w gruncie rzeczy cieszyło ją, że większość czasu spędziła na turnieju, a potem w skrzydle szpitalnym z pewnym Gryfonem. Jednak, ile można było siedzieć w jednym miejscu? Odrobinę nosiło ją z kąta w kąt, zahaczając o znajome twarze i szturmując zacienione zakątki murów szkolnych, o który wiedzieli nieliczni – czy to za sprawą wiedzy prefekta, czy nazbyt odważnego ucznia, który lubił myszkować po zakamarkach. Przez parę chwil nawet szwendała się z rodzeństwem, robiąc sobie konkurs, kto więcej tajemnic znał, kto pokazał, jaką skrytkę, tajne przejście za obrazem, czy poluzowaną cegłę, za którą wkładali ściągi na eliksiry w szóstej klasie. Zupełnie, jakby mieli ponownie po parę lat, snuli się po rodzinnej wiosce i pokazywali najciekawsze pagórki, urokliwe skały i co bardziej dorodne krzaki z malinami. A w kwestii słodkości, to co zrobiła z nagrodą pocieszenia z turnieju? Kosz z miodowego królestwa dała skrzatom do pilnowania w kuchni, co zresztą podsunął jej też wyżej wymieniony jegomość. Bo gdzie indziej miałyby być słodycze bardziej bezpieczne? Skrzaty domowe były wybitnie dokładne i skrupulatne w wypełnianiu tego, o co zostały poproszone. Gdyby tylko chciały przyjmować galeony za swoją uczciwą pracę… Właściwie to parę razy zdarzyło jej się pomyśleć, jak wygodnie byłoby mieć skrzata domowego w mieszkaniu. Pranie, sprzątanie, gotowanie – tak wiele codziennych czynności zaprzątających głowę mogłaby odłożyć w umyśle na inną półkę.
Tylko czy było to w porządku, aby skrzat pracował bez godziwej zapłaty? Wolne skrzaty to był rozległy temat, a w młodości potrafiła wdawać się z rodziną w spory o etyczności posiadania żywego, myślącego stworzenia na własność. Głównie z tymi krewnymi po stronie Ollivanderów. I tak rozmyślając o tym, wdrapywała się po schodach, widząc parę skrzatów uwijających się z obowiązkami.
Wreszcie zawędrowała na balkon, łapiąc chwilę oddechu od tych wszystkich dusz spragnionych rozmów i towarzystwa. Przechyliła lekko głowę, analizując pełzające leniwie ponad szczytami chmurzyska. Kolosy, które z gracją niósł wiatr, sprawiając, że ciężar nabierał niesamowitej lekkości.
Początkowo wydawało jej się, że musiała się przesłyszeć, zupełnie, jakby wiatr poniósł szept od Zakazanego Lasu. Wypracowany instynkt, a może czujność skłoniły ją do obrócenia się, gdy tylko cień zamajaczył na szarym kamieniu, burząc światło bijące z wnętrza zamku. Delikatny sygnał, że ktoś się zbliża, poprzedzający lekkie kroki, zdecydowanie zbyt miękkie w porównaniu do większości gości Hogwartu. Czarownica obejrzała się przez ramię z lekkim wyrazem zmieszania, pod światło ciężko było jej rozpoznać rysy twarzy. Przemknęła wzrokiem po drobnej sylwetce – a nie często zdarzało się, że miała styczność z kimś, kto był jeszcze niższy od niej. Przeważnie musiała zadzierać głowę do góry, chyba że styczność miała z dzieciakami, ale to zupełnie inna para kaloszy.
Porcelanowa buzia nie miała w sobie wiele z dziecka na pierwszy rzut oka. Idealnie skrojona suknia, delikatność jak u łani w samym spojrzeniu, łabędzia szyja i te wysokie kości policzkowe. Rude brwi zsunęły się w dół, a oczy zwęziły w małe szparki, mocno analizujące, czy ta dorosła kobieta miała coś wspólnego z wizją nawiedzającą myśli Willow. Wizją sprzed lat z posiadłości Ollivanderów, gdy skakanie w kałużę było zbrodnią straszliwą, a mimo to poczynioną z uśmiechem wymalowanym od ucha do ucha. Cóż ta mała skowroneczka robiła właśnie tu? Właśnie w tej chwili? A może to jakiś duch stroił sobie żarty? Jeszcze czego, zaraz ta ponura mara o twarzy Leopolda wyłoni się zza rogu, żerując na sentymentalizmie? Ale przecież iluzja pod światło łatwo by się zdradziła… chyba? Jednak każdy krok bliżej i nuta znajomego głosu z dzieciństwa całkowicie rozmyły podejrzenie iluzji. Nie był to żart. Uśmiech rozjaśnił twarz czarownicy i ta płynnie podbiegła do swojej kuzynki, łapiąc ją w ramiona i… podnosząc lekko nad ziemię, aby okręcić się z nią płynnie. Przecież była tak leciutka jak pióreczko!
– Pooola – przeciągle wypuściła powietrze, stawiając drobną czarownicę z powrotem na ziemi. Zaraz złapała jej twarz w obie dłonie i potarła kciukami chudziutkie policzki, tak delikatne i wdzięczne. – Prawie cię nie poznałam! – Zaśmiała się, zaczesując frywolny lok kuzynki za jej ucho. – Merlinieee, wyglądasz jak najprawdziwsza dama – stwierdziła, czyniąc krok w tył i przyglądając się sukni kobiety. Wyglądało to dość kontrastowo i poniekąd groteskowo – ta różnica. Szczególnie że rękaw garnituru dalej miał na sobie ślady walki z turnieju. Ale czy tak nie było zawsze? Zawsze póki miały kontakt, a w pewnym momencie ten po prostu ustał i na próżno było szukać winy konkretnej, bo każda z nich mogła napisać, choćby list, ale po prostu… było nie po drodze. Obowiązki, sprawunki, zawsze coś innego przykuło uwagę, a dzieliło je tak wiele kilometrów, że nawet chichot w letnich ogrodach nie zdołał zmusić dłoni po sięgnięcie za pióro. Było to aż nazbyt łatwe i po prawdziwe każdej chyba było wstyd, że nie wyciągnęła wcześniej ręki.
W jednej chwili oczy zaszkliły jej się łzami, a pociągnięcie nosem nieuchronnie zwiastowało upust tych emocji, których Weasley nie utrzymała na wodzy.
– Przepraszam – zaraz zawyrokowała, przecierając własny policzek wnętrzem dłoni. – To głupie – zaśmiała się nerwowo. – Po prostu bardzo cieszę się, że cię widzę – przyznała, mówiąc z odrobinę przytkanym nosem. A może to już emocje z całego wieczoru jej się nawarstwiły? Zawsze mogła zwalić to na ten czas w miesiącu, który nie był najbardziej łaskawym dla kobiet.
Rozejrzała się po balkonie, nie bardzo było tam na czym usiąść, więc Weasley pociągnęła kuzynkę bliżej kamiennej balustrady, opierając się o krawędź. – Jak się masz? Co u ciebie? Udało ci się pospełniać marzenia? – nastąpił grad pytań, lecz każde słowo wypowiedziała spokojnie, niezbyt szybko, starając się opanować ciekawość.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#15
Lucinda Macnair
Śmierciożercy
Hope for the best, but prepare for the worst.
Wiek
28
Zawód
łamacz klątw i uroków, poszukiwacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
15
1
OPCM
Transmutacja
30
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
28-01-2026, 12:11
Odpowiedź dla Rodric Carrow

Słodka niechęć do konfrontowania się z przeszłością unosiła się w powietrzu niemal namacalnie. Być może w swoich słowach przekroczyła granicę, która miała ich okalać aż do końca życia - w końcu w ich rodzinach nie rozmawiało się wprost o sprawach nieudanych. O porażkach, które pozostawiały znamiona nie tylko na skórze, ale i na historii rodów. Dawniej brnęła w to z najsłodszą naiwnością, nie rozumiejąc jeszcze, jak wiele rzeczy pozostaje niewypowiedzianych nie z powodu taktu, lecz strachu. Minione lata nauczyły ją jednak o życiu więcej niż rodzinne statuty kiedykolwiek mogły, a dom jej męża - który z czasem stał się również jej domem - pokazał jej, jak wielką wartością potrafi być szczerość. Jak korzystna bywa konfrontacja. Nie tylko z przeszłością, ale i z teraźniejszością. Bo nie wszystko robiło się wyłącznie dla samego siebie. Wytykając mu unikanie, nie miała wiele do ugrania - w końcu oznaczałoby to, że czegoś od niego potrzebuje. Pamiętała jednak tamte pierwsze spotkania, jeszcze sprzed zaręczyn. Pamiętała własną twarz – smutną i zamkniętą. Smutne oczy, w których być może już wtedy czaiła się świadomość, że pierścionek na jej palcu będzie oznaczał koniec wolności. Że wraz ze zgodą, która w istocie nigdy nie była jej zgodą, skończą się marzenia o artefaktach, o łamaniu klątw, o wszystkim tym, czego tak naprawdę od życia pragnęła. Może dlatego przemawiał przez nią smutek. A może była wtedy po prostu naiwną nastolatką - bez własnego języka, bez ukształtowanego charakteru, bez poczucia indywidualności. Teraz jednak, gdy ją odzyskała - albo dopiero zbudowała - nie miała już trudności, by wyrzucić z siebie to, co przez lata zalegało pod skórą. Nie skomentowała jednak jego słów. Nie miało to większego znaczenia. Nie teraz, gdy właściwie już mu to wytknęła.
Kącik ust uniosła w uśmiechu, gdy wspomniał o komforcie Drew. W dyskomfort wprawiać go mogło wiele rzeczy, a prawdopodobnie, gdyby wiedział, że dziś rozmawiała z mężczyzną, który w innej rzeczywistości mógł stać się jej mężem, poczułby coś znacznie silniejszego niż tylko brak komfortu. Nie pochwaliłby tego, ale swej złości nie skumulowałby na niej - raczej na nim, bo właśnie taki był. Ale tego nie miała zamiaru mówić Rodrickowi. Wręcz przeciwnie. - Dlaczego uważasz, że mogłoby to wpłynąć na jego komfort? - jej uśmiech się poszerzył. - Czasem rozmowa jest tylko rozmową. Czystą wymianą uprzejmości, a uprzejmość nie zna płci. Życzliwość też jej nie zna. Po prostu istnieje. Nie chciałabym, żeby mój mąż o tym zapominał, spotykając starą znajomą, koleżankę ze szkoły czy jakąkolwiek inną kobietę. To mówi zarówno o nim, jak i o mnie - dodała, choć w jego słowach widziała wymówkę lub wytłumaczenie własnego zachowania. Własnego unikania. Nie miała zamiaru mu tego odbierać, jeśli właśnie z tym czuł największą wygodę. Bo ona też w tym unikaniu trwała.
Mimowolnie jej wzrok pomknął ku przejściu za jego plecami - tak, jakby jego wybranka miała pojawić się tam lada chwila. Tak się jednak nie stało. Skinęła głową. - A data ślubu już ustalona? - skoro wszystko wciąż trzymane było w tajemnicy, z dużym prawdopodobieństwem jeszcze wiele mogło się zdarzyć. - Nie martw się, nie jestem taka ciekawska. Wcale nie będę was wypatrywać na Zjeździe - dodała z lekką kąśliwością, choć na jej ustach pojawił się uśmiech. Bo przecież nie miała powodów, by życzyć mu źle. Na jego kolejne pytanie zamyśliła się przez chwilę. - Wszystko zależy od tego, jakim mężem chcesz być - odpowiedziała w końcu, unosząc brew w pytającym geście. Rad mogłaby mieć sporo, ale wątpiła, by faktycznie chciał ich słuchać. A może po prostu się co do niego myliła?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#16
Rodric Carrow
Śmierciożercy
Wiek
28
Zawód
Służby Administracyjne Wizengamotu
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
10
17
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
3
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
3
Brak karty postaci
31-01-2026, 00:26
Odpowiedź dla Lucindy

Już tylko wróżbitom, jasnowidzom, bądź innym wyłudzaczom i pijawkom tego świata, pozostaje ocena tego, jakim mężem byłbym. Ale smutne wizje młodej Lucindy Selwyn mogły niestety być jak najbardziej trafne. Bo przecież nie mógłbym w żadnym wypadku mieć żony pracującej. Żony, która pokazuje całemu społeczeństwu, że jej męża - czy rodziny jej męża - nie stać na jej utrzymanie. Nie, to by było dla mnie bardzo niezręczne.
-Dlaczego nie. To akurat dość powszechne, że mężowie nie chcą, by ich żony, szczególnie te nowe, szukały atencji u postronnych - wzruszam ramionami, jakby to było dla mnie tak oczywiste, że mam na ten temat jakikolwiek pogląd. Nie miałem, ale nikłe doświadczenie byciu w tak zwanym związku, nauczyło mnie, że nie przepadałem za momentem, kiedy obiekt uczucia - czy w odniesieniu do małżeństwa - moja żona (własność) - rozmawia z innymi mężczyznami. Będąc te kilka miesięcy mojego życia z Orianą, miałem niestety dość częstą sposobność bywać zazdrosnym. Może to kwestia jej południowego pochodzenia i gorącej krwi w niej buzującej, ale zwabiała jak osy do miodu wszystkich zalotników. Faktem jest, że damy z wysp, przywykłe do nieco zimniejszego wychowania, nie musiały zwabiać zalotników takimi chmarami, a jednak istniała zawsze kwestia zazdrości.  Zdaje się, że Lucinda ma jednak inne spojrzenie na tą sprawę. Jej otwartość przypomina mi osobę o połowę młodszą, która przekomarzała się ze mną w sprawach naukowych. Wniosek wyciągam z tego jeden. Nasze twarze mogą dostać zmarszczek, możemy nabrać bagażu doświadczeń,  ale w gruncie rzeczy wciąż jesteśmy tymi samymi osobami, którymi byliśmy w szkole.  - A więc dyplomatycznie dajesz mi do zrozumienia, że masz poglądy progresywne  - skwitowałem tę jakże śmiałą wizję małżeństwa opartego o wzajemne zaufanie. Z doświadczenia - nie własnego rzecz jasna, ale doświadczenia obserwacji własnych rodziców, wiem, że o ile pozycja małżonka w socjecie wpływa znacząco na to jak oboje są odbierani, tak jakkolwiek nie starałaby się moja matka, tak koniec końców bez aktywnej działalności ojca, mogłaby się pożegnać ze wszystkimi balami, eventami czy zaproszeniami. A wracając do brzegu, to faktycznie moja matka rozmawiala z innymi mężczyznami sama, ale zawsze to powodowało jakąś reakcję w ojcu. Pewnie stąd mam taki na to pogląd.
- Wciąż dyskutujemy. Podobno śluby letnie nigdy nie wychodzą z mody, ale wiosenne są "obiecujące" - odpowiadam, powtarzając mantrę, którą słyszałem od starszych sióstr, a którą nawet gdybym chciał wymyślić, to bym lepiej nie wymyślił, bo ze ślubami jeszcze nie mam żadnego obeznania osobistego. Zresztą, jako najmłodszy z rodzeństwa może miałem mieć z nimi stycznośc na sam koniec, a wyrywałem się od przeszło dziesięciu lat. - Nie podejrzewam - zaprzeczam, bo akurat nie miałem na myśli tego, że mogłaby być wścibska, z naszej dwójki to ja mam ukrytą agendę w tych pytaniach i rewelacjach, którymi sie dzielę. Na ten przykład rewelacja o posiadaniu narzeczonej była wymierzona bezpośrednio w poczucie pewności siebie czarownicy, bo egoistycznie i narcystycznie myślałem, że to ją z a b o l i.
-  A jakim mężem warto być? Albo może spytam bardziej kontrowersyjnie: jakim nie być - odbijam pytanie, tym razem nie kierując się tutaj aż tak bardzo potrzebą zranienia nikogo. Chociaż w tym przypadku kontrowersją może być na przykład to, ze podświadomie to pytanie implikuje wszystkie złe wspomnienia związane z relacją małżeńską w jakiej jest osoba pytana. Więc może jednak jestem podstępny. Natomiast rady - te dobre, ale również te kontrowersyjne, mogę wziąć na ręce. Zawsze lepiej jest wiedzieć więcej, niż chować się w błędnym, bo niepełnym obrazie i obstawać przy swoim.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#17
Oriana Medici
Akolici
niepokorne myśli, niepokoje
Wiek
25
Zawód
magimedyczka, genetyczka, badaczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
4
0
OPCM
Transmutacja
4
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
25
9
Siła
Wyt.
Szybkość
5
6
8
Brak karty postaci
02-02-2026, 21:09
Odpowiedź dla Primrose Burke

Nie spoglądała na Primrose jako na osobę z warstwy społecznej, która aktualnie jej ciążyła. Wręcz przeciwnie — doskonale dogadywały się w szkole wspólnie walcząc o potęgę Krukonów i wygrane w Pucharze Domów. Primrose zawsze była lepsza we wszelkie uroki i historię magii, pomagając nasiąkniętej włoskim akcentem Orianie na inkantacje prawidłowo zaklęć, kiedy wahała się pomiędzy włoskim i angielskim akcentowaniem. Włoszka natomiast pochłaniała zielarstwo i praktyczne przedmioty, w tym eliksiry, będąc dużo bardziej praktykiem. Obie natomiast miały niesamowite zacięcie naukowe, które przeradzało się nie tyle w rywalizację, co doskonałe konwersacje i wspieranie nawzajem swoich wyborów.
Uśmiech na twarzy wykwitł, wbrew przyjętej tezie, że będzie bawić się na balu tragicznie musząc znosić przechwałki Atticusa. W istocie, wydawałoby się, że wraz z zauważeniem Prim zapomniała o swojej nienawiści do arystokracji.
— Gratulacje! Chociaż to chyba miłe być tak... zaskoczoną — w końcu sama nie spodziewała się, że po kolejnym zerwaniu następne spotkanie będzie zaręczynami... nieoficjalnymi. Właściwie to ultimatum, którego nigdy nie chciała otrzymać.
— Opowiadaj, jak to wyglądało! Czym się zajmuje? — niewiele wiedziała o rodzinie Bulstrode, ale musieli być konserwatywni, skoro panna Burke trzymała się raczej z tą stroną Hogwartu. Tak przynajmniej jej się wydawało, bo nigdy nie sięgała głębiej w politykę poza określeniem własnych poglądów i zainteresowaniem restrykcjami dotyczącymi naukowców i medyków. Nigdy nie uważała, by było to złe — wręcz przeciwnie, odczuwała, że gdyby miała poświęcać swój czas śledzeniu magicznej polityki, jej niechęć do świata rosłaby tym bardziej. Tym bardziej, gdy u władzy byli ludzie Dumbledore'a. Na samo wspomnienie tego mężczyzny krew zabulgotała nerwowo w żyłach Medici.
— U mnie... och, to jeszcze takie nieoficjalnie... właściwie to będziesz mogła mi pomóc bo... — zaczęła, entuzjazm kobiety lekko opadł.
— Atticus się nie krył dzisiaj, nie wiem, jak to wygląda, czy mogę o tym mówić... ale chyba tak.... — kręciła, a na piersi kobiety pojawił się rumieniec zdenerwowania — Oświadczył mi się Atticus Lestrange... ale to było takie nagłe i podszyte raczej naszą relacją niż planami rodzin, że czeka mnie jeszcze rozmowa z nestorem — zbiła usta w cienką linię. Primrose musiała o nim słyszeć; sama Oriana słyszała, że to bardzo pewny siebie człowiek, którego mu się nie omawia, ale jednocześnie czarujący na tyle, by wzbudzał i respekt, i zachwyt. Alkohol odbierał jej hamulce, które tak długo trzymała, powstrzymując przy innych gościach.
— To takie... nietypowe. Trochę nawet nie wiem jak się w tej sytuacji zachować i jaką być... — bo choć obie wiedziały, że rodzina Medici była czystokrwista, to nie stała u władzy tego świata. Sama Oriana nie wiedziała jak podejdzie do tego tematu Primrose, która mimo ich relacji, była przecież z domu z tradycjami. Sama Oriana wiedziała, że nie mogłaby poślubić czarodzieja półkrwi, wiedziała też, że w świecie Atticusa osoby poza krwią liczyła się ta elitarność i finanse, których jej rodzinie brakowało, szczególnie po wojnie. Nie żyła biednie, ale nie mogła poszczycić się posiadłościami i tysiącami lat historii w Anglii, do czego Medici mogliby aspirować głównie we Włoszech. Nim więc okazała większy entuzjazm, oczekiwała na reakcję Primrose, marszcząc lekko brwi i widocznie gryząc się w policzek. Znała swoją wartość, ale znała też świat, w którym żyły, a ten nie był łaskawy dla miłości.
Ponoć.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#18
Primrose Burke
Czarodzieje
Wiek
25
Zawód
Badaczka artefaktów i run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
12
9
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
8
Brak karty postaci
04-02-2026, 22:52
Nie wyglądała jak typowa narzeczona, która nie może doczekać się ślubu. Odbiegała swoich zachowaniem od tej wizji dość mocno, co nie znaczyło, że nie była pełna ekscytacji tego co ją czeka. Nie zachwycała się koronkami i kształtem serwetek, co czyniła jej matka oraz przyszła teściowa, ale nie odbierała im tej radości. Wręcz była szczęśliwa, że nie oczekiwały od Primrose decyzyjności. Jedyne na co chciała mieć wpływ na swoją suknię, bo wiedziała, że w tej kwestii mogłyby się pojawić duże różnice zdań. Ku jej zaskoczeniu, żadna z dam nie sprzeciwiła się warunkowi - najwidoczniej zadowolone, że co do reszty spraw miały wolną rękę. Tytania już miała dwa śluby najstarszego syna, ale córkę miała jedną więc dla niej również było to wielkie wydarzenie, choć starała się po sobie nie pokazać, że ekscytacja rozsadza ją od środka. Prim zaś znała swoją matkę i dostrzegła ją w drobnych gestach i spojrzeniu pani Burke.
Ekscytacja teraz udzieliła się też jej, a to za sprawą Oriany, która z nieukrywaną i szczerą radością zainteresowała się zaręczynami Primrose. Przekręciła znów pierścionek na palcu i uśmiechnęła się nieznacznie. Szukała odpowiednich słów, a zdradliwy rumieniec wypłynął na jasną twarz. I bynajmniej nie na wspomnienie oświadczyn, a innego spotkania, które miało miejsce parę dni temu. Odchrząknęła starając się uspokoić galopujące myśli. -Cóż… zrobił to w chwili w jakiej się nie spodziewałam. Wyczuwałam pewne zainteresowanie z jego strony, ale nie podejrzewałam, że myśli o mnie w sposób bardziej poważny. - Podeszła krok bliżej, aby zminimalizować dystans, a tym samym móc mówić ciszej niż głośniej. Jeszcze tego brakowało, aby wścibskie uszy usłyszały jakiś urywek i dopowiedziały sobie resztę. -Wróciłam z jednej ze swoich wypraw do ruin. I jak pewnie już się domyślasz nie przewidziałam paru klątw, wyglądałam jak siedem nieszczęść, poobijana, poturbowana, z siniakiem pod okiem. W każdym razie, Bradford tak się zmartwił, że nie zważając na porę zjawił się w Burke Manor i oznajmił, że nie jestem mu obojętna i mój stan sprawia, że chciałby się o mnie troszczyć i jednocześnie być obecnym w moim życiu. Przyznaję, że się nie spodziewałam takiego wyznania. -Przedstawiła dość skrótowo całą sytuację oraz rozmowę, która wzbudziła w niej zaskoczenie. -Rodzina Bulstrode prowadzi jeden z największych rezerwatów w kraju. Bradford działa w ramach rodzinnej tradycji i opiekuje się rezerwatem. Poznaliśmy się, gdy naruszyłam struktury bezpieczeństwa kiedy poszukiwałam pewnych ruin. - Zaśmiała się na to wspomnienie i minę czarodzieja kiedy ją zobaczył gramolącą się z ziemi. Żadne nie spodziewało się zobaczyć tego drugiego. Brad zaś wydawał się poirytowany jej najściem, a może wręcz rozczarowany jej nieuwagą. A teraz miała zostać panią Bulstrode.
Niepokój i pewne spięcie Oriany nie uszło jej uwadze więc przechyliła nieznacznie głowę ku prawemu ramieniu, jak zawsze kiedy była czymś zaintrygowana. Czyżby kryła się za tym jakaś romantyczna historia i to ta z tych zakaznych? Gdy padło nazwisko Lestrange już rozumiała skąd takie zachowanie Oriany. Rodziny błękitnokrwiste nie były zbyt skore do łączenia się z tymi bez nazwiska. To nie tak, że nie było takich sytuacji, ale nie były ani częste ani powszechne. -Och, już rozumiem. - Kiwnęła głową z cichym komentarzem, który raczej powinna zachować dla siebie. -Hadrian Lestrange jest człowiekiem żelaznej woli. - Zaczęła powoli, bo ostatnie co chciała to napędzić stracha czarownicy. W myślach jedynie zemściła na Atticusa, że postawił narzeczoną w takiej sytuacji, zanim sam udał się do swojego nestora i przedstawił zamiary. Być może wychodził z założenia, że lepiej prosić o przebaczenie niż błagać o pozwolenie. -Można rzecz, że ceni czystą krew ponad wszystko inne, więc w tej kwestii nie masz powodów do obaw. Docenia siłę charakteru ale nie buńczuczność i dumę, która w sumie przystoi tylko jemu. - Nachyliła się konspiracyjnie do czarownicy. -Można powiedzieć, że ma wszystkie ceny mężczyzny u szczytu władzy. Potęgę, osobisty urok jeżeli ma w tym interes. Nie jest głupio uparty. Sądzę, że powinnaś przygotować się na konkretne pytania i odpowiadać równie konkretnie. - Jej romantyczna dusza się w niej odezwała i choć wiedziała, że dla tych dwojga będzie to ciężka przeprawa, to chciała, aby im się udało. Istniała szansa, że ta dwójka, jeżeli pokaże nestorowi, że decyzja nie jest kaprysem pod wpływem chwili, to ustąpi. Zapewne narzucając własne zasady, które będą musieli przyjąć, ale skoro zaręczyli się bo łączyło ich uczucie, to nie obawiała się, że nie przetrwają tej próby. Zamyśliła się na dłuższą chwilę. -Atticus na pewno otrzyma zaproszenie na wesele moje i Bradforda wraz z osobą towarzyszącą. Jak się zjawisz u jego boku, to może pokazać, że jego wybór jest też akceptowany przez innych. - Jej brat mógłby się krzywić, ale była pewna, że słowem się nie zająknie w trakcie ceremonii. Następnego dnia to co innego.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#19
Lucinda Macnair
Śmierciożercy
Hope for the best, but prepare for the worst.
Wiek
28
Zawód
łamacz klątw i uroków, poszukiwacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
15
1
OPCM
Transmutacja
30
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
05-02-2026, 11:55
Odpowiedź dla Rodric Carrow

Na próżno u arystokracji szukać woli i chęci postępu. Kultywowali tradycję, bo to właśnie w zasadach odnajdywali kierunek, w którym należało podążać. Tak było pokolenia przed nimi i tak miało wyglądać pokolenia po nich. Wszystko inne mogło iść do przodu - czarodzieje sami wybierali, by poznawać nowe kultury, nowe języki. By ich codzienność urozmaicały wpływy innych, bardziej doświadczonych lub po prostu lgnących do nowości. Błękitnokrwistym było to jednak nie w smak i tak wyglądało to od zawsze. Mianem postępowego określali wszystko, co wykraczało poza ich własne, ułożone przed wiekami zasady. I mówiąc to, wcale nie chwalili poruszającego się ku rozwojowi świata - w słowie postępowy odnajdywali przede wszystkim zagrożenie. Przestała z tym walczyć już dawno. Jeszcze jako dziecko - a może już bardziej nastolatka - wiedziała, że jej najbliżsi nie będą doceniać tej cechy. Nie będą doceniać jej chęci podążania za postępem. Dlatego w murach własnego domu była przykładna. Kultywowała tradycję, stosowała się do wszelkich zasad, by finalnie, na końcu drogi, odebrać nagrodę. Zaplanowaną przez samą siebie i dla siebie - wykorzystując do tego ręce swoich bliskich. Ktoś mógłby nazwać to kłamstwem, ktoś inny manipulacją, ale przecież wszystkie te relacje właśnie na tym się opierały. Tego uczono dzieci, to wzmacniano w dorosłych - wręcz to nagradzano.
- Szczególnie te nowe - powtórzyła po nim, a na jej ustach pojawił się znaczący uśmiech. - Rozmowa nie zawsze jest przecież szukaniem atencji. Można by rzec, że my właśnie zakopaliśmy topór… wojenny. - nie nazwałaby jednak ich unikania prawdziwą wojną. Nigdy nie czuła wobec niego autentycznej niechęci - nie życzyła mu źle, nie myślała o nim źle. Odczuwała raczej dyskomfort, gdy bez słowa mijali się na korytarzach albo wybierali najdalsze krańce stołów, gdy zdarzało im się zasiąść przy jednym podczas uroczystych kolacji. - Tak czy inaczej myślę, że Drew w tych słowach by mnie poparł, ale jeśli nie masz komfortu, by ze mną rozmawiać, oczywiście to rozumiem - dodała, znów rozświetlając twarz uśmiechem. Z jednej strony chciałaby wierzyć, że właśnie taka byłaby reakcja jej męża, gdyby tego sobie życzyła. Z drugiej nie miała zamiaru zmuszać stojącego przed nią mężczyzny do czegokolwiek. Choć podejrzewała, że wiele w tym było wymówek, które miały wybielić jego postawę - i na to mogła mu pozwolić. A nawet w to… uwierzyć.
Mogła śmiało stwierdzić, że mężczyznom w tej całej specyfice życia błękitnokrwistych było nieco łatwiej. Ich zdanie zawsze liczyło się bardziej, a słowa miały zupełnie inną wagę. Wybór konkretnego zawodu również był znacznie szerszy niż u kobiet, bo choć musieli spełniać wymogi głowy rodu, wiele ścieżek było dla nich po prostu łatwiej dostępnych. Nawet po ślubie - zmuszeni do zawarcia relacji noszącej miano niepisanej umowy - mogli bez wstydu oddawać się własnym zachciankom, nawet jeśli żona była ostatnią z nich. Pozwalali sobie na więcej, czasem całkowicie zapominając o komforcie drugiej strony. Nie wiedziała, czy Rodric planował być właśnie takim mężem, takim partnerem dla swojej wybranki, ale były to fakty dyktowane latami obserwacji i doświadczeń. - Jeżeli progresywnymi chcemy nazwać tych, którzy dbają o komfort obu stron, to chyba właśnie to daje ci do zrozumienia -zaczęła, odwracając się do niego całkowicie, tak by widzieć go w pełni. - Czy jest w tym coś złego?
Skinęła głową na jego kolejne słowa. - W mojej rodzinie mówiło się, że te najbardziej zgodne zawsze są z przesilenia, ale czy można temu wierzyć? - uniosła brew w pytającym geście. - Może pora roku jest tylko porą roku.
Nagle z kobiety, którą świat dawno okrzyknął starą panną, stała się wyrocznią w kwestii tego, do jakiego miana męża mężczyźni powinni aspirować. Gdyby ktoś kilka lat wcześniej powiedział jej, że właśnie tak zmieni się jej życie, prawdopodobnie nigdy by w to nie uwierzyła. Nie dlatego, że nie miała dla siebie nadziei, ale dlatego, że w jej myślach równało się to porzuceniu wszystkiego, co znała i ceniła. Los miał jednak dla niej inny plan. Taki, który mogła - i chciała - przyjąć. Który sama wybrała. Zamyśliła się na chwilę. - Gdybym miała mówić o tym, jakim mężem nie być, musiałabym mocno generalizować, a przecież każdy jest inny - zaczęła z lekkim uśmiechem. - Ale jeśli pytasz, jakim warto być… - zawahała się na moment, ważąc własne słowa. - Na pewno takim, który słucha tego, co żona chce powiedzieć. I który nie traktuje jej słów jak tła do własnych myśli. Takim, który docenia i to nie tylko spojrzeniem, ale też słowem. - przechyliła lekko głowę. - Warto być mężem, który nie boi się przyznać do niewiedzy ani do błędu. Który rozumie, że partnerstwo nie polega na wygrywaniu sporów, ale na tym, by po nich wciąż stać po tej samej stronie. I takim, który nie zapomina, że żona była kimś jeszcze zanim stała się żoną. - jej uśmiech stał się cieplejszy, mniej żartobliwy. - Reszta… to już kwestia wyborów. Codziennych. Małych. Bo z nich właśnie składa się bycie dobrym mężem, a nie z wielkich deklaracji.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#20
Rodric Carrow
Śmierciożercy
Wiek
28
Zawód
Służby Administracyjne Wizengamotu
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
10
17
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
3
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
3
Brak karty postaci
06-02-2026, 17:53
- Jeżeli jesteś tego pewna, myslę, że możemy uznać, że stoimy nad mogiłą toporu - przyznaję jej rację, wszak nie będę się spierał, sama najlepiej zna swojego męża. Znam zresztą Drew jeszcze ze szkoły, był odemnie kilka lat starszy, ale oboje byliśmy w Domu Węża, a po latach okazało się (choć to nie było zaskoczenie), że mamy podobne poglądy i łączy nas coś więcej niż Lucinda. Myśląc o jednej idei, zastanawiają mnie jej słowa, w których wspomina o dobrze obu stron. W moim mniemaniu jest miejsce tylko na dobro, które sam projektuję, dlatego zdaje się być nieco zdziwiony. Szybko jednak tłumaczę sobie, że Lucinda musi mieć na myśli coś zupełnie innego niż ja. Nie odpowiadam, ale cała mowa ciała wskazuje na to, że nie zgadzam się z tym co powiedziała. Upijam ostatni łyk wina i przesuwam pustym kieliszkiem po kamiennej balustradzie.
Uśmiecham się na wspomnienie powiedzenia w rodzinie Selwyn, lecz nie był to uśmiech szczęśliwy, jedynie komentarz do ironi, jaką tworzą sobie kulturalnie bryjczycy, gdzie każdy żyje wobec własnych zasad. Nie, żebym to specjalnie krytykował, może po prostu było to zabawne. - Każdy ród ma swoje powiedzenia -skomentowałem - Ale faktycznie powinienem poczekać do końcówki września. Pewnie dlatego wciąż nie mamy daty, dałaś mi do myślenia - podziękowałem jej, tuszując tym potencjalnym niedogadaniem fakt, że jeszcze ani nie mam wybranki na żonę, ani nawet nie zacząłem z nią rozmawiać ani o równonocach ani o przesileniach.
Czekając na rady dotyczące małżeństwa, przesuwam uważnym spojrzeniem po Lucindzie. To spojrzenie było właśnie tym, czego ewentualnie powinien obawiać się Drew i przed którym chroniłem Lucindę nie rozmawiając z nią tak długi czas. To spojrzenie analizowało kształt jej twarzy, czerwień ust, nawet wykończenie sukni w której dziś sie prezentowała. Nim Lucinda przejdzie do idei dzielenia się swoimi błędami z małżonką, ja już będę zatopiony w rozmyślaniu nad tym jak piękną jest kobietą i jak ma przyjemny głos. Bije od niej jakiś spokój, którego nie widziałem w przeszłości i zdaje się, że jej związek przynosi jej większą siłę niż ten który moglibyśmy stworzyć my. To odkrycie kłuje dziś w serce, bo uświadamia po raz kolejny, że nie warto było żyć wspomnieniem, a i ja te dziesięć czy więcej lat temu byłem zupełnie nieodpowiedzialny i niegotowy na małżeństwo.
- Myślę, że chyba nie doceniałem naszej znajomości - mówię po chwili milczenia, która nastąpiła po wypowiedzi Lucindy i unoszę brew - Czy to brzmiało przekonująco, jako przyznanie się do błędu? - zadaję pytanie i ręką przysłaniam usta, żeby lekko przykryć uśmieszek, który błąka się, kiedy tak flirtujemy sobie tutaj na balkonie z Lucindą. Wtedy jednak moje spojrzenie wymyka się za jej ramię i widzę idącą w kierunku wejścia na balkon Leopoldine. Lekkość, którą czułem jeszcze przed chwilą zostaje zgnieciona przez jakiś dziwny skurcz przy sercu , odwracam się i patrzę już tylko na widok, który roztacza sie przed nami. Pomimo tego, że jesteśmy na zewnątrz mam wrażenie, że nagle brakuje mi tchu.
- Chyba powinienem wracać do środka - mówię na głos, chociaż chciałbym zachować się dostojniej i przywitać z panną Flint. Ukradkiem spoglądam na Lucindę. - Może znajdziemy twojego męża - proponuję i nadstawiam rękę, by się na niej wsparła, zanim zejdziemy z balkonu. A kiedy zadecyduje pójdziemy wspólnie, bądź też osobno, ale zdążę jeszcze minąć Leopoldine zatopioną w rozmowie z płomiennowłosą dziewczyną (swoją drogą rozpoznaję w niej ścigającą Gryffindoru, której swego czasu posyłałem bardzo silne zagrania tłuczkiem), złapać jeden wdech powietrza które roztacza się wokół niej słodką wonią najpiękniejszych perfum jakie kiedykolwiek czułem.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (3): « Wstecz 1 2 3 Dalej


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 22:03 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.