• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Szkocja > Hogsmeade i okolice > Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie > Balkon
Strony (2): 1 2 Dalej
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
13-10-2025, 12:48

Balkon
Balkon na czwartym piętrze to jedno z tych miejsc w Hogwarcie, które zdają się istnieć poza czasem. Kamienna balustrada, zdobiona motywem starych liści i herbów, wychodzi ponad dziedziniec, oferując widok na wieże i mgły snujące się nad jeziorem. W samym rogu stoi pomnik kamiennego gargulca – posąg o skrzydłach złożonych jak do lotu, z pyskiem skrzywionym w sardonicznym uśmiechu. Nocą jego oczy podobno błyszczą odblaskiem gwiazd, a czasem słychać, jak chrząka, gdy ktoś przechodzi zbyt blisko. Balkon bywa ulubionym miejscem uczniów szukających spokoju lub podmuchu świeżego powietrza po długich zajęciach.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
17-10-2025, 14:53

Poczęstunek



[Obrazek: pPpLSVc.gif]

W wielu miejscach Hogwartu czekały na gości stoły z poczęstunkiem. Były to głównie przekąski i słodkości, przystawki i niewielkie dania, które można było nałożyć sobie na talerz i przechadzać się z nim. W niektórych komnatach przygotowano okrągłe stoły, gdzie goście mogli usiąść i porozmawiać.
Skrzaty domowe Hogwartu wspięły się na wyżyny swych możliwości kulinarnych i przygotowały prawdziwe rarytasy! Stoły uginały się pod ciężarem talerzy, półmisków i pater ze specjalnościami kuchni brytyjskiej, francuskiej oraz norweskiej. Można było tam znaleźć między innymi: dyniowe paszteciki pachnące cynamonem i gałką muszkatałową, obok nich piętrzyły się niewielkie kanapeczki z łososiem, ogórkiem i pasternakiem; goście mogli spróbować również zapiekanki pasterskiej, pieczeni wołowej i baraniej z warzywami w glazurze, pieczeni Yorkshire, ziemniaków w przyprawach i kilku rodzajów gulaszu. Lśniące złote znicze kusiły do spróbowania ich orzechowego wnętrza, obok polecał się tradycyjny pudding oraz tarta melasowa. Dla gości z południa przygotowano quiche lorraine, zupę rybną bouillabaisse, deski serów, winogron oraz wykwintnych wędlin i pasztetów, a jeszcze więcej czekało na gości francuskich deserów - począwszy od delikatnych croissantów, przez pain au chocolat, makaroniki i małe tartaletki z owocami; goście Zjazdu mogli raczyć się karmelizowaną tartą jabłkową oraz crème brûlée (po którym każdy uśmiechał się słodko). Absolwentów Durmstrangu skrzaty pragnęły zaskoczyć ich rodzimą kuchnią: przygotowały więc wędzone i suszone mięsa oraz ryby, fårikål czyli tradycyjną baraninę z kapustą, a także kilka rodzajów warzyw. Goście mogli raczyć się także dobrym, ciemnym pieczywem oraz lefse, czyli plackami ziemniaczanymi. Jeśli mieli ochotę na cos słodkiego, to mogli poczęstować się również rożkami z wafelków nadziewanych śmietankowym kremem oraz dżemem, a także risalamande i słodkimi bułeczkami z kardamonem i pastą migdałową.

Do dyspozycji gości pozostawał również alkohol. Dostępne były: ognista whisky, piwo kremowe, rum porzeczkowy, piołunowe wino, miód pitny, sherry oraz kociołkowa brandy.

    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Loretta Krueger
Czarodzieje
I am mine before I am ever anyone else's.
Wiek
20
Zawód
alchemiczka, pracuje w aptece ojca
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
5
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
20
Siła
Wyt.
Szybkość
7
11
13
Brak karty postaci
21-10-2025, 11:58
Zjazd Absolwentów

Mellita

Choć nie opuściła tych murów wcale tak dawno temu, miała wrażenie, że minęły całe dekady. Hogwart nie zmienił się właściwie wcale - te same korytarze, te same obrazy spoglądające czujnym wzrokiem, te same duchy wygłaszające tyrady, których nikt już nie chciał słuchać. Może to kwestia samej uroczystości, ale dziś czuła się tu obco. Jakby był to rozdział jej życia, który dawno chciała zamknąć i o nim zapomnieć. Bo zawsze czuła się tu dobrze - nigdy nie spotkało jej nic, co wykraczałoby poza normę młodzieńczych zdarzeń - a jednak teraz towarzyszyła jej dziwna melancholia. Energia, z którą nie do końca potrafiła sobie poradzić. Myślała, że może to przez Freddiego i jego niechęć do tłumów, przez te spojrzenia, które zdawały się wbijać w nich z każdej strony. Może udzielało się jej jego nastawienie. Ale przecież już wcześniej miała wątpliwości, czy w ogóle powinna tu przyjść. I to chyba zaskakiwało ją najbardziej. Jako naczelny narcyz chciała błyszczeć - brylować w towarzystwie, opowiadać o przygodach, które zafundowało jej życie. Może w tym właśnie tkwił problem. Bo choć miała powody do dumy, to nie była do końca zadowolona. To, co osiągnęła, nie było jeszcze spełnieniem wszystkich marzeń. Nie mogła bez wytchnienia opowiadać o Aptece, której była właścicielką, o eksperymentach prowadzących do wielkich odkryć, o wspaniałym domu, rodzinie, dzieciach. Nie mogła, bo jeszcze tego wszystkiego nie miała. I choć odkrycia naukowe wciąż pozostawały jej największym marzeniem, nie była pewna, czy pragnie też całej reszty. Już teraz potrafiła więcej niż większość jej rówieśników, ale ambicja była tym, co ją napędzało - chciała więcej. Więcej, aż zabraknie tchu, aż zdąży dotknąć wszystkiego, o czym marzyła. Może właśnie o to chodziło - że choć miała się czym pochwalić, to wciąż było to tylko preludium do tego, czym chciała się chwalić. Ludzie oceniali. Ona też to robiła. Ale nie chciała, by oceniali ją po zaledwie skrawku wyrwanych marzeń. Niech zazdroszczą jej wszystkiego. Dopiero wtedy poczuje, że naprawdę wygrała.
Wyszła na balkon by odetchnąć, gdy Freddie wczuł się w rozmowę z dawnym znajomym z tego samego domu. Tak się zaklinał, że nikogo tutaj nie pamięta i z nikim właściwie nie chce utrzymywać kontaktu, a wcale nie wyglądał na spiętego, gdy ten znajomy zaczął go wypytywać o połowy. Podeszła do barierki i dopiero wtedy zauważyła stojącą obok kobietę. Kącik jej ust drgnął ku górze, gdy rozpoznała znajomą krukonkę. - Mell - przywitała się, przesuwając po niej spojrzeniem. Nie patrzyła jedynie na strój - dostrzegała też kondycję błękitnokrwistej, bo przecież ta często odwiedzała jej Aptekę po eliksiry na swoją przypadłość. - Dawno się nie widziałyśmy, więc potraktuję to jako dobry znak. Jak się czujesz? - zapytała, dopiero po chwili uświadamiając sobie, że zabrzmiało to może zbyt bezpośrednio. Roześmiała się lekko. - Właściwie powinnam zapytać, jak się bawisz. - dodała.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Oriana Medici
Akolici
niepokorne myśli, niepokoje
Wiek
25
Zawód
magimedyczka, genetyczka, badaczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
4
0
OPCM
Transmutacja
4
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
25
9
Siła
Wyt.
Szybkość
5
6
8
Brak karty postaci
28-10-2025, 15:10
w trakcie balu | dla Primrose

Była w potrzasku; jednocześnie bawiła się przednio, z drugiej zaś strony potrzebowała chwili odpoczynku od gwaru głównej sali. Zapachy mieszały się ze sobą drażniąc kobiece zmysły, ilość uścisków dłoni i złożonych nań pocałunków prowadziły do kapitulacji jakichkolwiek, kiedykolwiek postawionych granic. Nigdy nie czuła się dobrze w tym lepszym świecie, wyższym świecie, w którym rolę grały zbędne kurtuazje. Potrafiła się weń odnaleźć, w to wprowadzał ją ojciec, ale i tego wymagała specyfika jej prywatnej praktyki uzdrowicielskiej. Zwierzyna pośród leśnej gęstwiny — każdy krok wymagał czujności, każdy uśmiech wyliczony był co do milimetra; w całej tej kindersztubie bywało więcej precyzji niż przy zabiegach chirurgicznych. Miękkość słów zdobiła ramiona podobnie, co szal. Mia carissima Oriana, czyżby młodą narzeczoną swojego przyjaciela traktowali jak zabawkę? Ledwie lalkę, której włoskie nazwisko było tylko zabawką? A może po prostu była wyczulona, przyczajona w norze własnych opinii i niechęci tak głęboko, że niemalże odbierało jej dech. Czuła fałsz pod warstwą grzeczności, rozpoznawała żądzę ukrytą za uśmiechem, czuła w powietrzu ciężar nieszczerości — a może było to całe uzewnętrznienie tego, kim sama w sobie była, decydując się na małżeństwo, na kajdany zobowiązań i woluminy nieszczerości, kiedy wymawiała ,,tak, chcę zostać twoją żoną''.
Musiała to popić, musiała poczuć, jak gorzkość alkoholu rozdziera na kawałki uczucie uciskające gardło. Atticus na to nie zasługiwał.
Skierowała się na balkon, uciekając w cichym przeproszeniu od ministerialno-politycznych dysput narzeczonego. Nie tylko szampan, nie tylko wino; spięcie ramion tworzyło z jej sylwetki porcelanową figurę, twarz pozostawała w niemrawym grymasie przyziemnej uprzejmości, którą obdarzała każdego napotkanego na swej drodze, z uporem maniaka dziękując za kolejne gratulacje zaręczyn.  Nalała sobie porzeczkowy rum, kierując swoje kroki w kierunku balkonu, ale tutaj — ku jej braku uciechy — rozmawiały już dwie dziewczęta, pośród których rozpoznała swoją pacjentkę Mellitę. Lekko zaśmiała się, unosząc szklankę w geście wycofywania się, po czym z uśmiechem rzuciła do młodej arystokratki i jej ślicznej towarzyszki.
— Przepraszam dziewczyny, nie przeszkadzam!! — I już chyba sama nie wiedziała, czy sobie, czy im,  ale płynnym krokiem wróciła na główny korytarz, przystając przy stoliku i upijając haustem znaczący łyk rumu. Lekki grymas zniekształcił czerwony zarys ust, głowa pomachała, przeganiając piekące uczucie gorzkości alkoholu spływającego po języku, nim spostrzegła kogoś, kto naprawdę — w niewymuszony jak na pannę Medici sposób — rozświetlił tę chwilę niezadowolenia.
— Primrose Burke — odparła ochoczo, w płynności ruchów kierując się do koleżanki z dormitorium, którą serdecznie uścisnęła, wreszcie zdobywając się na prawdziwą szczerość uśmiechu. Uwielbiała ich rozmowy jeszcze za czasów szkoły, kiedy współdzieliły ambicje i zacięcie naukowe, w jednoczesnym poszanowaniu wzajemnych granic. Nie czuła od niej bijącej wyższości — prawdopodobnie za sprawą wieku, ale to wolała przełknąć z kolejnym łykiem alkoholu i nie wchodzić głębiej w przychodzące z tym aluzje — a tym bardziej, gdy przesunęła spojrzeniem po jej stroju.
— Jak zwykle wyglądasz pięknie! Ale czy to... — spojrzeniem i palcem wskazała na prawą dłoń koleżanki, przybierając na usta zawadiacki uśmiech. To było tak proste, tak banalnie zrozumiałe. Cały dualizm sprawczości i obowiązku, poczucie duszenia się w gorsecie obowiązków wobec rodziny, gdzie prym wiodło dobre zamążpójście, o którym nigdy nie marzyła. Wszystkie łzy wylane w poczuciu, że odbierana jest jej wolność. Pstryk, bo przecież w tych samych kobietach, które potrafiły mówić o polityce z taką samą trzeźwością, z jaką mężczyźni sięgali po whisky, tkwiły ledwie dziewczęta, które z cichym dreszczem ekscytacji przymierzały nowe suknie, wybierały zdobienia na mankietach i wybierały odcień złota pasujący do odzianej szminki. Ekscytacja, tak prozaiczna na pozór, ale podszyta poczuciem, że za tym wszystkim jest też doza przyjemności, przelało się po ciele Oriany i uaktywniło dawno zakurzone zasoby życzliwości, błyszczące jaskrawo jak jej własny pierścionek na tle szklanki z rumem.
—  Na Merlina, musisz mi wszystko opowiedzieć —  entuzjastycznie, bo chyba to był ten grunt, który nie oceniał, a rozumiał. W euforii wręcz, bo choć jej przyjaciółki rozumiały argumenty o bezpieczeństwie, stabilności finansowej i dobrym mariażu, to nie tylko to było w Atticusie dla niej, jako jego wybrance i doskonale widziała w błysku spojrzenia Primrose, że  tu mogła się jawnie i otwarcie ekscytować. Bo nawet mimo niechęci do instytucji małżeństwa i idących za tym ograniczeń, nawet mimo zmęczenia uniżaniem i kurtuazją, to gdzieś wewnątrz były one sprzed dziesięciu lat, wybierające sukienki przed spacerem po błoniach ze ścigającym Ravenclaw, który potem dostał Nędzny z OWUTEMów i już nie był tak atrakcyjny, chociaż dla tych zielonych oczu dało mu się ten kardynalny błąd wybaczyć.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Mellita Macmillan
Czarodzieje
Nobody but me is gonna change my story
Wiek
22
Zawód
magijubiler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
0
21
Magia Lecznicza
Eliksiry
8
10
Siła
Wyt.
Szybkość
0
10
0
Brak karty postaci
28-10-2025, 21:30
Loretta
Czuła się jakby tu nie pasowała. Nie chodziło o szkolne mury – w nich nie czuła się inaczej niż za ścianami domu, w którym przyszło jej mieszkać na co dzień. Tam jednak wydawało jej się, że jej zamyślona twarz bardziej swoją estetyką pasowała do ciemnych bibliotek czy rozświetlonego sztucznym światłem warsztatu niż pomiędzy ludźmi w eleganckich strojach, wyglądających jakby właśnie nadeszła najlepsza noc ich życia. Mimo to, nie przeszkadzało jej znalezienie się tutaj dzisiejszego wieczoru, tak jakby dawało jej to szanse na nowe rzeczy, nowe plotki, nowe informacje. Brakowało jej jedynie towarzystwa i kiedy ludzie jeden za drugim zjawiali się w wejściu szkolnego progu, łapiąc za ramię swoje towarzystwo, podczas kiedy ona ostrożnie zmierzała w stronę wejścia, podpierając się na swojej lasce.
Zielona suknia, kończąca się nad kostkami, przypominała swoim błyskiem szmaragdowe połyski głębokiego, ciemnego morza albo klejnot, na który dopiero padało światło słonecznie. Na tyle swobodna, że nie plątała jej się pod nogami, pasowała do pereł w jej kolczykach, zdobiących jej drobną sylwetkę w sposób subtelny, bo przytłoczyć jej kolorem czy tkaniną wcale nie było trudno.
Nie samymi plotkami jednak żył człowiek, dlatego w ramach złapania chwili dla siebie i świeżego powietrza powoli przeniosła się w stronę balkonu, mniej wymagającego miejsca, jeżeli chodziło o tłoczność, a i łatwiejszego, jeżeli mowa była o dostępnie do ścian i barierek, o które łatwo się było w razie czego oprzeć. Dotarła do stołu, spoglądając na przeróżne potrawy i napoje, niemal niekończące się w swoim przepychu.
Ostrożnie sięgnęła po jedną z mniejszych przekąsek, przyglądając jej się przez chwilę zanim głos zza jej pleców nie zwrócił jej uwagi, wymawiając jej imię.
- Loretta. – Na jej twarzy od razu pojawił się ciepły uśmiech, nieczęsta sytuacja w ostatnich dniach, zwłaszcza od kiedy Migrena Krucza nieco popsuła jej nastrój podczas zaprzysiężenia i miała szczerą nadzieję, że dzisiejszy wieczór będzie spokojniejszy. Na pewno był lepszy, kiedy znajoma twarz, młodsza od niej, otoczona jasnymi włosami, pojawiła się w jej polu widzenia.
- Miło cię widzieć! Mam nadzieję, że dobrze się bawisz? – Wyciągnęłaby dłoń w jej kierunku, chwilowo jednak trzymała w jednej swoją laskę, w drugiej przekąskę. Gdzieś obok przemknęła jeszcze Oriana, wyraźnie podekscytowana i nawet przyszło jej zaraz usłyszeć, czym dokładnie.
- Ja? Mam wrażenie, że nie tak dobrze się bawię, jak niektórzy tutaj. A zdrowie…cóż, lepiej niż parę tygodni temu. – Nie umiała ukryć w tym momencie, że nie czuła się najlepiej rozmawiając o swoim zdrowiu, dlatego szybko zmieniła temat, przyglądając się młodszej kobiecie. – Co za szczęśliwa osoba towarzyszy ci dziś? – Zakładała, że nie pojawiła się dziś sama, była uroczą osobą i nie było jej trudno znaleźć towarzystwo.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Loretta Krueger
Czarodzieje
I am mine before I am ever anyone else's.
Wiek
20
Zawód
alchemiczka, pracuje w aptece ojca
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
5
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
20
Siła
Wyt.
Szybkość
7
11
13
Brak karty postaci
06-11-2025, 16:29
Odpowiedź dla Mellita Macmillan

Takie spotkania jak to dzisiejsze zawsze niosły ze sobą coś kuszącego. W końcu można było dowiedzieć się tak wiele - o ludziach, o sobie, o tym, co zatarło się w pamięci, choć kiedyś wydawało się nie do zapomnienia. Twarze, które mijało się na korytarzach, z którymi dzieliło się posiłki i drobne sekrety, wydawały się wtedy całym światem. A teraz? Teraz większości z nich już nie pamiętała. Nie minęło przecież aż tak wiele czasu, a jednak - jakby ktoś grubą kreską oddzielił tamten okres od tego, co przyszło później. Może sama to zrobiła. Może świadomie wymazała ich z pamięci, skupiając się na przyszłości, na tym, co jeszcze przed nią, a nie na tym, co bezpowrotnie minęło. A może po prostu uznała, że nie byli warci tego, by ich wspominać. Że ich twarze, nazwiska i głosy zajmowały w jej głowie miejsce, które wolała poświęcić czemuś ważniejszemu. A może - i to wydawało się najbardziej prawdopodobne - najlepiej czuła się we własnym towarzystwie. Z czubkiem własnego nosa jako jedynym punktem odniesienia, z własnym odbiciem jako jedynym świadkiem prawdy. Reszta? Była tylko historią. Taką, do której można wrócić przy ognisku, wspomnieć dla towarzystwa, dla nostalgii innych. A potem znów zapomnieć. Nie wszystkich, oczywiście. Ale większość.
Podobał jej się jednak sam zamysł. Suto zastawiony stół, choć pewnie niewiele z tego, co na nim leżało, trafi ostatecznie na jej talerz. Podobały jej się uśmiechnięte twarze, rozmowy o wszystkim i o niczym, to gwarne tło, w którym można było niemal zniknąć. Nie myślała o tym, że za tym wszystkim mogła kryć się jakaś polityczna intryga - o tym też przecież się mówiło - ale nie zamierzała się w to zagłębiać. Nawet jeśli coś w tym było, to i tak znajdowała się zbyt daleko od centrum spraw. Zbyt mała, by móc cokolwiek teraz zmienić. Decyzje, na które miała jakikolwiek wpływ, już dawno zostały podjęte.
Przyjrzała się uważniej swojej rozmówczyni, a delikatny uśmiech nie schodził jej z ust. Nim jednak zdążyła cokolwiek powiedzieć, drzwi balkonowe znów się otworzyły, a w nich stanęła nieznajoma czarownica. Loretta odruchowo odwzajemniła jej uprzejmy uśmiech, by zaraz potem wrócić spojrzeniem do błękitnokrwistej. - Chyba nie spodziewałam się, że wrócę tu tak szybko - odparła, wymijająco, nie chcąc zdradzać zbyt wiele. Sama jeszcze nie była pewna, czy dobrze się bawi, czy może wolałaby wrócić do domu. Albo… na barkę, do Freda. Na razie pozostawiała tę myśl w zawieszeniu, jakby wciąż ważyła, w którą stronę przechyli się wieczór. - Tak? - podchwyciła z wyraźnym zaciekawieniem, wyczuwając zbliżającą się plotkę. - O kim mówisz? - spytała, a w jej głosie zabrzmiała nuta szczerego zainteresowania. Lubiła wiedzieć. Interesowała się ludźmi, ich historiami, może trochę z przekory, a może dlatego, że w aptece, w której pracowała, nie sposób było się od tego odciąć. Każdego dnia ktoś dzielił się z nią najmniejszymi elementami swojego życia - troskami, lękami, nadziejami - aż w końcu weszło jej to w krew.
O zdrowie już więcej nie zapytała. Zauważyła, jak rozmówczyni omija ten temat i uznała, że ma do tego prawo. O takich rzeczach lepiej rozmawiać w czterech ścianach pracowni, nie tutaj - pośród śmiechów, muzyki i szmeru rozmów. - Ach, dzisiaj przyszłam z bratem. - przyznała po chwili z lekkim uśmiechem. - Gdybym nie użyła odrobiny szantażu, pewnie wcale by się nie pojawił. Ale kto wie, kiedy znów nadarzy się taka okazja, by zajrzeć w te mury i powspominać stare czasy. - wzruszyła ramionami lekko, jakby samą siebie chciała przekonać, że to był dobry pomysł. - A ty, moja droga? - dodała po chwili z figlarnym błyskiem w oku. - Liczysz dziś na jakieś konkretne spotkanie? - nie dopytywała już głośno, czy chodzi o przyjaciółkę z dormitorium, czy może dawną sympatię - nie chciała odbierać jej przyjemności z własnych niedomówień.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Rodric Carrow
Śmierciożercy
Wiek
28
Zawód
Służby Administracyjne Wizengamotu
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
10
17
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
3
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
3
Brak karty postaci
23-12-2025, 23:16
Zjazd absolwentów, 30.04.1962

Absurdalne wydarzenie, absurdalne towarzystwo, absurdalna jest moja obecność tutaj. Chociaż to ostatnie miejsce, w którym bym się widział, to jest powód który zaważył na tym, że tu jestem. Tym powodem jest nie kto inny, jak mój wuj-dziad Cassian Carrow, który dał mi wyraźne polecenie, bym znalazł sobie narzeczoną do końca miesiąca. Jak można się domyślić, skoro jestem na balu trzydziestego kwietnia i myślę wciąż o tym zadaniu, to jest ono jeszcze niewykonane. Patrząc na moje dotychczasowe dokonania w kwestii szukania żony, analizując ten wagon niepowodzeń, nie dziwi, że zostawiam wszystko na sam koniec i ruszam na akcję, którą można nazwać "narzeczona rzutem na taśmę".
Akt desperacji, powrót do korzeni, do miejsca - jedynego miejsca - w którym moje amory zostawały należycie odwzajemniane. W których zaplanowawszy sobie, że poznam żonę w szkole, już rok po jej skończeniu byłem zaręczony z jedną z dziewcząt ze szkoły. Po ich zerwaniu nie miałem łatwości w nawiązywaniu związków, już nie wspominając o utrzymywaniu ich przez długi okres. Jedyna moja prawdziwa miłość, była niczym innym jak romansem, który rozciągnął się na dwa lata i skończył tak, że żyłem w celibacie kolejne dziesięć.
Na zjazd absolwentów przychodzę o czasie, ale staję z boku, oberwuję czy znam kogoś, czy ktoś mi wpadnie w oko. Dopiero po dłuższym oględzie sali, orientuję się, że na zjazd zostały zaproszone również osoby, których nawet nie potraktuję jako kandydatki. Zaczyna mnie więc irytować ta świadomość, bo jeżeli nie dostanę olśnienia, to cała ta wyprawa będzie na prawdę bezsensowna.
A ułożyłem włosy na brylantynę, są zaczesane do tyłu z wyraźnym przedziałkiem po boku i fantazyjną falą nad czołem. Możliwe, że na darmo?
Po wizycie w sali balowej musiałem zaczerpnąć świeżego powietrza, to co się tam wydarzyło przeszło moje najśmielsze oczekiwania, a chwila na tarasie to zawsze dobre miejsce by uciec. Jak się okazuje, nie tylko ja ruszyłem na balkon, ale również Lucinda Selwyn. Zaraz... Selwyn? Nie, teraz ma już inne nazwisko. Wybijam rytm palcami o balustradę balkonu, kiedy próbuje przypomnieć sobie nowe nazwisko mojej nastoletniej narzeczonej. Zaraz, zaraz... przecież to Lucinda Macnair. W całym tym momencie zawieszenia, nie udało mi się uciec przed rozmową z Lucindą. Dlatego właśnie czeka mnie to, co odkładałem jakieś dziesięć lat. Rozmowa z kobieta, która miała być moją żoną. Ciekawe, czy gdybyśmy wzieli ten ślub, to czy rozmawialibyśmy częściej.
- Lucinda - zauważam jej obecność, a całe moje ciało wzbrania się, lecz robię kroki w jej stronę - Nie spodziewałem się, że jesteś osobą, która tęskni za czasami szkolnymi - zagajam, ale z wyraźną trudnością, nie jestem mistrzem small-talku, zresztą chyba musiałbym pojechać do Ameryki, żeby odkryć coś takiego jak small talk. Zdecydowanie łatwiej rozmawia mi się z serniorkami rodów niż z kobietami w wieku Lucindy. Może to ta presja otoczenia, że skoro jesteśmy w podobnym wieku, to zapewne musi nas łączyć coś sercowego.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Lucinda Macnair
Śmierciożercy
Hope for the best, but prepare for the worst.
Wiek
28
Zawód
łamacz klątw i uroków, poszukiwacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
15
1
OPCM
Transmutacja
30
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
27-12-2025, 15:00
Odpowiedź dla Rodric Carrow

Czasami łapała się na tym, że miała wrażenie, iż żyje w dwóch różnych rzeczywistościach. W dwóch światach, które nigdy nie chciały się ze sobą spotkać. Jakby jej życie rozpadło się na dwie odrębne części.
Pierwszą - tę, w której była błękitnokrwistą córką znamienitego rodu, wpisaną w piękne ramy, z pięknym uśmiechem na ustach i złotą klatką wokół. Wciąż pierwszą, gdy przekroczyła próg Zamku i poznała smak wolności - krótkotrwałej, warunkowej, takiej, którą można było odebrać jednym słowem. Pierwszą, gdy w odległej Francji spotkała wiekowego poszukiwacza artefaktów, a przy blasku drżącej świecy słuchała historii, których był świadkiem - historii większych niż ona sama, większych niż jej nazwisko.
Wciąż pierwszą, gdy ukończyła Hogwart, a ojciec oznajmił jej, że wkrótce zostanie żoną. Pierwszą, gdy roniła łzę nad grobem narzeczonego, bo przyszłość nie była im dana. Żadna przyszłość. Pierwszą, gdy pojawił się kolejny kandydat, kolejny rozejm na horyzoncie, który miał przypieczętować sojusz dwóch wielkich rodzin i dwóch wielkich ambicji. Narzeczeństwo, które znów nie skończyło się na ślubnym kobiercu, lecz w ciszy zerwanych umów i niedopowiedzianych rozczarowań.
Pierwszą również wtedy, gdy szła z misją na ustach u boku Albusa Dumbledore’a. Gdy to ludzie stali się jej największym celem - oni i ich życie, ich wybory, ich kruchość.
I wreszcie druga część. Ta, w której rodzina odpuściła, nadając jej łatkę niesfornej, nieusłuchanej. Ta, w której zgodzili się oddać ją mężczyźnie o niższym urodzeniu - i w której ona sama po raz pierwszy naprawdę przejrzała na oczy. Wciąż druga, gdy Przeklętą Warownię zaczęła nazywać domem, a pod jej sercem narodziło się nowe życie. Druga, w której wolność przestała być pozorna… a przynajmniej tak wtedy sądziła.
Czasem miała wrażenie, że minęły nie lata, a całe dziesięciolecia. Czasem łapała się na tym, że nie była już pewna czy te wspomnienia wciąż należą do niej - czy nie stały się jedynie odbiciem kogoś, kim była kiedyś. Być może te myśli były tylko przejawem nostalgii; w końcu po zakończeniu szkoły nigdy tu nie wróciła. Spojrzenie na to miejsce z innej perspektywy sprawiło jednak, że zaczęła myśleć o wszystkich sytuacjach, które na przestrzeni lat uformowały jej charakter. O wyborach, które wydawały się wtedy drobne, a z czasem okazały się decydujące. Zaczęła też spotykać ludzi, których nie widziała od tak dawna, że czasami zastanawiała się, czy wciąż są prawdziwi, realni - czy istnieją jeszcze poza wspomnieniem. Byli też tacy, z którymi nie zamieniła już ani jednego słowa. Nie dlatego, że nie było o czym mówić, lecz dlatego, że rozmowy stały się zbyt trudne, zbyt krępujące, niosące ze sobą tyle dyskomfortu, iż znacznie łatwiej było przed nimi uciec, niż spróbować je unieść.
Dotknęła balustrady balkonu, zatrzymując się tylko po to by zaczerpnąć powietrza. Zastanawiała się, z iloma jeszcze duchami przyjdzie jej się tej nocy zmierzyć, nim wieczór, nim noc - dobiegną końca. Jej wzrok mimowolnie padł na zbliżającego się mężczyznę i jak na zawołanie los postanowił skonfrontować ją z kolejnym echem przeszłości. - Rodric - poznała go od razu. Widziała go przecież niejednokrotnie na przestrzeni tych lat, choć zawsze w sposób wygodny dla obu stron: z dystansu, w półspojrzeniach, w świadomym omijaniu. Rozmów. Rzucanych ukradkiem spojrzeń. Bo patrząc na niego, nie sposób było nie zastanawiać się, jak mogło wyglądać jej życie.
Uśmiechnęła się uprzejmie, choć w gardle poczuła narastającą z napięcia gulę. - Dlaczego? - zapytała, a jej spojrzenie powędrowało ku rozciągającym się przed nią błoniom. - Zdecydowanie bardziej wolałam czas spędzony w szkole niż podczas tych wszystkich eleganckich i uroczystych kolacji - zaczęła, bo po części była już wolna od wynoszenia na piedestał owych arystokratycznych, niemal boskich bzdur. Spojrzała na niego ponownie. - Unikałeś mnie? - pytanie padło wprost. Bez ogródek. Bez konwenansów. Wolała zadać je pierwsza, zanim sama musiałaby się z nim zmierzyć.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Primrose Burke
Czarodzieje
Wiek
25
Zawód
Badaczka artefaktów i run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
12
9
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
8
Brak karty postaci
28-12-2025, 00:06
Dla Oriany

Wycieczka sentymentalna dobiegła końca kiedy znów zjawiła się w Wielkiej Sali, a brat wraz z bratową zniknęli w tłumie innych znajomych. Ona zaś pozwoliła sobie na samotną wędrówkę po znanych jej murach. Nie była nigdy sama, co chwila napotykała mniej lub bardziej znajome twarze, które uśmiechały się, ściskały, pytały ją jak się czuje i czym obecnie się zajmuje. Jedni pytali z czystej grzeczności, inni bo szczerze byli zainteresowani. Ciągłe uśmiechanie się sprawiało, że bolały ją już mięśnie policzków. Nie przepadała za wielkimi przyjęciami, ponieważ po jakimś czasie wyciągały z niej całą energię jaką dysponowała. Nie leżały w jej naturze zabawy, gdyż zdecydowanie bardziej ceniła sobie spacery, zaszycie się w bibliotece - co zapewne sprawiło, że znalazła się w domu Roweny Ravenclaw. Uznała, że czuje pragnienie, które potrzebowała ugasić więc dość szybko znalazła się przy stole z trunkami wszelakimi. Nagłe wywołanie jej w tłumie sprawiło, że podniosła głowę wybita z zamyślenia spodziewając się, że zaraz zobaczy jakiego nauczyciela, który zmierza w jej stronę, ale zamiast tego dostrzegła przyjazną i bardzo znajomą twarz. -Oriana. - Przywitała czarownicę delikatnym uśmiechem, acz szczerym. Uścisnęła ją na powitanie, a wspomnienia powróciły z czasów szkolnych. Pamiętała jak pochylały się nad książkami, jak głowiły się nad zadaniami jakie zlecali im nauczyciele. -Miło cię widzieć. - jej głos ozdobił dźwięczny śmiech kiedy dostrzegła spojrzenie błądzące w stronę pierścionka zaręczynowego.
Nie ekscytowała się wielce swoim własnym ślubem. Zdecydowanie za mało jak na pannę młodą. Jednak ostatnie spotkanie z Bradfordem sprawiło, że wizja tej ceremonii jawiła się o wiele bardziej ciekawa i niecierpliwiła się na dzień, w którym przyjedzie do Kornwalii w białej sukni. Odruchowo dotknęła pierścionka. -Cóż, dla mnie samej było to lekkie zaskoczenie. - Przyznała otwarcie, bo również rodzina, choć coś podejrzewała to nie spodziewali się, że tak szybko pan Bulstrode wyrazi swoje intencje i chęć ponownego ożenku wybierając na swoja drugą żonę pannę Burke. -Bradford Bulstrode poprosił mnie o rękę, choć raczej nasze pierwsze spotkanie nie wskazywało na to, że tak się potoczą nasze losy. - Sięgnęła po kieliszek z trunkiem, a potem wskazała na dłoń Oriany. -Zdradź coś więcej, z kim twoje losy zostały związane? I kiedy odbędzie się ceremonia zaślubin? - Primrose była już po wyborze sukni, ostatnie przymiarki miały się odbyć za parę dni. Dni naprzemiennie się wydłużały i skracały, jednej nocy nie mogła spać, innej nie wiedziała kiedy wpadła w objęcia Morfeusza. Czuła naprzemiennie lęk i radość. Choć miała w sobie sporo z romantyczki to skrywała tę część siebie w szerszym gronie. Czytała w tajemnicy w dormitorium romanse udając, że są to książki naukowe, a w skrytości ducha wyobrażała sobie, że to ona jest główną bohaterką i przeżywa te wszystkie przygody jakie czytała z wypiekami na twarzy. Teraz zdawało się jej, że właśnie ją przeżywa na własnej skórze. Wrodzona powściągliwość nie pozwala jej krzyczeć z radości, ale roziskrzone spojrzenie zdradzało, że w jej ciele dochodzi do wyrzutu czystej euforii.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#10
Rodric Carrow
Śmierciożercy
Wiek
28
Zawód
Służby Administracyjne Wizengamotu
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
10
17
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
3
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
3
Brak karty postaci
28-12-2025, 12:11
Dla Lucindy

Wspomnienie szkoły dla mnie było chyba jak w każdym, żywe i wbrew pozorom kształtujące. To tu odebrałem pierwsze lekcje pokory wobec rzeczy, które trzeba zdobyć używając do tego innych ludzi (jestem fanem), tu poznałem co to współpraca z innymi ludźmi (nie jestem fanem), oraz doświadczyłem na własnej skórze jak to jest robić w życiu to, do czego nie ma się serca, ale ma się predyspozycje (chodzi tu oczywiście o moją karierę zwiazaną Quiddichem, a pfe!).
Ten konkretny balkon też przywoływał jakieś wspomnienia, chociaż były one mniej wyraźne. Może próbowałem tu zrozumieć znienawidzoną sztukę astronomiczną, albo wróżbiarską? Nigdy nie miałem talentu do marnowania czasu na przedmioty, które mnie nie interesowały, więc może siedząc na tym balkonie albo wychylając się przez jego barierki rozważałem, czy już ktoś przewidział jaki czeka mnie koniec i jaki to będzie miało wpływ, jeżeli skoczę z balkonu, czy będę zwolniony z tego przedmiotu?
Kątem oka dostrzegłem suto zastawiony stół z pysznościami, nim jednak do niego ruszyłem z przerażeniem odkryłem, że moja zaczepka sprawiła, że Lucinda jednak chciała ze mną na prawdę tym razem rozmawiać. Skupiłem na niej spojrzenie, trochę nierozumiejące, wyrwane z kontekstu. O czym my możemy rozmawiać? Już w pierwszym kontakcie okazuje się, że trafiłem kulą w płot. Nie miałem pojęcia o tym, czy lubi bale i wydarzenia na których się widujemy pół-spojrzeniem, czy gardzi nimi i ich bywalcami. Czy może jest ich wielbicielką, rozgrzewają ją ploteczki salonowe i ekscytuje się, by pokazać światu swoją nową suknię, którą sprawił jej mąż. Prawdę mówiąc sądziłem, że bliżej jej do tej drugiej wersji, głównie dlatego, że tak właśnie wyobrażam sobie każdą arystokratkę. Okazuje się, że nawet Lucinda ma swoje tajemnice. A zdawałoby się, że wiedzie prawdziwie udane życie ze swoim mężem. Powróciłem spojrzeniem do zastawionego suto stołu. Nie czas teraz na pyszności, jak się okazuje.
- W życiu bym nie podejrzewał - pokiwałem głową, gotowy wtedy właśnie zakończyć naszą wspólną niezręczność, natomiast znów zostałem zaskoczony. Zdaje się, że wybierając się na ten bal dla Absolwentów nie zdawałem sobie sprawy z tego w co się pakuję.
Bezpośrednie pytanie Lucindy przez moment było dla mnie zupełnie niezrozumiałe. Nie rozmawiamy dziesięć lat i pierwsze co chce zrobić to zburzyć nasz układ, który skrupulatnie układany przez lat niczym wieża z kart, zapewniał nam sukces we wzajemnym omijaniu się?
Moja metoda obrony: gaslighting, który w latach 80. był po prostu sposobem na rozmowy z kobietami.
- Dlaczego miałbym Cię unikać? - wydaję się być na prawdę zainteresowany, jakbym chciał ją podejść i wyciągnąć jakiś sekret o którym wie tylko ona. Bo ja przecież nie mam pojęcia o czym ona mówi, prawda?
Prawda?
Kiedy widywaliśmy się na wydarzeniach, nie starałem się zwracać jej uwagi na siebie. Unikałem jej, trzymałem dystans. Z początku było to trudne, bo byliśmy w podobnym wieku i mieliśmy taki sam status, a nasz arystokratyczny światek nie jest aż taki duży, szczególnie, jeżeli odrzuci się automatycznie część rodzin, z którymi nie jest się w dobrych relacjach. Przez pierwszy i drugi rok, moje działania były wręcz komiczne, natomiast absolutnie koniecznie. Kiedy nagle zmieniałem obraną drogę przez przyjęcie, na tą która prowadziła pod ścianą, kiedy wchodziłem do zamkniętego pomieszczenia, by nie mogła mnie spotkać po drodze, kiedy stałem przy barze tak długo aż nie upewniłem się, że nie ma jej za moim ramieniem. Z czasem ta gra była coraz łatwiejsza, a może po prostu graczy było już dwóch.
I wtedy wyrwało mi się to, co powinno się wyrwać każdemu byłemu, który chce zrobić wrażenie na swojej byłej. Taka lekko naciągnięta prawda, która ma na celu tylko jedno: poprawić sobie humor i postawić się w lepszej pozycji niż ex. Zgrabnie w głowie ominąłem fakt, że to ona pierwsza z sukcesem się ustatkowała. Nie mogę przecież pogodzić się z faktem, że ktoś inny niż ja miałby przewagę, w czymkolwiek.
- Niebawem biorę ślub
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): 1 2 Dalej


Skocz do:

Aktualny czas: 11-01-2026, 00:43 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.