• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Londyn, Clink Street 4/27 > Kuchnia
Kuchnia
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
22-11-2025, 14:40

Kuchnia
Blaty bywają lepkie, zlew zawalony brudnymi garami, a notorycznie niewyżmnięta, zwilgotniała gąbka, leży rzucona niedbale gdzieś nieopodal tak długo, aż nie zacznie śmierdzieć. Kosze na śmieci często są przepełnione, co daje o sobie znać słodkawą wonią bioodpadków. Lodówka obklejona magnesami buczy od kilku miesięcy, a Danny nie zadał sobie jeszcze trudu, żeby ją naprawić. Kiedy Sandy weźmie się za porządki, kuchnia wygląda naprawdę uroczo - jakby gospodarowała w niej miła, uczynna i zaradna młoda panna.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4 Dalej
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#21
Jesse Leffingwell
Czarodzieje
You'll never get a second chance Plan all your moves in advance
Wiek
30
Zawód
Były auror, praca dorywcza
Genetyka
Czystość krwi
wilkołak
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
18
0
OPCM
Transmutacja
18
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
5
Brak karty postaci
21-01-2026, 23:05
W mieszkaniu jest ciepło, odczuwa to po kilku chwilach, kiedy drzwi zatrzaskują się za nimi, by więcej nie niepokoić całego budynku. Wsłuchuje się w szmer dobiegający z pokoju obok — telewizyjna kakofonia sączy się w najlepsze. Przypomina mu to o czasie sprzed dwóch lat; chyba niewiele zmienia się w kwestii niektórych przyzwyczajeń. To wtedy, gdy przesiadywał u Daniela długimi wieczorami przeciagającymi się w jeszcze dłuższe noce, bo bezkształtne widmo nie pozwalało mu na powrót do własnego mieszkania, nauczył się egzystować w odgłosach kineskopowego świata. Było to zawsze coś, czego nie potrafił zrozumieć — uwielbienia dla wykreowanej rzeczywistości, dla reklam generujących w nieskończoność potrzeby. Czasami siadywał tak bez słowa, gapił się w ekran, a zapamiętane w ten sposób melodie tłukły się po jego głowie przez następne miesiące: papierosy, samochody, piwo, wszystko okraszone chwytliwymi tekstami i przerabiającymi mózg na papkę piosenkami. Przez to wszystko cisza, którą dawała mu chata w Rosthwaite, była nie do zniesienia. Detoks trwał w nieskończoność nim ostatnie ślady pamięciowe o uprzykrzającym życie gracie wyparowały z jego ciała. Teraz, co zabawne, czuje jakiś rodzaj sentymentu.
Wie, że przyjdzie mu się tłumaczyć, nie ma jednak czasu na to, żeby otworzyć szerzej usta, bo w procesie wyręcza go Dodge, folgując sobie w najlepsze jeśli chodzi o opowieść o mniej przyjemnych szczegółach z jego życia. Jest to jednak na tyle ogólne, że znosi wszystko w iście wyborowym stylu. Prycha, chyba pierwszy raz próbując oddać coś na kształt rozbawienia na wieść o poruszającym geście Daniela.
— Wzruszające — mruczy pod nosem i krzywi się w jeszcze bardziej zmyślny sposób. — Mam ją sobie odkopać i oprawić w ramkę? — Pyta zadzierając brodę i unosząc brwi.
Nie dziwi go wcale reakcja Sandy. Oglądał w swoim życiu gorsze, więc i tak dziewczyna nie wygrywa w plebiscycie na największy atak paniki po spotkaniu człowieka zarażonego likantropią. Nie ma jej również za złe pytań tyczących się pełni. Na słowa Daniela wzrusza ramionami i kiwa dodatkowo głową, aby potwierdzić. Wtedy też Dodge pcha się pomiędzy niego a Sandy, nie musi nic więcej mówić, Leffingwell łapie w lot. Potem mówi coś, co równie dobrze mogłoby brzmieć jak „jestem szczepiony”.
— Poza tym, jak przystało na dobrego obywatela — zacina się przy tym jakoś nienaturalnie — widnieję w rejestrze, więc wszystko musi być na tip-top. Wiadomo, gdzie siedzę podczas pełni i w razie jakichś problemów znajdą mnie szybciej, niż zdążę kłapnąć — kończy na wydechu, lakonicznie, jakby był przyzwyczajony do wygłaszania takich formułek dla świętego spokoju. Uśmiecha się potem do Sandy, stara się to zrobić naprawdę przekonująco. Pozwala również na wciśnięcie się do kuchni, a dalsze słowa Daniela naprawdę mu się podobają. Przez chwilę siłuje się z zamkiem od kurtki, aby ją zdjąć i przerzucić przez oparcie krzesła. Wcześniej wyciąga fajkę i zatyka ją sobie za ucho. Podwija rękawy szarawej koszuli.
— O tej porze? Co? — Nie do końca łapie. Potem ciągnie dalej. — Nie, potrzebuję czegoś na najbliższe dni. Może tygodnie. Jestem doszczętnie spłukany. Kurwa, Daniel. Nie wiem czy to jest rozmowa na jeden wieczór. Uwierz mi. — Zaciska wargi, próbuje się usadowić na krześle. Myśli też, że to, co powie niekoniecznie utwierdzi Sandy w przekonaniu, że nie ma z jego wilkołactwem problemów. Z wdzięcznością przyjmuje piwo. Nie jest mu łatwo o tym wszystkim mówić. Uciekł, bo chciał zacząć wszystko na nowo. Wydawało mu się, że izolacja i nowy start pomogą, a tymczasem wszystko zjebało się koncertowo. Siedzi tak w ciszy przez dłuższą chwilę. Nie lubi mówić o emocjach i prędzej zje własny ogon podczas następnej pełni niż puści parę z ust. Musi jednak powiedzieć cokolwiek. — Co ci będę… zniknąłem, bo chciałem sprawdzić czy w ogóle da się w moim przypadku gdziekolwiek zacząć z czystą kartą. Powiedzmy, że przez dwa lata było naprawdę dobrze póki — cmoka ze złością i przechyla puszkę. — Wiesz, że zawsze coś się musi wyjebać po drodze jak jest zbyt ładnie — wzdycha. — Wiem, że mogłem dać znać... cokolwiek. Sądziłem jednak, że tak będzie lepiej i bezpieczniej, zwłaszcza, że te psy z Ministerstwa zaczynały się dopominać. Najpierw cię wywalają na zbity pysk, a później oczekują, że będziesz im chłopcem na posyłki, tam gdzie jest zbyt nieprzyjemnie.
Miał dość wiecznego rozdarcia pomiędzy tym co słuszne, a co nie. Chciał spróbować zrobić coś samodzielnie. Nie chciał stawiania warunków, zwłaszcza przez aurorów, z których szeregów został wykluczony. Ostatecznie też to nie oni, a Daniel wyciągnął do niego rękę po wypadku. Nie był więc im wiele winien.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#22
Sandy Wilkes
Czarodzieje
tell me who I am – do I provoke you with my tone of innocence?
Wiek
21
Zawód
fryzjerka, niania, drobna złodziejka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
2
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
13
Brak karty postaci
23-01-2026, 13:30
Tragedie dnia codziennego; zapewne na niebie właśnie wybucha jakaś mała, karłowata gwiazdka i następstwa tego wybuchu sypią się na nas z góry; zamiast wdzięcznego, gwiezdnego pyłu, zanieczyszczona sól.
— Bo jestem panienką, Daniel — wyrzucam mu, a mimika momentalnie przyjmuje rolę oburzonej damy. Jestem panienką, panną, kobietą stanu wolnego, młodą, zgrabną, ładną i wybitnie wyrozumiałą — w męskich układankach zażyłości dziwnych relacji nie mam doświadczenia, więc kiedy Danny i jego kompan Jesse przerzucają się faktami z wyboistego życia tego drugiego, przeskakuję spojrzeniem gniewnie, łypię, milczę.
Milczenie bywa złotem; nie ten adres.
— Aurorem? — dopytuję krótko, uporczywie unikając przyglądania się niezapowiedzianemu gościowi dłużej, niż nakazuje kurtuazja. Być może gdzieś w podświadomości wyobrażam sobie już wielkie łapy zakończone szponami, szpiczaste uszy, długi ogon i naszpikowany ostrymi zębami pysk. Mimowolnie otulam ramiona rękami i nerwowo poprawiam zawiniętego papilota z tyłu głowy.
Obsydian i ametyst to marne pocieszenie, ale wciąż, jakieś; kiwam głową na słowa Daniela dość energicznie, naładowanie moich kamieni i minerałów było doskonałym pomysłem. Zapisuję pomysł dla samej siebie, żeby podzielić się tą niecodzienną sytuacją z Violet; być może jej tarot przyniesie odpowiedzi na niezadane pytania. Skrupulatnie zaplatam kosmyk blond włosów na palec, jakby to miało pomóc mi poskładać myśli i wydać finalny werdykt, którego treść i tak nie będzie obowiązywać. Mamy tutaj system autorytarny, demokracja przepadła w szparach kanapowych poduszek, zupełnie jak okruchy po wczorajszych krakersach. Daniel Zarządca Dodge zaprasza swojego kumpla—wilkołaka, gość w dom, bóg w dom — zasady męskiej solidarności nagle zaczynają mnie przytłaczać, więc nie odzywając się dalej, drepczę do kuchni z nieprzejednaną miną. Głos, który wrzuciłam do urny, gdzieś przepadł; wyniki sfałszowano na moich oczach i nawet fakt, że Daniel miło szepcze i przytula się do moich pleców, nie zmażą poczucia porażki.
Ignoruję częstowanie piwem, ignoruję ich przyjacielską dyskusję o życiowych zakrętach i w zasadzie mogłabym stać się niewidzialna, niema i podobna bardziej do krzywo zawieszonych obrazków na ścianie, niźli samej siebie. O mojej obecności świadczy przez moment tylko szczęk odpalanego palnika, ostentacyjne trzaskanie drewnianą łyżką w metalowym rondlu pełnym niezgodnego z włoską recepturą spaghetti, finalnie także agresywne krojenie pieczywa.
Cała krwawica mojego miłosiernego, kobiecego serca, ląduje w końcu na blacie niedużego stoliku, na ceracie w różowe wisienki i czerwone kokardki.
Ja ląduje na parapecie kuchennego okna, wcześniej wygrzebując z pokiereszowanej paczki papierosów, jednego z nich. Koniec różdżki rozpala bibułkę po odpowiedniej stronie. Obserwuję rozwój wydarzeń; jakie zadania Daniel Dodge powierzy swojemu przyjacielowi z futerkiem?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#23
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
24-01-2026, 18:07
Niespodziewany gość ma rangę niewiele wyższą od intruza, a tych traktuję z ogromną czułością, pięścią, czasami spluwą - no dobrze, częściej uderzeniem kolbą w łeb aniżeli faszerowaniem kogoś ołowiem na dzień dobry. Lubię marudzić i lubię się odgrażać, acz odkąd w gwiazdkowe wieczory wystawiam na stół talerzyk dla zbłąkanego wędrowca (inicjatywa Sandy), rzeczy odrobinę się zmieniają. Sześciopak browarów wjeżdża na stół, w szafce mamy dodatkową parę kapci, bo ciagnie tu po nogach, dodatkowy, choć sprany i szorstki od wieloletniego używania ręcznik spoczywa na dnie łazienkowej szafki. Zapasowy komplet pościeli jest - a jeśli z powodu lenistwa w robieniu prania akurat zalega w koszu na brudy, posiadamy całą stertę kocy, z których koleżka umości sobie wygodne posłanie na kanapie. Brak prywatności - duży pokój jest przechodni - to żaden problem, w każdym razie w sytuacji potencjalnej bezdomności. Nie ma wygód, lecz lepiej niż pod każdym z niedalekich mostów: Southwark Bridge i London Bridge; zawsze jednak proponuję to jako alternatywę, bo mieszkamy idealnie między jednym a drugim. Jeśli nie współlokatorzy - równie dobrze możemy być sąsiadami.
– No oczywiście, że jesteś. Ale już niedługo, co? – wychodzę ze skóry, by jakoś ugłaskać Sandy, a zupełnie przy okazji pochwalić się Jessemu, co tu jest grane. Jak rasowy wędkarz pozujący ze zdjęciem prawie trzymetrowego, największego na świecie suma, prężę się przy niej, nagle wybitnie zadowolony z tego jak wygląda moje życie, że w korytarzu potykam się o jej czółenka, w szafach brakuje miejsca na danielowe koszule, a zdjęcia, na których ona wygląda jak milion dolarów a ja nie, są przyczepione do lodówki, taśmą klejącą na ścianie albo wiszą w krzywych ramkach gdzie okiem sięgnąć.
– Albo obgryźć. Wyglądasz na głodnego – zauważam, odpalając protokół wujka dobrej rady. Nikt nie prosi, nikt nie potrzebuje, nikt nie chce słuchać: ani Jesse, ani Sandy, choć oboje z zupełnie różnych powodów. Szkoda mi typa - nikt bardziej ode mnie pewnie go nie rozumie, ale istnieje jedna, zasadnicza różnica między nami. Ja nigdy nie przyszedłbym na żebry z podkulonym ogonem, licząc na współczucie. Mieszkając w Nowym Jorku czasami spałem na ławkach w Central Parku, a czasami parę dolców wydawałem na drinka w Hotelu Plaza, zagadując do biznesmenów, którzy przyjechali dobić transakcję - sprzedawali różne rzeczy, rozruszniki serca, prawa do ekranizacji powieści, wanny na nóżkach i mikrofalówki. Ci magnaci - jedni czyści i porządni, inni zarażeni syfem, ale w wyprasowanych garniturach, smutnych historii słyszeli na pęczki i nagradzali je może dolarem wrzuconym do kubka żebrakowi bez jednej nogi i w pirackiej przepasce na oku. Szybko dochodzę do wniosku, że nie potrzebuję ich litości, potrzebuję ich kasy, więc nie mam być do cholery smutny, tylko ciekawy. Zabawiać ich, kłamać, opowiadać niestworzone historie, chwalić się, ile to nie nakradłem, w ilu cipkach nie byłem i gdzieś między kręconymi włosami łonowymi, twarzami prezydentów, wyścigiem zbrojeń i straconych zapasowych kołach przemycać cichutkie sugestie, by noc trwała w nieskończoność. Jak Szeherezada opowiadałem baśnie, za co skapywał mi zielony papier wciskany do kieszeni, na pociąg do domu, na naprawę auta, na kolczyki dla panny, za którą aktualnie się uganiałem, ale ona wolała robola z fabryki Forda, bo pracował na etat, a ja nie. Jesse jeszcze tego nie wie - że lepiej przyjmuje się dobra historia niż najżałośniejsza prawda, bo ta skłoni mnie w najlepszym wypadku do podania mi chusteczki, w najgorszym do pogonienia za naruszanie miru domowego.
– Puszkował czarnoksiężników. To dobry chłopak, Sandy, tylko trochę nie miał farta – wstawiam się za nim jeszcze raz, pożałuję tego, kiedy cukiereczek zawinie się w kołdrę jak rolka sushi i odwróci do mnie tyłem bez buziaka na dobranoc, bez którego chyba nie potrafię już zasnąć. Patrzę jeszcze za nią, okropnie nieswoją, jak opatula się ramionami - jakby te chudzinki miały czemuś zaradzić i przed czymś ją ochronić - i aż odstawiam piwo, z którego zdążyłem wziąć raptem łyka albo dwa.
– Coś się znajdzie. Mam parę paczek, które trzeba rozwieźć, dyskretnie. Miałem zrobić to sam, ale – przerywam teatralnie i wydymam usta, część utargu przejdzie mi koło nosa. Przynajmniej Jesse zrobi to właściwie za pół darmo, a ja i tak zarobię, bez wystawiania stopy z łóżka, przynajmniej przed jedenastą.
– Jutro mógłbyś skoczyć z towarem do Manchesteru, a ja obskoczę klientów tu, na miejscu. Wyjaśnię ci potem, co i jak – decyduję, o szczegółach lepiej, żeby Sandy nie słyszała, bo jeszcze będzie miała złe sny o złych panach, którzy chcą zrobić złe rzeczy jej Danielowi. Tego nie chceMY.
– Więc póki było dobrze, miałeś mnie w dupie? Zwykła świnia jesteś – kwituję jego łzawą opowiastkę, po mundurach nigdy nie należy spodziewać się niczego dobrego. Ruchanie byłego funkcjonariusza w dupę bez wazeliny, tak, to całkiem w ich stylu, lecz to postanawiam schować pod językiem i rozsądnie przemilczeć.
– Siadaj i jedz – pada kolejna komenda, Sandy spisała się wyjątkowo i na Jessego czeka już micha gorącego makaronu i nie pierwszej świeżości pieczywo. Zauważyłem, że wybrała tę gorszą zastawę, jakby nie chciała marnować na nieproszonego gościa swoich ulubionych talerzy z baletnicami. Uśmiecham się lekko, bo ma do tego pełne prawo. Nie będę jej mówić, kto ma jeść z jej talerzyków.
– Możesz kimać, ale tylko tę jedną noc – dodaję, osuwając się na drugie krzesło naprzeciwko Jessa. Popijając browara, bujam się lekko na jego tylnych nogach, jakbym próbował zahipnotyzować siedzącą przede mną bestię - zmarnowanego trzydziestolatka. – A gdybym był na twoim miejscu, próbowałbym wkraść się w jej łaski – kiwam podbródkiem na Sandy, obrażoną na cały świat a jeszcze bardziej na mnie. Cienki papieros pasuje do strojenia fochów, pewnie wyobraża sobie teraz, że przepraszam ją z bukietem kwiatów i łzami w oczach. – Sporo się zmieniło odkąd ostatnio się widzieliśmy. Teraz Sandy tu rządzi – nie, nie pozwalam babie mną sterować, ale nadanie lenna i odrobiny sprawczości, tylko teoretycznie i na papierze, raczej nie zaszkodzi. Taki malutki kompromis: Jesse dostanie własną poduszkę, a Sandy gwarant, że liczę się z jej uczuciami. – No chodź do mnie, skarbie – wołam ją i odsuwam się, robiąc miejsce, by przysiadła na kolanie. Jesse ma już pełne usta, więcej nie zmieści.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#24
Jesse Leffingwell
Czarodzieje
You'll never get a second chance Plan all your moves in advance
Wiek
30
Zawód
Były auror, praca dorywcza
Genetyka
Czystość krwi
wilkołak
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
18
0
OPCM
Transmutacja
18
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
5
Brak karty postaci
25-01-2026, 20:06
Nie jest jednym z tych, których życie przyciska od dnia narodzin. Tak właściwie, oprócz zwykłych rodzinnych traum z jakimi ma się do czynienia wśród ludzi dobrze prosperujących i zafiksowanych na swoich karierach, nie ma się czym nawet pochwalić. Przynajmniej w przeciągu pierwszych dwudziestu pięciu lat swojego żywota. Schody zaczynają się dopiero później, kiedy wraz z ugryzieniem cały porządek upada. Nie można więc powiedzieć o nim, że jest kimś, komu z łatwością przychodzi przekraczanie pewnych norm i łamanie zasad. Czuje ogromną gorycz, kiedy Daniel wspomina, że bycie porządnym obywatelem to jedynie kwestia czasu. Miał ku temu przesłanki już cztery lata temu i zapewne również dlatego podjął decyzję o ucieczce. Tyle, że bycie człowiekiem nieskazitelnie czystym jawi się jako naprawdę ciężki kawałek chleba. Uczciwość zdaje się być marną podwaliną pod stabilne życie, zwłaszcza jeśli ogół społeczeństwa osądza zwykle na podstawie tego jednego aspektu powtarzanego niczym mantra, a wywołującego blady strach na twarzach.
Degradacja sumienia następuje więc bardzo powoli, kruszy się odrobina po odrobinie, przez co nadal nie potrafi zaakceptować wszystkich prawidłowości według których funkcjonuje prawdziwy świat. Nie mógł się jednak przecież przygotować na ów obrót spraw z wyprzedzeniem. Uśmiecha się blado. Mógłby udawać, że go to nie obchodzi, mógłby mówić, że pogrzebał całą przeszłość i nie ma dla niego żadnych świętości, lecz tak nie jest. Zamiast jednak skupiać się nad problemem, na chwilę przenosi ciężar uwagi ku scenom rozgrywającym się tuż przed jego nosem.
Chyba nigdy wcześniej nie widział Daniela w podobnym anturażu, co z całą pewnością wzbudza zaskoczenie i swego rodzaju zaciekawienie, o ile można powiedzieć, że ciekawością napełniało go kiedykolwiek czyjekolwiek życie prywatne. Zaśmiałby się może nawet, gdyby tylko był w lepszej sytuacji, rzuciłby może i coś bardziej kąśliwego, jednak czuje, że stąpa po kruchym lodzie, a robienie sobie pożywki z tej cieplutkiej, rodzinnej atmosfery, zawiedzie go tylko i wyłącznie za próg mieszkania.
— Tak, aurorem — potwierdza zaraz za słowami Daniela. Wilkołactwo nie wybiera, a przynajmniej jego stworzyciel — jakże pokracznie to brzmi — o zawód nie pytał. — Więc uznaj, że jakieś zasady mam. Serio, staram się nie sprawiać kłopotów moją przypadłością. Możesz być spokojna. W trakcie pełni będę z dala od Londynu — dodaje. Raczej nie sądzi, aby uspokoiło to Sandy, jeśli ma już konkretny jego obraz w głowie, ale przynajmniej wysila się odrobinkę, żeby nie wyjść na zupełnie zdziczałego typa. Jest mu odrobinę przykro, pewnie nawet i współczuje afery, której sam jest prowodyrem, a odczuwa to dotkliwie, kiedy przeszywa go wściekłe szuranie po metalowym garnku, a krojenie chleba przypomina raczej rozczłonkowywanie niż przygotowywanie posiłku. Sandy może i się nie odzywa, może i on wiele do niej nie mówi, ale ma coraz pełniejszy obraz tego, co go może czekać, jeśli zacznie zbytnio się panoszyć.
Wsłuchuje się w ofertę Daniela. Nie ma zbytnio możliwości, aby wybrzydzać.
— Zrobi się. — Jak za starych, dobrych czasów. Wie, że to dopiero początek i tyle nie wystarczy, aby osiągnąć jako taki spokój. Liczy, że dogada się z Dodgem i jeszcze kilka fuch mu wpadnie. Musi się podnieść. Obelgę Daniela kwituje milczeniem. Nie ma ochoty się spowiadać i udowadniać, że nic złego nie miał na myśli i że to wcale nie tak — „To nie ty, to ja.” Myśli sobie, że w dłuższej perspektywie będzie zadowolony z jego powrotu.
Kiedy talerz jest już tuż przed nim, zaciąga się zapachem parującego makaronu.
— Dziękuję. — Chwyta sztućce i ostrożnie zabiera się do jedzenia, robi to w sposób na tyle kontrolowany, żeby nie rzucać się na każdy kolejny kęs w pośpiechu. Okazuje się, że to najlepsze, co mu się przydarzyło od dawna. — Dzięki Danny i jasne, nie zamierzam sprawiać wam dłużej kłopotu — mówi, kiedy zaspokaja pierwszy głód. Pochylony nisko nad talerzem, zerka to na Daniela, to na Sandy. Teraz bardziej na Sadny, siedzącą w oknie, palącą papierosa. Wycofaną, niezadowoloną z obrotu spraw. Poczucie, że jest intruzem nie opuści go do samego rana. — Doceniam twoją dobroć oraz cierpliwość, Sandy. Widać, że Daniel dobrze trafił. Zmyję się, zanim się obudzisz. I przepraszam za to zamieszanie, odwdzięczę się. — Choć obecnie nie wygląda na takiego, który mógłby czymkolwiek.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#25
Sandy Wilkes
Czarodzieje
tell me who I am – do I provoke you with my tone of innocence?
Wiek
21
Zawód
fryzjerka, niania, drobna złodziejka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
2
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
13
Brak karty postaci
29-01-2026, 10:02
Wystygła herbata i całe morza pretensji; wieczorny moment w mieszkaniu państwa Dodge — choć biorąc pod uwagę niezaprzeczalne decyzje Daniela, być może mieszkaniu pana Dodge — przestawał nosić w sobie chociażby ochłapy ulgi, drastycznie zmieniając formę w niewygodną dyskusję we framudze drzwi.
Coś o długoletniej przyjaźni i drugich szansach — nie znałam szczegółów, które splatały mojego mężczyznę z mokrawym od pierwszych kropel deszczu, obcym wilkołakiem. Być może wcale nie chciałam ich znać.
Zwłaszcza, że oczka świdrowały każdy ruch tego drugiego, a w głowie wyobrażałam już sobie sceny makabry wyciągnięte ze słabej jakości filmów i wybujałych książek fantasy, dla ludzi, którym brakowało wrażeń, albo znajomych, skoro podniecało ich obcowanie z potworami nawet na łamach literatury.
W kuchni rozgrywa się natomiast scena wcale nie książkowa, a realna, duszna, gęsta, wypełniona zapachem sosu pomidorowego i dźwiękiem otwieranych puszek piwa.
— Niedługo co? — mamroczę, bo nie ze mną te numery; w rzeczywistości coś drga na końcu trzeciej zgłoski i muszę prędko odwrócić wzrok, żeby Danny nie wyłapał potencjalnego zainteresowania domniemanym zakończeniem stanu panieństwa; terefere—kuku, zaczynam przyzwyczajać się do gier w jego wykonaniu, zwykle o tytule obiecanki and cacanki.
— Od kiedy ty się kumasz z policją i detektywami? — auror być może nie wypisuje mandatów, nie rekwiruje mioteł, nie każe poprawiać zeznań podatkowych; czymkolwiek nasz drogi Jesse i jego świetojebliwa pupa zasiadająca na kuchennych krzesełkach, się nie zajmowali, łypię podejrzliwie, a spaghetti w garnku cicho skwierczy, robiąc nam akompaniament do ciężkiej rozmowy.
Włosi mają predyspozycje do kłótni — być może dobór menu nie jest przypadkowy; kiedy podstawiam chłopakowi miskę pod nos, w moim spojrzeniu drga niewypowiedziane ostrzeżenie.
Później zaczynają gadać; ustalać i układać, mówią coś o Manchesterze, kiedy zapalniczka cicho syczy i do symfonii domowych zapachów dołącza nuta taniego tytoniu. Obserwuję ich jak nadzorca, osiedlowy patrol, donosiciel albo ten przeklęty auror, z prawdziwego zdarzenia. Palę i się gapię, mrużę oczy i oceniam; kiedy Daniel wspomina o rządzeniu, brwi machinalnie wędrują do góry w wyrazie zaskoczenia. Daję mu kilka sekund na wycofanie zeznań.
Potem — potem już jest za późno.
— Wyciągnę ci kołdry i pościel, będziesz kimał w salonie. Kanapa jest wygodna — wchodzę więc w powierzoną rolę, rządzę i rozporządzam, wciskam peta między zęby i krzątam się po kuchni, udając, że miłe słowa Jesse’ego wcale na mnie nie działają. Kącik ust mi drga, ale zduszam objaw uśmiechu posępnym grymasem. Daniel zaprasza mnie do siebie, ale zamiast zgrabnej pupy na zgrabnym kolanie, Dodge dostaje tylko marudne spojrzenie.
— Nie siedźcie do późna. Idę spać — wymijam kuchenne graty, stolik i zasiadających przy nim tubylców, odporna na danielowe słodkie słówka, sugestie, chęć trzymania za dłonie i całowania po ramieniu. Papieros cicho skwierczy, później kona; tonie w puszce piwa ze smutnym sykiem, kadząc napój gospodarza.
Zostawiam ich samych, niech kąpią się we własnych wspomnieniach i niebezpiecznych zażyłościach.


sandy zt
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#26
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
29-01-2026, 21:44
Nasz duet rozszerza się do trio i jak łatwo zauważyć - robi się tłoczno. Dlatego mówię NIE na psa, kota, kanarka i dziecko. Tam, gdzie trzech: jeden zawsze idzie w odstawkę. Przy patchworkowej rodzince złożonej z dwójki gatunku ludzkiego i futrzaka, to ja zostałbym wykopany z łóżka. Nie inny los zgotowałby mi niemowlak, nieświadomie odciągając starego od piersi, do której przyssałem się widać za słabo. Tak sobie myślę, obserwując podziały i przesuwające się granice, bo to rozrywka jak narada wojskowa i jedyne, czego brakuje to makieta naszego mieszkania, bierek udających Sandy, Jessego i mnie oraz patyczków do przesuwania ich po planie w trójwymiarze.
– Niedługo będziesz się chwalić koleżankom, jaki piękny pierścionek dostałaś – wchodzę all in, na pewniaka żądam hita, na chłodno kalkulując, że rzutem na taśmę wypadnie z tego double down. Czuję się, jakbym miał temperaturę, ale tutaj wszystko w normie, głowa gorąca, czoło chłodne - bywa. Kupię jej wszystkie pierścionki świata, drugie tyle ukradnę, kiedyś się przecież doczeka, lecz na razie cierpliwość jest jej najdroższą przyjaciółką i powinna zawierzyć jej stuprocentowo. Bardziej niż zawierza mi - w naszej komitywie moje bystre oczko widzi niedoskonałości i pęknięcia, szpary, w których mogłyby czaić się węże, szczury i pająki - gdybyśmy tylko mieszkali w Australii, a nie w Anglii.
– Po pierwsze, on już nie jest aurorem – wytykam Sandy, powtórzmy to wszyscy jeszcze raz, żeby się upewnić, że wszyscy na pewno zrozumieli. Obtłuczone kubki, sztućce z różnych zestawów, kieliszki do jajek mają spore problemy z przyswajaniem informacji i prostych poleceń, więc do nich nie dotarło. I jeszcze raz, i jeszcze, Jesse dzielnie znosi przeszłość, która upomina się o niego nawet u kogoś na chacie. Uczepiona jak rzep psiego ogona, nie chce puścić i pasożytuje, a odciąć - się nie da. – A po drugie, co ci zawsze mówię? – tym razem nie to, o zdjęciu mundury i przeproszeniu matki – strzeżonego Pan Bóg strzeże – także pluję gęstą śliną pod policyjne oficerki, ale znajdzie się taki jeden, któremu uchylę czapki, bo kiedyś przypadkiem zajęliśmy pisuary obok siebie i wciągnęła nas rozmowa o spalonym Geoffa Strong na meczu Arsenal kontra Chelsea. Przypadki chodzą po ludziach, a jedne są bardziej przydatne od drugich.
– Zamykasz się w jakiejś stodole czy po prostu w mieście jesteś tylko tymczasowo? – wracam już do Jessego, piwo na stole, mężczyźni rozmawiają. W nosie kręci mnie od zapachu przypalającego się makaronu, jestem obżarty, ale zjadłbym więcej, wiadomo. Pożądliwie gapię się na talerz Jessa, jak je i coś mi w tym nie pasuje. Każdy ruch, którym pakuje łyżkę do buzi jest nerwowy i urywany, widze po nim, że najchętniej wylizałby talerz do czysta nawet i językiem, a nie kawałkami chleba, więc hamuję własny apetyt i zapijam go piwem.
– No, samo się nie zrobi. Ty zrobisz – prostuję, płacę/wymagam, zatem i stawiam go do pionu, jak na wojskowej musztrze. Może rano, zanim wyjdziemy, nakłonię jeszcze Sandy, żeby potraktowała go nożyczkami i maszynką. Żadne tam z boku krócej, z tyłu dłużej - ma być z niego kadet jak się patrzy, bo te kudły… I te ciuchy… No właśnie – Przydałoby się zrobić pranie – bezosobowo sugeruję Sandy, może nie rzuci mnie tą drewnianą łyżką. Nie rzuca, więc nie muszę jej unikać, za to nadziewam się na jej lodowate spojrzenie jak świnia na rożen - cóż, zero różnic między nami. W sumie to się nie dziwię, że ominęła moje kolana, wywinęła się, jakby zawracała na rondzie, a takich umiejętności przecież nie posiada: boję się ją wypuścić na ruchliwą ulicę Marlenką. Może z troski o nią, a może o samochód - prawdy nigdy się nie dowiecie. Ciężar pupci przechodzi mi koło nosa, omijają mnie jej słodkie usteczka - do diabła z toba, Jesse - a browar kwalifikuje się już tylko do wylania do zlewu. Sandy stworzyła miksturę, która rozdzielona na dwa czynniki: piwo i papierosa smakuje wybitnie. Razem, w metalowej puszce, wstrząśnięte nie mieszane - taki drinki nadaje się tylko do serwowania na komendzie.
– Baby, co? – wzdycham ciężko i wstaję z krzesła – doprowadza mnie do szewskiej pasji, ale to chyba to, wiesz, Jesse. Nawet nie jestem na nią zły – mówię, ziewając, przy czym zupełnie nie dbam o zasłonięcie ust, więc wyglądam jakbym był na kontroli u lekarza i mówił aaaaa. – Jak chcesz wziąć prysznic, to weź ten granatowy ręcznik, w górnej szafce. Bierz co chcesz z łazienki i pamiętaj, że jakbyś szedł srać, to musisz nacisnąć spłuczkę dwa razy, bo coś się zacina – instruuję go jeszcze w kontekście zasad domowego miru, zanim zniknę w drzwiach sypialni. Fusilli nie śpi i trochę na mnie syczy, a trochę oczekuje, że ją przytulę, więc barykaduję drzwi między nami a wilkołakiem - jak będzie pożar, to po nas - i pozwalam, żeby położyła się na mojej klacie. Rzadko tak zasypiamy: słodko, niewinnie i rodzinnie. A rano zobaczy dodatkową parę butów w progu i jej się przypomni, żeby stroić fochy.

zt Jesse & Dan
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#27
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
30-01-2026, 13:26
16 maja

Wpadam jak śliwka w kompot, ale przecież jeszcze nie jest za późno. Za rękę nikt mnie nie złapał, jedyne, co na mnie mają, to podejrzenia. A że żyjemy w państwie prawa: podejrzenia to za mało, by wpakować kogoś do mamra. Moja zatem w tym głowa, by podejrzenia nimi pozostały. Znam ja tych cwaniaczków z ministerstwa: nawet, jeśli wykażę się nieposzlakowaną uczciwością, sprawa zostanie umorzona, a dokumenty trafią na stos opatrzonych pieczątką “ZAŁATWIONE” - imię niestety czyste nie będzie. Będą mieć mnie na oku i na językach, a ja paranoicznie będę obracać się przez lewe ramię podczas  niedzielnej przechadzki z Sandy. Zacznę nosić ze sobą gnata, aż w końcu przypadkowo postrzelę synka, który puknie mnie w plecy, żeby ostrzec, że z kieszeni wypadł mi futerał na okulary. Oboje będziemy w szoku: on z uniesioną ręką z twardym, profilowanym etui, ja z coltem, on z dziurą w płucu, ja dociskany czyimś kolanem do ziemi, czekający na przyjazd służb, powstrzymany obywatelskim zrywem.
Pracuje się jakoś milej, gdy tak dramatyzuję, snuję najgorsze z dostępnych scenariuszy, z dużym potencjałem na odniesienie kasowego sukcesu Myślę sobie, że wówczas Sandy mogłaby zagrać siebie - to mogłaby być jej pierwsza rola na dużym ekranie. Pierwszoplanowa postać żeńska, w daleko idących słodko-gorzkich fantazjach o mojej spuściźnie, za swój debiut dostaje Oscara, a później wspomina mnie w swoim przemówieniu. Grzeczna dziewczynka - a skoro tak, każę jej wyjść z domu, nie obchodzi mnie, gdzie. Mam tu robotę, a podśpiewywanie Paula Anki i dywagowanie nad imieniem dla szczeniaka, którego i tak nie będziemy mieć źle wpływa na moje skupienie.
Przy kuchennym stole przygotowałem już wszystkie niezbędne narzędzia: rolki pergaminów, kilka piór, zestaw kałamarzy oraz atramenty: czerwony, czarny, niebieski. Sędziwa maszyna do pisania z wymiennymi czcionkami działa już tylko na słowo honoru, lecz jeszcze się nada - podobnie jak polowy zestaw do pieczętowania listów i dokumentów: świeczka, łyżka, wosk i metalowy, gładki stempel. Wbrew pozorom, przy tym dłubania jest najmniej. Kawa już dawnio wystygła, kiedy pochylam się nad pierwszym druczkiem: wyciągiem z mugolskiego banku. Konto - prawdziwe. Wpływy - prawdziwe. Ich pochodzenie… niekoniecznie. Kilkukrotna wymiana waluty stanowi klucz: co zarobię w złocie, wymieniam na funty - płacą skandalicznie dobrze, znacznie poza wartość nominalną w naszym świecie, jakby cena kruszcu nie była uniwersalna, a czarodzieje używali monet z czekolady. Liczby muszą się zgadzać - i zaraz tak będzie. Miesiąc w miesiąc, równy przelew z jednego konta, zagranicznego - amerykańskiego. To nie konta na Kajmanach, nie podejrzany ZSRR, to wielka Ameryka, to budzi proszę pana, respekt i szacunek. Bajeczkę na tę okazję mam i to wcale nie wymyśloną na poczekaniu - a przemyślaną i skrupulatnie zaplanowaną, a co najlepsze - opartą na faktach. Zaraz też stukam różdżką w pusty blankiet, który pokrywa się drobnym tekstem - ten sprawdzam słowo po słowie ze szkłem powiększającym w dłoni: paragrafy, poprawki, nazwiska świadków w sprawie, personalia sędziego oraz adwokatów stron, powodów aż wreszcie całej dwunastki ławników. Zamaszysty podpis, ale ręka mi drga, patrzę na to pod szkłem powiększającym - niu, niu niu. Kurwa mać. Leci kurwa, za kurwą leci krzesło, którym nagle i tak po prostu rzucam w ścianę. Już wcześniej było lichawe, teraz brak mu jednej nogi a na ścianie zostaje brzydki, czarny ślad.
Nie mam na to czasu - na błędy. Przerwa na piwo, nie piję nad papierami, ale chyba trzeba mi natchnienia.

rzut - 2 na k100
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#28
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
30-01-2026, 15:31
Puszka browca ląduje w koszu, siadam na krześle - innym, smutne szczątki tego pierwszego dalej leżą przy przeciwległej ścianie. To nie takie trudne, robiłem to już - w salonie na kanapie piętrzy się przecież cały stos podrobionych fakturek wyglądających tak dobrze, że nawet kontrolujące transport rud metali krasnoludy nie poznałyby się na lipnym cargo, które oprócz deklarowanej wagi surowców kryje na pace towary mniejsze i cenniejsze. Machinalnie wysuwam język, kiedy przepisuję rzędy cyferek, przenosząc koszty tam, gdzie nikt nie patrzy i zyski tam, gdzie nikt nie szuka. Ładnie, schludnie, elegancko: suma się zgadza, a czarne znaczki tworzą prawdziwe labirynty twardych, sumiennie zbieranych danych. Porównuję je z krawieckim centymetrem - nie mamy w domu liniału, ale w szufladzie z przyborami do szycia znajduję miarę, która się nada. Po kilku wierszach czuję, że zaczyna boleć mnie głowa, zatem praca została wykonana należycie. Cyferki dwoją i troją się w oczach, zaraz żmudne obliczenia trzeba będzie wykonywać od nowa: i jeszcze raz i jeszcze, aż pieczątka z aprobatą opadnie sama, z przekonaniem czy zrezygnowanie, to już nie-is-to-tne, to już nie moja sprawa.
Z ciężkim sercem wracam jednak do rzeczy porzuconych. Z pełnego w puste i z pustego w pełne na papierze - czarować łatwo, pergamin ochoczo przyjmuje wszystko, co mu dam, jest jak waleń otwierający gębę i przypadkowo konsumujący stadko małych rybek. To mogą być tysiące, to może być zwykły kleks - choć akurat tych unikam. Urzędowe pisma nie mają skaz: każdy jeden arkusz zostanie później jeszcze wyprostowany, a potem jeśli trzeba - przedziurkowany lub zamknięty w foliowej koszulce, coby zapobiec tzw. rogom. Część umiejętnie postarzona: lecz zasadniczo, jak spod igły, pełna transparentność, nic do ukrycia i wojskowy porządek, nauczony lub też wymuszony. Opowiadali mi amerykańscy marines, opowiadali o tym, jak oficerowie wybebeszali kwatery podwładnych za jedno nieposłane łóżko: po nitce do kłębka, zero śladów, zero okruchów, zero podejrzanych aktywności. Stukam różdżką w starą maszynę do pisania i próbuję od nowa: dyktuję jej sucho treść sądowego wyroku, skonsultowanego uprzednio z jednym i drugim radcą, stworzonego na podstawie fragmentów kilkunastu innych spraw: oto mój ukochany potworek, od dziś mówcie mi proszę doktorze Frankenstein. Do akt sprawy dołączam kolejne: wezwania do zapłaty, ignorowanie postanowień sądu, uchylanie się od odpowiedzialności. Maszyna wypluwa z siebie kolejne zadrukowane karty, które następnie oznaczam odpowiednimi sygnaturami: imię i nazwisko protokolanta, tu podpis, tam podpis, złożony, tym razem z precyzją rajdowego kierowcy wchodzącego w ostateczny zakręt. Koszty błędu: złamany kręgosłup kontra zajęcie skrytki bankowej i nędza; sążniście pociągam nosem, co to, to nie. Bieda mi nie smakuje, no i jest jeszcze Sandy, dla której i ten nasz obecny, rotujący standard życia bywa… przykry. Obiecałem jej wakacje, weekend w Paryżu, obściskiwanie się pod wieżą Eiffela i wybieranie pierścionka zaręczynowego wśród klejnotów koronnych w Luwrze. Nie może tak być, że najdalej gdzie pojedzie to do Tower of London, rozmawiać ze mną przez szklaną, zimną szybę i płakać, że odcięli jej prąd i nie ma ciepłej wody. Najlepsza motywacja: szlaczki pysznią się jak najpiękniejsza kaligrafia, gorący wosk rozlewa się w kształt sądowej pieczęci. Dbam o właściwie literowanie, więc mikroskopijne literki na wstędzę układają się w “Excelsior” a nie na przykład “Exclesior”, a trzymacze, Bogini Wolności i Bogini Sprawiedliwości stoją na baczność po odpowiednich stronach, co też sprawdzam po kilka razy, obsrany przed klątwą lustrzanego odbicia. Za oknem się ściemnia, Sandy wraca do domu i wrzuca klucze do szklanej kuli, w której kiedyś, naprawdę dawno temu, pływał bojownik. Przyjmuję jej całusa, ale też odganiam ją niezbyt miło - waży się nasza, bo przecież nie tylko moja przyszłość. Posiedzę tak sobie pewnie do rana: czytając, tuszując i poprawiając, może nawet będę z siebie zadowolony i uznam, że zasługuję na coś w nagrodę od blond niuńki. A potem nerwowość znów osadzi się na barkach i brwiach, sprawi, że ciało zesztywnieje jak już złożone do trumny; a gdyby tak upłynnić kapitał - już? To się miało dziać, to się miało stać - tylko że szybciej? Sandy krząta się przy kuchence i grzeje sobie mleko, a ja myślę, że przecież nigdy mnie nie zawiodła, a na pewno nie tak na poważnie. Uczę się tego od niej. A kiedyś, kiedyś się nauczę.

rzut - 94 na k100
| bonus + 30 (status praktyk - Ścieżka XII — Przestępczość - w tym fałszerstwo i manipulacja dowodami oraz przemyt i czarny rynek)

zt
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#29
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
30-01-2026, 20:23
17 maja

Otwieram jedno oko, w pełni przytomny, a przykro sparaliżowany. Zastane stawy ruszają się niemrawo, z trudem kręcę szyją, która rusza się nienaoliwiony drewniany kołek - b o l i. Ocieram ślinę z kącika ust - musiałem przysnąć - i spoglądam na duży zegar wiszący na ścianę. Jest zepsuty i kukułka nie wyskoczyła z drzwiczek u szczytu od paru lat, lecz godzinę pokazuje dokładnie co do minuty. Albo dziesięciu; może dlatego z Sandy wiecznie jesteśmy spóźnieni. Wracając: musiałem przysnąć. Poprawka: zasnąć. Niedobrze, niedobrze, zrywam się na równe nogi - cóż, próbuję - nogi przez pół nocy trzymane w dziwnej pozycji, nienaturalnie skurczone, odmawiają mi posłuszeństwa. Stopa, na której stawiam ciężar ciała cała ścierpła, więc lecę jak długi, witając się boleśnie łokciami z podłogą.
– JAPIERDOLE – dźwigam się z trudem, jakbym był kaleki, opierając się o kuchenny blat i prowadząc krok po kroczku z powrotem na siedzenie, po upadku dalej nie ufając własnemu ciału. Stłuczenie działa za to jak zimny prysznic: dociera do mnie kim jestem i co się ze mną działo przez ostatnie dwanaście godzin.
Praca, praca, praca.
Cały jestem uwalony atramentem, na skraju drewnianego blatu zastygł czerwony wosk, stos papierów niepewny jak prezydentura Johna F. Kennedy’ego kołysze się naprzeciw mnie - jeszcze nieuporządkowany, czekający na najcierpliwszego z księgowych. To nie jest o mnie, ale musi być o mnie.
Zanim wstawię na kawę (mała dziś na rano, trzeba sobie radzić), rozlega się dzwonek do drzwi - psiakrew, przynajmniej jestem ubrany. Co z tego, że wyraźnie wczorajszy, z nieumytymi zębami i wciąż mętnym wzrokiem po pobudce dalekiej od ideału, z kwadransem na dojście do siebie po uciszeniu budzika.
– Idę, już idę – wołam i odgarniając sterczące włosy z czoła, wpuszczam Jessa do środka. Z duszą na ramieniu, bo nie wspominałem Sandy, że wpadnie - jej sprzeciw jest jednak nieważny, a obiekcje zupełnie się nie liczą, kiedy czuję na karku oddech urzędasów z ministerstwa. – Nie sądziłem, że tak szybko poproszę cię o pomoc, nie – rzucam przez ramię, prowadząc gościa do kuchni. – Kawy? – pytam, i tak gotuję dla siebie, więc nic nie stoi na przeszkodzie, by zagrzać więcej wody. Kiedy skończy nam się arabica, wyślę Sandy, żeby pożyczyła trochę od pana Byrne’a z dołu. Uwielbia ją i daje zawsze na wieczne nieoddanie. Czasami wciska jej też chałwę, której ona nie znosi, ale ja za nią przepadam. – Czekaj, zaraz to wezmę – mamroczę i i paroma machnięciami różdżki robię porządek na stole. Zestaw do lakowania sam pakuje się do pudełka, pergaminy zwijają się w rolki, kałamarze samoistnie się zakręcają, a pojedyncze świstki papieru układają w równe stosiki. – Muszę wypełnić takie coś – podsuwam Jessemu pod nos druczek Formularza Uzupełniającego Deklarację Pochodzenia Aktywów. – Wiem, że guzik cię łączy z prawem handlowym, ale coś tam pewnie liznąłeś na tym swoim kursie – mówię, zerkając to na niego, to na dokument. – Chcą mnie przyskrzynić, ale ja nie dam się tak łatwo. Skończyło się babci sranie – łatwiej byłoby to załatwić jeden na jeden z Bernardem Cringe’em. Niestety: przemoc podobno nie jest rozwiązaniem, więc powołuję ze spoczynku wszystkie dostępne jednostki.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#30
Jesse Leffingwell
Czarodzieje
You'll never get a second chance Plan all your moves in advance
Wiek
30
Zawód
Były auror, praca dorywcza
Genetyka
Czystość krwi
wilkołak
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
18
0
OPCM
Transmutacja
18
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
5
Brak karty postaci
30-01-2026, 23:42
Mógłby rzec, że maj pachnie mu zmianami, lecz oprócz pęczniejącego od wilgoci powietrza obecnie niewiele więcej do niego dociera. Czuje w kościach nieprzyjemnie narastające napięcie, które przypomina tylko o nieuniknionym — wszystko inne może ulec chwilowej poprawie jednak ta jedna, najbardziej paląca go kwestia jest zacementowana. Niepokój zawsze narasta, by osiągnąć kulminację w dniu pełni. Strzaskane kości, fizjologia wywrócona do góry nogami, instynkt łowcy wypływający ponad zdrowy rozsądek. Wciska ręce w kieszenie, drżące palce kurczy raz po raz.
Kiedy przechodzi przez londyńskie ulice, zerka ukradkiem w odbicie kładące się na sklepowych witrynach — chyba wyglądem już mniej odstaje od dawnego siebie. Na dobry sen nie liczy, jednak kilka posiłków więcej i dobry fryzjer sprawia, że zdaje się mniej apatyczny, na pewno żwawszy w krokach oraz mniej pokiereszowany codziennością. Nie przyznaje nawet na moment przed samym sobą, że dużo w tym zasługi i Daniela i Sawyera. Zagryza tylko wargi na pożółkłym filtrze fajki i przyspiesza, aby nie skazywać Dodge’a na zbyt długie oczekiwanie. W kwestiach podatkowych nie czuje się asem, ba… jego wiedza zdaje się mu dość mierna, ale być może nieco większa od tej, którą dysponuje kumpel w potrzebie.
Tym razem, kiedy staje pod drzwiami, szuka dzwonka, zamiast dobijać się pięścią niczym skończony prostak. Nie jest pewien, czy aby znów nie powita go Sandy, co powoduje niekontrolowane spięcie w mięśniach. Nie chce wszczynać znów larum swoją obecnością, ale też rozsądek podpowiada mu, że w sytuacji, którą nakreślił mu w liście Daniel, nikt na to nie ma głowy. Zamierza dopytać o nieco więcej szczegółów, o wszystkie dokumenty, którymi dysponuje. Niestety, dowody w takich sprawach są często kwestią nie do przeskoczenia. I choć papier wszystko przyjmie, to nie ma aż tak łatwo… Może trzeba będzie się bardziej wysilić.
Czeka cierpliwie pod drzwiami. Słyszy poruszenie, potem lekko zaspany głos. Kiedy widzi Daniela, uśmiecha się samymi kącikami, by bez zbędnego przedłużania wejść do środka.
— Napiję się — odpowiada na propozycję. Potem reflektuje się, że być może nie powinien, bo i bez kofeiny ciśnienie ma podniesione i to wcale nie przez czekającą go papierologię. — To jak źle jest, Danny? — pyta bez ogródek, po czym wyciąga sobie krzesło, na którym przysiada. W międzyczasie gospodarz uwija się z zastanym bałaganem. Potem Jesse odbiera kwit i przygląda mu się z uwagą. — No faktycznie w tym raczej raczej rzadko siedziałem, wyobraź sobie. Ale zrobim, co możem. — Poczuwa się w obowiązku, aby pomóc na tyle, na ile umie. Przynajmniej wie, jak działa machina ministerialna i na co zwracać uwagę, poza czystą papierologią. — Czego w ogóle od ciebie chcą? FUDPA-2B… — mruczy i drapie się po głowie. — Czyli pogrzebiemy trochę w twoim majątku — uśmiecha się znad papieru. Odkłada go na stolik. Czeka czy Daniel opowie coś więcej. — Gadałeś z kimś jeszcze? Masz kogoś w Ministerstwie? — Mając plecy jest łatwiej.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4 Dalej


Skocz do:

Aktualny czas: 02-02-2026, 10:42 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.