• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Londyn, Clink Street 4/27 > Kuchnia
Kuchnia
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
22-11-2025, 14:40

Kuchnia
Blaty bywają lepkie, zlew zawalony brudnymi garami, a notorycznie niewyżmnięta, zwilgotniała gąbka, leży rzucona niedbale gdzieś nieopodal tak długo, aż nie zacznie śmierdzieć. Kosze na śmieci często są przepełnione, co daje o sobie znać słodkawą wonią bioodpadków. Lodówka obklejona magnesami buczy od kilku miesięcy, a Danny nie zadał sobie jeszcze trudu, żeby ją naprawić. Kiedy Sandy weźmie się za porządki, kuchnia wygląda naprawdę uroczo - jakby gospodarowała w niej miła, uczynna i zaradna młoda panna.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4 Dalej
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
06-01-2026, 13:59
Sandy zaklina rzeczywistość w kolorowym kalejdoskopie, ja o niebie, ona o chlebie, ale przecież nie będę zakłócać tych jej rozespanych fantazji. Co z tego, że jest na nogach od kilku godzin, że dawno temu umyła buzię, wytarła śpiochy, dzielnie machała rózgą i pracowicie oddzielała białka od żółtek, żebym mógł zdmuchnąć świeczki z wyrośniętego biszkopta. Nawet nie lubię słodyczy, ale ona za nimi przepada, ja przepadam za nią, więc pokręcę się w kółko za własnym ogonem, poudaję, że będziemy plażować i piknikować, że już chcę schodzić do piwnicy po wiklinowy kosz z zestawem białych talerzyków z motywem dzieci bawiących się na placu zabaw. Na jednym jest zjeżdżalnia, na drugim huśtawka, na trzecim małe koniki na sprężynkach - kompletnie nie mój styl, Sandy za to jest zachwycona i pamiętam, że nie mogła oderwać wzroku od tego kompletu i wzdychała naprawdę ciężko, gdy opuszczaliśmy sklep z pustymi rękami.
Wracam, kupuję, pakuję, wręczam jej przy kolejnej okazji, nie pamiętam już, co to było, oprócz tego, że mieliśmy środek lata, więc nie chodziło o jej urodziny. I mimo tego że myślę o łaźniach i saunie, o marmurowych basenach i usługach typu masaże, o białych ręcznikach zaplecionych na biodrach (będę wyglądać jak grecki bóg) i wysokim turbanie chroniącym jej włosy przed wilgocią (będzie wyglądać jak śmietankowy lód w różku), to skłonny jestem przemilczeć moje racje, a nawet dorzucić do puli krem z filtrem i rozkładaną parasolkę.
Taki właśnie jestem.
-Pamiętam, jasne, że pamiętam – mruczę nieprzytomnie, słomkowy kapelusz w tej naszej projekcji jest absolutnie zbędny, no tak - dla mnie. Sandy zaraz zarządzi przerwę, bo będzie musiała pomalować paznokcie u stóp na pasujący kolor, zmienić wstążkę w rzeczonym kapelusiku i może, tak dla pewności, spakować jeszcze jeden kostium na zmianę, gdyby się pobrudziła albo uznała, że jednak woli się w pastelach niż klasycznie nasyconych kolorach.
– Chodźmyy – godzę się, wnikając w nią, jakbym zakopywał się w najmiększej na świecie sofie. Zgubić tam pięć pensów - fraszka. Znaleźć je później - nie da się. To nic, przepuszczę tam majątek, stracę czas, nie wyśpię się już nigdy, zagrzebię się w tym pluszu, uwiję tam gniazdko i zostanę dzikim lokatorem. Jest mi w końcu coś winna, prawda? Wbija mi paznokcie w kark - kłuje, jakby stara sprężyna wyskoczyła z limonkowego obicia. Niech zostawi ślady, obejrzę je sobie porządnie przed lustrem, zobaczę, jakie pazury ma ta kicia i czy trzeba je przyciąć, bo następnym razem już zaboli.
Zgarniam ją do siebie, jeszcze w drżących spazmach, spódniczką haczy o nierówne krańce kuchennych blatów i obciera sobie pupę. Na bladej skórze w mgnieniu oka odznaczają się czerwonawe szramy, które jednak pieką mniej niż klapsy za nieposłuszeństwo. Zdrapie je, zanim zdążę się dobrze przyjrzeć - nie ma przecież za grosz cierpliwości. Trzymać kciuki, żeby nie złapała ospy, bo wtedy chyba całą chorobę spędzi z rękami przywiązanymi do krzesła, żeby nie drapała strupów. Czy to okrutne? Tak. Czy zrobię to dla niej? Oczywiście.
– Najpierw ty – decyduję i ustawiam ją, tak, jak sobie wymyśliłem: jedno zdjęcie samego tortu, potem każę jej stanąć przy piecyku i się uśmiechnąć, a na koniec stajemy razem i włączam samowyzwalacz. Raz-dwa-trzy, pstryk, flesz błyska, z aparatu leci kłąb dymu i drukuje się nasz wspólny portrecik. A na nim: rozanielona Sandy w białej spódniczce, żółtym fartuszku z wielkim ciastem, a tuż obok ja - w białych slipach, z ręką władczo na jej talii i stojącym na baczność masztem. 1 kwietnia 1962, 44. urodziny Daniela, bazgram na odwrocie fotki. Sandy ma rację. To miłe.

zt Sandy i Dan
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Jesse Leffingwell
Czarodzieje
You'll never get a second chance Plan all your moves in advance
Wiek
30
Zawód
Były auror, praca dorywcza
Genetyka
Czystość krwi
wilkołak
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
18
0
OPCM
Transmutacja
18
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
5
Brak karty postaci
11-01-2026, 20:24
30 marca 1962r.


Deszcz zacina wściekle, bębni w blaszane daszki i roztrzaskuje się na nierównym bruku. Co jakiś czas spod obluzowanych kamieni strzelają fale błotnistej mazi. Ta chętnie przywiera do spodni, mniej więcej do wysokości kolan. Chowa się na moment i wypala fajkę czy dwie w bramie jednej z kamienic. Mokre plamy, które wysychają po jakimś czasie, stają się zaskakująco mało widoczne na równie burych nogawkach.
Zdaje się, że Londyn jak stał, tak stoi. Rozlał się może nieco bardziej poza dotychczasowe granice, ale świadczy to tylko i wyłącznie o tym, że ma się całkiem nieźle. Wywołuje to w nim chwilowy zawód i myśli sobie, że byłoby mu łatwiej, gdyby wszystko diabli wzięli. Ale nie wezmą i kwituje to jedynie krótkim sykiem przez zęby. Spogląda na zmoczone fasady miejskiej zabudowy, na ludzi skrytych prewencyjnie pod kopułami parasoli — bo choć już nie pada, to co jakiś czas z drzew i obrzeży dachów spadają za kołnierze tłuste krople wody. Londyn żyje swoim zwykłym życiem, nieszczególnie przejmując się tym, że próbuje wbić się w jego tkankę na powrót — miasto przyjmie każdego, bez względu na pochodzenie czy zasobność portfela. Inną kwestią jest to, na ile pozwoli się rozgościć.
Wychodzi wreszcie z tymczasowego azylu i rusza w dalszą drogę wiedziony czymś na kształt pamięci mięśniowej. Zresztą… dwa lata to przecież nie tak dużo czasu. Zdaje mu się, że ledwo dzień temu opuścił swoje mieszkanie i podjął decyzję o nowym starcie. Albo raczej o ucieczce. Tak, ucieczka to lepsze określenie, ale na tyle wstydliwe, żeby teraz miał problem z nazwaniem rzeczy po imieniu. Dlatego, nie mając sobie nic do zarzucenia, próbuje wierzyć w to, że tak jak Londyn się nie zmienił, tak i znajomości stoją wciąż zacementowane i oczekujące z otwartymi ramionami na powrót syna marnotrawnego. Przecież nie jest nic nikomu winien.
Gna go potrzeba, może krztyna tęsknoty, ale o tym nie mówi. Jest spłukany, w kieszeni ma różdżkę, kartonik z papierosami i śmierdzące drobniaki. Rosthwaite przestaje być bezpieczną przystanią. U Goffinów ktoś zaatakował stado, podobno znaleźli zmasakrowanego konia w lesie. Jego karta jest czysta ale życzliwych nie brakuje. Tylko że nie o to tu chodzi. Przyjdzie, przywita się, sprawdzi co piszczy w trawie.
Z naiwnością wierzy, że Dodge się ucieszy. Na Merlina, głód miesza mu zmysły. 
Kiedy widzi znajomą zabudowę, przyspiesza nieco. Dopala fajkę. Druga to czy trzecia? Gasi pod butem, zostawia roztartą plamę popiołu na samym progu i wspina się ku drzwiom. Szybko, zerkając tylko przez ramię starym przyzwyczajeniem. Nikogo nie ma.
Uderza kilka razy w drzwi. Raczej spokojnie, ale na tyle wyraziście, żeby mieć pewność, iż gospodarz usłyszy. Opiera się łokciem o framugę i czeka. Słuch wychwytuje poruszenie po drugiej stronie. Kroki: tap-tap-tap. Klik. Zamek przeskakuje, a w szczelinie dostrzega bujne złociste loki. Potem oczy, ni błękit ni zieleń, duże, średnio przypominające ślepia Daniela. Chwyta go konsternacja. Pomylił numery? Lustruje blondynkę od stóp do głów i choć jest mu obca, to ma w sobie znajomy rys dziewcząt, które pamięta z Hogwartu. Trzepot rzęs i ładny uśmiech. Taki, który lubisz już od samego początku. Nawet nie musi się wysilać. Nie musi nic mówić. Sam mruga dwa razy, odkleja łokieć od drewna i prostuje się lekko, pociąga nosem. Na twarzy wykwita mu coś na kształt rozbawienia przechodzącego zaraz w rozczarowanie. Patrzy ponad jej głową, chce upewnić się, że trafił dobrze. Gdzieś za sienią dostrzega salon, pomieszanie wzorów, kotłujące się szpargały wszelakie w trzewiach kuchni, wszystko to co jak najbardziej Danielowe, choć dziewczyna w drzwiach wcale Danielem nie była.
— Daniel — rzuca. Nadal patrząc ponad jej głową bez wysiłku. Nadal nie widzi znajomej sylwetki. — Szukam Daniela — dodaje i wreszcie jego spojrzenie ląduje na wysokości jej oczu. Jest pewny, musi być pewny. A jeśli Dodge się przeprowadził, dziwnym trafem, to zaraz się tego dowie. Pora jest raczej z tych późnych, kolacyjnych. Chyba nie przeszkodził?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#13
Sandy Wilkes
Czarodzieje
tell me who I am – do I provoke you with my tone of innocence?
Wiek
21
Zawód
fryzjerka, niania, drobna złodziejka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
2
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
13
Brak karty postaci
15-01-2026, 21:21
Coś o giętkości włoskiego makaronu i o wieprzowinie zmielonej niemal na aksamit — sam Londyn załkał donośnie nad wytwornością dania, które spoczęło na kolorowych, głębokich talerzach.
Swoje umiejętności kulinarne zwykłam zawyżać, choć każdy kolejny miesiąc z Dannym — czyli każde kolejne, cztery tygodnie zastanawiania się jak dużo mac'n'cheese to za dużo — robi ze mnie speca od zadań specjalnych, a z tego punktu nie tak daleko doczołgać się do stanowiska szefa kuchni w jakiejś wybornej restauracji, na którą nas nie stać.
Pospolite wyjątkowe spaghetti zafalowało na półmiskach, zaparowało pod nosem, zachlupotało w pospiesznych ruchach widelca i łyżki — widziałam w telewizji, że włosi jadają makaron też łyżką — zanim słońce wykonało swoją dniówkę nad wielką Brytanią i miasto zaczęło kłaść się do snu; poza zależna od osobowości, miejsce zależne od wieku.
Ci z szóstką z przodu zapewne spakowali już ciepłe kapcie pod ramę nieco skrzypiącego łóżka, ci od trzydziestki do pięćdziesiątki otwierają wino albo nową dyskusję, młodzież chętnie rozpoczyna wieczorną partię gargulków, a my — my poza wszelką normą i schematem wchodzimy w symbiozę z miękką kanapą, składając się już tylko z makaronu, sosu pomidorowego i miłości.
— Przykryj mnie kocem — mamroczę, kiedy mościmy się na wysłużonych, zapadających się pod naszym ciężarem poduchach kanapy. Wiercę się i kręcę, przysuwam bliżej i znajduję swoje ulubione miejsce przy jego ciele, czekając, aż rozpocznie nasz wieczorny rytuał. Do rytuału potrzeba powtarzalności — z tym u nas różnie, ale skoro Daniel nie zamierza wysuwać nosa poza granice mieszkania, zamierzam wykorzystać ten wieczór tak, jak lubiMY najbardziej.
Czekam, aż zadecyduje, że włączymy nasze telewizyjne pudełko; czekam i upajam się naszym wspólnym ciepłem, owijam szczelniej kolorowym pledem we wzór oszukanej zebry, ciepło i miło, uroczo i przytulnie, choć za oknem niebo wymiotuje na stolicę naszego kraju kwaśnym deszczem, który zmyje z kocich łbów wczesnowiosenne błoto.
Nasze chwile bliskości przerywa ludzka, fizjologiczna potrzeba; Daniel gramoli się i znika w drzwiach łazienki, a ja wywracam oczami.
— Słyszałeś? — chcę to zrzucić na potencjalną burzę, ale dźwięk dudnienia znów się nasila i tym razem zdecydowanie dochodzi z drzwi.
Korytarze zamków i dwie serpentyny łańcuszków na zasuwkę — mamy swoje sposoby na bezpieczeństwo, choć manualne zabezpieczenia nijak mają się do czarów; pora kolacji i deszczowy Londyn to zbyt mało znaków, żebym zaczęła dopatrywać się spisku, więc prędko otwieram drzwi temu, który się do nich dobija.
Obcemu.
Mrugam, raz i drugi, rzęsa wędruje góra dół w niemym pytaniu, bo jegomość ewidentnie zaczyna rozglądać się po mieszkaniu ponad moją głową; może jednak źle oceniłam brak zagrożenia.
— A pan to przepraszam kim jest? I z jakiej okazji ta wizyta? — od pierwotnego zapraszam!, na które finalnie się nie zdecydowałam, minęły trzy spojrzenia; teraz marszczę brwi i przyglądam się badawczo komuś, kto może być intruzem.
— Proszę się nie gapić, bałagan mam i teraz to mnie pan stresuje — łatwiej byłoby po prostu zawołać Daniela; póki co poradzę sobie sama z obroną naszego domostwa.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#14
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
16-01-2026, 10:26
Dwa tygodnie temu w samochodowym kinie na pokazie familijnym grali “Zakochanego Kundla”. Myślę - o, to coś w sam raz dla mojej Sandy. Pieski, łachudra i damulka z wyższych sfer, włoska ballada przy scenie kolacyjnej: and the Oscar goes to, niunia wybrała już najlpeszy film tego roku. Co z tego, że bajka ma prawie dziesięć lat, co z tego, że laureatów wskazuje gremium starych dziadów zwane Akademią, co z tego, że przez kolejny kwartał będę repetytywnie żywić się zangielszczoną wersją włoskiego makaronu aż ten zacznie mi wychodzić uszami.
Gdy podtyka mi pod nos parujący, głęboki talerz z kopą spaghetti, która wykarmiłaby cały pluton wojska, po prostu jem. Nieelegancko, bo elegancko się nie da - choć długie nitki i tak zostały złamane w pół. Pękły z łatwością, ich los i tak prowadzi ku kąpieli w gorących źródłach, kranówa wrze w blaszanym garnku i tylko czeka, aż dalej będą mięknąć, ci zakładnicy. Połykając kluski zastanawiam się, skąd pochodzi ten makaron, oprócz tego, że z kartonika; nie sądzę, by fuzję mąki i jajek importowano aż z Włoch, notabene, to są te podprogowe sygnały, którymi Sandy atakuje mnie bez ładu i składu. Chyba liczy, że jeśli czwarty raz w ciągu siedmiu dni postawi przede mną półmisek z tym samym daniem, to kolejną rundę skonsumujemy w miłej restauracyjce pod Koloseum. Rodzinny biznes: dziadek mafiozo, ojciec mafiozo, syn mafiozo; w lokalnej kuchni nonny piorą pieniądze, a przy okazji jeden gotuje, a dwóch kelneruje, tacy groźni, a jednak kastraci. Jedząc nie mówię więc nic: każdą kąśliwą uwagę o rozgotowaniu, przesoleniu lub w drugą stronę - niedoprawieniu - zatrzymuję dla siebie, skupiając się tylko na tym, by czerwony sos nie ubrudził mi podkoszulka. To nie takie trudne, trzymać język za zębami, kiedy żarcie jest tak gorące, że aż piecze, a w swojej łapczywości muszę zasłaniać usta rękami.
– U-uu-uuoch – dukam, a skoro jesteśmy sami, to część po prostu wypluwam z powrotem na talerz. – Gorące – ostrzegam ją, bo jestem niecierpliwy i zaczynam zanim ona usiądzie przy mnie. Przed nami na kanapie stoi stoliczek idealny pod tak zwany “tv dinner”, rzecz bardzo popularną w Stanach. Nasza homemade wersję też pomieści, dodatkowo ja mam puszkę lagera, a Sandy czerwoną oranżadkę z dziewczynką skaczącą na skakance na etykiecie. Żarcie, nastawiony telewizor, Sandy pod moją pachą, home sweet home, zero potrzeb, gdy przylegamy do siebie ekstremalnie blisko, a jednak dysponujemy swobodą wystarczającą do operowania sztućcami i trafianiem nimi do buzi. Swoich nawzajem, bo karmię ją ze swojego talerza, połykam to, co daje mi ze swojej, mikroskopijnej porcyjki (mogłaby serwować ją wiewiórkom albo jeżykom). Akurat leci jakaś sztuka teatralna, dobrze, niech leci, ukulturalniajmy się, będę nawet udawać zainteresowanie, jeśli tylko później pod naszym etnicznym kocem dojdzie do zbalansowania bodźców. Tu coś dla duszy, tam coś dla ciała, póki co śmieję się, że to o Sandy, bo główną bohaterką jest dziewczyna, która bardzo chce zostać aktorką.
– Muszę się odlać – oznajmiam, piwo wywołuje presję na moim pęcherzu, więc choć wyplątanie się z koca i oplatających mnie dziewczęcych członków nie jest ani łatwe, ani przyjemne, znoszę to z godnością wojownika. Z kibla wracam w towarzystwie rytmicznego stukania, a raczej walenia - na początku myślę, że do sąsiadki z piętra wyżej przyszedł jej czarny kochanek, ale to się nie zgadza, bo Herb akurat ma ranki, ale to na pewno nie on - brakuje mu kondycji do tego. – No, idź zobacz, kto tam się dobija – wysyłam Sandy na zwiady i na zachętę klepię ją w pupę. Rachunki popłacone, miesiąc upłynął bez butelki rozbitej na łbie, żadne męty już nie kręcą się w pobliżu: odkąd mała się wprowadziła, ćpuni trzęsący się na wycieraczce i żebrzący o resztki prochów to historia. Pewno ktoś się pomylił, bo nikogo przecież nie zapraszałem.
– Co tam tak długo? – wołam, gdy mija chwila, a cukiereczka na horyzoncie brak. Mrucze pod nosem przekleństwo, zbieram się z kanapy i z puszką browara w dłoni człapię zobaczyć, o co to całe zamieszanie. Zdążę jeszcze potknąć się o porozwalane w całym hallu buty Sandy, ale zanim na nią ryknę, za i jednocześnie ponad jej blondwłosą główką, widzę facjatę, o której prawie zapomniałem.
– Aaah. To ty – oschle stwierdzam oczywistość, jedną ręką przygarniając do siebie Sandy i próbując wyliczyć, kiedy była ostatnia pełnia. Niedawno - niunia uparła się na “ładowanie kamieni”, więc pomagałem targać jej ten cały gruz na balkon - wtedy psioczyłem, teraz czuję ulgę z osadzenia się w czasie i przestrzeni bez dodatkowych pytań. Po tym jak Jessa wcięło na, ile, z dwa lata? - powątpiewam w jego udomowienie. – Już myślałem, że całkiem zdziczałeś – kpię, uspokajająco przesuwając dłonią po boku małej, która stroszy się jak ratlerek. – Czego?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#15
Jesse Leffingwell
Czarodzieje
You'll never get a second chance Plan all your moves in advance
Wiek
30
Zawód
Były auror, praca dorywcza
Genetyka
Czystość krwi
wilkołak
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
18
0
OPCM
Transmutacja
18
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
5
Brak karty postaci
16-01-2026, 22:26
Nie przychodzi tu po to, aby kogokolwiek nękać. Szczególnie kogoś, kto o Danielu nie ma zielonego pojęcia. Coś jednak nakazuje mu sądzić, że trafia dokładnie tam, gdzie powinien. Dla upewnienia się, zerka jeszcze raz na przekrzywiony numerek mieszkania obok. Potem jeszcze ponad głową blondynki w czeluści domostwa. Stoi i czeka, cofa się jednak lekko, kiedy dziewczyna mierzy go wzrokiem, a zamiast uprzejmego powitania serwuje mu dokładnie to na co zasłużył. Niechęć i irytację.
Jesse uśmiecha się krzywo, wkłada ręce do kieszeni. W powietrzu rozchodzi się zapach — wyraźne nuty smażonego mięsa duszonego następnie w czymś pomidorowym. Kwaśno-słodki zawiesisty aromat. Całkiem przyjemnie, jeśli brać pod uwagę ostatnią porę posiłku przypadającą na wschód słońca. Węch ma czuły, może i nawet czulszy od czasu ugryzienia? Tego nie jest pewien. Wiele spraw nadal, nawet po czterech latach, pozostaje dla niego zagadką. Albo raczej wszystko zlewa mu się tak, że nie umie oddzielić siebie obecnego od tego, jakim był kiedyś. Ukrywa się od tak dawna, że nie sposób pomyśleć, aby kiedykolwiek wcześniej jego życie było cokolwiek lżejsze. Paskudna sprawa. Niby jesteś sobą ale w sumie nie wiesz na pewno.
Postanawia, aby powiedzieć cokolwiek więcej, choć zaproszenie na kolację raczej zaprzepaścił.
— Stary znajomy Daniela — mruczy wciąż nie jak ktoś, kto właśnie wepchał się obcej osobie w porę kolacji i komu powinno być choć minimalnie wstyd.
Nie chodzi tu nawet o to, że dziewczyna stoi w drzwiach zamiast Dodge’a, czuje upokorzenie, że w ogóle musi się prosić o czyjąkolwiek obecność. Nie ma jednak zbyt wielkiego wyboru, bo przez ostatnie lata skutecznie odsuwał się od niewielu osób pozostających pod mianem przyjaciół. Ma jednak nadzieję, że ewentualny użytek, który można uczynić z jego umiejętności wynagrodzi wszystkie te niedogodności, które uczynił swoim nagłym zapadnięciem się pod ziemię. — Przywitać się przyszedłem i sprawdzić czy wszystko gra. — Miętosi kartonik z fajkami w kieszeni i zupełnie zbywa jazgotliwe oburzenie dziewczyny. Jakby w ogóle bałagan miał tu jakiekolwiek znaczenie. Czas natomiast biegnie i choć to ledwie minuty, zdają się ciągnąć w nieskończoność. Jeszcze chwila i będzie gotowa podnieść larum, że ktoś ją nęka. W salonie dostrzegł dwa talerze. Przez chwilę rozważa czy łatwiej mu będzie dogadać się z jej ojcem czy kochasiem, jeśli faktycznie mieszka tu obecnie zupełnie inna rodzina.
Słyszy klik otwieranych drzwi w głębi, potem trzask zamykania i głos. Głos, który zna doskonale, a który uspokaja go wyraźnie. Nie mógł się przecież pomylić. Rezon utracony przed sekundą powraca i napełnia jego barki, które prostują się z lekka do pozycji człowieka przynajmniej pozornie nie styranego przez życie. O czym innym jednak mówią cień wgryzający się w skórę pod oczami i wypłowiała, potargana, skórzana kurtka — jeśli wierzyć w chichot losu — dokładnie ta sama, w której Dodge widział go po raz ostatni.
Leffingwell patrzy na zbliżającą się suchą postać. Kiedy Danny zatrzymuje się przy dziewczynie i przygarnia do siebie, Jesse łapie zaduma, bo wcześniej nie kwapił się nawet, żeby w fantazji ułożyć powiązania pomiędzy starym znajomym a młodszą, nawet od niego samego znacznie, panienką. Dodge zawsze potrafił się ustawić. Zważywszy na chaos panujący za ich plecami, to chyba coś poważnego. Ale to szybka refleksja, nie przywiązuje do niej wagi, bo kolejne powitanie wcale nie jest lepsze od pierwszego. Złośliwość mu nie umyka, wygania resztkę entuzjazmu, jeśli w ogóle jakikolwiek w sobie miał.
— Nie. Gryzę nadal raz w miesiącu — rzuca bez zastanowienia. — Zazwyczaj… — dodaje, wykrzywiając lekko kąciki ust w nieprzyjemnym grymasie. Reflektuje się, że być może winien jest przeprosiny. — Wybaczcie, że tak bez zapowiedzi. Przechodziłem obok i stwierdziłem, że dawno mnie nie było, a wypada powiedzieć dobry wieczór, skoro już jestem w mieście. — Nigdy nie był dobrym kłamcą, komikiem tym bardziej. Potrzebuje forsy, a może po prostu dobrego słowa? Liczy, że się nie zawiedzie. — Następnym razem przyjdę z flaszką i kwiatkiem… obiecuję… — Powraca spojrzeniem do blondynki, potem znów łypie na Daniela. — Muszę tylko trochę się odkuć. — To jasne jak słońce.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#16
Sandy Wilkes
Czarodzieje
tell me who I am – do I provoke you with my tone of innocence?
Wiek
21
Zawód
fryzjerka, niania, drobna złodziejka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
2
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
13
Brak karty postaci
18-01-2026, 17:16
Od zbierających na głodujące w sierocińcach dzieci, po zapalonych wyznawców tego jedynego, najbardziej sprawiedliwego boga — Clink Street miało na swoim koncie mnóstwo wad, ale prawdopodobieństwo losowych gości plasowało się na jednym z wyższych miejsc niemoralnego plebiscytu. Londynowi daleko było spokojnym uliczkom Yorku — o dzięki, niebiosa — co skutecznie obniżało prawdopodobieństwo zapadnięcia na śmiertelną, nieuleczalną chorobę osób starszych, która objawiała się tym, że każde, choć odrobinę życiem tętniące miejsce, uważało się za przybytek rozpusty, zepsucia, chorób wszelakich, nie rzadziej też jako dom dla narkomanów, skorumpowanych polityków i ludzi, którym w życiu wiodło się po prostu lepiej. Na tyle lepiej, by przed wszystkimi złami tego świata móc się ustrzec, bez konieczności rezygnacji z wielkomiejskiego zgiełku i prestiżu.
Mieszkanie państwa Dodge żyło w samym sercu tej dzikiej istoty; zwierzęca aorta potrafiła zaprowadzić pod próg naszego — Daniela, ale ten szczegół coraz częściej pomijałam — lokum ciekawe persony, choć od ostatniej konfrontacji na klatce schodowej (coś o wielkiej apokalipsie i ostrych kijach wepchniętych siłą w odbyt) Jehowi omijali nas szerokim łukiem. Dobra nasza.
— Aha, stary znajomy. A konkretniej? — na tym łez padole nie żyję od wczoraj, a możliwości mojego najdroższego mężczyzny poznawałam dogłębnie, z dnia na dzień, coraz bardziej. Jego przeszłość nie zawsze ma kolory gumy balonowej, co uczę się przyjmować ze spokojem, choć Daniel Dodge i meandry jego życiowych ścieżek bywają czasem kłopotliwe.
— Gra. Wszystko gra i buczy — pyskuję więc dalej, bo chłopak, który rozkłada się w futrynie naszych drzwi nie pasuje do obrazków, które wytworzyłam we własnej głowie. Pytania drgają w gęstej przestrzeni — jak się nazywasz? nie wybrzmiewa, nie przecina rzeczywistości i wcale nie zbija z pantałyku tego potencjalnego—oszusta; Daniel pojawia się obok mnie i dobitnie pokazuje, że nie mam czego się obawiać.
Niedoczekanie.
Imię naszego gościa nadal nie pada, Daniel wspomina coś o dziczeniu, moje oczy rozgrywają partię ping—ponga i wędrują od boku do przodu, by finalnie rozszerzyć się jak dwa spodki.
— Co? Jakie raz w miesiącu? — punkt do punktu, kabelek do kabelka; mała istotka w mojej głowie właśnie spawa dla końce ze sobą i żaróweczka się zapala — Gryzienie, dziczenie, raz w miesiącu... Nie. Stop — co to, to nie. Odsuwam się od Daniela, staję w drzwiach pomiędzy gospodarzem a gościem, staję się arbitrem tego nierównego meczu — Co to niby ma znaczyć? Jaja sobie robisz, Daniel? Kto to jest? — nie spodziewam się, że stary znajomy się wylegitymuje, choć jakaś ładna, kartonikowa odznaka, która stanowiłaby dowód na to, że dobry i porządny z niego obywatel, wcale nie byłaby najgorszym z pomysłów.
W żołądku pęcznieje mi obawa; ten facet wpakuje mnie do grobu.
On wie, że ja wiem — czy to jest to, co ja myślę, że jest?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#17
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
18-01-2026, 22:14
Po raz pierwszy od dawna: nie mieliśmy planów. Na wieczór zawsze znajdzie się coś do roboty, a to Hank zadzwoni i przypomni o tym pokerze, cośmy się na niego umawiamy od miesiąca albo wysra się jakieś niecierpiące zwłoki zadanie gdzieś po drugiej stronie Tamizy, ewentualnie nadrabiamy randki, które mieliśmy wpisane w kalendarz, ale nie odbyły się z powodu brzydkiej pogody, pogrzebu jakiejś dalekiej ciotki Sandy, a potem następstw owego pogrzebu, ergo, spotkania oko w oko z jej matką, co oboje leczymy jak wrzody żołądka. Tak czy inaczej: dziś mieliśmy być w łóżku. Znowu, inaczej niż zwykle, bo długo, czule, a nawet wyrozumiale dla obopólnego lenistwa i potrzeby totalnego nicnierobienia. Plan wydarzeń na kolejne godziny w miarę pokrywał się z rozkładem jazdy, to znaczy z programem telewizyjnym, ot, kilka zmiennych, uwzględniających wspólne rozwiązywanie krzyżówek (Sandy kupiła wydanie specjalne z Edwardem Bonesem na okładce) i drapanie po plecach (mnie: dłużej, jej: krócej). Herbatka zakrapiana rumem, prąd płynący w naszych żyłach, pasujące do siebie piżamy, które cukiereczk sprawił nam na zeszłe Boże Narodzenie i my, stare, dobre małżeństwo. Bez kłótni, bez wrzasków i bez obrączek. Można? Można.
… albo i nie. Ktoś z nas musiał być niegrzeczny, ktoś musiał sobie nagrabić, ktoś musiał zdenerwować pomniejsze bóstwa, które decydują o tym, kto i czy wstanie dziś lewą nogą albo będzie mieć dobry dzień. Te nasze plany, niespisane, niewypowiedziane, ale cichutko wymarzone w wypierdzianej kanapie, rozpływają się wraz z rytmicznym waleniem w drzwi. Żadne puk-puk. DUM DUM DUM. Odgłos wyje syreną ostrzegawczą, przypominając pięćsetletnie sekwoje zwalające się po wyrębie albo trąbę powietrzną. Widywałem takie w Teksasie, normalnie porywały krowy, ludzi, a nawet całe domy, zrywały kawałki ulic i przewracały płoty. Także, zero wątpliwości, przewiduję tu mały Armagedon.
Nadciąga we własnej, bladej osobie.
W swoim własnym progu pozwalam sobie patrzeć na niego oceniająco, a nawet niechętnie. Jeszcze bez słowa, jeszcze zaczepiając się na mdłych poszlakach, po których wydedukuję, co się z nim działo przez ostatnie czterdzieści osiem miesięcy lepkiej ciszy. Schudł - albo ma na sobie za duże ubrania, które wiszą na nim jak na sklepowym manekinie. Może źle jadał przez parę miesięcy, może od tygodnia chodzi głodny, a może ostatnio miał coś w ustach poprzedniego dnia. Od łokci szkieletora prosto do zapadłej twarzy, o woskowej, szarawej cerze i zaczerwienionych oczach, reagujących wręcz alergicznie na silne światło z nieosłoniętej jarzeniówki. Ciągle zapominam dokręcić klosz, a w tym świetle Jesse wygląda jeszcze gorzej niż w tę barową noc, gdy tak pękł, przypadkiem przede mną, zmordowany ciągiem chlania i rzygania. Wtedy zachowałem się jak nie ja. To znaczy przyzwoicie.
Dziś - być może też mam taki zamiar. Ale on zaczyna gadać.
Za plecami Sandy daję znaki, wytrzeszczam oczy, kręcę głową, ruszam poziomo ułożonymi dłońmi, przeciągam palcem po szyi, morda w kubeł i ani słowa więcej - za późno.
– Ja pierdolę, Jesse, naprawdę chwalisz się tym, zanim zdążysz się właściwie przedstawić? – rzucam zdenerwowany, łypiąc to na niego, to na Sandy, która zaczyna się poczuwać i wywija się z mojego uścisku. Jak przystało na nią, najpierw robi, potem myśli i tym sposobem Jesse ma ją w zasięgu jednego kłapnięcia. – Sandy, poznaj Jessego. Wbrew temu, co tu zaprezentował – krzyżuję ramiona i składam usta w dziubek, fiu, fiu, niezłe ziółko sobie wyhodowałem na własnej piersi, takie gotowe zapuścić w niej korzenie i pasożytować tylko w imię tłustych dawnych lat – jest oswojony – zbliżam się do druha, ale bynajmniej nie po to, by powitać go raz jeszcze, tym razem z otwartymi ramionami, nie. Kilka razy klepię go po policzku. – Widzisz? Łagodny jak baranek – demonstruję Sandy - i lepiej dla Jessego, żeby to przełknął, bo inaczej ja też będę dziś bezdomny.
– Właź, zanim cała kamienica usłyszy. Albo zanim zmienię zdanie – cofam się już w głąb mieszkania, wpuszczając go niechętnie, choć ten musi jeszcze minąć moje małe fusilli, które za punkt honoru postawiło sobie dziś bycie najprawdziwszym Cerberem. Szkoda, że tak nie fuka, gdy odwiedzają nas kobiety w niebieskich garsonkach, sprzedające wirówki do sałaty, kołdry na zimę i nieprzywieralne garnki. W środku niby możemy pozwolić sobie już na większą swobodę, ale nie robię nic, by pozwolić Jessemu poczuć się lepiej, przeciwnie. Delektuję się niezręcznością tej sceny: poirytowaną Sandy w lekko rozmazanym makijażu, nim, wepchniętym na siłę w miejscu, gdzie nie do końca jest mile widziany i otoczony ludźmi, którzy nie do końca życzą mu dobrze i mną, z piwem w ręku, wysoko naciągniętych skarpetach, piżamowych szortach i białym podkoszulku, z, no oczywiście, plamą od sosu pomidorowego na samym jego środku. Powinienem zaproponować mu coś do picia albo do jedzenia, zaprosić, żeby usiadł, opowiedział albo wyjaśnił - nie robię jednak absolutnie nic poza czekaniem. Chcę, żeby prosił mnie o pomoc. Skoro już pofatygował się aż tutaj, to należy mi się ta satysfakcja. Ha! A i owszem - należy się i to jak psu buda.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#18
Jesse Leffingwell
Czarodzieje
You'll never get a second chance Plan all your moves in advance
Wiek
30
Zawód
Były auror, praca dorywcza
Genetyka
Czystość krwi
wilkołak
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
18
0
OPCM
Transmutacja
18
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
5
Brak karty postaci
20-01-2026, 23:01
— Jesse. Znamy się z Danielem ładnych parę lat. Pracowaliśmy trochę razem — rzuca naprędce. Całkiem ładnie, zgrabnie, ogólnie, nieszczególnie wysilając się przy tym, byle odrobinę zmienić trajektorię tej rozmowy, na którą i tak znacznie wpływa nagłe pojawienie się właściciela mieszkania.
To nie tak, że wraz z momentem, w którym zaczął polegać bardziej na innych niż na sobie samym, pogrzebał resztki godności. Wręcz przeciwnie, wszystko to piekło go tak niemożliwie jak utkana z pokrzyw koszula narzucona na gołą skórę. Nienawidzi tej sytuacji, nienawidzi słabości, którą musi prezentować w momentach, gdy życie przyciska go beznamiętnie do muru końca możliwości. To znaczy — zawsze istnieje mała, maluteńka furtka, ale koszt, który musi ponosić za każdym razem, aby ją przejść, jest niewspółmierny do rozkoszy które go za nią czekają. Upodlenie i postępująca degradacja w imię napełnienia brzucha i względnie możliwego do zniesienia życia. I tym razem furtka ta przybiera kształt Danielowych drzwi, może nie tak małych, jak mogłoby się zdawać, ale zdecydowanie obwarowanych koniecznością tak potężnego ugięcia karku, że spazm mdłości przechodzi po pustym jak jego sakiewka żołądku. Może i trochę żałuje, że nie było bardziej uprzejmie, że nie użarł się w porę w język, żeby nieco łagodniej przywitać panią domu, bo najwyraźniej to ona stanowi klucz do całej tej popapranej sytuacji. Kiepska kalkulacja sprawia, że obecnie musi myśleć nad tym, czy w ogóle jest sens w to brnąć i czy w ogóle cokolwiek ugra bez nadmiernego uszczerbku na resztkach własnego ego.
Dostrzega błysk niepewności w oczach dziewczyny, klejącej kolejne słowa w całość świadczącą o jego małym sekrecie, którego nawet nie stara się szczególnie pilnować. Zdołał przywyknąć, że reputacja i historią ciągną się za nim niczym swąd za bezdomnym, do którego obecnie wcale nie jest mu aż tak daleko. Otrzepuje się, kiedy Daniel wyczynia swój osobliwy taniec, traktując go w kategoriach dziwactwa nie zaś wyraźnej wskazówki, aby trzymał gębę na kłódkę.
Zagryza wargi, szczęka drga mu pod skórą, oczy mruży niechętnie, bo oklepywanie przez Dodge’a przychodzi mu z trudnością. Myśli, że chętnie odgryzł by mu paluchy dla demonstracji swojego udomowienia, zamiast tego jednak uśmiecha się cierpko, choć sądzi, że Daniel wie doskonale o złości buzującej tuż pod powierzchnią skóry. I myśli też, że to na swój sposób musi sprawiać mu dziką satysfakcję. W tym momencie startuje z wyższej pozycji, jest tym, który może cokolwiek zaoferować, kiedy Leffingwell nie dysponuje żadnym zasobem. Nie zamierza wszczynać burdy, nie pod mieszkaniem, w środku też. Rezonuje w nim wspomnienie, które jest chyba ostatnią rzeczą trzymającą go w ryzach — zdaje sobie sprawę, że Dodge pomimo wad, ostatecznie prezentuje nad wyraz przyjemne usposobienie, i przynajmniej na tyle, na ile go poznał, rozumie, że jeśli jest się względem niego w porządku, to i on potrafi takim być.
— Daniel ma rację, nie ma ze mną kłopotów — cedzi z krzywym uśmiechem przylepionym do twarzy na słowo honoru. Potem dostrzegając, że w korytarzu robi się odrobina przestrzeni, przeciska się obok Sandy. — Panienka pozwoli. — Wciąga brzuch i próbuje wejść bez dalszych ceregieli. Jest mu średnio przyjemnie, ale do zniesienia, choć scena wygląda komicznie. Król tego świata stoi z browarem, dziewczyna nadal zdaje się mieć przynajmniej dwa tuziny pytań, a on ma wrażenie, że jeszcze chwila i podziękuje. Tylko, że nie może. Wzdycha, patrzy jeszcze dalej do pokoju i kuchni, zapach kolacji robi swoje i mięknie.
— Przepraszam, WAS — mówi, podkreślając ostatnie słowo. — Nie chcę niepokoić. Zamierzałem dać znać wcześniej, ale sytuacja mnie przycisnęła. Wiem, że to średni sposób na powrót po takim czasie. — To już mówi bardziej do Daniela, bo to jemu jest winien wyjaśnienia w sprawie swojego zniknięcia i powrotu. I sądzi, że powinien udzielić ich o wiele dokładniej, tylko nie jest pewny czy ma na to przestrzeń. Pili go inna sprawa. Nie ma złamanego grosza nawet na to, żeby zawiesić się gdzieś na noc. — Daniel, potrzebuję roboty, czegokolwiek. Wiesz, że odbiję z nawiązką.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#19
Sandy Wilkes
Czarodzieje
tell me who I am – do I provoke you with my tone of innocence?
Wiek
21
Zawód
fryzjerka, niania, drobna złodziejka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
2
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
13
Brak karty postaci
21-01-2026, 18:03
Mogłam przewidzieć to wszystko dużo, dużo wcześniej; horoskop na ten tydzień, w moim ulubionym pisemku na stronie czternastej mówił o nieoczekiwanych spotkaniach bliskiego stopnia i aż do tej pory, byłam święcie przekonana, że chodzi o niefortunne zderzenie z matką Betty w salonie. Kobiecina lat sześćdziesiąt trzy nie stroniła od używania języka powszechnie uznawanego za wulgarny, na liście swoich ulubionych aktywności miała też wyliczanie wad swojej jedynej córki — pech chciał, że byłam świadkiem tego wszystkiego, sprzeczki typowo rodzinnej, której bliżej było do przerysowanych spektakli w podrzędnych teatrach, niźli wiarygodnej rzeczywistości.
Z Betty było niezłe ziółko; zaczęłam się zastanawiać, że może po prostu do takich person — wyjątkowo oderwanych od społecznie przyjętej normy — po prostu mnie ciągnęło.
Daniel widnieje na szczytu tej listy, a do jej szeregu przeciska się kolejny jegomość — jak się okazuje, Jesse. Jesse Przyjemny Chyba Wilkołak.
Grymaszę i obserwuję ich bez oznak gotowości na pojednanie; imię naszego nagłego gościa niewiele mi mówi, choć Danny wydaje się całkowicie uspokojony i zapewne z jego myśli ulatuje już fakt, że nasza urokliwe sam—na—sam na wysłużonej kanapie, właśnie odchodzi w niepamięć.
Gadają dalej; kłapią szczękami, dywagują, nie słuchają — obrzucam Dodge'a mimiką pełnej grozy, zmarszczonych brwi i zaciśniętych ust.
Metaliczne syreny, które wszczynają w mojej głowie nagły alarm, dzwoniąca pewność, że wszystko jest możliwe; w końcu strumień męskiego bełkotu, który zaczyna się od ja pierdolę, a kończy na oswojeniu i braku kłopotów.
Świat niepotrzebnych dźwięków, które zszywają rzeczywistość z nieskładnych elementów.
— Daniel — jego imię to wyrzut, czysty i zadający niewypowiedziane pytania. Nasz gość — Jesse — przeciska się przez framugę i maleje w oczach; miękkie przed moim mężczyzną, kuli się i coś tam mamrocze. W normalnym odruchu pewnie zaczęłabym rozmyślać o tym, co zostało nam w lodówce — i czy jakimś przypadkiem nie jest to, może tylko odrobinę przesuszony, befsztyk. W nienormalnym — a taki obecnie występuje, akcja—reakcja, moje ciało zaczyna działać na paliwie zapasowym, bo system wykrył awarię — po prostu łypię na chłoptasia w ciszy, lustrując jego sylwetkę z każdej strony. Gdzie te łapy z pazurami, gdzie wyleniały ogon?
— Postawmy sprawę jasno — mówię dość doniośle, nie potrafiąc zrozumieć, dlaczego Daniel wydaje się taki zadowolony — Czy ty jesteś zarażony tym, czym myślę, że jesteś? — gratuluję sobie odwagi, wewnętrznie, po cichu — za nazywanie rzeczy po imieniu — Kiedy jest najbliższa pełnia? Mam nadzieję, że nie jakoś teraz? — przy ostatnich zgłoskach ton powoli się załamuje; gubię się, a spojrzenie machinalnie wędruje w kierunku Danny'ego. Potrzebuję wsparcia, pocieszenia, dowodu, że nic złego się nie stanie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#20
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
21-01-2026, 18:41
My i nasze bagno, było minęło, a nie zdążyłem się nawet w pełni rozgościć na tej wciągającej kanapie. Ubrani jesteśmy domowo, ale kompletnie, od czułych cmoknięć wciąż daleko do gorących pocałunków, a obecna temperatura między mną a Sandy spada niżej zera. Coś czuję, że dzisiaj to ja zajmę kanapę, a Jesse będzie musiał zadowolić się rozłożeniem sobie posłania na podłodze.
A nawet nie jestem go stuprocentowo pewny. Istnieje szansa, marna bo marna, ale jednak, majacząca na horyzoncie, że Jesse pęknie i że wcale nie jest takim good boyem, jakiego próbuję z niego zrobić w oczach Sandy. Pięć palców na policzku w szorstkiej pieszczocie może wyzwolić w nim najgorsze, a ja z lubością sobie z nim pogrywam, zakładając możliwość sparzenia. Wyobrażam sobie, jak wilcze geny biorą górę, Leffingwell walczy o pozycję samca Alfy w stadzie, odgryza mi rękę, zostawia mnie na wycieraczce, żebym się wykrwawił, bunkruje się z Sandy w moim własnym mieszkaniu i więzi ją tam tak długo aż nie będzie mu oddana do szaleństwa. To bardzo konkretne przebłyski świadomości, które układają się w gotową historyjkę z morałem: nigdy nie ufać wilkołakom. Ich fizyczne uwarunkowania stwarzają naturalne predyspozycje do siłowej dominacji. Chcąc nie chcąc, czysto teoretycznie Jesse jest nad nami w przewodzie pokarmowym, przynajmniej jeden dzień w miesiącu. Który - co za ulga - nie wypada dziś. A tym, którym lepiej nie ufać, cóż, chyba nikogo to nie zdziwi, jeśli przyznam, że mam całą listę. Ekhm, od początku: tym, którzy sypią więcej niż dwie łyżeczki cukru do herbaty, tym, którzy obcinają paznokcie w metrze, tym, którzy zimą nie wkładają podkoszulki w majtki, Żydom, tym którzy w kinie z pełną premedytacją wybierają miejsce obok innych, choć na sali jest jeszcze sporo wolnych siedzeń. Mogę tak cały dzień, a wilkołaki nie będą nawet w połowie stawki. Za to Jesse we własnej osobie, fiu-fiu, za uszami ma więcej niż przeciętny, nieznany mi wilkołak, figura typu straszak i odszczepieniec.
– Słyszałaś? Nazwał cię panienką. To dobre – śmieję się jednak do Sandy, coby nie sypać soli na jej rany, tylko umiejętnie przekierować jej uwagę na rzeczy miłe, na jednak dobre maniery i respekt, który do niej żywi choćby ze względu na wyraźną zażyłość z gospodarzem. Ta nasza wesoła kompania niezbyt jest wesoła, a jednak drepczą za mną gęsiego do kuchni. Tam opieram się plecami o szafkę i na poprawę humoru pociągam łyk piwa z puszki - w ten sposób mam ich wszystkich na oku, no i choć jedna osoba (ja)  jest bliska poczucia zadowolenia.
– Z Jessem kumaliśmy się kiedyś naprawdę blisko. Mogliśmy na siebie liczyć. Wiesz Sandy, Jesse był aurorem – opowiadam, może celowo, a może nie, wyciągając z życiorysu Leffingwella co bardziej bolesne epizody. Tak naprawdę, jego uczucia mam w dupie, ale nie podobają mi się zalążki histerii u mojej laluni. – A potem przestał się odzywać – dodaję w skrócie, pomijając kilka punktów kulminacyjnych naszej przeszłości, takiej jak przesłuchania czy fakt, że bywał moim dzikim (dosłownie) współlokatorem, który może nie płacił za czynsz, ale przynajmniej NIE wyżerał mojego żarcia z lodówki. – A ja zdążyłem zakopać dla ciebie kość na Highgate, na pamiątkę. Tak z rok temu – kpię, w końcu spoglądając na mężczyznę, czy raczej jego cień. Zgniatam puszkę z browarem i wrzucam ją do kosza na śmieci, za trzy, gdyby nie przeciętny wzrost robiłbym karierę w NBA jako jeden z niewielu białasów.
– Jest. Powiedzmy to na głos. Jesse jest wilkołakiem. Zadowolona? – przyparty do muru łamię tabu, bo nic innego i tak mi nie pozostało. Nie zamierzam jej okłamywać, zresztą o Sandy wiele można rzecz, ale nie to, że jest idiotką. Kolor włosów o niczym jeszcze nie świadczy, choć dowcipy o blondynkach to moje ulubione, zaraz po tych o teściowych. – Dopiero co była. Może z tydzień temu – dodaję uspokajająco i przelotnie próbuję chwycić ją za rękę, pogłaskać małe paluszki, dać jej wsparcie i oparcie i pokazać, że nie ma się czego bać. – Nie pamiętasz? Ładowaliśmy twój gru… to znaczy, twoje kamienie. Mówiłaś, że ametyst i obsydian działają jak tarcze. No to chyba jesteśmy bezpieczni, nie? – podnoszę jej rączki, żeby obsypać je małymi buziakami, o ile jeszcze znajduję się w łaskach. Pogrywam niebezpiecznie, to jest wejście all-in, bo żeby się boksować, musiałaby teraz przyznać, że magia jej kryształów to zwykła ściema. – Nic się nie bój, Sandy, jestem przy tobie – dodaję, tak na wszelki wypadek separując jeszcze tę dwójkę własnym ciałem. Sorry stary, obowiązuje cię zakaz zbliżania do mojej.
– O tej porze? – prycham, no nie wiem, mogę go wysłać z resztką towaru, żeby dybał w jakiejś bramie, gdzie akurat kręci się studencka impreza, ale wygląda tak, jakby miał stracić zęby na pierwszym zakręcie (potknie się z osłabienia), a potem zebrać bęcki od trzech zawodników lacrosse’a, którzy na jego oczach wciągną sobie jeszcze z parapetu. – Sandy, zostało jeszcze trochę tego makaronu, nie? Weź mu to podgrzej. I może nakrój chleba – decyduję, a sam otwieram lodówkę i wyjmuję kolejne dwie puszki piwa. – Bądź grzeczną dziewczynką – szepczę jej cicho do uszka, na momencik przyklejając się do jej pleców.  – Nie pożałujesz – dodaję, sugerując miłą nagrodę za posłuszeństwo, słuchanie poleceń i lekceważenie pierwotnych lęków. Już to kosztuje ją dużo, a ja nie chcę być dupkiem. – To co się stało? – psst, psst, kapsel strzyka, wzburzona piana zalewa wieczko, delicje. Drugą podaję Jessemu, dyżur w schronisku dla bezdomnych mamy odbębniony, starczy dobrych uczynków na cały rok, a marzec nawet się nie skończył. Brawo my.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4 Dalej


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 23:34 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.