• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Szkocja > Hogsmeade i okolice > Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie > Wielka Sala
Wielka Sala
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
09-10-2025, 17:55
Wielka Sala
Wielka Sala to największe pomieszczenie w całym zamku Hogwart. Jak sama jej nazwa sugeruje - jest naprawdę wielka. Długa na kilkadziesiąt stóp, szeroka na kilkanaście i o bardzo wysoko, łukowato sklepionym suficie, którego zazwyczaj nie widać, bo dzięki czarom uczniowie Hogwartu spoglądając ponad głowy dostrzegają zazwyczaj niebo podobne temu, które widać za oknem. Pod sklepieniem wieczorami unoszą się setki świec, za dnia zaś światło dziennie wpada przez wysokie i wąskie okna. Wielka Sala ma kamienną posadzkę i takież ściany, zawsze wypolerowane i zadbane przez domowe skrzaty pracujące w kuchni. Każdego dnia stoi tu kilka stołów - cztery najdłuższe przeznaczone są wychowankom domów w Hogwarcie. Po drugiej stronie od wejścia zaś, na podwyższeniu, stoi stół nauczycielski, gdzie zasiada grono pedagogiczne. Po środku tego stołu stoi krzesło przywodzące na myśl tron, należące do dyrektora szkoły. Dekoracje Wielkiej Sali zmieniają się w zależności od okoliczności.
Na lewo od stołu nauczycielskiego znajdują się drzwi prowadzące do bocznej komnaty z portretami.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (14): « Wstecz 1 … 11 12 13 14 Dalej
 
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#111
Mia Travers
Czarodzieje
Wiek
32
Zawód
alchemiczka, badaczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
14
30
Siła
Wyt.
Szybkość
0
5
5
Brak karty postaci
09-01-2026, 21:45

Masque du Vent

partner ma wrażenie świeżości i swobody, jakby każde słowo — sekret, plotka, pretensja czy komplement — było łatwiejsze do wypowiedzenia.


dla Williama Traversa

Chciałaby móc powiedzieć, że nie należy do osób szczególnie sentymentalnych. Niestety nawet drobne rzeczy, jak przelotny powiew znajomego zapachu, czy charakterystyczna melodia wyłapana w tle, potrafiły wywołać w niej kaskadę wspomnień. Chłód i opanowanie w jej postawie nie były w stanie ukryć ognia ekscytacji w spojrzeniu, gdy po raz kolejny skierowała je na uroczyste zaproszenie. Międzynarodowy Zjazd Absolwentów. Życie w Hogwarcie było prostsze, spokojne. Utęsknione. Zaskoczyło ją jak bardzo pragnęła znów pozwolić przenikliwemu chłodowi ślizgońskich lochów wniknąć w swoje kości. Jak marzyła by poczuć to znajome kręcenie w nosie, gdy mieszanka kurzu i zastałego powietrza biblioteki otuli ją między regałami pełnymi ksiąg.
Okrutny los postawił ją jednak w pozycji, w której nie mogła po prostu udać się do zamku i zniknąć w lochu z dobrą lekturą. Było to wydarzenie publiczne, spotkanie, na którym przewinie się niemal każde istotne i nieistotne nazwisko magicznego świata. Takie okazje wymagały od reprezentantów szanowanych magicznych rodów, by zaprezentowali się godnie i dorzucili kolejny wyuczony uśmiech do tej ogromnej układanki pozorów. Ta część była żmudna, ale jakże już dla niej znajoma, po latach odgrywania przykładnej, wzorowej żony. Złożyła zaproszenie i podniosła wzrok, dostrzegając wysunięte w jej stronę ramię męża. Bez słowa chwyciła go i dała zaprowadzić w wir powtarzalnych rozmów o niczym, zbyt uprzejmych uśmiechów i nieszczerych zapewnień o rychłych spotkaniach. Chłodny kieliszek rubinowego alkoholu pozostawał jej kotwicą, dzielnie trzymającą ją przy zdrowych zmysłach w tym sztormie obłudy i łgarstwa. I nawet nie chodziło o tych wszystkich ludzi w pięknych strojach i o jeszcze piękniejszych, wystudiowanych minach. Chodziło o jej własną obłudę i łgarstwo. O to z jaką łatwością po tych kilku latach przychodziło jej wymyślanie wymówek i anegdot o małżeństwie, które tak naprawdę nie istniało. Czuła jednocześnie podziw i obrzydzenie, ale i narastającą frustrację. Była przekonana, że jeżeli usłyszy jeszcze jedno uprzejmie zawoalowane pytanie o potomków, to kurczowo ściskane szkło rozpadnie się na kawałki, które następnie chętnie wbije w czyjeś wścibskie oko. Jak długo będą musieli jeszcze w to grać? Czy to się kiedyś skończy? Zacisnęła usta, wzięła głęboki oddech i pozwoliła otępieniu zastąpić buzujący gniew.
W końcu nadszedł ten upragniony moment, gdy towarzyskie zobowiązania zdawały się wypełnione i zostawiła Eliota z jakąś absurdalną wymówką. Nie czekała nawet na jego reakcję, zniknęła momentalnie w tłumie. Szła przed siebie, bez większego celu, oprócz znalezienia się jak najdalej od tej duszącej atmosfery. Najpierw po prostu stała kilkanaście minut na błoniach i obserwowała zachodzące słońce, ignorując gęsią skórkę na ramionach. Kwietniowe powietrze traciło już zimową ostrość i pachniało obietnicą pełnego rozkwitu, ale potrafiło wciąż wykraść ciepło z kości. Policzyła w myślach powoli do czterdziestu pięciu i ruszyła z powrotem do zamku. Próbowała sobie ułożyć w głowie jak to miejsce może jednocześnie być tak znajome i tak drastycznie inne. Brakowało jej twarzy przyjaciół odpoczywających w ostatnich promieniach słońca, bez nich ten krajobraz był tak pusty i zimny. Brakowało jej świeżego i szczerego śmiechu nastolatków, którzy jeszcze nie nauczyli się udawać rozbawienia. Brakowało jej siebie samej z tamtych lat, pełnej ciekawości, głodnej wiedzy i z tą dzikością czającą się tuż pod skórą, która czasem dochodziła do głosu. Teraz tylko przewijała się w jej spojrzeniu i szalonych marzeniach budzących ją w niespokojne noce.
Początkowo chciała ominąć cały ten rozgardiasz i pójść odwiedzić ulubione miejsca, ale spokojne, eleganckie dźwięki Wielkiej Sali przyciągnęły jej uwagę. Zamaskowane pary wirujące na parkiecie, gwiazdy powoli wyłaniające się na zaczarowanym sklepieniu i wizja kolejnego kieliszka rubinowego miodu zadziałały dostatecznie hipnotyzująco. Po chwili już sunęła przy ścianie z trunkiem w ręku i z umiarkowanym zaciekawieniem przyglądała się tańczącym parom. Błyszczące suknie z najdroższych jedwabi mieniły się w kameralnym świetle świec, piękna biżuteria przyciągała oko, a emocje zdawały się niemal parować nad parkietem. Lubiła taniec, ale od lat kojarzył jej się raczej z przykrym obowiązkiem do odbębnienia, niż przyjemnością. Zatrzymała się przy jednym z wazonów wypełnionych kwiatami płynnie zmieniającymi barwy i otoczona lekko odurzającym aromatem róż wypatrywała znajomych rys twarzy pod maskami.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#112
Leopold Flint
Śmierciożercy
Wiek
23
Zawód
dżokej - wyścigi na granianach
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
18
20
15
Brak karty postaci
11-01-2026, 12:42
Odpowiedź dla Nylah Black

Otaczają Nylah spojrzeniem, dostrzega ten jej uśmiech – czysto rozbawiony, który pojawiał się na jej ustach jakby na przekór zawiłości układu, jaki niegdyś ich łączył. Na tyle pilnie studiował w zmierzłych czasach grymasy jej twarzy, aby wiedzieć, że to nie jest uśmiech, którym próbuje kogokolwiek uwodzić, nie ten, którym rzuca czar na słabość męskich charakterów. Ona zwyczajnie, wśród tego tłumu, czuje się dobrze, jak element, który pasuje do układanki. Leopold nie może tego samego powiedzieć o sobie. Woli lasy, naturę. Tu czuje się, jak zwierzęta zapędzone do klatki, skrępowane kartuzjami, uprzejmościami, grą pozorów.
- Słyszałem, moja droga, że Hogwart słynnie z gościnności - zdradza z przekorą, lecz nie wyjawia jej prawdziwego powodu, do którego tu zawitał. Rzecz jasna zwabiły go plotki, lecz zupełnie innego rodzaju -te o komnacie tajemnic, zakaźnym lesie i jeziorze. – To zwykłe plotki, które nie odnajdują pokrycia w tych - stęchłych – [n] pamiętających wieki historii murach?[/b] - pyta żartobliwie, choć owe pytanie nie wymaga odpowiedzi; jest na pokaz, jak wszystko - uśmiech, kurtuazja wypowiedzi, a nawet jego dzisiejsza obecność w murach Hogwartu. Przyjęcie jej zaproszenie też jest czymś pomiędzy; mirażem, zasłoną dymną, pożywką dla prasy; nieważne, co mówią, byle mówili.
Na parkiecie robi się coraz tłocznie. Zaczyna żałować, ze tu zajrzał; zaczyna żałować, że nie ma u swojego boku Maelle; że nie jej zadedykuje pierwszy i ostatni taniec tego wieczoru, lecz obecność panny Black musi mu wysterczać. Przełykając tą gorzką pigułkę, prowadzi ją na parkiet.
- Doceniam ludzi, którzy wiedzą czego chcą - zapewnia, co w jego ustach brzmi dość ironicznie; im spadkobiercą liczących się w tym świecie nazwisko poskąpiono wolnego wyboru. Nie dziedziczyli bowiem tylko linii krwi, genów, majątku, posiadłości, lecz też predyspozycje, ambicje oraz wykonywany zawód.
Uśmiecha się do niej, pozwalając jej dłoni spocząć na swoich ramionach. Przez chwilę obserwuje twarz ukrytą pod maską, próbując wyczytać emocje z błysku ukrytych oczu, które emanują jeszcze większą aurę tajemniczość niż zazwyczaj. Przyciąga ją do siebie, prowadząc ją pewnie przez parkiet, przez taniec, przez morze ludzi.
- Zdradź mi, Nylah,jak ci się powodzi? - zagaduje, między jedną figurą, a drugą, kładąc dłoń na jej smukłej talii. – Kariera pod dachem teatru rozkwita? - Powinien, choćby dla zwykłego kurażu, podarować jej bukiet kwiatów, lecz to wymagałoby jego obecność w Aradii, a ostatnio sztuka nie przyciąga jego spojrzenia.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#113
Cassius Avery
Śmierciożercy
Haunted spirits in my head, the thoughts themselves are the thinkers
Wiek
32
Zawód
badacz umysłów, pracownik MM, zaklinacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
0
25
OPCM
Transmutacja
11
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
5
Brak karty postaci
11-01-2026, 18:15
Odpowiedź dla Antonia Borgin

Miłość była jedynie słowem. Wydmuszkową nazwą emocji. Nie stanem. Tak mu się w każdym razie zawsze do tej pory wydawało. Bo gdy los dał mu okazję poczuć coś więcej niż tylko pustkę, zdusił to nagłe uczucie w zarodku - przykrywając je czarnym całunem zadanej śmierci. Tak było łatwiej. To wpisywało się we wszystkie nauki wyniesione z rodzinnego domu, gdzie każdy przejaw przywiązania wyrywano z korzeniami, byleby tylko nie zakotwiczył się na dłużej - na dobre? - w rzeczywistości.
Czasem znajdował jego posmak w cudzych umysłach. Nierzadko wydawał się gorzki, bo po dawnych emocjach pozostawało jedynie desperackie uczucie rozczarowania i niespełnienia. Nie wydawało mu się wtedy, że cokolwiek stracił. Gdy jednak natrafiał na wspomnienia przepełnione ciepłem, z irytacją doprowadzał do tego, aby w pamięci pozostały z nich jedynie niewyraźne, pomieszane klisze pozbawione barw - niczym ostre, tnące kawałki rozbitego lustra. Nie potrafiąc ich zrozumieć, decydował się na ich całkowitą zagładę. Tak było łatwiej.
Może właśnie dlatego ich płynna, nie stała relacja pozbawiona nazwy wydawała mu się równocześnie czymś tak naturalnym. Mogli na moment zamknąć się w czterech ścianach, nago, owinięci prześcieradłami przesiąkniętymi zapachem uniesienia, wciągać w płuca dym kolejno wypalanych papierosów, osiadający na ich twarzach, ubraniach, skórze - tylko po to, aby po kilku godzinach najzwyczajniej w świecie pozwolić mu wywietrzeć. W tamtych momentach pozwalał jej mieć się na własność, równocześnie sam na moment zamykał ją w klatce. Wspólne chwile wnikały w zakamarki pamięci zupełnie jak ten dym - bezszelestnie, rozpływając się pod wpływem wiatru kolejnych wydarzeń, przenikając przez pęknięcia do miejsc pozbawionych znaczeń. Nie przywiązywali do siebie większej wagi. To była ich prawda. To było ich szaleństwo i chciwość.
- Nie martw się. Nie pozwolę ci zapomnieć. - To mogło brzmieć jak kolejna groźba, zagubiło się jednak w rytmie kolejnych obrotów, gdy balansowali w tańcu, kołysząc się w takt z boku na bok, niczym wahadło. Pod cienką warstwą przyzwyczajenia, świadomością, że nigdy nie oddawała w jego ręce pełnej kontroli, wyczuwał dzisiaj dziwną sztywność, której nie potrafił zdefiniować. Jednak mimowolnie z nią walczył, dziwna siła kazała mu ignorować brak jej swobody, zwalczać ją kolejnym słowem, uspokajającym gestem, który palił zamiast gasić. Chimeryczne rozluźnienie przepływało natomiast przez jego ciało.
Uśmiechnął się półgębkiem. Nie musiał odpowiadać - doskonale znała odpowiedź.
- Myślę, że żadna z nich nie odważyłaby się stawać z tobą w szranki. - Niekiedy zawoalowane komplementy wychodziły mu najlepiej. Dobrze wiedział, że w wypadku jakikolwiek konfrontacji, zwycięstwo zapewniłoby jej już samo uniesione z dumą czoło i ostry błysk brązowych oczu. Czy ktokolwiek zdecydowałby się im przeciwstawić? - Czy możemy sobie pozwolić na podobny skandal? - zapytał ironicznie. Wiedział, że Antonia nie brała udziału w tej swoistej grze wyższych sfer. Dla niej oczy tłumu nie miały tak naprawdę większego znaczenia, nie groził jej żaden afront. On za to potrafił umiejętnie uciszyć wszelkie plotki - nawet jeśli ich stłumienie nie leżało w kręgu jego zainteresowań. Tłum mógł mówić co chciał. Nie zamierzał z nim walczyć.
- Miałem szczęście i trafiła mi się bardzo utalentowana przewodniczka. Niestety Irytek przerwał nam zwiedzanie w najbardziej interesującym momencie - rzekł, krzywiąc się lekko na to wspomnienie. Wciąż czuł na karku ostre żądełka gniewu przebijające skórę w chwili, która niedaleka była od niezapomnianej.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#114
Xavier Burke
Śmierciożercy
Wiek
31
Zawód
Badacz artefaktów, handlarz informacjami
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
0
20
OPCM
Transmutacja
11
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
10
5
Brak karty postaci
13-01-2026, 16:46
Odpowiedź dla Vivienne Burke


Nie odrywał od niej wzroku. Chociaż nadal widział tylko swoją twarz w odbiciu, to mimo wszystko był w stanie oczami wyobraźni widzieć ją. Jej oczy, które wpatrywały się również w niego. Czy pamiętał tamten wieczór na balkonie? Oczywiście, że tak. Był to moment kiedy poczuł, że to małżeństwo już nie jest z przymusu, że chociaż początkowo postawili ich przed faktem dokonanym, to nie czuje się już do niego zmuszany, bo sam go chce. To w tamtym momencie zaczęło mu zależeć, zapragnął jej chronić ponad wszystko. To był wieczór, podczas którego otworzyły się pewne drzwi, które wciągnęły ich obojga, ale oni nie chcieli uciekać.
Zapomniał o tańcu, zapomniał o tych wszystkich ludziach w około nich. To wszystko się w ogóle nie miało teraz znaczenia. Liczyła się tylko ona, tu przy nim. Słuchał jej uważnie, dał jej poprowadzić swoją dłoń w okolice jej serca. Czuła ciepło myśląc o nim, patrząc na niego. Te słowa sprawiły, że zaczął wierzyć, że i ona czuje to samo, że nie jest to tylko jednostronne uczucie z jego strony. Sprawiło to, że poczuł jak zaczyna rozpierać go radość, z każdym jej słowem miał wrażenie jakby coś rozpalało go od środka i doskonale wiedział co. Uśmiechnął się łagodnie znów czując jej dłoń na swoim policzku.
Dał jej mówić, wyrazić to co czuje. Dotarło do niego, że podobnie tak jak on, początkowo nie była w stanie zinterpretować swoich uczuć. Wychodziło na to, że nie był w tym odosobniony i nie tylko on miał z tym problem. Dawało to pewnego rodzaju ukojenie, sprawiło, że zdał sobie sprawę iż w niej również uczucie rosło stopniowo i to już od dłuższego czasu. On swoje początkowo interpretował jako troskę, jako chęć wpierania jej w jej marzeniach, jako szacunek do niej jako do drugiej osoby i swojej partnerki, dopiero całkiem niedawno zdał sobie sprawę, że było to coś więcej.
- Nie myślałem, że to możliwe, to prawda. - odezwał się w końcu patrząc na nią spokojnie - Nie podejrzewałem, że ktokolwiek może skleić moje roztrzaskane na miliony kawałków serce, ale ty to potrafisz. Ty to zrobiłaś. - skinął głową z delikatnym uśmiechem - I tak Vivienne, czuje to ciepło, ten płomień, który pali się cały czas ale nie powoduje bólu, a jedynie przyjemność. Jest wielki, nie do okiełznania. - nie odrywał od niej wzroku nawet na moment, a po chwili delikatnie ułożył dłonie na jej talii - Ja tak uważam, tak, uważam, że to jest miłość, bo tego uczucia nie da się pomylić z żadnym innym. A co ty myślisz? - spytał cicho.
Chciał aby to nazwała, aby to powiedziała. Nie miał co prawda zamiaru jej do tego zmuszać, ale wiedział, że nazwanie tego i powiedzenie na głos bardzo dużo ułatwiał. Miał chociażby przykład siebie sprzed chwili. Dusił to w sobie w ostatnim czasie, ale kiedy w końcu pozwolił swoim uczuciom wyjść na wierzch nie tylko zrobiło mu się lżej, ale jednocześnie pozwoliło mu to myśleć o wiele klarowniej. Miał nadzieje, że i ona będzie w stanie odnaleźć w tym ulgę, jeśli tylko przyzna się sama przed sobą z tego co czuje.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#115
Vivienne Burke
Czarodzieje
Wiek
23
Zawód
Badaczka historii run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
7
12
15
Brak karty postaci
16-01-2026, 18:28
Odpowiedź dla Xavier Burke

Denerwowałam się. Jakbym czekała na werdykt, jakiś wyrok, który miał zmienić całe moje życie. I w sumie miał. Faktycznie miał. Te dwa miesiące były kompletną rewolucją, której absolutnie się nie spodziewałam. Mam wrażenie, że wszystko działo się tak szybko, a ja nie mogłam nad tym nadążyć. Ślub, wyjazd, dziecko i teraz… teraz to. Kręciło mi się w głowie od tych wszystkich zmian. Czasami siedziałam w swoim gabinecie i obracając obrączkę na palcu zastanawiałam się czy to wszystko jest prawdą. Czy przypadkiem nie jestem główną bohaterką powieści, bardzo romantycznej ale tak bardzo nieprawdopodobnej. Bo jaka była szansa, aby mi się to wszystko przydarzyło i jeszcze zakończyło szczęśliwie? No jaka? Ja uważałam, że niewielka. Skrajnie nieprawdopodobne. Wręcz niemożliwe. A jednak się działo. Moje małżeństwo było dobre, marzenie zostało spełnione, pod sercem nosiłam dziecko swojego męża i ten sam mąż mówił mi teraz, że mnie kocha. Nogi się pode mną ugięły. Pełna kumulacja. I ta głupia myśl, że coś złego będzie musiało się wydarzyć, bo przecież nie może być tak pięknie. Tak jest tylko w książkach, nie w prawdziwym życiu.
Ale Xavier stał tu przede mną i wyglądał na prawdziwego. Jego zapach, ciepło ciała, szorstkość zarostu - wszystko wydawało się takie prawdziwe. Gładziłam dłonią jego skórę, ściskałam jego dłonie jakbym chciała się upewnić, że to wszystko się dzieje naprawdę. Nie śnię. Słuchałam jego słów i czułam rosnące napięcie. Zawdzięczał mi posklejanie jego serca, ale ja nie potrafiłam tego zrozumieć. Jak? Jakim cudem? Rozchyliłam lekko usta w pewnym zawahaniu, nie wiedziałam co powiedzieć, jak zareagować.
- Ale… - wzięłam głębszy wdech. - Ale ja nic nie zrobiłam.
Po prostu byłam. Obiecałam mu swoją obecność, szczerość, wsparcie i że będę się starać. I to robię. Dzień w dzień byłam po prostu obok i próbowałam, może nie zawsze mi wychodziło, wypełniać swoją obietnicę co do cna. To on zrobił więcej. Spełnił marzenie, pozwolił mi się rozwijać, zachęcał, podarował gabinet, książki, możliwości. Nie potrafiłam wyrazić słowami swojej wdzięczności. To co miało być czymś strasznym, małżeństwo będące przykrym obowiązkiem, okazało się wyzwoleniem. Rozłożeniem skrzydeł. Powoli uczyłam się latać.
- Tak bardzo ci ufam - szepnęłam.
Zacisnęłam dłonie na jego ramionach. Chciałam coś powiedzieć, ale nie wiedziałam jak. Jego pytanie zawisło między nami, oczekiwało reakcji, a ja nie wiedziałam jak wypowiedzieć to słowo. Czy to naprawdę była miłość? Wiedziałam co czuję, bałam się tylko, że mylę to uczucie z innymi uczuciami, którymi mogłam darzyć swojego męża. Xavier mówił, że tego się nie da pomylić. I on też to czuje. A przecież miał już żonę, którą kochał. Musiał czuć to samo do niej. Jeśli mówi, że to jest właśnie miłość, nie mogłam zrobić nic innego jak tylko mu zaufać. Był moim mężem, musiałam mu zaufać.
- Kocham cię - szepnęłam, praktycznie bezgłośnie ledwo ruszając ustami. - Kocham cię - dodałam jeszcze raz głośniej, drżącym głosem.
Moje ciało zareagowało gwałtownie. Łzy ciurkiem popłynęły po policzkach, oddech stał się szybki i gwałtowny. Dopiero do mnie dotarło co przed chwilą tak naprawdę usłyszałam i co przed chwilą tak naprawdę sama powiedziałam. To były łzy szczęścia, ulgi, rozluźnienia. Nie śmiałam o tym marzyć, powtarzałam sobie, że nie mam szans na jego miłość. Jego przyjaźń i zaufanie - tak, ale nie miłość. A jednocześnie byłam gotowa oddać i zrobić wszystko, byle tylko mnie pokochał. Byle pragnął mnie tak, jak pragnął swoją pierwszą żonę. Bym była tą jedną, jedyną kobietą w jego oczach, jego głowie.
Uniosłam się na palcach, miałam tak szalenie mocną ochotę go pocałować. Wbić się w jego usta zachłannie, ale nie tu, nie teraz. Złożyłam na jego ustach czuły pocałunek, siłą woli powstrzymując się przed czymś głębszym.
Tu już nie było dla nas miejsca. Czułam, że powinniśmy wrócić do domu.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#116
Antonia Borgin
Śmierciożercy
I can resist everything except temptation
Wiek
28
Zawód
zaklinacz, pracuje w Ministerstwie Magii
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
14
OPCM
Transmutacja
6
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
11
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
8
Brak karty postaci
18-01-2026, 18:02
Odpowiedź dla Cassius Avery

Ludzie lubią mówić o równowadze między rozumem a emocjami, jakby były sobie równe. Jakby istniały po to, by się uzupełniać, a nie po to, by walczyć o dominację. Ona wierzyła, że mózg od zawsze dzielił się na dwie części - emocjonalną i racjonalną - i że żadna z nich nigdy nie zamierzała ustąpić tej drugiej.
Ta emocjonalna odpowiadała za wszystko, co w jej życiu nosiło znamiona impulsu. Za nagłe drgnięcia serca, za napięcie ciała, za pamięć, której nie dało się uciszyć. Za to, że niektóre słowa, sytuacje i ludzie potrafili samą swoją obecnością naruszyć jej równowagę - nawet jeśli nigdy nie pozwalała, by było to widoczne. Czasem przejmowała nad nią kontrolę, odbierała język i wkładała w usta słowa, których w innym stanie nigdy by nie wypowiedziała. To ona odpowiadała za pożądanie. Za ogień, którego nikt by się po niej nie spodziewał, patrząc na chłód jej spojrzenia.
Druga część - ta racjonalna - dochodziła do głosu każdego dnia, nie z przypadku, lecz z konieczności. Żyła analizą, przewidywaniem, liczeniem strat, zanim jeszcze pojawiły się zyski. Ktoś kiedyś nazwał tę część „mądrym umysłem”, choć ona nie widziała w tym mądrości - raczej mechanizm, który pozwalał przetrwać. Po prostu przetrwać.
Życie podporządkowane tylko jednej z nich prowadziło albo do rozchwiania, albo do całkowitej utraty kontroli. Połączone, wchodziły ze sobą w konflikt - najczęściej wtedy, gdy stawała naprzeciw własnej natury niemal trzydziestolatki, a nie starej duszą czarownicy. Bo ta niemal trzydziestoletnia wersja jej samej naprawdę czasem pragnęła być po prostu młoda. I nierozważna. Czym było dwadzieścia osiem lat w świecie czarodziejów dożywających setki?
Może te myśli narzuciło jej to dziwne uczucie, ta osobliwa sztywność, która objęła jej ciało ciasnym, nie do końca zrozumiałym uściskiem. Wątpiła jednak, by swoje źródło miała w którejkolwiek części jej umysłu - ani w emocjonalnej, ani w racjonalnej. Była czymś pomiędzy. Czymś, co nie dawało się łatwo nazwać ani podporządkować. Cassius zdawał się tym nie przejmować albo zwyczajnie tego nie zauważać, a ten stan rzeczy w gruncie rzeczy jej odpowiadał - fakt, że zostawiali między sobą tak wiele przestrzeni na niedopowiedzenia, nawet jeśli nie było to konieczne. Nawet jeśli właściwie mogli powiedzieć wszystko wprost.
Myślę, że żadna z nich nie odważyłaby się stawać z tobą w szranki. Wypowiedziane przez niego słowa mimowolnie wymusiły na niej uśmiech. - Jestem aż taka przerażająca? - zapytała, unosząc brew w pytającym geście. - Ciekawe, czy ktokolwiek odważyłby się stawać w szranki z tobą - mruknęła po chwili, zatrzymując spojrzenie na jego twarzy, na tęczówkach, które zdawały się dziś być mniej czujne.
Ludzie wokół mało ją zajmowali. Być może dlatego, że miała niewiele do stracenia albo przynajmniej taką rolę przyszło jej odgrywać. Z drugiej strony nikt nie miał wobec niej oczekiwań i sądziła, że to było jej największe osiągnięcie. Oczekiwania, oddając kontrolę, oddają przecież na własność los i podejmowane decyzje. Brak oczekiwań przynosił swobodę, sprawiał, że bez względu na to, jakie decyzje przyjdzie jej podjąć, cokolwiek właściwie zrobi, nikt nie będzie mógł powiedzieć, że właśnie tego się spodziewał. Podejrzewała, że mężczyzna oplatający teraz ciasno jej talię z podobnymi oczekiwaniami musiał się mierzyć. Nie zwróciłby jednak jej uwagi, gdyby nie fakt, że potrafił w sposób chłodno racjonalny naginać wolę innych do samego siebie. Gdyby nie umiał unikać odpowiedzialności, której tak naprawdę nie znosił. Gdyby był jedynie ślepo podążającym członkiem własnego rodu - bez imienia, bez własnego odcisku pozostawionego na ziemi. Nijaki.
Nachyliła się delikatnie ku niemu, pieszczotliwym ruchem naginając granice, nawet mimo sztywności, która tego wieczoru wciąż trzymała ją w ryzach. - Może na mały skandal – wyszeptała mu do ucha, pozwalając słowom zawisnąć między nimi przez kilka sekund, zanim znów, powiększyła dzielący ich dystans.
Kolejne słowa mężczyzny przyjęła z lekką konsternacją, bo przecież tego wieczoru słyszała już podobną historię. Może nawet tę samą. - Chyba wiem, kim była ta twoja utalentowana przewodniczka - odparła, unosząc kącik ust w uśmiechu, który jednak nie sięgał jej oczu. – A zawsze bawiło mnie powiedzenie, że świat jest mały - dodała, nim porwał ją kolejny obrót toczącego się tańca. Gdy znów znalazła się przed nim, bez trudu złapała rytm płynący z dźwięków muzyki, pozwalając, by ciało znów dostosowało się do znanych jej kroków. - Chciałbyś wrócić do zwiedzania zamku… czy może jednak odprowadzisz mnie do domu?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#117
Leopoldine Flint
Czarodzieje
to be a woman is to perform
Wiek
23
Zawód
wschodząca gwiazda baletu
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
13
16
20
Brak karty postaci
20-01-2026, 17:02
Odpowiedź dla Mitch Macnair

Masque du Miroir Liquide

partner w tańcu widzi w niej swoje własne odbicie zamiast twarzy noszącego — w konsekwencji mimowolnie ujawnia swoje emocje, co może prowadzić do głębszej bliskości lub lekkiego zakłopotania.


Gdzieś koło siebie słyszała podekscytowaną młodą kobietę mówiącą, że nie spodziewała się, aby w jednym zamku mogło zmieścić się aż tyle osób. Leopoldine uśmiechnęła się do zasłyszanych prawie przypadkiem słów pod nosem — bowiem wiedziała doskonale, że w środku zamku Hogwart mogłoby się z powodzeniem znaleźć drugie tyle osób, nawet bez większego ubytku dla przestrzeni osobistej każdego z gości. Wybór Hogwartu na miejsce przeprowadzenia takiego przedsięwzięcia jak Zjazd Absolwentów był o tyle dobry, że po pierwsze — stanowił on miejsce „pośrodku” południa Francji i Norwegii, po drugie zaś — był miejscem zdecydowanie przyjaźniejszym niż mury szkoły, w której wychowała się panna Flint. Na samą myśl o tym, że podobne atrakcje — bal maskowy, stoły uginające się pod ciężarem przekąsek, rozchichotane nadrabianie zaległości z koleżankami i kolegami z ławki — mogłyby mieć miejsce w czarnych jak słoma, chłodnych murach Durmstrangu, dostawała gęsiej skórki. Coś w tym obrazku definitywnie nie pasowało. Inną sprawą było oczywiście — co nie umknęło uwadze baletnicy — zorganizowanie zjazdu przez samego Albusa Dumbledore’a. Cóż powiedzieć, nie bez powodu czarodziej ten znajdował się w miejscu, w którym się znajdował. Nie można było mu odmówić swoistego politycznego sprytu, choć biorąc pod uwagę najgorętsze wydarzenia polityczne Magicznej Wielkiej Brytanii z ostatnich miesięcy, ktoś mógł się zastanawiać, w którą stronę poprowadzi społeczeństwo ponownie rozkwitający konflikt między Akolitami a stronnictwem przyjaznym dyrektorowi Hogwartu.
W stylu iście dziewczęcym, klasycznym dla panien z dobrego domu, którym od urodzenia kładło się do głowy, że polityką przejmować się nie powinny, bowiem miały przed sobą zdecydowanie istotniejsze i bardziej pilne sprawy, postanowiła na moment zostawić polityczne dywagacje samej sobie. Dowiedziawszy się o tym, że równo o godzinie dziewiętnastej rozpocznie się bal maskowy, postanowiła, że koniecznie musi się na nim zjawić. Nie przepuszczała żadnej okazji do tańca — zwłaszcza tego stricte balowego, do którego nie miała przesadnie wielu okazji, a który sprawiał jej naprawdę dużo przyjemności. Po wejściu na salę słyszała już melodię wygrywaną przez orkiestrę — sądząc po żywiołowości melodii, znajdowali się gdzieś w połowie utworu; to samo zresztą przywodziła na myśl wypełniony zamaskowanymi parami parkiet. Pośród publiczności próbowała dostrzec kogoś znajomego, lecz bezskutecznie — przede wszystkim dlatego, że drogę nieuważnie zastąpił jej pewien nieznajomy, acz bardzo wysoki w oczach Leopoldine jegomość, który zasłonił jej niemalże całe pole widzenia. Aby móc w spokoju podziwiać pary dalej, musiała zatem przesunąć się nieco dalej, bliżej ściany, skąd miała pełny widok na parkiet. Niektóre z par zachowywały się w tańcu zaskakująco zachowawczo, inne były sobie bliskie na tyle, że budziły u Leopoldine skojarzenia z parami kochanków, a kolejne — wydawały się wyczekiwać tylko końca tańca, aby móc w pełni wyładować swoją furię. Jedno jednak pozostawało niezmienne — zarówno kobiety, jak i mężczyźni zaopatrzeni byli w przepiękne maski, częściej niż rzadziej niepasujące w ogóle do strojów, ale za to dodające całemu wydarzeniu zamierzonego przecież klimatu tajemniczości. Gdy utwór zbliżał się ku końcowi, Leopoldine westchnęła cicho, odrobinę rozczarowana tym, jak szybko minął czas. Chętnie spędziłaby kolejnych kilka utworów na kontemplacji par, gdyby nie to, że ktoś postanowił dotrzymać jej towarzystwa.
Wybaczy pani moją śmiałość dotarło do niej pierwsze, zmuszając ją do spojrzenia w bok i niechybnego zadarcia główki, bowiem jej rozmówca — och, oczywiście! — był od niej sporo wyższy. W rozświetlonej blaskiem świec sali jego włosy i oczy wydawały się być tego samego, ciemnego koloru. Nie prezentował się niechlujnie, ba, sprawiał dobre wrażenie (chociaż byłoby o wiele lepsze, gdyby był ogolony na gładko; no cóż, nie mogła przecież siłą wprowadzać swoich wysokich standardów gdziekolwiek się znalazła), a sposób, w jakim złożył jej propozycję wspólnego tańca, niemalże ją rozczulił. Mimo to milczała przez moment, pogrywając zarówno z samą sobą, jak i cierpliwością nieznajomego, acz z pewnością odważnego mężczyzny. Wreszcie i na jej twarzy pojawił się przyjemny dla oka, uprzejmy, prawie dziewczęcy uśmiech. Drobna dłoń została złożona wprost w tą większą, męską, a w tym samym momencie dygnęła z gracją typową dla tancerki, dziękując za przyjmowaną propozycję.
— Ma pan niezwykłe szczęście, bowiem nie czekam na nic, z wyjątkiem kolejnego utworu — odpowiedziała mu miękkim głosem, nie siląc się na zbyt wielką animację. Chciała być sobą. Po prostu. Czy tyle, co miała mu do zaoferowania skryta, tajemnicza nieznajoma mogłoby mu wystarczyć? — Muszę się z panem zgodzić. Miałam w planach przyglądać się tańczącym z tego miejsca, ale jestem niezwykle wdzięczna, że z waszą pomocą mogę stać się częścią tego spektaklu — mówiąc to, przeniosła wymownie wzrok na parkiet, na którym powoli ustawiały się pary. Niedługo później i oni przekroczyli jego próg, a twarz Leopoldine przyozdobiła srebrzysta, połyskująca maska o falujących jak tafla wody brzegach. — Zanim zaczniemy, zdradzę panu pewien sekret. Jestem zawodową tancerką. Mam nadzieję, że nie ma mi pan tego za złe?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#118
Xavier Burke
Śmierciożercy
Wiek
31
Zawód
Badacz artefaktów, handlarz informacjami
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
0
20
OPCM
Transmutacja
11
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
10
5
Brak karty postaci
21-01-2026, 18:08
Odpowiedź dla Vivienne Burke


Niektórzy mogliby powiedzieć, że to za szybko, że nie ma możliwości aby w przeciągu dwóch miesięcy rozwinęło się tak silne uczucie. Współczuł ludziom, którzy tak myśleli, ponieważ nie doznali oni nigdy uczucia miłości. Burke wiedział jak je rozpoznać, doskonale zdawał sobie sprawę z tego co czuł. Wiedział, że czas nie ma tutaj znaczenia, że można w kimś zakochać się w sekundę i nie mieć nad tym żadnej mocy. Pamiętał doskonale jak rozwijało się jego uczucie do pierwszej żony, dlatego tym bardziej był zdziwiony, że tak dużo czasu potrzebował aby uświadomić sobie co czuje do Vivienne. Jednak kiedy w końcu udało mu się to wszystko zdefiniować, wiedział już, że nigdy więcej nie pomyli tego z niczym innym. Nie interesowało go, że minęły dopiero dwa miesiące od ich ślubu, dla niego nic z tego nie miało znaczenia. Jemu wystarczyło, że ona była obok, że mogli rozmawiać czy też milczeć, spędzać razem czas. Jej obecność nigdy go nie nudziła, nigdy nawet przez chwilę nie pomyślał, że mógłby być gdzieś indziej kiedy wspólnie siedzieli w salonie czy przebywali w swojej sypialni. Lubił znać jej zdanie na temat spraw, którymi się z nią dzielił, z chęcią sam również wspomagał ją radą kiedy go o takową prosiła. To było dla niego tak naturalne, że czasami łapał się na tym, że miał wrażenie jakoby znali się już wiele lat, a nie niecałe pół roku. Jej osoba była mu opoką, wiedział, że po ciężkim dniu w pracy będzie mógł się obok niej położyć wieczorem, objąć ją, chowając w swoich ramionach i niczym się nie przejmował. Bo ona była obok, tak jak obiecała, tak jak sobie oboje przysięgli w dniu ślubu.
- Byłaś…jesteś i to wystarczyło. - powiedział cicho, uśmiechając się delikatnie.
Wtulił policzek w jej dłoń. Uśmiech, łagodny, stonowany, ale z całą pewnością szczęśliwy nie schodził mu z ust nawet na moment. Jej dotyk był tak delikatny, tak przyjemny, że nigdy go nie odmawiał, a wręcz pragnął go za każdym razem bardziej. Nie chodziło tylko o to co działo się za zamkniętymi drzwiami ich sypialni. Każde delikatne, przypadkowe muśnięcie, dotknięcie się ramionami czy złapanie za dłoń podczas spaceru, każda forma dotyku była dla niego przyjemna, nie ważne jak długo trwała.
Czekał na jej słowa w milczeniu, ale nie pośpieszał jej. Powiedziała, że mu ufa, odpowiedział jej na tym delikatnym uśmiechem. On również jej ufał, bardziej niż sam przed sobą się przyznawał. Zdobyć jego zaufanie nie było łatwo, wszyscy o tym wiedzieli, a on sam ufał niewielu osobą. Vivienne jednak nie tylko zyskała miejsce w jego sercu, zawłaszczyła je sobie razem z jego zaufaniem i Xavier wiedział, że przepadł całkowicie. W tym momencie jednak kompletnie mu to nie przeszkadzało, bo miał w ramionach kobietę, którą kochał, która była dla niego całym światem.
A ona kochała jego. W końcu to powiedziała, na początku cichutko, jakby sama nie była do końca pewna swoich słów, ale po chwili powtórzyła je pewniejszym głosem, a to sprawiło, że uśmiechnął się jeszcze szerzej. Szczęście wypełniło go całego, miał ochotę się zaśmiać nie wiedząc w jaki sposób dać upust tym wszystkim emocjom, które w tym momencie kumulowały się w jego ciele. Widział łzy płynące po jej policzkach i początkowo nie wiedział jak je zinterpretować, więc złapał delikatnie jej twarz w dłonie i zaczął je ścierać. Przez tą przeklętą maskę nie widział jej twarzy, jednak coś mu mówiło, że nie są to złe łzy, że symbolizują szczęście, co jedynie żona potwierdziła już po chwili składając mu na ustach pocałunek. Uśmiechnął się w jej wargi, na moment przedłużając tą krótką pieszczotę.
- A ja kocham ciebie. - szepnął w jej usta, zsuwając dłonie na powrót na jej talię, a po chwili spojrzał na nią z uśmiechem - Kocham cię całym sobą. - dodał cicho tak, że tylko ona była w stanie go usłyszeć, po czym jeszcze raz ją pocałował - A teraz stąd chodźmy. - mruknął mrugając do niej i złapał ją za dłoń, delikatnie ciągnąc za sobą i schodząc z parkietu, gdzie, kiedy maski zniknęły im obojgu z twarzy, w końcu mógł spojrzeć w jej piękne oczy.
W oczy, w które miał zamiar się wpatrywać już do końca życia.

zt Xavier&Vivienne
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#119
Lizzy Evans
Zwolennicy Dumbledore’a
have a kind heart, fierce mind & brave spirit
Wiek
19
Zawód
Kadetka aurorska
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
12
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
6
10
Brak karty postaci
23-01-2026, 14:24
Odpowiedź dla Henry Teyssier

Uważała, że była gotowa na wszystko. Że nie było sytuacji, która zastałaby ją sparaliżowaną przed działaniem, przerażoną tym, że mogłoby się nie udać. A jednak, gdy przychodziło do wykonania kolejnego kroku, nadania ich relacji nazwy, granic, których wydawało się, że mogli oboje pragnąć, nie potrafiła zaryzykować. Zawsze myśl o tym, że mogłaby raz na zawsze zaprzepaścić to, co zdążyli już wspólnie stworzyć, sprawiała, że zatrzymywała się w swoich postanowieniach. Przytulała nie tak mocno, jakby tego chciała, nie mogła nigdy sięgnąć do jego ust, o których dotyku marzyła w chwilach przed zaśnięciem, ale tłumaczyła sobie, że przecież tak właśnie było lepiej. Że wolała mieć go obok siebie przez cały ten czas — a nie tak blisko, jak tylko tego pragnęła, ale przez ledwie moment. Przez cały ten czas wydawało jej się, że widziała w jego oczach to, czego odbicie znajdowało się w głębi jej serca. Racjonalna część jej duszy nakazywała jednak szczególną ostrożność, a ta z kolei wymagała zepchnięcia myśli o tym, że Henry mógłby widzieć w niej kogoś więcej niż przyjaciółkę. Czy okłamywała się, sądząc, że mogła być w takim układzie szczerze szczęśliwa? Naprawdę sądziła, że tak długo, jak będzie miała Henry'ego w swoim życiu, tak długo uśmiech nie będzie schodził jej z ust, a ciepło wypełni nawet najdalsze, najciemniejsze zakamarki jej duszy. Bo przy nim właśnie czuła się nie tylko najszczęśliwiej w świecie, ale i najbezpieczniej. Przy Teyssierze mogła być prawdziwie sobą, nie musiała naginać się, aby zmieścić się do przygotowanej dla niej przez społeczeństwo czarodziejskie foremki. Czuła się przez niego akceptowana dokładnie taką, jaką była i dzięki temu mogła być najlepszą wersją siebie. Dla niego. Ich przyjaźń znaczyła dla niej więcej, niż kiedykolwiek była w stanie mu powiedzieć. Motywowała, aby być dla niego równie silnym wsparciem, jakim on był dla niej. Bo przecież nie było niczego, czego nie mogli wspólnie unieść. Niczego, czego wspólnie nie mogli pokonać. Byli młodymi ludźmi, z całym życiem przed sobą, nawet w tak niepewnych czasach, w jakim przyszło im żyć.
I to chyba było w nich najpiękniejsze.
To, jak ciało aurora, protektora czarodziejskiego świata, zadrżało pod wpływem jednego tylko zdania, które wypadło z jej ust. Nigdy nie nazwałaby Henry'ego słabym; teraz pokazywał właśnie to, jak silnym człowiekiem naprawdę był. Może ich pierwsze zetknięcie było przypadkiem — takim samym jak pierwsze spotkanie, a przy tym pierwszy wspólny taniec na jednej z Londyńskich potańcówek kilka miesięcy wcześniej. Ale każde kolejne spotkanie, każdy kolejny dotyk, każda kolejna intencja -—wszystko to działo się już w pełni świadomie, dokładając kolejną cegiełkę do budowanej wspólnie przyszłości.
Świat przed jej oczami zawirował — i nie była pewna, czy stało się tak przez obrót, w który wprowadził ją Henry, czy może dlatego, że nie wierzyła w to, co miało miejsce jeszcze chwilę wcześniej. Na ułamek sekundy skrzyżowała z nim spojrzenia — widok jego rozpromienionej szczęściem twarzy, choć widziany przez naprawdę mikroskopijny odcinek czasu, zapadnie jej w pamięć już do końca życia. Może podobnie będzie z jego pamięcią, gdy zrozumie, że zaczerwienione policzki Lizzy, jej roziskrzone od radości oczy i delikatnie drżące, rozchylone wargi były symptomem tego samego, bo współdzielonego przez ich dwójkę szczęścia? Innego przecież nie chciała smakować. I choć pocałowali się tylko przypadkiem, tylko raz, tyle wystarczyło, żeby już w tej samej sekundzie być pewną, że chciała dzielić z nim wszystko na pół.
Przez dłuższą chwilę nie mogła złapać oddechu. Nie dlatego, że była zmęczona, nie dlatego, że próbowała to robić — po prostu wydawało jej się, że chwila, w której zastygli, w której serce próbowało wyskoczyć jej z piersi, połączyć się z tym drugim, bijącym w tym samym, przyspieszonym rytmie, rozciągnęła się w nieskończoność. Gdyby tak było naprawdę, nie miałaby żadnych obiekcji. Zostałaby już na zawsze najszczęśliwszą kobietą w całym wszechświecie. Na szczęście świat nie ugiął się jej pragnieniu — zamiast zamknięcia całego szczęścia w jedną, rozciągniętą sekundę, postanowił umożliwić jej przeżywanie go na nowo. Przy Henrym, którego ciepłe czoło dotknęło jej własnego. Udało jej się jeszcze zatopić w jego oczach, nim oboje przymknęli powieki, za nic mając sobie wszystkie inne pary, cały zamek Hogwart. Jego usta, jej usta — dość prędko okazało się bez znaczenia, które należały do kogo, bo spleceni wybuchem szczenięcej miłości, miłości, która potrzebowała czasu, aby rozkwitnąć w pełni, na chwilę stali się jednym organizmem. Tak jak ona wcześniej czuła jego drżenie, tak i on musiał poczuć to mające początek w jej ciele, gdy przesunął swoje dłonie na jej szyję, gdy wplótł swoją dłoń w jej puszczone luzem włosy. Przylgnęła zresztą do niego sama, na własnych zasadach, nie odrywając się nawet na moment, gdy śmiał się najpiękniej we wszechświecie, a ją całą oblewała kolejna fala gorąca, jakby ze środka balowej sali teleportowali się wprost na dziką plażę w słoneczny, letni dzień. Sama nie potrafiła powstrzymać się od śmiechu — radość, szczęście w najczystszej postaci — próbowała wydostać się z niej na każdy możliwy sposób. Lizzy odrzuciła głowę w tył, spomiędzy jej zaczerwienionych i odrobinę opuchniętych warg wydostał się szczery, zadowolony śmiech.
— Wydaje mi się, że mogę wiedzieć — zaczęła po chwili, nie mogąc powstrzymać się przed położeniem jednej ze swych dłoni na jego klatce piersiowej, na wysokości bijącego serca. — Bo sama marzyłam o tym od tak dawna... — wyznała wreszcie, następnie sięgając wargami do kącika jego ust, który został przez nią krótko ucałowany. Ale nie mogła poprzestać tylko na tym prostym geście. Gdy już raz poznała smak jego ust, pragnęła próbować ich jeszcze i jeszcze. Nic więc dziwnego, że nie dała mu wiele czasu na odpowiedź, nim znów złączyła ich usta w pocałunku. Idealnie w momencie, w którym orkiestra rozpoczęła grać ostatnie takty utworu.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#120
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
23-01-2026, 20:16
Bal maskowy trwał w najlepsze. Minęło kilka godzin od otwarcia wrót Wielkiej Sali, a parkiet wciąż nie pustoszał. Spódnice czarownic wirowały w tańcu, tiary czarodziejów unosiły się w powietrzu, gdy podskoczyli zbyt energicznie do taktów wesołej muzyki, a pomiędzy jej takty wkradały się wciąż śmiechy i rozmowy w różnych językach, głównie angielskim, norweskim i francuskim. Zbliżała się północ, kiedy wybrzmiały ostatnie takty ostatniego hitu zespołu Bardów Beedle'a o intrygującym tytule Igraszki Proszku Fiuu, a na zaczarowanym sklepieniu imitującym nocne niebo mocniej rozjaśniał półkrąg księżyca. W akompaniamencie brzęku kryształowych pucharów Albus Dumbledore powolnym krokiem skierował się ku scenie, gdzie podziękował młodym muzykom, ściskając ich ręce i zwrócił się do tłumu, który skupił na nim spojrzenia. Czarodziej sięgnął do twarzy, ściągając zeń maskę ze smoczych łusek, odsłaniając przystojne oblicze, po czym uniósł dłoń, a gest ten, choć oszczędny, uciszył wszelkie rozmowy. Charyzma bijąca od tego maga wydawała się teraz jeszcze silniejsza i bardziej magnetyzująca. Koniec jego różdżki znalazł się przy gardle i rozbłysł krótko, znów magicznie wzmacniając jego głos.
- Drodzy przyjaciele, z bliska i z daleka, nasi szanowni goście - zaczął dyrektor Hogwartu, powiódłszy wzrokiem po twarzach gości, a spojrzenie to zdawało się dotykać każdego z osobna. - Nadeszła godzina, w której maski muszą opaść, a nasze ścieżki, dzięki tym dwóm niezwykłym roznicom, w szczęśliwy sposób splątane, zaczną znów biec we własne strony. Jestem niezwykle rad, że w dniu dzisiejszym mury Hogwartu były nie tylko placówką edukacyjną z waszej pamięci, lecz stały się powodem nowych wspomnień, radości i nowo zawartych sojuszy.
Dumbledore zrobił pauzę, a jego wzrok odnalazł Nobby'ego Leacha, który mimo upływu wielu godzin i wypitego wina wciąż prezentował nienaganną sylwetkę przy stole prezydialnym, a później na delegacje z Beauxbatons oraz Durmstrangu, z którymi Minister pogrążony był dotychczas w rozmowie.
- Widziałem dziś jak tańczą dziś ze sobą ci, których przodkowie byli sobie nieprzychylni. Słyszałem jak wymienialiście się spostrzeżeniami i wiedzą, ale i opowieściami o lękach i nadziejach, które są wspólne dla wszystkich naszych serc niezależnie od tego, czy biją u brzegu szkockich jezior, północnych fiordów, czy u stóp francuskich Alp. To jest najpotężniejsza tarcza, o której wspominałem już dzisiaj, tarcza, która ochroni nas przed każdym zagrożeniem - tarcza wykuta ze zrozumienia i jedności. - Dumbledore przesunął dłonią po krawędzi mównicy, a jego głos nabrał niższego, bardziej uroczystego tonu. - Świat poza murami Hogwartu nie zawsze jest tak łaskawy i przyjemny jak dzisiejszy dzień i noc. Bywają chwile, gdy ciemność próbuje nas przekonać, że siłę i bezpieczeństwo odnajdziemy w izolacji, w podziałach, lecz spójrzcie na siebie teraz. Czyż nie jesteście silniejsi, mając świadomość tego, że po drugiej stronie kanału La Manche, czy za Morzem Północnym macie przyjaciela, który was wesprze? - Jego pytanie zawisło w powietrzu, a dyrektor machnął różdżką. Choć pozornie nic się nie stało, goście zaczęli odbierać różne bodźce wszystkimi zmysłami: ich węch nęcił zapach francuskiego wina i serów, lawendy z pól Prowansji, słyszeli szum fal rozbijających się o fiordy i huk silnego, północnego wiatru, który wzburza morze na wschód od Wysp Brytyjskich. Poczuli smak południowych przypraw pod językiem i ciepło słońca na policzkach, aby pamiętali, że nie tylko we francuskiej i norweskiej placówce edukacyjnej mogli odnaleźć sojuszników - cały świat czekał otworem. Dumbledore uśmiechnął się szeroko, a w jego oczach rozbłysnął figlarny ognik. - Niech Międzynarodowy Zjazd Absolwentów nie pozostanie jedynie wpisem w kronikach, lecz iskrą, którą zabierzecie w swych sercach do domów. Kończymy ten jubileusz nie pożegnaniem, lecz obietnica. Obietnicą, że magia, która nas tu połączyła, będzie mostem, a nie murem. Pamiętajcie proszę o tym, co dostrzegliście za maskami - widzieliście tam przecież drugiego człowieka, tak samo pełnego pasji i godnego szacunku.
Gromkie brawa i wiwaty wstrząsnęły salą, a złoty pył opadł na ramiona czarodziejów z zaczarowanego sklepienia.
- Pragnę raz jeszcze podziękować wszystkim zaangażowanym w organizację tego dnia. Ministerstwu Magii, naszemu szanownemu Ministrowii Magii, panu Leach, szanownej dyrekcji Akademii Magii Beauxbatons oraz Instytutu Magii Durmstrang. Bez nich nic by się nie udało! Ale ten dzień nie mógłby się odbyć, gdyby nie wasza obecność i zaangażowanie. Byliście wspaniali! Sprawiło nam niezwykłą przyjemność i radość oglądanie waszych zmagań w trakcie olimpiady naukowej i turnieju pojedynków. Cóż za determinacja, jakież wielkie talenty nam się objawiły! Pragnę jeszcze raz pogratulować zwycięstw pannie Orianie Medici i panu Vincentowi Rineheart, a także raz jeszcze podkreślić, iż mury Hogwartu opuści Wielki Mag Turnieju - panna Francesca Goldsmith! - wyrzekł dyrektor, a zaczarowane światła próbowały odnaleźć twarze wywołanych gości, aby skupić się na nich - i przyciągnąć doń uwagę. W tle błysnęły światła aparatów fotograficznych, dzierżonych przez dziennikarzy Proroka Codziennego oraz Czarownicy. - Międzynarodowy Zjazd Absolwentów ogłaszam za zamknięty, lecz nie czujcie się proszę wyproszeni! Tańczcie i bawcie się dopóki starczy wam sił... Nie później niż do świtu - doprecyzował z uśmiechem.
Znów rozbrzmiały brawa, a dyrektor Hogwartu skłonił się lekko przed zebranymi, uśmiechając się wciąż szeroko i serdecznie. Wykonał ostatni, zamaszysty ruch ręką, dokładnie w chwili, kiedy zegary wybiły północ. Opuścił mównicę w akompaniamencie huku fajerwerków, a na jego twarzy odbijały się wszystkie kolory tęczy. Pokaz, będący ostatnią niespodzianka, były prawdziwą symfonią świateł, kolorów i materii. Z samego środka Wielkiej Sali wystrzeliły setki maleńkich, rubinowych iskier, które wirowały pośród gości, a następnie uformowały się w wielkiego, świetlistego smoka, który otworzywszy paszczę zaczął ziać wielobarwnymi iskrami i ogniem, nie będącym jednak w żaden sposób zagrożeniem. Goście czuli jedynie ciepło na twarzach i lekki podmuch. Ich oczy mogły podziwiać kilka wspaniałych scen, opowiadających o najważniejszych scenach z historii Turnieju Trójmagicznego. Całe sklepienie, które na co dzień naśladowało niebo nad szkockim zamkiem, stało się płótnem dla niezwykłej gry świateł i kolorów. Kiedy zaś pokaz dobiegł końca, znów zalśniły gwiazdy i księżyc.
Na scenie pojawili się znów Bardowie Beedle'a, gotowi, aby na nowo zachęcić wszystkich gości do tańca.
- A ja mówię, że to jeszcze nie koniec! - zawołał radośnie wokalista o czerwonych włosach, poprawiając okulary przeciwsłoneczne.
Ostatnia para opuściła parkiet tuż przed świtem.



Wydarzenie Międzynarodowy Zjazd Absolwentów zostało oficjalnie zakończone. Nie oznacza to jednak, że Bal został przerwany. Można swobodnie kontynuować rozpoczęte rozgrywki.

Bardzo dziękuję za Wasze zaangażowanie i aktywność!Violet Macnair
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (14): « Wstecz 1 … 11 12 13 14 Dalej
 


Skocz do:

Aktualny czas: 02-02-2026, 14:30 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.