• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Suffolk, Dunwich, Przeklęta Warownia > Stół w jadalni
Stół w jadalni
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
14-03-2026, 20:40

Stół w jadalni
Na środku jadalni stoi masywny, ciemnobrązowy stół wykonany z ciężkiego, starego drewna. Już na pierwszy rzut oka widać, że przetrwał wiele lat - jego blat nosi ślady czasu: drobne zadrapania, przetarcia i nierównomierne odcienie drewna, które nadają mu surowego, autentycznego charakteru. Powierzchnia stołu jest szeroka i solidna, jakby stworzona do długich uczt, spotkań i rozmów przy blasku świec. Blat spoczywa na potężnych, rzeźbionych nogach z grubego, ciosanego drewna. Każda z nich ozdobiona jest głębokimi żłobieniami i ornamentami. Stół otoczony jest wysokimi, drewnianymi krzesłami z rzeźbionymi oparciami, które niemal wtapiają się w jego ciężką, dostojną formę.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (3): « Wstecz 1 2 3 Dalej
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Drew Macnair
Śmierciożercy
the only way to get rid of temptation is to yield to it
Wiek
32
Zawód
zaklinacz, namiestnik Suffolk
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
0
40
OPCM
Transmutacja
14
2
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
12
2
Brak karty postaci
08-04-2026, 19:57
Nigdy nie wydawałem przyjęć z okazji swoich urodzin – w zasadzie nawet nieszczególnie je obchodziłem, ograniczając się do szklanki ognistej, co stanowiło niejako rutynę, a nie powód do świętowania. Jeszcze nie tak dawno huczne celebracje uznałbym za przejaw zbędnego przepychu, charakterystyczny dla ludzi zamożnych, a zarazem próżnych, którzy w ostentacji, blichtrze oraz cudzym zachwycie upatrywali potwierdzenia własnej, rzekomej wartości. Nie oznaczało to jednak, że pozostawałem całkowicie obojętny na gesty płynące od tych, którzy faktycznie mieli dla mnie znaczenie. Ceniłem sobie ich pamięć, a drobne podarki z czasem skutecznie odarły samo pojęcie prezentów z jego – rzecz jasna w moim mniemaniu - dość niepochlebnego wydźwięku. Za wcześniejsze podejście zapewne obarczyłbym młodzieńcze lata, wszak to właśnie w nich doszukiwałem się źródła większości wypaczeń, niechęci i przywar, które ciągnęły się za mną przez kolejne dwie dekady. I może właśnie pozostawienie ich daleko za sobą, postawienie właściwych granic oraz dokonanie zmian sprawiło, że dziś patrzyłem na to inaczej i sam pomysł, by jubilatka spędziła swoje święto w towarzystwie bliskich osób przyjąłem ze zrozumieniem, a nawet uznaniem. Swego rodzaju przynależność oraz płynące za nią doświadczenie nauczyły mnie, że za radością nie musiał stać wyłącznie galeon, lecz przede wszystkim rodzina.
-Nie przygotowałaś swojego popisowego gulaszu?- uniosłem pytająco brew zerkając na małżonkę, kiedy salon wypełniał się jedynie zapachem potraw. Goście wkrótce mieli nadejść, a więc nie musiałem jeszcze hamować się przed drobnymi uszczypliwościami. -Pięknie wyglądasz- dodałem zaraz po tym i mimowolnie zerknąłem na swoją grafitową marynarkę, czy aby na pewno układała się nienagannie. Zwykle nie przykładałem szczególnej uwagi do detali, jednakże tego wieczora nie chciałem, aby musiała poprawiać mi mankiety tudzież karcić spojrzeniem za koszulę niedbale wpuszczoną w spodnie, która jak zwykle wysuwała się spod paska tuż przy biodrze.
Czy niewinnym kłamstwem można było nazwać uprzejmość z jaką powitałem Rodricka? Zapewne. Na szczęście nie zjawił się sam, a w towarzystwie nieznanej mi dotąd Leopoldine, której poświęciłem znacznie więcej uwagi niżeli jemu, choć niekiedy łapałem się na tym, iż wzrok samoistnie sunął w jego kierunku, gdy tylko zagajał rozmowę z Lucindą. Szarmancki uśmiech osiadł na wargach i zdawał się ich nie opuszczać, zwłaszcza że przyszło mi witać kolejne osoby w progach Przeklętej Warowni. Ucieszył mnie widok Rookwooda, którego widok mimowolnie przywołał poszatkowane wspomnienie ostatniego spotkania, które pamiętałem niczym przez mgłę - zapewne jak on sam, bowiem zdecydowanie przesadziliśmy z ognistą. Czymże jednak to było w porównaniu do wieści o narzeczonej, jaką jeszcze przeszło półtora miesiąca temu zamierzał wysłać poza granice kraju lub zamknąć w zimnej celi Tower za zrzucone nań alimenty? Trudno było za nim nadążyć, ale temat błyszczącego na palcu pierścionka postanowiłem pozostawić na inną okazję – bez świadków i obecności wybranki, która bynajmniej nie wyglądała na wspomnianą wariatkę. Z drugiej strony, ile pięknych kobiet zupełnie takowych nie przypominało? Nie było można odmówić jej urody… podobnie jak zdusić świadomości niebezpiecznego dla mężczyzn genu. Czyżby Augustus miał rację i nieustannie rzucała na niego swój urok?
-I ciebie również- odparłem Amodeusowi ściskając jego dłoń. -Iris- zagaiłem do dziewczyny. -Niezmiennie olśniewasz- dodałem nieszczególnie musząc czerpać z wyuczonej grzeczności. Była naprawdę piękną kobietą. Cieszyłem się, że kuzynostwo Lucindy przyjęło zaproszenie, bowiem w pędzącej codzienności nie mieliśmy zbyt wielu okazji do prywatnych spotkań. -Pozwól, że w wolnej chwili pokaże ci, jakie ostatnio cacko wpadło mi w dłonie- rzuciłem w kierunku mężczyzny nim skierowali się do stołu. Wiedziałem o jego zamiłowaniu do artefaktów, dlatego z góry założyłem, że znalezisko wpisze się w gusta i być może będzie w stanie powiedzieć o nim coś więcej niż sam zdołałem odszukać.
-A ja nie?- z powagą uniosłem brwi grając urażonego, kiedy Mitch skomplementował jubilatkę. Trwało to jednak ledwie chwilę, bo zaraz zacisnąłem palce na jego ramieniu i wygiąłem wargi w szerokim uśmiechu. -Masz jakieś usprawiedliwienie na to, że nie przyprowadziłeś żadnej mniej lub bardziej urodziwej panienki? Cioteczki jeszcze do nas nie dotarła, bo najpewniej przygotowuje sobie listę kąśliwych komentarzy- rzuciłem przyciszonym tonem, aby tylko on mógł mnie usłyszeć. Z resztą w gwarze rozmów i tak było to praktycznie niemożliwe.
Widok zbliżającej się Violet przyniósł nieoczekiwaną ulgę, bowiem obawiałem się, iż odmówi zaproszenia. Relacja, która tylko w teorii wydawać się mogła prosta i pozbawiona wszelkich niesnasek, była dla nas wciąż nowa oraz wymagająca nie lada ostrożności, wszak budowana była na fundamentach tajemnicy i niezrozumienia względem ojcowskich poczynań. Cieszyłem się na jej widok, a jednak równocześnie coś we mnie wciąż oswajało tę prawdę, jakby jeden nieprzemyślany gest mógł zaburzyć kruchą równowagę, którą dopiero zaczynaliśmy budować. I może nie przywitałem się z nią równie ciepło, co z Mitchem, ale liczyłem, że dostrzegła to w moim spojrzeniu.
-Dzisiaj ty jesteś w centrum uwagi- szepnąłem na ucho Lucindy i wymownie wskazałem głową miejsce u szczytu stołu – te, które przypadało gospodarzowi. Nieszczególnie interesowało mnie, czy dla kogoś było to sprzeczne z regułami - jeśli tego wieczoru ktoś miał przyciągać spojrzenia, to właśnie ona. Daleki byłem od sztucznego chłonięcia zasad – w ścianach własnego domu czyniłem to, co uważałem za słuszne, nawet jeśli miało się to spotkać z niezrozumieniem tudzież niepochlebnym wzrokiem, zwłaszcza tych, którzy od najmłodszych lat karmieni byli przepełnioną frazesami etykietą. O szacunku do kobiet częściej się przecież rozprawiało, niżeli naprawdę go w sobie nosiło - wielu potrafiło ubrać go w ładne słowa, lecz niewielu przekuć w czyny.
-Myślę, że to wyśmienita pora na pierwszy z wielu toastów- rzuciłem wstając z krzesła. Chwyciłem w dłoń szkło wypełnione autorskim trunkiem z nowopowstałej gorzelni, po czym wymownie je uniosłem i zatrzymałem spojrzenie na siedzącej naprzeciw jubilatce. -Za twój kolejny rok, który zaczyna się właśnie dziś. Niech będzie lepszy od poprzedniego i przyniesie wiele chwil, które będą warte zapamiętania. Za twoją siłę, upór i odwagę, bo niewielu potrafi iść przez życie z taką pewnością jak ty. Za ludzi, którzy są dziś obok ciebie i za tych, którzy dopiero pojawią się na twojej drodze. Za to, żebyś zawsze szła dalej po swojemu; bez oglądania się na innych i bez cienia wątpienia w swoją wartość. I za cierpliwość, zwłaszcza do męża, bo ta, jak doskonale wiemy, bywa wystawiana na próbę częściej, niż powinna- wygiąłem wargi w lekkim, acz wymownym uśmiechu. -Za ciebie, Lucindo. Wszystkiego, co najlepsze- dodałem, po czym upiłem alkoholu do dna. Może i nie powinienem, ale któż o to dbał? Mieliśmy świętować – a przynajmniej ja dokładnie taki plan miałem na ten wieczór.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Eliksir Wielosokowy
Eliksir Wielosokowy
Wiek
999
Zawód
Każdy
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
Sakiewka
Stan cywilny
żebracza
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
08-04-2026, 20:54
Zaproszenie przyszło po północy i to zaledwie dwa dni przed przyjęciem. Hilda mogłaby pomyśleć, że to celowy zabieg, tylko po to, by nie zjawiła się w progach nowego domu swojej najlepszej przyjaciółki. Ale nie, nie… Hilda nie miała planów. Wręcz przeciwnie - jej kalendarz świecił pustkami od tak dawna, że czasem zapominała, jak to jest rozmawiać z drugim człowiekiem.
Choć czuła w kościach, że Lucinda chyba nie do końca marzy o spotkaniu z nią - skoro nawet na własny ślub nie raczyła jej zaprosić - brunetka postanowiła bardzo dobitnie przypomnieć, dlaczego warto się z nią przyjaźnić. Dlaczego warto się z nią spotykać. I właściwie… przyjąć pod swój dach.
W ostatnim czasie - a może i przez ostatnie lata - dowiadywała się o życiu przyjaciółki głównie od wspólnych znajomych, z którymi ta również jakoś przestała się odzywać. Dziwne. Wcześniej była bogatsza i jakoś miała dla nich czas, a nagle po ślubie wspólne wyprawy straciły dla niej na atrakcyjności. Właśnie tak się dzieje - właśnie o tym mówiła jej ciocia, gdy z rozwagą patrzyła na nią, jak wcina kolejną porcję budyniu: Hilda, jak będziesz jeść za trzech, to nikt nie zaprosi cię na obiad. A może właściwie… nie o to wtedy ciotce chodziło? Hilda nie wiedziała. Ale jedno było pewne - prawdziwych przyjaciół się ma, a nie miewa.
Dlatego sama odezwała się do blondynki kilka miesięcy wcześniej - trochę z obrazą, że ta tak łatwo zerwała kontakt, trochę z ciekawości wszelkich plotek, jakie mogły krążyć w angielskiej społeczności. Czy jej mąż nie był namiestnikiem? Na pewno miała gorące doniesienia z samego szczytu hierarchii. A Hilda lubiła wiedzieć, choć nigdy nie wiedziała, co z tą wiedzą zrobić. Lubiła też mówić - oj, lubiła. Dużo. Często. Czasem zupełnie nie na temat. Ale wychodziła przecież z założenia, że każdy nowy temat otwiera przestrzeń do rozmowy. Do poznawania siebie nawzajem.
Hilda, tak jak i Lucinda, była poszukiwaczką artefaktów. Z zawodu - lecz nie z pasji. Po prostu jakoś zawsze lepiej wychodziło jej szukanie rzeczy… bo równie często je gubiła. W tym była dobra. Często to słyszała. Choć nie od Lucindy - ta chyba w ogóle nie umiała w komplementy.
Przeszła przez próg Warowni, nie do końca wiedząc, czego się spodziewać. Długa, lejąca się suknia ciągnęła się po podłodze. Już dwa razy zaczepiła o nią szpilką, ale trudno - o ile nie straci zębów, będzie dobrze. Podeszła do solenizantki, marszcząc brwi na widok licznych gości. Aż tyle ich masz? Tyle bliskich ci osób? Prychnięcie wyrwało się z jej ust. - Lucindo, moja wspaniała, moja ty najlepsza! - krzyknęła nieco za głośno, choć z pełną premedytacją. Szybko złożyła blondynce życzenia, by zaraz skierować wzrok na stojącego obok mężczyznę. Chyba jej męża. - Szybko ci poszło, co? Szybki ślub, szybkie dziecko… nie sądziłam, że tak prędko przyjdzie ci matkować. Och, to chyba nie bękart, co? - zanim z ust solenizantki zdążyła paść odpowiedź, Hilda już odwróciła się w stronę gości. - Kto to jest? - zapytała głośno, wskazując palcem Rodrica. - Ładna twarz, ale fryzjera mógłby zmienić. - zachichotała, niby w konspiracji, ale przecież słyszeć mogli ją wszyscy.
Podeszła do stołu i zanim zajęła miejsce, głośno się przedstawiła. Tak jak uczyła ją ciocia. - Witam! Och, co za piękni ludzie - mlasnęła pod nosem w udawanym zachwycie. - Mam na imię Hilda. Jestem najlepszą, tak, moi drodzy, najlepszą przyjaciółką solenizantki. - mruknęła to z przekonaniem, nie widząc, jak stojąca za nią solenizantka energicznie kręci głową w sprzeciwie. Pewnie źle spała i po prostu bolał ją kark. A Hilda zawsze powtarzała, że od dobroci w dupach się przewraca.
Gdy usiadła, sięgnęła po kieliszek wina i niemal od razu opróżniła go do dna. Jakoś bardzo chciało jej się pić. W jej oczy rzuciła się postać drobnej, młodej dziewczyny (Leopoldine). Obrzuciła ją spojrzeniem od góry do dołu. Tak, Hilda też kiedyś była młoda i frywolna, ale takich sukien w swojej garderobie nie miała. Ile to musiało kosztować? Nachyliła się w stronę siedzącego obok mężczyzny (Amodeus). - Oj, tanie to to nie było… choć ja bym i ładniejsze znalazła w sklepie z używaną odzieżą - powiedziała, jakby konspiracyjnie, choć wcale nie ściszyła głosu. Zachichotała. - Chodzicie do tego samego fryzjera? - zapytała mężczyznę znów nawiązując do Carrowa.
Wszyscy zdawali się tu znać, co Hildzie zupełnie nie pasowało, bo miała wrażenie, że gdyby została zaproszona na ślub, dziś również mogłaby spijać z dziubków jak wszyscy tu obecni i nie czuć się jak ktoś z zupełnie innego świata. Jeden kawaler - a właściwie miała ogromną nadzieję, że był kawalerem - szczególnie przykuł jej uwagę (Mitch), siedząc tuż obok tej frywolnej młódki. Wyglądał jak mężczyzna, przez którego bardzo łatwo byłoby stracić głowę, a Hilda, choć nie raz sobie to obiecywała, wcale nie była aż tak odporna na takie przypadki. Uśmiechnęła się do niego, może aż nazbyt ostentacyjnie, może niepotrzebnie przygryzła wargę, która i tak była mała i wąska, przez co w jej własnym odczuciu wyglądało to raczej komicznie niż zalotnie. Głupia Hilda. Naburmuszyła się niemal natychmiast, jakby sama przed sobą chciała ukryć to nieudane zagranie i szturchnęła lekko siedzącego obok mężczyznę. - Poczęstuj mnie winem, proszę - mruknęła, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.
Dopiero wtedy spostrzegła siedzącą nieopodal czarownicę. Kolejna piękna kobieta (Iris), ale jakaś… sztywna, jakby połknęła kij albo zwyczajnie nie wiedziała, co zrobić z własnymi rękami. A może była przestraszona? - Koleżance też nalej, może się trochę poluzuje - dodała, zupełnie nie przejmując się tym, czy ktokolwiek powinien to usłyszeć. Przyjrzała się jej jeszcze przez chwilę, marszcząc lekko nos. No tak, bardziej obcisłą sukienkę trzeba było założyć - pomyślała bez większej złośliwości, raczej z czystej, niewymuszonej szczerości - bo naprawdę nie miała pojęcia, jak ona w ogóle jest w stanie w tym oddychać.
Zaczęły się rozmowy i jakoś nikt z nią rozmawiać nie chciał, a przecież ona miała tak wiele do powiedzenia i naprawdę nie rozumiała, jak można było tego nie zauważyć. Usłyszała, jak jeden mężczyzna przedstawia swoją narzeczoną (Augustus). Och, zakochani. Kolejni. - Naprawdę? - podchwyciła niemal od razu, łapiąc temat, jakby tylko na to czekała. - Kiedy wesele? - przeniosła spojrzenie również na kobietę (Anastasiya). Jeśli dwie wcześniejsze uznała za piękne, to ta była jakimś okazem nadzwyczajnym, co oczywiście wcale jej się nie spodobało, bo przecież sama chciała być równie piękna. - To już chyba pora na ślub, faktycznie. Teraz nam, kobietom, jakoś nieśpieszno do ślubu… nowa moda, czyż nie? - dodała, upijając kolejny łyk trunku, dopiero po chwili zastanawiając się, czy to aby nie zabrzmiało odrobinę nieuprzejmie.
Zanim wybrzmiał toast, jej spojrzenie na moment zatrzymało się na ostatniej kobiecie przy stole (Violet). Ciemne włosy czarownicy przypominały kolorem jej własne, może nawet były do siebie nieco podobne, choć Hildzie brakowało tak dużych i pełnych ust. Czy Lucinda za punkt honoru wzięła sobie dziś zaproszenie kobiet ładniejszych od niej? I jak ona, w takiej konkurencji, miała mieć jakiekolwiek szanse u tego szanownego kawalera? Widząc, jak czarownica poprawia kapelusz, lekko się uśmiechnęła. - Oj, oj… cóż to za tajemnice pani skrywa pod tym kapeluszem?
I wybrzmiał toast. Siedzący tuż obok Hildy pan domu postanowił złożyć swojej żonie piękne życzenia. Czy były piękne? Możliwe - najlepsze, na jakie było go stać. Kolejny chichot opuścił jej usta, choć tym razem był inny niż poprzednie, nie tak bezceremonialny, może nawet odrobinę bardziej uważny, jakby naprawdę wsłuchiwała się w jego słowa. Upiła znów z kieliszka, w końcu nachylając się w stronę siedzącego niedaleko gospodarza. - Bez oglądania się na innych? - powtórzyła za nim, przeciągając lekko słowa, jakby smakowała ich znaczenie. - Ale by było, jakby i na ciebie przestała się oglądać.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#13
Lucinda Macnair
Śmierciożercy
Hope for the best, but prepare for the worst.
Wiek
28
Zawód
łamacz klątw i uroków, poszukiwacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
15
1
OPCM
Transmutacja
30
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
09-04-2026, 11:34
W naturze wielu kobiet było organizowanie przyjęć, bali, świąt i spotkań towarzyskich. Popołudniowa herbatka nabierała wtedy całkowicie innego znaczenia - nosiła znamiona przepychu, porządku i bogactwa. W jej naturze na próżno było szukać takich zapędów, bo choć ceniła sobie towarzystwo ludzi, to jednak w żadnej z jej twarzy nie odnajdywała potrzeby, by nadawać prostym i przyziemnym rzeczom aż tak wielkiego wydźwięku.
Przychodziły jednak takie momenty w życiu każdej kobiety, każdego mężczyzny - właściwie każdego człowieka - kiedy taka celebracja była wskazana, a może nawet potrzebna. By podkreślić zbliżający się koniec pewnego rozdziału, a może przeciwnie - by nadać jeszcze większe znaczenie temu, co dopiero miało nadejść. Nie wiedziała, co dokładnie pchnęło ją do tego, by dziś stół w jadalni, który na co dzień był miejscem ich rodzinnych spotkań, ozdobić odświętnym obrusem. Nie wiedziała też, dlaczego tak bardzo zależało jej, by zobaczyć właśnie te konkretne twarze - przepełnione wspomnieniami przeszłości, znajome jak własne odbicie w lustrze, i te nowe, całkowicie obce. Wszystkie jednak, bez wyjątku, były mile widziane.
- Chyba twojego gulaszu - mruknęła do męża z lekkim uśmiechem, choć pewna nerwowość wciąż przejawiała się w jej ruchach, najpewniej spowodowana wyczekiwaniem. Chciała, żeby to już się zaczęło. Miły komplement otulił ją ciepłem. - Ty również. Czy to mój prezent? Fakt, że nie mam do czego się przyczepić?
Już po chwili po jadalni poniósł się gwar. Gwar składanych życzeń, dobrych słów, czułych i ciepłych powitań, ale i tych przejętych pewną dozą skrępowania czy lekkiej nerwowości, tak bardzo podobnej do jej własnej.
Widok Carrowa, który zjawił się w ich progach z zapowiedzianą przyszłą narzeczoną, sprawił, że blondynka na moment zatrzymała na niej spojrzenie, przyglądając się delikatnej twarzy czarownicy. Wyglądała tak spokojnie, tak krucho. Jej wzrok szybko wrócił do byłego narzeczonego, a w jej oczach pobrzmiewało wyraźne ostrzeżenie - by pamiętał o tym, o czym przyszło im rozmawiać na balkonie.
Drew mógł nie być szczególnie zadowolony ze wszystkich zaproszonych przez nią gości, ale jego brak sprzeciwu przyjęła z lekką ulgą, choć dobrze wiedziała, że taka cisza mogła zwiastować zarówno piękny finał, jak i ten znacznie bardziej tragiczny. Tego wciąż nie mogła być pewna.
- Iris - zaczęła, przytulając do siebie kobietę. - Tak długo się nie widziałyśmy, że jeszcze chwila, a nie poznałabym cię na ulicy. To zwiastuje bogactwo… choć tobie życzyłabym raczej bogactwa wiedzy - mruknęła, choć to przecież nie ona powinna dziś składać życzenia. - Amo, z tobą widziałam się całkiem niedawno - odparła, dziękując również jemu za piękne słowa i ofiarowany podarek. - Ale tym bardziej cieszę się, że nie rzucamy słów na wiatr i w końcu widzimy się w bardziej komfortowych okolicznościach - dodała, bo wiatr, który towarzyszył im podczas ostatniej wyprawy, był naprawdę zdradliwy i niebezpieczny, a jednak zwiał ich aż tutaj. Do tego musieli jeszcze wrócić.
Uśmiechem powitała Mitcha, bo dobrze było zobaczyć go wśród domowników i gości. Całkiem niedawno przecież zasiadali przy tym stole, całą rodziną, racząc się trunkiem z nowej gorzelni -zarówno Drew, jak i Igora - i skończyło się to dość… intensywnie. - Jak zwykle uprzejmy - odparła z uśmiechem, nie musząc wskazywać mu miejsca przy stole. Był przecież we własnym domu.
Pojawienie się Hildy w progach Przeklętej Warowni przyjęła z lekką nerwowością. Choć dawniej darzyły się ciepłymi uczuciami, to już od dawna nie miały ze sobą o czym rozmawiać. Hilda była uzdolnionym poszukiwaczem artefaktów, a takie znajomości były dla niej ważne przede wszystkim wtedy, gdy sama obracała się w tych kręgach. Teraz… sama nie wiedziała, dlaczego posłała do niej sowę z zaproszeniem. Może z uderzających w nią wyrzutów sumienia, że nie zaprosiła jej wcześniej? A może po prostu chciała być uprzejma? Szybko tego pożałowała, bo słowa, które na nią spłynęły, były nie dość, że nieuprzejme, to jeszcze dotykały tych rejonów jej duszy, które najbardziej potrzebowały wyrozumiałości. Najlepsza przyjaciółka? Dobre sobie. Miała nadzieję, że Hilda szybko znajdzie bezpieczny temat do rozmowy i przestanie robić z siebie sensację i to w tym najgorszym tego słowa znaczeniu. Przeniosła spojrzenie na męża z wyraźną prośbą, by się tym zajął. On o wiele lepiej odnajdywał się w relacjach interpersonalnych.
Gdy usiedli do stołu, a toast wybrzmiał gromko, uśmiechnęła się ciepło. To były ważne słowa, miłe słowa - takie, które powinna usłyszeć każda kobieta od swojego męża, choć wiedziała, że w wielu domach wcale się tak nie dzieje. Uniosła również swój kieliszek i upiła z niego, jakby na znak przypieczętowania wypowiedzianych słów.
Jej wzrok od razu skierował się w stronę Augustusa i jego nowej… narzeczonej. - To naprawdę wspaniała wiadomość. Bardzo wam gratuluje - odparła, choć spojrzenie na dłużej zatrzymała właśnie na kobiecie. - Jest coś magicznego w byciu narzeczoną, może dlatego, że nią się bywa, a żoną się już zostaje. Skorzystaj z tego czasu najlepiej jak możesz. - uśmiechnęła się, bo w jej głosie wyraźnie pobrzmiewało drugie dno. Mężczyzna o wiele bardziej się stara, gdy kobieta jest wciąż tą która wybiera, tą której decyzja szybko może zmienić bieg wydarzeń. - Augustusie… ciągle chodzi mi po głowie to święto leszcza. Opowiesz mi w końcu o tym święcie?
- Leopoldine - zwróciła się do kobiety uprzejmie. - Dziś nasz stół gości najróżniejsze charaktery, najróżniejsze profesje, prawdziwą mieszankę osobowości… powiedz mi proszę, czym się zajmujesz, czym się pasjonujesz - odparła zachęcająco, bo zależało jej, by wszyscy tego dnia czuli się tu mile widziani.
Nic więc dziwnego, że jej wzrok mimowolnie skierował się w stronę siostry męża. Siedzieli blisko siebie, więc z łatwością dostrzegała podobieństwa między nimi. Nie były one oczywiste, ale jeśli wiedziało się, na co zwrócić uwagę, faktycznie stawały się widoczne. Uśmiechnęła się na własne odkrycie i uniosła kieliszek, jakby w powietrzu, w formie niemego toastu, chciała wyrazić swoją radość z tego, że mogły się dziś tu spotkać.

    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#14
Igor Karkaroff
Śmierciożercy
his eyes are like angels
but his heart is cold
Wiek
24
Zawód
przedsiębiorca, zaklinacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
25
OPCM
Transmutacja
14
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
14
15
4
Brak karty postaci
09-04-2026, 21:47
Faux pas już na wejściu ― bo od bukietu kwiatów właśnie odpadła ozdobna wstążka, bo wślizgnąwszy się do znajomego przedpokoju strącili przypadkiem czyjąś kurtkę z wieszaka, bo zegar wskazywał już dwudziestoośmiominutowe spóźnienie. Pierwszy problem zrzucił na karb jej barków, bo jako kobieta prędzej potrafiła ― jak domniemywał ― rozprawić się z takimi drobnostkami, drugim zaś zajął się on sam, przy okazji pozbywając się płaszcza własnego i tego strojniejszego, okrywającego damskie ramiona; trzeciej komplikacji pozbyć się jednak nie dało, więc zaledwie nadzieja ― że jubilatce spodoba się prezent i bynajmniej nie pogniewa się na niego za falę różnorakich rewelacji ― mogła ponieść go jakimś swobodnym krokiem w stronę jadalni, skąd dobiegały już pierwsze pomruki prowadzonych rozmów.
I w każdej innej okoliczności na jego twarzy najpewniej spoczywałby teraz jakiś niepewny grymas, trącający ambiwalencją, obojętnością, może nawet swoistym przygnębieniem; i w każdej innej okoliczności zastanawiałby się tylko, jak bardzo się od nich, Macnairów, niechlubnie w ostatnim czasie oddalił, na piedestale swoich wartości tak nagle stawiając nie służalczość, oddanie, wreszcie ― znamienne ich zadowalanie, lecz w końcu samego siebie. Sam jeszcze dostatecznie nie pojmował chyba siły tej decyzji, sam jeszcze do końca pewien nie był, czy kategoryzować ją należało jako bezsprzecznie słuszną; na pewno wiedział jednak, że ostatnie tygodnie rzuciły wystarczająco intensywne światło na ich rodzinne relacje, ujawniając przy okazji ich niepokojące cienie. Te lubiły niekiedy przysłaniać wspomnienia miłe i wartościowe, te lubiły czasami wpędzać umysł w niezdrowe kąty podejrzliwości lub melancholii, ale ich starał unikać się z czczą precyzją, upominając osobistą złość czy pretensję.
Bo przecież oni jedni byli w jego świecie jakimś pierwiastkiem stateczności, bo przecież oni jedni trwali ― i zamierzali trwać ― przy nim bez względu na wszystko.
Bo przecież oni jedni byli jego pierwszą w życiu namiastką jakiejś normalnej rodziny ― i choćby za to miał ich niezmiennie strzec, cenić i chronić.
― Bez tych rajstop jest nawet lepiej ― szepnął do ucha swojej towarzyszki, po raz ostatni zaglądając do lustra w korytarzyku i w nim też poprawiając krawat; nylonowe pończochy w czarnym odcieniu przysporzyły kolejnego to problemu, puszczając oczko jeszcze przed wyjściem, gdzieś pomiędzy perwersyjną wizytą na kanciastym blacie a spontaniczną decyzją, by przyszła tu razem z nim. Złościła się o nie ― oczko w kawałku tkaniny ― i złościła się o niepomagające trwale sprawie Reparo; więc wreszcie z nich zrezygnowała, więc wreszcie przytaknęła tej iście niewinnej myśli, że odsłoni dziś jasne nogi. A jemu to w istocie odpowiadało, jemu to się nawet cynicznie podobało; bo od godzin co najmniej dwóch wyjątkowo przyjmowała na siebie maskę służebnicy, raz to występując w charakterze pociągającego wampa, a już zaraz ― tak po prostu, tak niespodziewanie ― ubierając sukienkę znowu, w gotowości do bycia jego doraźną zabawką, marionetką, ozdobą.
Tylko na chwilę, tylko na czas urodzin, albo całej tej jednej nocy ― byle skruszałe ego Igora Skrzywdzonego, Igora Urażonego i Igora Unieszczęśliwionego spęczniało i ożywiło męskie ciało pewnością siebie; byle jego tożsamość natenczas znowu była jakaś. To potrafiła uczynić zaskakująco dobrze.
― Dobry wieczór ― rzucił bezosobowo, w zasięgu wzroku mając z początku plecy Drew; z nim przywitał się bezgłosym uśmiechem i uściskiem dłoni, zaraz to rytuał powtarzał jeszcze z Mitchem, gdzieś pomiędzy wyłapując znajome i nieznajome twarze; zagadkowa osobowość Violet Trelawney wywołała konsternację, ją obdarzył więc ledwie krótkim, choć sugestywnym spojrzeniem. Coś mu podpowiadało, że jeszcze znajdą tego wieczoru okazję do wymiany kilku słów ― choćby i na temat jej obecności, choćby i na temat jej materialistycznych prób żerowania na jego poddańczości względem wyroków pisanych przez los. Zaraz to jeszcze niewinnym, lakonicznym nieco, skinieniem głowy traktował Augustusa, przez chwilę sunąc jeszcze spojrzeniem po rzędzie enigmatycznych sylwetek, z których to żadne nic mu nie mówiły. Ta ostatnia (Hilda) zdawała się najbardziej ekscentryczną i szczerze zastanawiało go także, czyją ona była towarzyszką; nie wierzył bowiem, by kobieta o takim temperamencie dostała własne zaproszenie. A może właśnie tak wyglądały jedyne koleżanki solenizantki ― dlatego oficjalnie twierdziła, że wcale ich nie ma. W całości obrazka nie odnotował jednak wizerunku własnej matki; czy miała się tu jeszcze pojawić? Wbrew utrwalonemu ostatnio przekonaniu, coraz łaskawiej gotów był na nią spoglądać; i choć zapomnieć nie potrafił, wybaczyć ― już owszem. Miała tego świadomość?
― Wybacz mi spóźnienie ― padło cicho, gdy dotarł wreszcie do drugiego końca stołu i pochylał się nad gospodynią; w ręce przekazał jej od razu prezent ― kwiaty i zapakowany w pergamin karton, w którym spoczywały elegancka rączka na różdżkę wraz z instrukcją jej użytkowania, flakon z perfumami, drewniana figurka niedźwiedzicy z niedźwiedziątkiem, którą wykonał na jego prośbę Caleb, no i paczka słonowodnych ciągutek. ― Wszystkiego najlepszego ― dodał do tego, racząc ją jeszcze krótkim objęciem i nienachalnym całusem w policzek; a potem pozwalał jej już wrócić do spijania resztek zaanonsowanego toastu ― bo to chyba w jego trakcie wstąpili do jadalni ― odsuwając krzesła dla siebie i swojej znajomej z pracy. Tak miała się przedstawiać, ilekroć ktoś zamierzał o to pytać, choć szczerze wątpił, by pytania wyrosły w czyjejkolwiek głowie ― może za wyjątkiem tej należącej do Augustusa. Sam zasiadł naprzeciw jego partnerki, jakiejś blondwłosej piękności, tuż obok z zaskoczeniem przyjmując widmo jednej jeszcze kobiety (Leopoldine). Do niej zwrócił się zresztą już zaraz, bez pytania uzupełniając winem po kolei dwa damskie kieliszki ― z lewej i z prawej ― a także i ten własny:
― Ależ ten świat mały... Stare znajomości lubią wracać w najmniej oczekiwanych momentach ― mruknął prowokująco, zaraz to sięgając po papierosa i nim też, bezwstydnie, się racząc; a w stronę drugiej kobiety (Melusine) pochylał się wkrótce minimalnie i przy samym jej uchu przypominał:
― Tylko bądź grzeczna. ― A może jeszcze ci za to ładnie podziękuję.

przekazuję Lucindzie magiczną rączkę na różdżkę i figurkę od Caleba
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#15
Melusine Rookwood
Czarodzieje
Ślepa ja, oślepiona majem. Nic nie wiem prócz, że pachną bzy. I ustami tylko poznaję, żeś ty nie ty
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
10-04-2026, 10:15
Winien był otrzymać batożenie ― dla przywrócenia proporcji między zuchwałością a rozsądkiem ― za tę perfidną lekkość, z jaką rzucił klarowne, a przy tym bezczelnie zwyczajne: wyjdź ze mną. Jakież to było uproszczenie, niemal obrazoburcze w swej prostocie, jakby całe to napięcie, cała wcześniejsza gra, mogły zostać sprowadzone do jednego, pospiesznego zamiaru wspólnego wyjścia. Cóż sobie umyślał, sądząc, że naprędce sklecone przygotowania zdołają przykryć ciężar ich niedawnych przewinień, że pozory elegancji zdołają zatrzeć ślady pośpiechu, który jeszcze przed chwilą rządził ich ciałami? Nie omieszkała mu tego wypomnieć ― sfatygowaną pończochę, zdradliwy dowód ich nieuwagi, potraktowała niemal jak argument ostateczny; wyuzdanie owego zwyczajnego pośpiechu, w którym kąsali się wzajemnie zachłannością chwilowej zabawy, stało się przedmiotem jej reprymendy, w krawędzi ostrej, niemal dosłownej, gdy z przesadną stanowczością sięgnęła kant jego wargi, znacząc go pamięcią własnego niezadowolenia.
Naprędce uwikłała włosy, pozwalając im opaść luźną falą na plecy przy pomocy różdżki; naprędce przywdziała sukienkę w wygasłej czerwieni, skrojoną tak, by podkreślała sylwetkę bez nachalności, budując obraz zmysłowej, lecz zdyscyplinowanej elegancji. Uwagę kierowała ku odkrytym ramionom ― świadomemu gestowi odsłonięcia ― podczas gdy dekolt pozostawał skryty, zamknięty w finezyjnym wykończeniu, dla zachowania pozorów powściągliwości. Na ramiona zarzuciła jasną, miękką etolę z lisiego futra, której delikatność kontrastowała z chłodem jej wcześniejszych słów, nadając całości niemal wyrachowanej harmonii. Na końcu, w akcie, który zdradzał już wyraźne oznaki pośpiechu, pokreśliła wargi bladym różem, ledwie muskając ich kontur, a spojrzenie ― och, spojrzenie ― oprawiła w lekką czerń i subtelny błysk, podkreślając chłodny błękit oczu.
― Tylko nie zjadaj ich wzrokiem ― pouczyła Igora Litościwego, Igora Zadowolonego, panicza Karkaroffa zarządzającego nią dzisiejszego wieczoru, rzucając cwany uśmieszek, nimże przywdziała miłą otoczkę samej siebie. Ichniej tą wersję jej osoby, musiał lubić najbardziej.
W dłonie powzięła doniczkę z prezentem, niby drobny artefakt o znaczeniu większym, i ruszyła naprzód w akompaniamencie cichego, miarowego pogłosu obcasów obijających się o posadzkę. Uśmiech, lekki i wyważony, osiadł na wargach niczym dobrze przećwiczona maska, gdy spojrzeniem zaczęła wodzić po zgromadzonych twarzach ― dostojnie ubranych pań, których staranność w doborze detali niemal konkurowała z ich pięknem.
― Dobry wieczór, piękne panie… ― próbowała wyłapać najważniejsze sylwety tego domostwa, te, które ― zgodnie z uprzednim dyktandem jej towarzysza ― należało odnotować. Przywitanie z panem Macnairem odbyło się z należytą dozą uprzejmości, chociaż to ekscentryczna pani (Hilda) siedząca gdzieś obok, potrafiła skupić uwagę niecodziennością obycia. Zaraz potem dostrzegła znajomą twarz Mitcha ― personę z rocznika starszego pośród szkolnej obyczajowości. ― oraz przystojni Panowie. ― Skojarzyła Roderica z ministerialnej katorgi istnienia, witając go skinieniem głowy. Westchnienie wyrwało się z niej na widok ulizanej łepetyny kuzyna Rookwooda, którego prezencja ―  dopracowana jak zawsze, pełna elegancji na jego sylwecie ― zyskiwała na złotej wartości dzięki obecności Nastyi. Doprawdy, kobieta ta zdawała się mieć na niego wpływ więcej niż zbawienny. Gdy wreszcie nadszedł moment właściwy, życzenia urodzinowe spłynęły ku solenizantce z szczerością. Doprawdy była to piękna kobieta. ― Najserdeczniejsze życzenia: radości, zdrowia i powodzenia w każdej dziedzinie życia, Pani Macnair. ― wręczyła doniczkę,  przejaw aktualnej mody domowego ubarwienia ― Fruwokwiat, którego kapryśna natura i osobliwa estetyka zdawały się idealnie wpisywać w gusta i guściki każdej pani domu.
Korzystając z dobroduszności usiadła na swym miejscu, zaraz potem poprawiła etolę na ramionach, jakby sam ten gest miał przywrócić właściwą linię jej postawy i oddzielić to, co prywatne, od tego, co winno było pozostać nienagannie reprezentacyjne. Uniosła spojrzenie ku Augustusowi, który siedział centralnie przed nią, niczym punkt odniesienia dla całej tej drobnej ceremonii obecności. Dzięki Igorku, uniosła w rozbawieniu brwi ku górze, doszukując się jakiegoś porozumienia z krewniakiem, przecież przyszła z miłym mężczyzną. ― Ma chère, Nastya, jakże dawno nie miałyśmy okazji się widzieć ― W jej obecności było coś, co skutecznie rozbrajało nawet najbardziej starannie konstruowane dystanse ― promienistość urody, która nie popadała w banał, i aura, która zdawała się nie tyle domagać uwagi, co naturalnie ją przyciągać. Wyglądała zjawiskowo, jak zawsze, lecz owo zawsze nie traciło na znaczeniu, przeciwnie ― każdorazowo zdawało się nabierać nowego odcienia. ― Wyglądasz przepięknie jak zawsze, Agustusie… Wyglądasz szlachetnie jak zawsze, coś zmieniłeś w ułożeniu włosów, hm?
Subtelnie sprowokowała, igrając na granicy wyczucia i świadomej zuchwałości, znając przecież aż nazbyt dobrze ów lekko szowinistyczny rys Augiego, który tak łatwo dawał się wywołać na powierzchnię; zerknęła przelotnie ku drugiej stronie ich dzisiejszego duetu, jakby mimochodem, nim jeszcze zdążył nachylić się ku niej z półszeptem pouczenia ― czy też raczej przyzwolenia, zaproszenia do nęcącej zagrywki. ― Mon beau, grzeszny najbardziej ten, kto upomina ― Och, więc tak pragnął się bawić? Dłoń, niby przypadkiem, zawędrowała ku połom Igorowego ubrania, wygładzając materiał z przesadną troską.  Zatańczmy tego wieczoru.

Przekazuję solenizantce prezent w postaci Fruwokwiatu
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#16
Rodric Carrow
Śmierciożercy
I only go out to get me a fresh appetite for being alone
Wiek
28
Zawód
Służby Administracyjne Wizengamotu
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
10
17
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
3
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
3
Brak karty postaci
10-04-2026, 23:17
Prezenty, ach prezent to rzecz nieodłączna w sytuacji urodzinowej. Dlatego i ode mnie Lucinda otrzymała prezent. Może i dobrze, że przyszliśmy pierwsi, bo nikt nie był świadkiem wnoszenia (przy pomocy skrzata domowego który znika tuż po ustawieniu obrazu na odpowiednim miejscu) wielkiego obrazu pół metra na siedemdziesiąt w drewnianej ramie opakowanego w ciemnozielony welurowy materiał prezentowy. Chociaż sam byłem autorem pomysłu, sama kwestia jego wręczania wydała mi się absolutnie niezręczna, zważywszy na fakt, że mój prezent był duży.  Dwa dni zastanawiałem się, czy nie zmienić jednak idei i podarować byłej narzeczonej coś mniejszego, jakieś puzderko zdobione kością słoniową, albo miniaturową rzeźbę przypominającą psidwaka. Nie wiedziałem co prawda, że już jest właścicielką podobnego zwierzaka, ale dobrze pamiętałem, że kiedy mieliśmy po te naście lat i spytałem, co chciałaby dostać w podarunku ślubnym to wspomniała o takim psidwaku właśnie. W końcu zadecydowałem, że z jakiegoś powodu miałem w głowie jeden pomysł. Lucinda otrzymała odemnie magicznie poruszoną reprodukcję renesansowego obrazu nagą kobietę rozłożoną na łożu - Venus.  Z tego co dowiedziałem się podczas dwuletniej podróży po Italii, tego rodzaju obrazy były dawane w ramach luksusowego prezentu ślubnego dla młodej pary, by mogli zawiesić go w łożnicy w ramach inspiracji. Jako, że nie byłem obecny na ich ślubie jak i na większości urodzin, wydawało mi się zupełnie naturalne, że powinienem zadośćuczynić za te lata omijania Lucindy wzrokiem. Poza tym, kiedy obraz przyjechał do Allerton Castle, okazał się zbyt ciekawski bym chciał go zatrzymywać. Może Mcnariom przypadnie bardziej do gustu. Zdawali się być ludźmi czynu. Oczywiście składając życzenia mówiłem, że prezent jest od nas.
Jeszcze kiedy staliśmy w pokoju przed wejściem do jadalni została mi przedstawiona narzeczona Rockwooda oraz sam on , na co reaguję lekkim skinieniem głowy. Chwilę później zaczęły pojawiać się inne osoby, z panną Violet ukrywającą się pod wielkim kapeluszem. Witam się z nią, zastanawiając jakie powiązania łączą ją z Lucindą. Jak przewidywałem było to przyjęcie na którym będą pojawiać się ludzie spoza towarzystwa, stąd również zupełny brak zdziwienia, kiedy nagle został wymierzony we mnie wymalowany na czerwono paznokieć Hildy. Gdybym zdążył, pewnie uniósłbym wysoko brwi, ale zdziwienie nagle ustępuje przerażającej świadomości, że oto będę cały wieczór wysłuchiwać podobnych uwag. Szukam panicznie słów, którymi mógłbym wydostać się z tej sytuacji, przy czym moje spojrzenie zamarło kiedy spoglądałem w twarz pani Hildy. W ostatnim momencie zdezorientowany spoglądam na pana domu w poszukiwaniu sygnału, że to nie przypadek (albo służba), ale prawdziwy gość na przyjęciu. Kolejną osobą której spojrzenie chce znaleźć jest Leopoldine, chociaż tu pokuszę się o nieco bardziej wymowną mowę oczu, kiedy poruszą się one zdradzając niepewność tego, co nas tu czeka.
Czy to był dobry pomysł, by zabierać ją na dzisiejsze spotkanie?
Zająwszy miejsce przy stole nagle orientuję się w dwóch rzeczach, które mrożą mi krew bardziej niż świadomość, że moja fryzura nie spodobała się wątpliwej klasy kobiecie: po pierwsze, osoby spoza towarzystwa nie znają zasad etykiety. Mężczyzna, który przedstawił swoją narzeczoną bez zastanowienia siada o jej stronie. Po drugie: rodzeństwo Nott postanowiło również zapomnieć o manierach. Siedzi mi w głowie ta świadomość, nawet jeżeli zdążyłem odsunąć krzesło Anastazji , czy wcześniej powiedzieć tuż przy uchu Iris o sekrecie jej randki z Leopoldem. Wiedziałem tylko tyle, że szykuje się kolejne wesele w Dorset. I to właśnie odpowiedziałem Iris.  jeszcze nim usiedliśmy: - Słyszałem, że szykuje się wesele w Dorset - wciąż mówię przyciszonym głosem, bo te wieści są przecież przeznaczone jedynie dla jej usz i unoszę jedną brew, może moja pewność siebie jednak tutaj zawiodła, bo chociaż sądziłem, że Iris odpowie mi równie rozbawiona tą sytuacją co ja, ona odwraca się robiąc mi afront i siada obok brata.
- Ach- przełykam ślinę, bo zaschło mi w gardle, kiedy niebieskie jak bezchmurne niebo oczy Anastazji wpatrują się we mnie z uprzejmą wdzięcznością i jakimś czającym się...figlem(?).  Peszy mnie to absolutnie, chociaż jeszcze nie znam powodu, i może dlatego uśmiecham się jak głupiec nieśmiale, co Leopoldine błędnie odczytuje jako przemyślane zdarzenie. - Tak, ja też mam taką nadzieję panno Trubetskoy... dobrze wymawiam? Proszę wybaczyć nie znam rosyjskiego. Od dawna przebywa Pani w Anglii? - staram się utrzymywać konwersację, zgodnie z wyuczonymi zasadami zachowania przy stole, ale moje myśli biegną już na drugą stronę stołu przy której siedzi Leopoldine. Chciałem jej przekazać wszystkie moje myśli i poznać też te jej. Nagle w obliczu rozdzielenia, które w warunkach towarzystwa byłyby  naturalne, tu okazały się nieszczególnie, odkrywam, że pozostawiłem ją samą sobie. To, że ja nie czułem się komfortowo, kiedy siedząca kilka krzeseł dalej Hilda ponownie komentowała moją fryzurę, a stół zapełniony był w większości nieznajomymi twarzami, nie było niczym nowym. Ale czy panna Flint zdoła udźwignąć ciężar prezentowania klasy i przyćmi mój znudzony wyraz twarzy, kiedy przyjdzie na to pora. Zgodnie ze zwyczajem pojawia się toast narzeczonego Anastazji , co pozwala mi przerwać na moment słuchanie Anastazji (już nie patrzę w jej oczy, ale w łyżkę która leży przy jej talerzu) i spoglądam zza kieliszka na pannę Flint.  Bacznie obserwuję jej wyraz twarzy. Jest opanowana i błyszczy przy stole, zupełnie nie sprawiając wrażenia zagubionej czy osamotnionej, kieliszek trzyma z wdziękiem i zdecydowanie przyjemnie się na nią patrzy. Przynajmniej to mnie uspokaja i utwierdzam się w przekonaniu, że jest to świetna kandydatka na żonę, której nie trzeba pilnować, ale można ją zostawić samą. Niestety dochodzą do mnie słowa, które wypowiada Hilda co każe mi zwrócić mordercze spojrzenie w bok, jakbym miał ją tam zobaczyć. Szkoda, że tak się nie stało, bo może zemdałaby wyczuwając swąd trupa, który ja już czułem pod nosem. Może i dobrze, że ta uwaga zostaje zalana bąbelkami. Kiedy natomiast odstawiamy kieliszki i Leopoldine wciąż uparcie nie patrzy na mnie lecz na pana Mitchella Mcnair, dopada mnie jakaś wątpliwość, czy to tylko uprzejmość, czy ich rozmowa nie jest przypadkiem zbyt rozluźniona. Odrzucam prędko tą myśl, szczególnie że w końcu udaje nam się spotkać wzrokiem. Mój jest już nie morderczy, a czujny i wymowny.
Czy widziałaś jak oni usiedli? Czy słyszałaś co mówi ta kobieta? Czy wyjdziemy tuż po deserze?
Czy mógłbym nauczyć ją czytać w moich myślach w ramach prezentu ślubnego.
Kiedy przybył Karkaroff wraz z panną Rookwood ja sięgałem już po wino, pewnie chcąc też przejść przez cały ten stół i nalać go Leopoldine, natomiast pan Igor (może i słusznie) mnie ubiega, więc ja nalewam sobie oraz Iris chyba, że zrobił to wcześniej jej brat.
W międzyczasie słucham co ma do powiedzenia Anastazja, przerywamy jednak kiedy pani domu zarzuca temat na cały stół, a który ma odnosić się do mojej towarzyszki.
Time to shine.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#17
Irina Macnair
Śmierciożercy
Wspomnienia są jak zwłoki. Po wydobyciu nigdy nie są takie same.
Wiek
45
Zawód
kostucha, matka i rzeźbiarka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
wdowa
Uroki
Czarna Magia
0
30
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
6
5
Brak karty postaci
11-04-2026, 15:35
Gdy mijała bramy Przeklętej Warowni, wskazówki wszelkich zegarów wskazywały na trwające już urodzinowe uroczystości. Spóźnienie uznawała za niegodziwe, a idące wraz z nim odczucia za dość podło, lecz niestety Śmierć nie pytała nikogo o terminarz i czasem zjawiała się w najmniej oczekiwanej chwili. Na przykład w czasie pogrzebu. Nie byłoby to niczym nadzwyczajnym, gdyby nie fakt, że winić za ów incydent należało przede wszystkim ludzi. Oto bowiem podczas zwyczajowej, dokładnie zaplanowanej ceremonii pogrzebowej, dwóch synów żegnanego z honorami nieboszczyka postanowiło ponad trumną ustalić dalsze losy imponującego majątku. Owe niestosowne w tamtej godzinie negocjacje zakończyły się pojedynkiem, interwencją policji i śmiercią ich obydwu. Tak też w kalendarzu domu pogrzebowego pojawiły się dwie nowe pozycje, a wraz z nimi szereg wyzwań, którymi od jutra już będzie musiała się zająć. Niemniej proceder ten zdecydowanie przedłużył cały proces, nie pozwalając jej świętować z Lucindą od samego początku. Gdy krewni więc zastanawiali się, czy w tym czasie szykowała szereg kąśliwych komentarzy – owszem, dokładnie to czyniła, lecz prędzej skierowanych do tych osieroconych i teraz już martwych młokosów. Tych dwóch delikwentów miało także siostrę – niespodziewanie jedyną spadkobierczynię ojcowskiej fortuny. Mądra kobieta zachowała dystans w myśl złotej zasady „gdzie dwóch bije, tam trzeci korzysta”.
Irina jednak rozważania o tym wszystkim zakończyć miała z chwilą, gdy pchnęła wreszcie wrota do jadalni i ujrzała stół pełen gości. Zdołała jeszcze prędko zmienić strój na mniej ponury, choć wciąż elegancki, fantastycznie czerwony jak krew na białych liliach pokrywających mogiłę starego Bonesa. Nie zatrzymywała się, nie szukała wymówek, nie próbowała sztucznie barwić rzeczywistości. Spóźniła się i to stało się faktem, choć sądząc po zasobności stołów, świętowanie nie trwało zbyt długo. Jeszcze chwila i kieliszek wina złagodzi nadwyżki irytacji.
- Lucindo, moja droga – odezwała się do znajdującej się na wprost solenizantki. Wyglądała jak jasny, przyjaznym płomień wśród mrocznych odmętów ich domostwa. Nie pierwszy już raz. – Wybacz, proszę, że zjawiam się dopiero teraz – przemówiła, przechodząc przez całą długość stołu, by przystanąć przed gospodynią tego wieczoru. Choć mogłaby teraz przejść do desperackich tłumaczeń, to wcale nie zamierzała rozprawiać o rozmnożonej liczbie zgonów. Okoliczności spóźnienia uznała za zbyt ponure dla uszu tuzina gości. Uważała także, że wyjaśnienia nie są teraz konieczne. Konieczna zaś była odpowiednia celebracja urodzin. – Przyjmij proszę najserdeczniejsze życzenia. Przeczuwam, że jesteś obietnicą dobrej przyszłości, której chcę się przyglądać i w której pokładam nadzieję. Odważna, mądra i bystra, to wszystko już masz, a więc trwaj wierna swym przekonaniom i ufa swej intuicji – rzekła, na dłużej zatrzymując na niej spojrzenie. Później wysunęła w jej stronę podłużne, eleganckie pudełko, w którym spoczywał podarek. Podarek o właściwościach, które mogłyby się przydać jej w więcej niż jednej przestrzeni. – Teraz, w roli pani tego domu powinnaś mieć… oko na wszystkich domowników. I zawsze być o krok przed nimi – przemówiła ciszej, gdy prezent został przekazany. Drobny uśmiech rozciągnął zamalowane szminką usta wdowy. Niedługo później cofała się w stronę wolnego przy drugim końcu stołu miejsca.
Po drodze minęła Igora usadzonego obok jakiejś nieznajomej kobiety (Melusine). Matczyna dłoń pozwoliła sobie musnąć ramię potomka. – Synu – wybrzmiała, kierując ku niemu krótkie spojrzenie. Dojrzała także Mitchella, któremu również lekko skinęła głową na powitanie. Obecność członków rodziny w tym dniu musiała być dla Lucindy niezmiernie ważna. Dobrze więc, że wszyscy się zjawili. Wreszcie zasiała tuż obok młodej dziewczyny w kapeluszu. Czy to nie było nieco zbyt strojne nakrycie głowy jak na te okoliczności? Porzuciła jednak myśl, skupiając się na pozostałych gościach. – Niezmiennie miło mi widzieć tak liczne grono przyjaciół, Lucindy – przywitała się, spoglądając na głowy osadzone po drugiej strony stołu. Przed sobą ujrzała jakaś obcą kobietę (Hilda) oraz przystojnego młodzieńca (Amodeus). – Nazywam się Irina Macnair – przedstawiła się, by chwilę później już sięgać po kieliszek wypełniony trunkiem. Po dzisiejszych wydarzeniach ten pierwszy łyk smakował nieoczywistym zbawieniem i chyba przeczuwała, kto nie musiał pytać, by wiedzieć, czego jej było trzeba. – Czy tak o mnie dbasz? – spytała siedzącego po prawicy Drew. Doskonale się prezentował, choć osadzony tak daleko od żony mógł przyciągać więcej dziewczęcych oczu, niż powinna sobie tego życzyć solenizantka. – Moja droga, powiedz, wiele mnie ominęło? – zwróciła się w stronę kobiety siedzącej po lewej stronie (Violet). – Chyba nie miałam jeszcze okazji cię poznać… - zaznaczyła, uważnie się jej przypatrując. Powinna prędko nadrobić wszystkie te twarze, dobre rozeznanie w towarzystwie było przecież konieczne. Zauważyła też, że obok Mitchella pozostawało puste miejsce. Czyżby spodziewał się tam jakiejś towarzyszki?


Przekazuję Lucindzie Sokole oko.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#18
Iris Nott
Czarodzieje
jesienne róże, róże smutne herbaciane; jesienne róże są jak usta twe kochane
Wiek
25
Zawód
historyk; badacz starożytnych run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
3
Siła
Wyt.
Szybkość
5
12
6
Brak karty postaci
13-04-2026, 13:35
Nie była pewna, kiedy dokładnie rozmowy przy stole przestały być jedynie uprzejmą wymianą słów, a zaczęły układać się w coś bardziej wymagającego - coś, co wymagało nie tylko obecności, lecz także uważności. Być może stało się to w chwili pierwszego toastu, gdy kieliszki uniosły się z lekkim opóźnieniem, jakby każdy z gości potrzebował tej jednej dodatkowej sekundy, by przypomnieć sobie właściwą rolę. A może dopiero wtedy, gdy kolejne głosy zaczęły nakładać się na siebie, tworząc coś na kształt harmonii, która z bliska okazywała się zaskakująco nierówna.
Iris uniosła własny kieliszek nieco później niż reszta, pozwalając, by szkło uchwyciło światło świec, zanim dotknęło jej ust. Nie piła od razu. Zamiast tego pozwoliła sobie na krótką obserwację - Lucindy, wokół której skupiała się uwaga, lecz która zdawała się przyjmować ją z ostrożnością. Było w tym coś niemal wzruszającego, choć Iris nie pozwoliła tej myśli wybrzmieć w pełni. — Wszystkiego, co najlepsze, kuzynko — Pozdrowiła ją spokojnie, gdy nadeszła jej kolej, a Amodeus wręczał prezent. W krótkim, acz czułym uścisku zamknęła swoje ramiona wokół niej, a uśmiech i spokój zastąpiły wcześniejsze chwilowe napięcie, które wywołały słowa Rodrica. — Drew — Zwróciła się do mężczyzny, przechylając lekko głowę, gdy uśmiech na jej ustach poszerzył się. Komplement małżonka Luci sprawił, że jej pewność siebie znacznie wzrosła. — Jak zawsze miło Cię widzieć. Szkoda, że tak rzadko mamy możliwość spędzić razem czas — Przy tych słowach zawiesiła spojrzenie na jasnowłosej odrobinę dłużej, niż wymagała tego konwencja. Czas biegł nieubłaganie, a one utraciły go zbyt wiele, gdy ich ścieżki nie znajdowały przecięcia zbyt często. Być może za jakiś czas to się zmieni.
Korzystając z chwilowej prywatności, zerknęła na brata i potrzebowała paru sekund na zastanowienie się nad odpowiedzią. — I jedno i drugie — Wyznała zgodnie z prawdą, a wspomnienie wczorajszego spotkania z jej przyszłym narzeczonym sprawiło, że lekki rumieniec wstąpił na jej policzki. — A wczorajsze spotkanie było… udane. Ale o tym później.
Po powrocie do stołu dostrzegła, że rozmowa zaczęła płynąć dalej; pozwoliła sobie oprzeć łokieć o stół, a spojrzenie - przesunąć na osobę (Hildę), która wtargnęła do centrum uwagi. Ściągnęła lekko brwi ze sobą i powiodła na za nią wzrokiem, dopóki usiadła obok jej brata. Wymieniła porozumiewawcze spojrzenie z Amodeusem i cień rozbawionego uśmiechu przemknął po jej twarzy, gdy usłyszała, że powinna napić się więcej procentów - nie zamierzała wchodzić w grę z osobą, która tak zachowywała się w towarzystwie. Właściwie nie zamierzała stawiać na planszy swojego pionka wcale - przyszła tu tylko i wyłącznie po to, by wykazać sympatię wobec kuzynki.
Po wyrażeniu dezaprobaty względem nowoprzybyłej zerknęła na przeciwną stronę stołu i stalowe tęczówki utkwiła w młodej kobiecie (Leopoldine) - była pewna, że i jej uwadze nie umknęła ekscentryczna pani, co skwitowała rozbawieniem na twarzy. To będzie ciekawy wieczór.
Siedzący obok niej Rodric wydał się jej poruszony uwagą o fryzurze, na co Iris ponownie obdarowała go szerokim uśmiechem. Towarzyszyła temu uwaga o jej przyszłym zamążpójściu - a więc to był sekret, o którym wspomniał wcześniej. Mogła więc odetchnąć z ulgą. — Wszystko do tego zmierza — Bezpieczna odpowiedź, choć nie spodziewała się, że akurat on będzie jednym z wąskiego grona osób, które będą znać te plany. — Zechciałbyś zdradzić skąd masz tę wiedzę? — Uniosła lekko brwi w pytającym geście, sięgając po kieliszek, który Carrow napełnił trunkiem. Zanurzyła usta tuż przy brzegu szkła, a następnie odłożyła je na swoje miejsce. Jeszcze nie wiedziała, że on i Leopold dobrze się znają. Tak samo jak nie była świadoma, kim jest towarzysząca mu kobieta. Widząc, że Rodric nie kwapi się do przedstawienia ich sobie, Nott ponownie obdarzyła ją uwagą. — Nie zostałyśmy sobie jeszcze przedstawione - Iris Nott — Krótkie i serdecznie skinienie głową. Odwróciła się w stronę Amodeusa, żeby i on mógł przejść przez te formalności. — A to mój brat, Amodeus Nott, który towarzyszy mi tego wieczoru.
Przy kolejnym uniesieniu kieliszka pozwoliła sobie na nienachalne rozeznanie z kim miała spędzić ten wieczór. Niektóre twarze kojarzyła mniej lub bardziej - nie odważyła się zbyt długo przyglądać Augustusowi, który onieśmielał ją swoją postawą, lecz gdy ich spojrzenia przecięły się gdzieś ponad stołem, zawierzyła, że krótkie skinięcie głową będzie wystarczającym powitaniem. Tak samo postąpiła z Mitchellem, Igorem i towarzyszącą mu kobietą (Melusine). Próbowała przypomnieć sobie czy może ją skądś znać - być może ze szkoły? Wyglądała na niewiele starszą, więc wielce prawdopodobnym było, że któregoś wieczoru nieświadomie towarzyszyły sobie w pokoju wspólnym domu węża.
Choć długo mogła zastanawiać się nad ewentualnymi powiązaniami z Melusine, nie mogła oprzeć się pokusie przyjrzenia się samotnie siedzącej ciemnowłosej (Violet), której głowę zdobił kapelusz. Na jego widok lekko zmrużyła powieki dając pewność, że już gdzieś go widziała, jednak nie chcąc zostać uznaną za wścibską zbyt długim przyglądaniem się, przywołała na twarz spokojny uśmiech, który dziewczyna mogła uznać za gest pozdrowienia, którym, prawdę mówiąc, faktycznie był. Nie miała pojęcia kim była i co łączyło ją z Lucindą, jednak jej postawa - i samo to, jak dalekie od reszty zajęła miejsce - poddawało wątpliwości czy uda się Iris ją poznać. Fakt ten nieco ostudził zapał przyszłej pani Flint - ona sama na większości przyjęć starała się trzymać w cieniu wścibskich spojrzeń i nie próbowała wystawiać się na języki plotkujących czarodziei. Jednak to nie sprawiało, że nie chciała, by ktoś ze szczerymi intencjami spędził wtedy z nią czas - być może Violet miała podobne odczucia?
Otwarcie drzwi jadalni, przez które weszła pani Macnair sprawiło, że wstrzymała na moment oddech. Nawet nie zwróciła uwagi na to, że jej pojawieniu się towarzyszyło spóźnienie - roztaczająca się wokół niej aura sprawiła, że przez umysł młodej Iris przebiegła myśl, czy ona któregoś dnia będzie równie elegancką czarownicą jak ona. Odczuwała respekt do własnej matki, która była kobietą pełną wdzięku i szyku, jednak to przy Irinie Macnair nie odważyła się na nic więcej jak krótkie: „Dobry wieczór” w chwili, gdy mogła ją usłyszeć. Nie wiedziała czy powinna przedstawić się - kobieta nie obdarzyła jej choćby najmniejszym cieniem uwagi, dlatego postanowiła poczekać czy może zrobi to jej brat, do którego wyraźnie zwróciła się pani Macnair.
W oczekiwaniu odwróciła się ponownie do Rodrica i siedzącej obok niego kobiety (Nastyi) - przez chwilę lustrowała ją spojrzeniem, dostrzegając w jej wyglądzie coś niezwykłego. — My chyba również nie znamy się — Zagaiła, starając się ściągnąć ją spojrzeniem. Siedziały na tyle blisko siebie, że wyuczona kultura nakazywała Iris zapoznanie. — Iris Nott.
Pamięć jest jedyną formą władzy, której naprawdę się boję.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#19
Leopoldine Flint
Czarodzieje
if i was the moon, would you still look for the stars?
Wiek
23
Zawód
wschodząca gwiazda baletu
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
13
16
20
Brak karty postaci
13-04-2026, 19:59
Uwadze nie zdołała umknąć para, która również zasiadła nie naprzeciw siebie, a naprzeciw manier. Spojrzenie Leopoldine nie zdradzało nic, pozostawało całkowicie oddane roli salonowego kocięcia, powoli ostrzącego sobie pazurki do zostania lwicą — wszystko w swoim czasie, wszystko zmierzające do momentu zmiany nazwiska i stanu cywilnego. Złapała spojrzenie kobiety (Iris); była klasycznie piękna, jak piękne były greckie figury, pięknem ponadczasowym, w umyśle Leopoldine sprawiała wrażenie żywego przekroju ideałów wszystkich minionych epok. Posłała jej łagodny, zachęcający uśmiech. Jej towarzysz (Amodeus) niemalże sprawił, że na moment oddała się nawykowi mrużenia oczu, jak zdarzało jej się robić, gdy próbowała sobie cokolwiek przypomnieć. Tym razem kwestią tą, niepopartą żadnym gestem, było skąd znała tego człowieka. Bo wydawał się jej przedziwnie znajomy, a jednak twarz nie pasowała do żadnych nazwisk poznanych niedawno. Niech na razie pozostanie tajemnicą.
Jej uwaga zresztą prędko przesunęła się w stronę pojawiającego się w jadalni nikogo innego jak Mitcha. W ferworze własnych problemów, tysiąca myśli i jeszcze większej ilości narastających, potencjalnych przeszkód, zupełnie nie skojarzyła, że nazwisko Macnair wcale nie było przesadnie powszechne w ich świecie, co onaczać musiało, że w ten lub inny sposób Mitch był rodziną solenizantki.
— Może zabrzmi to dla pana zupełnie głupiutko, ale nie spodziewałam się, że przyjdzie nam się dziś spotkać — zdążyła polubić tego człowieka; do tego stopnia, że dziś postanowiła pozwolić sobie na nieco bardziej bezpośrednie słowa, okraszając wszystko lekkością kokieteryjnego tonu. Z ulgą przyjęła, że zajął miejsce tuż obok niej, a po chwili ujął jej dłoń w iście gentlemeńskim stylu (którego, jako niepochodzącemu z rodu błękitnokrwistego, się po nim nie spodziewała), całując nie jej wierzch, a powietrze tuż nad nią. Za ten jeden gest mogła mu przebaczyć nawet to, że w jej mniemaniu nie ubrał się odpowiednio do okazji. Gdy w istocie przyjdzie im jeszcze zatańczyć, szepnie mu słówko, aby — jeżeli jest to możliwe — cofnął się chociaż po marynarkę, jeżeli nie po jakiś ozdobny element męskiej magicznej garderoby. — Niemniej jednak cieszę się, że mamy ku temu kolejną okazję. Proszę wybaczyć mi wścibskość, kim jest pan dla solenizantki? — pewne rzeczy należało przecież uporządkować. Z Macnairami miała dotychczas naprawdę niewielkie doświadczenie, poznając Mitcha dwa tygodnie wcześniej, a dziś ledwie Lucindę i jej męża. Właśnie, męża. Mitch nie mógł być mężem, ale może był bratem Drew? Kobieca ciekawość... — Jest pan usprawiedliwiony. W sekrecie szepnę, że — ściszyła głos do szeptu, wszak informacja ta miała pozostać pomiędzy nią a Mitchem, przynajmniej w teorii. — Otrzymałam zaproszenie naprawdę bardzo niedawno, więc nie miał pan zapewne okazji zapoznać się z listą gości — po wyszeptaniu sekretu pozwoliła sobie odchylić się na powrót w swoją stronę, aby siedzieć już na krześle zupełnie prosto. Posłała jednak Mitchowi kolejne, wymowne spojrzenie. — Co zaś się tyczy waszego domostwa, jest ślicznie. Chociaż znając pana mam wrażenie, że nazwa ma za zadanie odstraszać nieproszonych gości, nie oddawać charakter mieszkańców — całe szczęście, że to lekko uśmiechnięty Mitch siedział przy jej boku i zadawał to pytanie. On w oczach baletnicy faktycznie nie pasował do zgrozy, którą powinna wzbudzać nazwa "Przeklęta Warownia".  Niedługo później obok nich przeszła kolejna młodziutka czarownica (Violet). Wydawała się bardzo dzielnie udawać wcale niezakłopotaną wydarzeniem, w którym przyszło jej wziąć udział, a przynajmniej takie wrażenie sprawiała w połączeniu z jej ubiorem niewskazującym wcale na wysokie pochodzenie i sposobem, w jaki (jak widziała wcześniej kątem oka) zachowała się wobec solenizantki. Gdy zasiadła miejsce dalej od Leopoldine, ta na moment przeprosiła Mitcha, aby zwrócić się ku dziewczynie.
— Piękny kapelusz, pani — wypowiedziała miękko, serdecznym tonem, posyłając dziewczynie uśmiech uznania. Spotkania przy stołach wysoko postawionych ludzi zawsze były bardziej teatrem, niż czystą interakcją, dlatego też należało podchodzić do nich z odpowiednią pewnością siebie. Ciekawe, czy Violet również się na nią zdobędzie?
Nagły, kobiecy krzyk sprawił, że mimowolnie napięła mięśnie, choć komunikat płynący z tej... wybuchowej oprawy wcale nie należał do niebezpiecznych. Spojrzenie Leopoldine wycelowało w postać nieznajomej brunetki w lejącej się sukni (Hildy). I tak, jak jeszcze przed chwilą mogła zrzucić jej zachowanie na karb ekscytacji (wydawały się być z Lucindą... bliskie?), tak jej kolejne zachowanie, wystawienie palucha w stronę Rodrica i w tak impertynentny sposób złożone zapytanie o jego tożsamość oraz komentarz o fryzurze sprawił, że zazgrzytała chwilowo zębami, w sposób dokładnie ten sam, jaki robił to jej brat Leopold (i co mogło być znajomym tikiem dla osób go znających, w tym Rodrica, którego desperackie spojrzenie złapała w tej samej sekundzie). W porę jednak zdążyła wygładzić mimikę, gdyż niedługo później poczuła na sobie spojrzenie tej kobiety. I, niestety, usłyszała również, co sądziła o jej kreacji. Szkoda, że w sklepie z używaną odzieżą nie sprzedają dobrych manier, droga pani — odpowiedziałaby jej kąśliwie, gdyby nie maniery, zawsze maniery, gdziekolwiek się nie pojawiała. Najpierw maniery, potem ona.
Stąd udała, że zupełnie nie słyszała jej słów. Może znudzi się przytykami, gdy nikt nie będzie na nią zwracał uwagi. Chyba takie samo podejście miała siedząca obok Rodrica piękna jeszcze nieznajoma (Iris). Gdy postanowiła się przedstawić, Leopoldine skinęła jej uprzejmie głową, pozwalając sobie na uprzejmy i szczery uśmiech, którym obdarzyła rodzeństwo Nottów. A więc to z przecinających się raz za razem kręgów pamiętała Amodeusa. 
— To naprawdę przyjemne widzieć kobietę, która bierze sprawy w swoje ręce —  tak, był to komplement dla Iris i tak, pewien przytyk dla towarzyszących im panów. — Leopoldine Flint. Miło mi was poznać — przynajmniej oficjalnie. Bowiem jak o Amodeusie miała jakieś mgliste pojęcie, cień wspomnienia z przeszłości, o tyle postać Iris Nott, narzeczonej jej brata bliźniaka żyła w rozmowach toczonych w Tir Eilean już od jakiegoś czasu. Kto by pomyślał, że właśnie w tych okolicznościach przyjdzie im się poznać. Ledwie dzień po pierwszym chyba spotkaniu między Leopoldem a samą Iris.
Kątem oka dostrzegła minę, którą właśnie prezentowała Hilda, a która wymierzona była w siedzącego obok Leopoldine mężczyznę.
— Chyba ta pani ma pana na uwadze — szepnęła wreszcie rozbawiona, słowa kierując w stronę siedzącego obok Mitcha. Ten komiczny pokaz, który chyba w zamyśle miał być zalotami zupełnie zdążył wynagrodzić Leopoldine wcześniejsze uwagi co do swojej sukni. Urazy Rodrica chyba nie będzie w stanie wybaczyć przez głupie miny. Sama obecność Hildy jak na dłoni wyeksponowała kilka uchybień względem etykiety. Słowna rozwiązłość, nieprzestrzeganie zasad usadzenia; szczególnie to ostatnie zabodło ją na pewien sposób, gdyż po Nottach spodziewała się większej znajomości etykiety. Może była w tym przesadnie surowa, ale właśnie na tych fundamentach stał ich świat. Gdyby nie pieniądze i pewien obrządek, w rytm którego żyli, nie byliby nikim szczególnym i z tego właśnie powodu należało dbać również o potencjalnie błahe kwestie. Takie błędy można było zrzucić na karb niewiedzy, gdy chodziło o ludzi innego niż oni kroju. Dlatego, gdy Rodric znów spoglądnął ku niej, odpowiada mu tym samym. Kilka prostych komunikatów, o których nie wiedziała, czy był w stanie je rozczytać. Dał już się poznać jako człowiek bardzo niedomyślny, ale cóz, jeżeli ich relacja miała postępować w dobrym kierunku, musiał się postarać. Może krótkie komunikaty pomogą.
Tak. Tak. Tak, jeżeli nie będziesz tego później żałować.
Gdy Drew wstał z krzesła, uwaga Leopoldine uciekła w jego kierunku. Uniosła kieliszek, dołączając do toastu i zauważając jednocześnie, że polityk wymienił naprawdę ciekawy zestaw cech, który prezentowała jego żona. Siła, upór, odwaga. Nie były to cechy, które wyciągane były na pierwszy plan panien na wydaniu w kręgu, w którym obracała się Flint. Jej spojrzenie uciekło na moment w kierunku Rodrica. Wiedziała już, że Lucinda była niegdyś przeznaczona jemu, ale z jakiegoś powodu była dziś panią Macnair, nie Carrow. Czy to właśnie przez te cechy ich małżeństwo nie doszło do skutku? Przyjemne odczucia względem Drew — wszak to bardzo odważne słowa ze strony męża, sprawiające przy tym wrażenie niezwykle szczerych i w pewnym sensie będące niewyrażonym wprost wyznaniem miłosnym — zmieszały się zatem z wątpliwościami, jak zawsze. Chciała o sobie myśleć, że również posiadała takie cechy. Ale czy na pewno? I jaki, jeżeli nie okłamywała siebie samej w tej kwestii, będzie mieć to dla niej skutek? — Za ciebie, Lucindo — zawtórowała toastowi, upijając kolejny łyk ze swego kielicha.
Nie przeszkadzało jej nawet przesadnie puste krzesło pomiędzy nią a młodą kobietą w kapeluszu. Kiedyś przyjęłaby to za wyraźny afront, potwierdzenie, że to z nią, nie z mężczyznami będącymi gośćmi Lucindy było coś nie tak. Dziś przeszła wobec niego do porządku dziennego, zauważając, że o wiele bardziej miłe, choć nieprzystające do protokołu, było jej towarzystwo Violet. Przejęta toastem nie zwróciła przesadnej uwagi na dwójkę wchodzącą w jego trakcie. A powinna. Powinna przypomnieć sobie zapach żywicznych pachnideł, powinna przypomnieć sobie szare oczy, których nie chciała widywać z pasją tak gorącą, że nieprzystającą zupełnie do ośnieżonych szczytów gór otaczających Durmstrang. Wnet jednak jasne stało się, że owo puste miejsce, które wcześniej było niemalże azylem, stało się czymś na wzór pułapki, chichotu losu, bo właśnie ten zaprosił nikogo innego jak Igora Karkaroffa na zajęcie miejsca dokładnie przy niej.
— Cóż za niespodzianka — prawie zaszczebiotała, choć jej spojrzenie pozostawało tak samo nieustępliwe i chłodne co wtedy, gdy rozmawiali ostatni raz, wiele lat temu. Gdy w gniewie rzuciła mu, że nie chce więcej widzieć go obok swego brata. Dziś, na szczęście, Leopolda nie było w pobliżu. Ale wręcz śliskie wrażenie, jakie miała o Igorze Leopoldine wciąż istniało, może na nim, a może w przestrzeni, którą dla niego zarezerwowała w swojej głowie. — Dobrze cię widzieć, Igorze — w usłużnej roli, nie dopowiedziała tego na głos, lecz to w tym momencie właśnie oplotła palcami nowonapełniony kielich, dziękując mężczyźnie skinieniem głowy. — Nie trzymaj mnie swym zwyczajem w niepewności, proszę — kontynuowała, przenosząc spojrzenie na jego towarzyszkę. Kolejna nieznajoma kobieta. — Nie przedstawisz mi swojej towarzyszki? — przechyliła nieco główkę ku swemu prawemu ramieniu, uśmiechając się niewinnie. Och, złudne to wrażenie, w szczególności gdy dotyczyło kobiety zawodowo nakładającej kolejne maski. Gdy za jej plecami przeszła kobieta w czerwonej sukni (Irina), Leopoldine zwróciła na nią swoją uwagę, lecz nie zwróciła ku niej głowy, nie chcąc obarczać możliwie niewygodną, z okazji spóźnienia, uwagą. Lecz jednak gdy ta przystanęła na moment obok Igora, nazwała go synem i w dodatku ułożyła dłoń na ramieniu (!), od razu poczuła do niej olbrzymią wdzięczność. Nieświadomie podała w ręce Leopoldine amunicję, która wyjątkowo dobrze działała na wciąż młodych mężczyzn, którzy mieli kontakt z matką. Ale na uszczypliwości w stronę Karkaroffa miał jeszcze przyjść czas. 
Nie spodziewała się jednakże, że spośród wszystkich osób zasiadających przy stole uwaga solenizantki spocznie właśnie na niej. Słysząc swe imię od razu odszukała wzrokiem Lucindę, początkowo przytakując głową na jej wezwanie. Pytanie, które złożyła na jej ręce nosiło znamiona troski o gości, co podkreślało tylko, że Lucinda była jeżeli nie dobrą, to uważną gospodynią, a to istotny atut. Wargi panny Flint ułożyły się w uprzejmy, sceniczny uśmiech, który był przecież z nią tak często, że naprawdę stał się częścią jej mimiki, jej sposobem okazywania uczuć, a nie tylko wyuczonym na potrzeby zawodu grymasem.
— Chciałabym zacząć od tego, że jest to niezwykły zaszczyt móc świętować twoje urodziny, Lucindo. Zwłaszcza w tak zacnym gronie — gronie, które było jej w znakomitej większości po prostu obce. Czuła na sobie spojrzenie Rodrica; była przekonana, że część z zasiadających przy stole mogło speszyć takie wyciągnięcie przed szereg, lecz ona była artystką. Z ludzkiej uwagi czyniła sobie cenną walutę także poza sceną. — Od początku marca można oglądać mnie na deskach Teatru Arkadia. Z zawodu i pasji jestem pierwszą solistką korpusu baletowego — oznajmiła, spojrzeniem przechodząc przez każdego z zasiadających przy stole. — Właściwie moje życie od zawsze toczy się wokół sportu i sztuki. Gdy nie tańczę, uwielbiam pływać. Gdy nie pływam, można znaleźć mnie na trybunach derby, uwielbiam wyścigi konne. A gdy wystarczy mi ruchu, odrobinę pospolicie, ale zajmuję się czytaniem — wyjawiła, kończąc wszystko złożeniem dłoni na klatce piersiowej i półukłonem, wersją przystosowaną do siedzenia przy stole, aby podziękować słuchającym jej, jak i samej solenizantce za uwagę.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#20
Amodeus Nott
Czarodzieje
well fed devils behave better than famished saints
Wiek
32
Zawód
Łamacz klątw; badacz run i artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
22
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
9
8
Brak karty postaci
13-04-2026, 23:45
Zapełniające się miejsca przy stole skutecznie wyhamowały potrzebę rozwinięcia myśli Iris. Przytaknął ledwie zauważalnie, nie podejmując tematu. Delikatny rumieniec, który na chwilę musnął jej policzki, mówił dostatecznie wiele, by uznać sprawę za zamkniętą. Jeśli spotkanie z Flintem pozostawiło po sobie ślad tego rodzaju, nie mogło należeć do najgorszych.
Nie zdążył jednak zatrzymać uwagi przy siostrze na dłużej, bo nowy głos — zbyt donośny, zbyt bezceremonialny — przeciął gwar stołu z siłą źle rzuconego zaklęcia. Spojrzenie Amodeusa przesunęło się ku kobiecie, która właśnie wtargnęła w przestrzeń rozmów z hałaśliwością graniczącą z demonstracją. Twarz miała ładną, to należało jej oddać — rysy niepozbawione uroku, usta stworzone raczej do półuśmiechu — lecz wszystko inne odbierało temu wrażeniu wartość z niemal brutalną skutecznością. Było w niej coś z przekupy z doków, przyodzianej naprędce w lejącą tkaninę i przekonanej, że sam materiał zastąpi maniery. Krytykowała wszystko z pewnością właściwą tym, którzy własną pospolitość maskują nadmiarem głosu.
Na krótką chwilę przez jego twarz przemknął cień wątpliwości, gdy padły słowa o najlepszej przyjaciółce solenizantki. Zerknął ku Lucindzie, akurat na tyle długo, by uchwycić stanowcze zaprzeczenie ruchem głowy, i ten jeden gest wystarczył — a więc nie przyjaciółka. Co najwyżej pomyłka, której nikt nie zatrzymał u progu.
Na jego nieszczęście usiadła tuż obok.
Najpierw wzięła sobie na cel Rodrica, potem Leopoldine, wreszcie — z tą samą, rozbrajająco bezwstydną swobodą — zwróciła się ku niemu, pytając o fryzjera. Amodeus obrócił ku niej głowę powoli, bez pośpiechu, jak ktoś, kto daje rozmówcy ostatnią szansę na wycofanie się z własnej niezręczności. Nie wycofała się.
— Niestety nie bywam w sklepach z używaną odzieżą — odparł łagodnie, z uprzejmością aż nazbyt gładką. — Choć, skoro Pani bywa tam tak regularnie, zaczynam rozumieć to wrażenie znajomości Pani sukni. Tak mi się wydawało, że na kimś już ją widziałem. Proszę się jednak nie krępować, w stroju nie ma nic zawstydzającego. To zwykle charakter wymaga większego wysiłku.
Pozwolił, by słowa opadły między nimi, po czym bez dalszego komentarza sięgnął po kieliszek. Nie patrzył już na nią — jakby uznał, że poświęcił tej wymianie dokładnie tyle uwagi, ile należało.
Obok Leopoldine zajął miejsce mężczyzna (Mitch), którego wcześniej odnotował jedynie przelotnie. Twarz nowa, ale niepozbawiona znaczenia; sposób, w jaki usiadł przy baletnicy, i łatwość, z jaką odnalazł się przy stole, wystarczały, by zatrzymać na nim wzrok o ułamek chwili dłużej. Zaraz jednak znów musiał znieść obecność siedzącej obok kobiety, bo ta właśnie, jakby brak taktu był dla niej formą sportu, zażyczyła sobie wina — dla siebie, a zaraz potem także dla Iris, która według Hildy, musiała się poluzować.
Amodeus nie odpowiedział od razu. Najpierw nalał wina — spokojnie, precyzyjnie, ani o kroplę więcej, niż wymagała przyzwoitość — dopiero potem uniósł spojrzenie.
— Proszę mi zdradzić — powiedział cicho — czy Pani małżonek wkrótce do nas dołączy? Wolałbym wiedzieć, czy pilnować ilości wina w pani kieliszku, czy raczej odległości Pani łokcia od moich żeber.
Odstawił butelkę bez pośpiechu.
Na Iris spojrzał tylko przelotnie — wystarczająco, by upewnić się, że nie potrzebuje jego gestu. Nie potrzebowała. Rodric zdążył już napełnić jej kieliszek, a Amodeus odpowiedział mu jedynie krótkim skinieniem głowy, przyjmując ten drobny pokaz uprzejmości do wiadomości.
Potem odsunął się od siedzącej obok kobiety nie ruchem ciała, lecz uwagi. Ta jednak zdawała się chwilowo zajęta terroryzowaniem gospodarza domu, czego Amodeus w duchu głęboko mu współczuł. Spojrzenie przesunęło się dalej, ponad linią kieliszków i świec, po twarzach rozsianych po obu stronach stołu. Zatrzymało się na chwilę na Violet — zbyt charakterystycznej, by nie budzić zainteresowania, zwłaszcza w tym pokaźnym kapeluszu.
Wejście dwojga spóźnionych gości odnotował bez pośpiechu. Ich twarze wydały mu się nieznane — lecz wystarczyło jedno spojrzenie, by uchwycić, że z Anastasyią i Augustusem łączyła ich wyraźna zażyłość. Swoboda, z jaką weszli w ich rozmowę, nie pozostawiała co do tego żadnych wątpliwości.
Niedługo po nich w pomieszczeniu zjawiła się kobieta w czerwieni, przykuwając jego — jak i innych — uwagę. Sposób, w jaki weszła, sugerował raczej zajęcie miejsca, które od początku do niej należało, niż samo dołączenie. Przeszła wzdłuż stołu bez pośpiechu, nie szukając spojrzeń, a mimo to je zbierając. Amodeus zatrzymał na niej wzrok odrobinę dłużej, niż wymagała uprzejmość, po czym sięgnął po kieliszek, sprawdzając to wrażenie raz jeszcze.
Gdy usiadła naprzeciwko, odłożył szkło i, gdy tylko rozmowa na to pozwoliła, skłonił lekko głowę.
— Amodeus Nott — przedstawił się spokojnie, odkładając szkło i skłaniając lekko głowę. Nazwisko wybrzmiało bez nacisku — w takich kręgach potrafiło powiedzieć wszystko i nic jednocześnie; wyprzedzać człowieka albo nie znaczyć więcej niż dźwięk. Jej należało do rodziny — a to budziło w nim większą czujność niż ciekawość. Jak to się stało, że dotąd mu umknęła?
Gdy Iris, zgodnie ze swoim zwyczajem, przejęła inicjatywę i przedstawiła zarówno jego, jak i siebie, ledwie drgnął kącikiem ust.
— Moja siostra rzadko zostawia innym dość czasu, by zrobili to za nią — zauważył, zerkając ku Iris z cieniem tej szczególnej, oszczędnej pobłażliwości, na którą pozwalał sobie wyłącznie wobec niej.
Dopiero potem zwrócił pełniejszą uwagę ku Leopoldine. Teraz, gdy nazwisko Flint padło już otwarcie, układ zaczął składać się w bardziej interesującą całość. Rodzina przyszłego narzeczonego Iris — to samo w sobie wystarczało, by uznać ją za osobę wartą uważniejszego odczytania; obecność Rodrica obok nadawała temu jednak wyraźnie większy ciężar.
— Zdaje się, że ma Pani gust nie tylko w kwestii doboru kreacji, ale także towarzystwa — odezwał się wreszcie, spokojnie, bardziej zaciekawiony niż zaczepny. — Wybaczcie ciekawość, ale zauważyłem, że przyszliście dziś razem. Rodricu, dlaczego ukrywałeś przed nami taką znajomość?
Spojrzenie Notta przesunęło się od kobiety ku Carrowowi i z powrotem, bez nachalności, ale też bez udawania, że związek tych dwojga go nie obchodził.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (3): « Wstecz 1 2 3 Dalej


Skocz do:

Aktualny czas: 17-04-2026, 00:11 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.