• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Londyn, Hadrian Street 24 > Łazienka
Łazienka
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
04-01-2026, 12:26

Łazienka
Podłączona do kanalizacji i wodociągu łazienka pełni swoją funkcję. Na tym można byłoby zakończyć, bo pomieszczenie nie jest ani ładne, ani przestronne, ani szczególnie zadbane. Sprzątane raz na jakiś czas, posiada na armaturze czy ścianach wanny ślady kamienia, na lustrze zarysowania i zacieki, a ślady na suficie sugerują, że była niegdyś zalana przez starszą sąsiadkę z góry.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (2): « Wstecz 1 2
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
36
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
14-01-2026, 19:42
W odróżnieniu od Maelle, nie wyczuł jadu w prychnięciach Titusa. Ba, z wdzięcznością skinął głową, gdy Harrison ruszył mu na pomoc (sic!) i zapewnił dziewczynę, że się jej nie wstydzi i jest dla niego ważna. Może w jego ustach zabrzmi to lepiej albo obiektywniej (nie brzmiało...). Ambrose miewał trudności z wyczuwaniem ironii, ale teraz chyba nie to było problemem. Po prostu nie spodziewał się jej tu i teraz, nie od Titusa. Z Titusem zawsze czuł się bezpiecznie. A Maelle była pierwszą kobietą (parę lat temu dodałby nie licząc mamy, ale jednak wyeliminował z tego grona mamę), z którą czuł się swobodnie i bezpiecznie. Co mogło pójść nie tak?
Tite był jakoś cicho, więc Ambrose przeniósł uwagę na Maelle—drobną wśród poduszek kanapy, z twarzą rozjaśnioną złocistym dymem. Zwykle palił tanie, mugolskie papierosy (ich czarodziejski odpowiednik miał zaklęty dym, którego wzorki strasznie go rozpraszały), ale nosił ze sobą paczkę lepszych na szczególne okazje. A dziś była szczególna okazja i sprezentował ćwierćwili waniliowego Auraglow. - Mogę cię wysuszyć, czy wolisz sama? - upewnił się, nieobojętny na jej urok, nawet jeśli nie przeżywał go w taki sposób w jaki podejrzewał Titus. Titus, któremu mogło się zdawać, że faktycznie na moment o nim zapomnieli—rozparci na kanapie, piękni i jasnowłosi, spowici błyszczącym dymem, uśmiechający się do siebie porozumiewawczo. Parsknął śmiechem, chwytając żart Maelle od razu, bo jeśli lubił jakieś żarty to właśnie te suche, oparte na absurdalnej grze słów. Nawet czasami starał się je opowiadać, zwykle z pokerową twarzą. - Dobre! - bawiło go to tak bardzo, że braterski kontekst całego pseudonimu mógł faktycznie Harrisonowi umknąć, ale Day odruchowo podniósł na niego spojrzenie, chcąc go uwzględnić w tej miłej chwili. A że Titus jakoś się nie śmiał ani nie uśmiechał, to...
- Bro, bo Am-BRO-se. -... postanowił wyjaśnić mu genezę nowego, roboczego pseudonimu. Jakimś cudem teraz to było jeszcze zabawniejsze.  Do czasu. Zmarszczył lekko brwi, nie rozumiejąc zupełnie, co Tite miał na myśli z tymi koniakami i teściem. Zaciągnął się papierosem od Maelle, ale nawet złocisty dym nie pomógł mu znaleźć rozwiązania.
- Nie rozumiem - ile razy w ciągu życia wyznał to Titusowi? Setki, tysiące? - czemu olśniło cię akurat dzisiaj, przecież piłeś te koniaki. I nie rozumiem, czemu teść miałby do nich pluć skoro wiedział, że nie piję i nie wiedział komu je dam, równie dobrze mogłem je zostawić w domu dla Allie. - skonkludował logicznie, ale na próżno. Żadne rozsądne słowa nie mogły odkupić teraz koniaków i to zrozumiałe, że Maelle straciła na nie ochotę, a czym innym nie miał jej poczęstować... - Trzeba było tak od razu, zrobię ci coś. Mamy jajka i... - zaczął proponować, ale potem wszystko eskaluje w stronę, której nie przewidział.
W pierwszej chwili nie zrozumiał pytania Titusa. Może nie zrozumiałby go wcale, gdyby nie Maelle.
- Jest.. - eśmy blisko, jak ja i ty - powiedziałby, ale urwał, bo ona zaczęła wyjaśniać pierwsza, a niegrzecznie komuś przerywać. Po jego minie można było zresztą poznać, że się z nią zgadza gdy tłumaczyła dalej, jak ojciec, jak rodzeństwo, dopiero przy ostatnim porównaniu przewrócił oczyma. - No chyba ty! - wciął się, bo zdawał sobie sprawę, że wiele można było o nim powiedzieć, ale nie, że jest ciepły jak słońce. Jeśli już, to taka była Maelle. Taki był też Titus, przynajmniej na co dzień, bo...
...nagle dwa jego słońca ostygły i tym razem nawet Ambrose nie mógł nie zauważyć, że atmosfera stała się lodowata.
- Co? Jak modliszka? - zrozumiał żart, ale zrozumiał też, że to chyba nie był żart. Zmarszczył lekko brwi, spoglądając na Titusa pytająco, ale tym razem nie musiał go o nic pytać, ani na głos ani bezgłośnie. Tym razem wszystko wyjaśniły słowa i zachowanie Maelle, aż nagle wszystko stało się jasne nawet dla Ambrose'a—choć o sekundę za późno, bo miał wrażenie, że został dosłownie z tyłu, gdy ćwierćwila i magipolicjant mierzyli się wzrokiem na stojąco, a on został na kanapie. Sam, orientując się na końcu, jak zawsze. Kiedyś myślał, że te wszystkie problemy w relacjach z ludźmi wynikają z tego, że jest wyjątkowy, z czaru roztaczanego przy kobietach i zazdrości wzbudzanej u mężczyzn... ale Maelle była tak samo wyjątkowa i łapała wszystko szybciej, miała nawet koleżanki w liczbie mnogiej.  Z tą myślą było mu jakoś trudniej.
A jeszcze trudniej było mu z tym, co właśnie zainsynuował Titus.
- Za kogo ty mnie masz, Tite? - przez sekundę jeszcze wierzył, że to jakaś pomyłka, że nie rozmawia z zazdrosnym kolegą z komendy, że są Tite'm i Rosie. Ale dla Titusa był teraz najwyraźniej Ambrose, a w zaaferowaniu nie wziął pod uwagę, że i na przyjaciela może działać urok Maelle i że faktycznie przedstawił ją trochę bez kontekstu. Zerwał się z kanapy, teraz górując wzrostem nad obydwojgiem. - Za kogoś, kto zaprasza na seks - w odróżnieniu od Maelle prawie wypluł to słowo, bo w jego doświadczeniu wyniesionym z domu rodzinnego było brudne i nie powinien go w ogóle mówić przy młodszej od siebie dziewczynie, a samym aktem można było sobie zrujnować życie na osiemnaście lat. - dziewczynę w wieku mojej córki do twojego domu żeby nie wiem, robić to na twojej kanapie? - wypalił na głos, mając nadzieję, że jeśli to podsumuje to wszyscy zrozumieją jak absurdalnie to brzmi i ktoś powie mu, że się myli, a potem będą się z tego śmiać.
Ale ledwo dokończył zdanie, zrozumiał—naprawdę zrozumiał—że...
- Naprawdę masz mnie za kogoś takiego. - wydusił, spoglądając na Titusa szeroko otwartymi oczyma, jakby widział go po raz pierwszy. Od jak dawna? - przemknęło mu przez myśl, a na policzki momentalnie wpełzł mu upokarzający rumieniec wstydu. Maelle jeszcze nigdy nie widziała go tak zmieszanego. A Titus... widział go w wielu sytuacjach, widział jak bajeruje kobiety na przesłuchaniach i widział tamtą okładkę Czarownicy z napaloną fanką, ale Ambrose i tak wierzył, że w przeciwieństwie do reszty kolegów Titus patrzy na niego inaczej, że widzi go pomimo tego wszystkiego czy coś... Tą wiarę słychać było zresztą we wszystkim, co mówił o nim Maelle.
Jeśli masz mnie za kogoś takiego, to czemu w ogóle się ze mną przyjaźnisz? - cisnęło mu się na język, ale z przykrością uświadomił sobie, że myśl o tym pytaniu ściska mu gardło równie mocno jak pokusa spytania matki o to, skąd go wzięła; i że chyba woli nie znać odpowiedzi.
- Dla jasności, zaprosiłbym cię do porządnego hotelu. Albo własnego mieszkania. - wymamrotał do Maelle, którą, z całą jej historią, Titus właśnie wziął za dziewczynę zapraszaną do cudzych kawalerek. Teraz też powinien zabrać ją gdzieś indziej, ale nie miał już własnego mieszkania. Pozostawała Dolina Godryka, gdzie byłoby jeszcze gorzej, albo jej mieszkanie, a padał deszcz. Poczuł nagły żal za utraconym domem, za wrzosowymi ścianami i pokojem gościnnym (w którym sypiał bez Allie). Wydawało mu się, że źle się czuje w tamtym domu, z rodziną, ale teraz chętnie by tam wrócił.
- Przeproś ją. - zażądał od Titusa, próbując przekierować uwagę (własną i jego) na blondynkę i nie dać po sobie poznać, jak bardzo mu przykro. - I śmiecisz na fotel. - wytknął. Powinien teraz podać popieniczkę Titusowi albo objąć ramieniem Maelle, ale jakoś nie mógł ruszyć się z miejsca, stojąc pomiędzy nimi jak słup soli.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
14-01-2026, 23:45
Gdy w powietrzu krążyły całe te opowieści o zdrobnieniach (Titus nie rościł sobie praw do Rosie’go i nawet nie przeszło mu przez myśl, że przydomek ten mógł być przez niego na stałe “zajęty”), o elementach niewinnej czułości takich jak wzajemne osuszanie się (przecież nie było to nawet nic złego, wielokrotnie i bez pytania osuszał nawet ubrania przyjmowanych na komisariacie czarodziei – w Anglii ciągle padało, a magipolicjantom wypadało czarować na posterunku bardziej niż innym) czy o skutecznie obrzydzonej brandy… Titus tkwił jedynie w niedostrzegalnym dla nikogo innego natężeniu własnych myśli i trudnych emocji. Oczywiście – był nietypowo cichy, bardzo opryskliwie zbijał każdą interakcję i właściwie nie wnosił do rozmowy niczego, co mogłoby okazać się wymierną wartością – ale to byłoby widoczne chyba nawet dla niewidomego. By domyślić się jednak chociaż cienia powodów, do których panował nad sobą w tak żałośnie niskim stopniu, trzeba byłoby odnaleźć się w jego głowie, a nie ukrywajmy – to miejsce nawiedzone i poplątane.
To wszystko było jakieś bez sensu. Kiedyś stwierdził, że dłużej go to nie rusza – kiedy po ślubie Ambrose’a po prostu zaszył się na gospodarstwie w Szkocji i kiedy zaakceptował krowę zastawiającą mu cały widok na potencjalnie wspólną przyszłość, którą wyśnił sobie niegdyś w oparciu o wyobrażenie niezłomnej, męskiej przyjaźni.
Ukłucie zazdrości czuł jednak zawsze i po trochu; kilkanaście lat temu, widząc go na okładce Czarownicy, czuł się zupełnie tak samo jak czuł się teraz, absolutnie nie rozumiejąc dlaczego i w tej sytuacji wąż zjadał własny ogon. Nie mógł uciec wrażeniu, że przeżył już tę rozmowę – niekoniecznie we śnie, jakby przeszłość wymieszała się z teraźniejszością, a dalej sięgała łapami po nadchodzącą przyszłość.
Skupia się jedynie na swoich nieskładnych wyjaśnieniach, w których utkał własne wątpliwości. Skupia się na opanowaniu gniewu, który drażni nerwy rąk tak mocno, jakby znów mógł uwierzyć w pełen zakres ruchu wszystkich stawów – łącznie z tymi, które lata temu powybijał sobie w trakcie policyjnych i prywatnych eskapad.
Ale szybko kurczy się w sobie, kiedy obydwie blond postacie nie chcą pozostawić mu nawet cienia wątpliwości. Słucha słów Maelle, obserwując kątem oka reakcję Day’a – do pewnego momentu wciąż sądząc, że wszystko to jest jedynie nieśmiesznym żartem w jego kierunku – jakby każde z nich było w ogóle świadome, jak pokrętne uczucia mógł żywić do tego wszystkiego zielony z zazdrości Harrison.
Pomylił się, głupiec. A na policzkach rozlewa się mu czerwona flara.
Głos Maelle przebija się do głowy mocniej – jej drwina wydaje się tak dobitna, szczerze niepasująca do jej niemal nastoletniej twarzy i smukłej postawy. Przecież nie zarzuciłby tego jej. Zarzuciłby to jemu, chociaż chwilę temu gotów byłby posądzić ich o wspólny spisek – nigdy nie twierdziłby, że prowodyrką była ona.
Uchyla usta, jakby chciał coś powiedzieć.
Przyszli tu dla niego czy dlatego że padało?
Merlinie, nie myśl teraz o tym. To nie był spisek. I tak nie masz na to wpływu.
Zastanów się lepiej czy to tobie udało się czegoś dotknąć, czy to coś cię dotknęło.
– Poczekaj – zdąży wycisnąć, kiedy ta każe dać mu znak do wyjścia. Nie zdąży powiedzieć nic więcej, bo po chwili zauważa, że Day podnosi się z sofy, byle zdominować ich wzrostem. A samego Harrisona – dużo pewniejszą postawą i bezpośrednimi komunikatami. Przenosi spojrzenie wystraszonych oczu z blondynki, w kierunku oburzonego przyjaciela.
– Tak – przyznaje bez kozery, kiedy Ambrose konfrontuje go w sprawie seksu z kobietami w wieku jego córki. Wiek nie przeszkadzał im by być “blisko” – cokolwiek znaczyło to w ich nomenklaturze – niezależnie od tej wyobrażonej przez Titusa Harrisona. Mógłby się kłócić z tym argumentem, ale nie umiał dłużej wierzyć swoim własnym przypuszczeniom.
Kłamał doskonale, ale nie kłamał teraz, postawiony pod ścianą przez WRESZCIE skuteczne domysły Day’a. Widzi rozlewający się na jego policzkach rumieniec, chociaż obraz wydaje się dziwacznie rozmazany – jakby zmuszenie oczu do skupienia nosiło wartość drugorzędną. – Jestem kretynem – zielonym z zazdrości kretynem.
Dalsza część niestrąconego wcześniej i rozgrzanego popiołu opadła na tapicerkę. Wełna obicia pali się wolniej niż jakikolwiek inny materiał – papieros nigdy nie miał prawa jej uszkodzić.
Odnotowuje gwałtowną falę smutku rozlewającą się po twarzy partnera i zaciska szczękę mocniej. Nie, nie, nie – wydaje się myśleć. Nie chce doprowadzać go do takiego stanu, nawet jeżeli jeszcze chwilę temu przekonany był, że Ambrose robi to wszystko z czystą premedytacją, mu na złość, może nawet mając w pamięci wspólną przeszłość, do której Titus wracał pamięcią nieco zbyt często, niepotrzebnie i próbując doszukać się więcej, niż powinien.
– Przepraszam – mówi od razu, kiedy tylko słyszy nad sobą jasne polecenie. Przenosi wzrok na Maelle i chociaż gdyby ta była jakąkolwiek inną kobietą, w życiu nie spojrzałby jej w oczy – tym razem, zupełnie nie podejrzanie, zawiesza spojrzenie na twarzy bez większego problemu. Jej urocza twarz aż prosi się o coś więcej niż pojedyncze, nędzne, mało nie znaczące słowo. – Nie wiem skąd… – zerka ukradkiem ku twarzy Day’a, tylko na moment, jakby upewniając się, że ten nie powali go nagle na ziemię. – Nie wiem skąd to wszystko przyszło mi do głowy – kłamie niemrawo, chociaż niemrawość ukryta jest raczej w tonie, nie w wiadomości. Doskonale zna momenty, które rozpominał jeszcze chwilę temu. – Przepraszam, jestem kretynem, nie wiem co we mnie wstąpiło… – mówi, a zimny pot oblewa mu kark. – Przepraszam – powtarza ze wstydem, a potem – ignorując to, że ma na sobie wyjściowe buty – takie mogące roznosić piach po całym mieszkaniu – pokonuje odległość od fotela, do kuchni, wreszcie przypominając sobie o zastosowaniu własnych nóg. Gasi papierosa na dnie zlewu i wrzuca go do kanalizacji.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#13
Maelle Seymour
Czarodzieje
watch me when i break and say it's paradise.
Wiek
21
Zawód
była kurtyzana, tancerka burleski
Genetyka
Czystość krwi
potomkini wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
5
OPCM
Transmutacja
11
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
18
Brak karty postaci
17-01-2026, 12:27
- Sama to zrobię - odpowiada krótko, bo nie chce wypuszczać z rąk kruchego uczucia zadowolenia, które znajduje na granicy między zziębnięciem przez burzę szalejącą poza mieszkaniem oraz ciepłem znalezionym w środku, na kanapie, pod kocem, którym ją okrył. Przypomina to pierwszy kęs świeżej szarlotki, jej kwaskowatą słodycz rozlewającą się na języku; Maelle nie bez powodu uważa, że ostatni oddech między życiem a śmiercią jest najpiękniejszy, że najprzyjemniejszą pieszczotą jest sekundowe zawieszenie między namiętnym spełnieniem a dążeniem do niego. Wdzięczne spojrzenie osiada jednak na twarzy Ambrose'a, troszczy się o nią odkąd ją poznał, pozwala wierzyć, że naprawdę jest dla niego ważna, a to uczucie w kontekście ojcowskich figur nie jest już dla niej czymś pewnym. Między innymi dlatego tak cieszy ją jego szczere rozbawienie przy zaproponowanym pseudonimie. Ćwierćwila uśmiecha się szeroko, zęby błyszczą spod rozchylonych warg, a obecność Titusa na moment staje się czymś odległym (i drażniącym zarazem) jak bzyczenie muchy, która próbuje przedostać się przez okienną szybę, ale zadanie ją przerasta. Szkoda tylko, że owady, które tłuką się w pokojach w poszukiwaniu ucieczki, czasem docierają do uszu i irytują tak bardzo, że próbuje się je na oślep odgonić - tym jest dla niej pretensja alkoholowa padająca od Harrisona. Ambrose usiłuje dojść do ładu i składu ze swoim przyjacielem ze wzrostowych nizin, ale Maelle widzi, że to raczej przegrana sprawa. Konus jest zły na cały świat, a ona orientuje się, że od bardzo dawna nie trafiła na tak skwaszonego samca. Nie mają w zwyczaju zachowywać się przy niej w ten sposób, prędzej miękną i puszą się jak pawie o kolorowych ogonach, zamiast pozwalać jej myśleć, że jej towarzystwo jest niewygodne. Co Ambrose w nim widzi? Jeśli Titus częściej przejawia oznaki męskiego dramatyzmu, który swoją drogą nie ma w sobie nic atrakcyjnego, to skąd te wszystkie pochwalne peany na jego temat? Mętlik w głowie ćwierćwili przybiera na sile, dlatego nie odpowiada na kwestię jedzenia zaproponowanego przez blondyna, przekonana, że jeśli spróbuje cokolwiek przełknąć, kęs stanie jej w gardle i umrze najgłupszą śmiercią pod słońcem. Dom Jedwabiu by się zapłakał. Normalni mężczyźni by się zapłakali. Nie może im tego zrobić, dlatego jeszcze chwilę pożyje.
- Gdybym była prawdziwą modliszką, twój przyjaciel już rzuciłby we mnie butem, tak bardzo mnie polubił - twierdzi złośliwie Maelle, odpowiadając Day'owi. Porównanie nie jest do końca nietrafne, modliszki mają w sobie coś wizualnie atrakcyjnego, ten urok charakterystyczny drapieżnikom, przy których można przeżyć absolutną ekstazę i z radością przypłacić ją życiem - ale dla dobra własnego położenia ćwierćwila tego nie dodaje. Ma ochotę pastwić się nad Harrisonem, żeby wyrównać rachunek, jednak stopuje ją zmieniający się wyraz twarzy blondyna - od bezkresnego zdumienia do niedowierzania i głębokiej, bolesnej urazy. Masz, czego chciałeś, Titusie, wielkie gratulacje. Co za buc. Znów rozważa, czy nie opleść go pajęczyną uroku i jadowitym podszeptem nie wymusić na nim zmiany postawy, tymczasem Ambrose mówi dalej i każde jego słowo powinno być jak nóż wbity i przekręcony między żebrami niższego czarodzieja - przynajmniej ma taką nadzieję. Zasłużył na to, gra w głupie gry, więc zbiera głupie nagrody. 
- Doceniam dżentelmeństwo - mruczy miękko, pozwalając sobie na krzywy uśmiech dzięki deklaracji Day'a. Nie ma wątpliwości co do jego szarmanckich zalotów, ale choć jeden raz to nie to zaprząta jej myśli. On jej broni. Staje naprzeciw swojego przyjaciela i zamiast pozwolić Titusowi rozstawiać ją po kątach, przykrywa ją opiekuńczym skrzydłem i zasłania przed szpilkami uszczypliwych komentarzy oraz niesprawiedliwego traktowania. Nie musiałby tego robić, gdyby nie chciał, dzięki wilej krwi jest odporniejszy na jej czar niż pozostali, a mimo to Ambrose nie pozwala na złośliwości słane w jej stronę. To dogłębnie ją porusza, zrozumienie uderza w nią obuchem i na moment dekoncentruje od pewnej siebie, kokietliwej i frywolnej pozy, którą na co dzień epatuje. W oczach Maelle pojawiają się iskry czegoś niedopowiedzianego, czegoś, co żarzy się za jej mostkiem i zaciska gardło jak bezlitosna pięść kochanka; przez krótką chwilę patrzy na blondyna z żywym srebrem emocji naszkicowanych na twarzy, zanim dociera do niej, jak bardzo jest odsłonięta, i krztusi się wiedzą, że Lewis Seymour by tego dla niej nie zrobił. Wpycha więc te myśli głęboko w siebie, chowa je do szuflady, którą szybko zatrzaskuje, znów przyjmując swoją stałą maskę, dzięki której dumnie zadziera głowę, słysząc nadciągające przeprosiny łamiącego się Titusa.
Jest kretynem, to prawda. Ćwierćwila w ostatnim momencie zabrania sobie głośnego potwierdzenia, tylko przeszywa go urażonym wzrokiem, zniechęconym, nieugiętym. Przeprosiny kwituje zadarciem podbródka o jeszcze kilka milimetrów. Zamiast mu odpowiedzieć, zamiast unieść się grzecznością i stwierdzić, że nic się nie stało, obraca się w kierunku blondyna i zawiesza na nim wzrok, jakby bezgłośnie pytała, czy ma wybaczyć jego niemądremu kompanowi. To zależy od niego. Ona nadal ma ochotę stąd wyjść i trzasnąć za sobą drzwiami, widać to po jej lekko zaciśniętych dłoniach i napiętej postawie, po tym, jak bardzo próbuje grać dumną, niemalże wyniosłą, tylko po to, by nikt nie dowiedział się, że w jakiś pokrętny sposób zależało jej na sympatii tego człowieka.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#14
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
36
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
17-01-2026, 19:27
Już miał na końcu języka dywagacje, że nie jest pewny, czy modliszkę da się skrzywdzić jednym rzutem butem—gdy wyjątkowo uświadomił sobie, co właśnie rozważał. W kontekście Titusa i Maelle. Titusa i Maelle. Najważniejszego i prawdopodobnie jedynego przyjaciela w jego życiu, oraz dziewczyny takiej jak on, której towarzystwo najpierw odciągnęło go od posępnych myśli pod Dotykiem Wili, a potem pozwalało wziąć oddech w trakcie stresującego rozwodu i samotnych miesięcy tuż po nim. Dziewczyny młodej i bezbronnej, bo Titus nie znał przecież ani jej historii ani jej ciętego języka (cóż, właśnie go poznawał). Nie poznawał teraz przyjaciela, ale ten przyjaciel...
...najwyraźniej nie znał go w ogóle? Krótkie tak przecięło ciszę jak szabla, a Titus patrzył na niego z taką pewnością siebie jakby naprawdę w to wierzył. Tak, miał go za kogoś kto... zrobiłby to i dziewczynie i przyjacielowi. Kogoś tak... jakim słowem to właściwie nazwać? Beznadziejnego? Allie mówiła mu, że był beznadziejnym mężem (słusznie); teściowie, że był beznadziejnym ojcem (prawdopodobnie słusznie, choć by tym gorszym im bardziej to powtarzali); matka ostatnio wytknęła mu, że był beznadziejnym synem; ale dopiero Titus zasugerował mu, że był też beznadziejnym człowiekiem.  A choć Ambrose zwykle próbował ignorować tamte inne głosy, to zwykle uznawał, że Tite miał rację.
Zupełnie skołowany, wzdrygnął się jakby zamiast krótkim "tak" dostał kolejny policzek od Dolly. Odwrócił wzrok i przegapił jak z Harrisona momentalnie ucieka cała pewność siebie, jak z nakłutego balonika. Patrzył na czerwone kalosze Harrisona ustawione w kącie. Ze dwa tygodnie temu wydawały się symbolem gościnności, ale teraz ich czerwień zdawała się z niego drwić i przypominać mu, że może powinien się wyprowadzić. Czy Titus poprosi o to wprost, czy powinien...
...Otworzył usta, ale zamiast unieść się honorem i to zaproponować (jak zamierzał) powiedział co innego:
- Nie mów tak o sobie. - wymamrotał machinalnie, słysząc, jak Titus nazywa się kretynem. Nigdy nie lubił tego słowa ani pokrewnych głupków i tak dalej. Gdy był dzieckiem, słyszał je często w odniesieniu do siebie. Potem wystrzelił w górę i zaczął grać w drużynie, ale Ślizgonom wciąż zdarzało się nazywać tak Titusa. Dużo się wtedy z nimi bili.
Nie jesteś kretynem, tylko wierzyłeś, wierzysz, że ja...
Nie ma sensu o tym myśleć. W ogóle ciężko mu było myśleć, czuł znowu jakby szumiało mu w skroniach, a żelazna obręcz zaciskała się na jego głowie; bardzo dawno się tak nie czuł, bo w dorosłości radził sobie o wiele lepiej z tego rodzaju przebodźcowaniem. Teraz wiedział, że pomogłoby zamknięcie się we wrzosowym pokoju albo odkurzenie dywanu, albo polatanie na miotle, ale do żadnej z tych rutyn nie miał dostępu. Wrzosowy pokój przejęły gobliny, dywan odkurzył wczoraj, no i padał deszcz.
Przepraszam zlewało się w jego uszach w jakiś chaotyczny pomruk, ale grunt, że Maelle to usłyszała. Ambrose zerknął na nią, jakby upewniając się, że jest cała i zdrowa i te słowa jej nie zraniły. Potem wbił wzrok w czerwone kalosze. Gdzieś przez mgłę dotarło do niego, że Titus przepraszał Maelle, ale nie jego, ale to nic, to nic, nie prosił o przeprosiny dla siebie. Skrzywił się dopiero, gdy Harrison powiedział, że nie wie co w niego wstąpiło. Nawet on przejrzał chyba to kłamstwo.
- Ja wiem. Po prostu masz mnie za... kogoś takiego. - odezwał się impulsywnie, chociaż powtarzanie tego na głos nie polepszało sytuacji. Albo może polepszało, bo teraz to przynajmniej było realne, a nie jakieś niedopowiedziane.
Niedopowiedziana była za to prośba Maelle. Uważnie studiując fakturę ściany, Ambrose przegapił jej pytające spojrzenie, a nawet gdyby nie przegapił, to raczej by go nie zrozumiał. Było mu wstyd, że ją tutaj zabrał, że to wszystko skończyło się tak nieprzyjemnie. Chyba też ją przeprosi, ale na korytarzu. Kątem oka zobaczył tylko jej zaciśnięte dłonie i ten sygnał zrozumiał, też chciał stąd wyjść.
Nawet Titus stąd wyszedł, roznosząc piach po całym mieszkaniu. Day odprowadził ścieżkę brudu wzrokiem, a grdyka lekko mu zadrżała gdy walczył z sobą, by nie chwycić za zmiotkę. Wbił dziwnie niepewny wzrok w drzwi kuchni, chyba chwilę walcząc też z sobą odnośnie tego, by nie iść za Titusem.
Ostatecznie rzucił jednak zaklęcie osuszające na płaszcze, swój i Maelle.
- Chyba przestaje padać. - rzucił ochrypłym głosem. - Mówiłaś, że jesteś głodna, chodźmy na... szarlotkę. - pamiętał, że ją lubiła; choć on nie lubił żadnej poza tą pieczoną przez matkę. Dzisiejsze spotkanie uświadomiło mu, że tym bardziej nie może zaprosić Maelle do Doliny Godryka; że jest frajerem bez nieruchomości, który nie może jej zaprosić nigdzie poza kawiarnią, więc zniesie przynajmniej niedobrą szarlotkę. I tak coś stracił apetyt. - Wrócę potem, chyba, że poznam po drodze jakąś nastolatkę i znajdę hotel. - rzucił w kierunku drzwi kuchennych z dziwną goryczą, a potem podał Maelle płaszcz i otworzył drzwi na klatkę schodową. Wolną dłonią sięgał już po paczkę papierosów, tych tańszych, tych, od których czasem łzawiły oczy.
- Ja też przepraszam. - mruknął do dziewczyny cicho. - Myślałem, że... nieważne. Co... zwykle robisz na poprawę humoru? - zapytał z troski i z trochę desperacji, bo jego własne możliwości chyba się wyczerpały. Kiedyś chyba wspominała, że seks na to pomaga, ale spojrzał na nią z milczącą prośbą by wskazała kolejną potencjalną opcję. Taką, która pozwoli mu nie myśleć o tym, o czym myślał dzisiaj Titus ani o tym, gdzie właściwie spędzić kolejne noce. Może faktycznie w hotelu? A może z dumą poczekać, aż to Harrison każe mu się wynosić? A może kupić kwiaty mamie?
Z nadmiaru opcji rozbolała go głowa, może (nawet niedobra) szarlotka na to pomoże.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#15
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
18-01-2026, 22:24
Skupienie się w obliczu smutnych oczu Ambrose’a i spiętej postawy młodej dziewczyny wydaje się obecnie zupełnie niemożliwe. Pewnie kiedy dotrze do niego jak właściwie zachowywał się jeszcze kilkanaście minut temu, kiedy odwinie w pamięci kasetę z mową szaleńca, pożałuje wszystkiego jeszcze bardziej, najbardziej żałując chyba swojej wybiórczo doskonałej pamięci. Dojdzie do niego, że chociaż czuł się podobnie tak liczne razy, nigdy nie zachował się podobnie w obliczu żadnej kobiety i że nawet lata temu – nie panując nad burzą rozszalałych hormonów – nie zachował się tak wobec tak niechcianej wizji pojawiającej się w jego głowie.
Harry, please don't understand me so fast – mówił Adams o twarzy Yula Brynnera, postać z Siedmiu Wspaniałych. Mówił to już nie tylko na wideo, bo i teraz, w głowie Harrisona. Powinien to powiedzieć i wytłumaczyć się przed przyjacielem.
Ambrose nie przejrzał jego kłamstwa, ale Harrison nie chce wyprowadzać go z błędu teraz, bo sama myśl o tym sprawia, że robi mu się niedobrze. Może to i lepiej, że tak myślał, bowiem wolał chyba, żeby partner brał go za każdego kolejnego faceta zazdrosnego o jego powodzenie, niż żałosnego, samotnego frajera, który był zazdrosny o jego towarzystwo.
Nie wspominając o chwytaniu się dziwacznej wizji, jakoby to Day chciał uwodzić kobiety w jego domu.
Gdyby nie wizja ta, wyszedłby z mieszkania. Albo chociaż z pomieszczenia. Nie próbowałby w pokrętny sposób zniweczyć planu, który zaistniał widocznie tylko w obdarzonej zbyt bujną wyobraźnią głowie. Prawdopodobnie nie doszłoby do tego gdyby najpierw myślał, a dopiero potem mówił – chociaż myśli wydawały się być w tamtym momencie tak samo nierozsądne, jak impulsywna gadanina.
- Będę, bo to prawda, nie lituj się - nie pozwala na obronę własnego zachowania.
Oddychaj – myśli, chociaż oddech jest przerywany, jakby próbował opanować płacz, chociaż oczy nie noszą obecnie żadnej oznaki wiosennej alergii. Zaczną nosić ją dopiero za kilka chwil, kiedy zostanie w domu sam, kiedy wypali w kuchni osiem papierosów. Nawet te nie uspokoją go jednak skutecznie.
Emocje przychodziły etapami, a potem rozstawały się z nim na miesiące. Zmęczony własnym kretyństwem rozważa już w głowie ucieczkę z domu na kilka dni – ale przecież to był jego dom i nie powinien traktować go jako zagrożonej strefy. Rozważa by spakować rzeczy Ambrose’a pod jego nieobecność i poprosić, by po prostu znalazł dla siebie inne miejsce.
Zamiast tego patrzą po prostu na siebie – Titus na Maelle, Maelle na Ambrose’a, Ambrose na kalosze.
Chyba też nie przyjąłby tych przeprosin, nawet jeżeli z przerażeniem w spojrzeniu nosi się z nadzieją na chociaż fałszywe zrozumienie. Ale co pozostawało tu do zrozumienia? Nie wyjaśni się przecież przy niej, wyjdzie na kretyna jeszcze większego niż kilka chwil temu. Zachował się… Nieadekwatnie, nawet jeżeli odczuwane emocje wydawały się zupełnie realne jeszcze kilka chwil temu. Nie przeprosił ponownie – połykając własny język. Nie odniósł się też do oskarżenia Day’a, tak samo jak nie odpowiedział nic na jego prowokującą obietnicę. Utknął po prostu zawieszony nad kuchennym blatem, bojąc się nawet spojrzeć przez ramię, kiedy wychodzili. Odwrócił spojrzenie tylko na chwilę, przez otwarte drzwi kuchenne widząc ubierające się postacie, a potem zamykające się drzwi.
Siedmiu Wspaniałych to sami twardziele. Na pewno załatwiliby to lepiej.
Zrolowany bilet ląduje w popielnicy. Spóźniłby się na seans, na który i tak nie miał już dziś ochoty.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#16
Maelle Seymour
Czarodzieje
watch me when i break and say it's paradise.
Wiek
21
Zawód
była kurtyzana, tancerka burleski
Genetyka
Czystość krwi
potomkini wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
5
OPCM
Transmutacja
11
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
18
Brak karty postaci
19-01-2026, 13:02
Podąża za spojrzeniem Ambrose'a do czerwonych kaloszy stojących nieopodal drzwi, ale nie rozumie ich symboliki ani powodu, dla którego właśnie one przykuwają teraz jego wzrok. Czai się za nimi komfortowe wspomnienie, w którym blondyn szuka pomocy i ukojenia szarpiących nim emocji, czy to zwykły przypadek, byle jaki punkt, w którym można na moment zatracić się z dala od rzeczywistości, w głębinie własnych myśli? Tkwi w tym swego rodzaju eskapizm, którego chciałaby być częścią, ale świadoma obecności w tle kajającego się Titusa nie próbuje wepchnąć się łokciami w samotnię myśli wyższego czarodzieja, a cierpliwie czeka, nawykła do niepopędzania mężczyzn, kiedy ci potrzebują chwili dla siebie. Nie dba o opinię Harrisona na temat jego przyjaciela, nie popisał się swoim intelektem ani wrażliwością, jednak martwi ją, jak boleśnie odebrał to Ambrose. Czuje podskórnie, że kwitnie w nim zgorzel poczucia zdrady, ten rozlewający się na wszystkie organy wewnętrzne jad, poddający w wątpliwość nie tylko relację, ale to, jak myślał o samym sobie, i za ten fakt ma ochotę strzelić Titusa w pysk. Naprawdę konieczne było podkreślenie, że miał o przyjacielu złe zdanie? Nie mógł sobie odpuścić? Zagryźć komentarza między zębami, przełknąć go z godnością jak wspinającej się w górę gardła treści żołądkowej? Takiego efektu szukał, zrzucając z ramion swój ciężar i pozwalając mu w zamian dopaść blondyna? Fantastyczna przyjaźń, oto ten nieoceniony człowiek, o którym tak często opowiada Ambrose.
Maelle żałuje, że nie jest modliszką.
Znalazłaby zdrożną, perwersyjną przyjemność w oderwaniu mu głowy.
Na szczęście Harrison czuje pismo nosem, bo znika w kuchni, nie podjudzając więcej nieporozumień i kolczastych emocji trawiących salon w kawalerce. Ciche echo kroków zwiastuje jego oddalenie się, ale ćwierćwila nie odwraca się, by odprowadzić go wzrokiem, zamiast tego nieustannie zerkając ku górującemu nad nią czarodziejowi. Zakłopotanemu, zdeprymowanemu, widać to jak na dłoni; oboje wyobrażali sobie dzisiejsze spotkanie inaczej, ale jego rozgoryczenie musi być znacznie cięższe. Płaszcze w mig wysychają pod wpływem rzuconego przezeń czaru, Maelle odbiera odzienie od Ambrose'a i narzuca je na siebie, zadowolona, że nie muszą dłużej tu przebywać. Samotność powinna być dobrą karą dla Titusa za zwątpienie, jakim dziś obdarzył tymczasowego współlokatora.
- Z dużą ilością bitej śmietany i zawijasami z czekoladowej polewy - zgadza się miękko na jego propozycję, a kiedy znajdują się już poza mieszkaniem, na klatce schodowej, bez pytania o pozwolenie wsuwa się pod ramię blondyna i otacza ramionami jego pas. Nie ma w tym lubieżności, o jaką podejrzewał ich drugi magipolicjant, jedynie czułość wynikająca z przyjaźni i wzajemnego zrozumienia oraz zaskakującego szacunku, który potrafili między sobą stworzyć. Teraz wtula się ufnie w sylwetkę Day'a, bo sądzi, że ten może tego potrzebować. Zresztą nawet jeśli nie, to chciałaby jakoś go pocieszyć. Wzbierająca w gardle mężczyzny odraza na wspomnienie hotelu i nastolatek sprawia jedynie, że ćwierćwila mocniej do niego przylega, a jej głowę przecina myśl, jak proste by to było - wspiąć się teraz na palce stóp i sięgnąć po jego wargi dokładnie tak, jak umyślił sobie Harrison. Miałby to, czego oczekiwał, podałaby mu na tacy dowód na poparcie bzdurnej tezy co do charakteru przyjaciela. Nie robi tego jednak, bo małostkowa chęć zemsty na tym człowieku nie jest warta wykorzystywania do tego poczciwego i prostodusznego Ambrose'a. - Nie masz za co przepraszać - mówi łagodnie, w niczym jej nie zawinił. Przeciwnie, bronił jej jak lew, mimo tego kim była w przeszłości i co nadal robi, jak frywolna pozostaje. - Nie wracaj dziś do niego - wzdycha i sięga po dłoń blondyna, kiedy schodzą schodami ku drzwiom frontowym kamieniczki. Intensywność deszczu faktycznie przygasa, może nawet nie dotrą do kawiarni wyglądając jak zmoknięte do cna szczuroszczety? - Zostaniesz na noc u mnie, prześpisz się na kanapie. Po szarlotce zabieram cię na tańce - oznajmia, a na jej twarzy rozkwita kapryśny, pokrzepiający uśmiech. Zasługują na trochę szaleństwa i normalności po dramaturgii, którą zastali w męskim mieszkaniu. - Nie do Domu Jedwabiu, nie martw się - dodaje i przewraca oczyma, bo wie, jak szybko Day byłby gotów zaprotestować. Nadal nie do końca pojmuje kanwy teatru, którym jest jej obecna praca; spektaklu kostiumów, zmysłowości, ciała i ruchu. - Do klubu z muzyką na żywo, gdzie jest głośno, tłoczno i gdzie o wszystkim da się zapomnieć - zapowiada z wabiącą emfazą i wyciąga Ambrose'a na łzawiące deszczem podwórze.

zt x3?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): « Wstecz 1 2


Skocz do:

Aktualny czas: 02-02-2026, 09:15 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.