• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Organizacja > Akta postaci > Zaakceptowane > Czarodzieje > Ambrose Day
Ambrose Day
Obrazek postaci
Dusza
Personalia rodziców
Dolores Day i Harold Day (prawdziwe: nieznane)
Aspiracje
zaoszczędzić na dobry start w życiu dla dzieci
Amortencja
czarna kawa, szare mydło, sucha słoma
Różdżka
Sztywna, 13 cali, pióra abraksana, drewno kasztanowe
Hobby, pasje
praca, Quidditch
Bogin
Titus w więzieniu
Umysł
Data urodzenia
15 maja 1925
Miejsce urodzenia
Dolina Godryka
Miejsce zamieszkania
Dolina Godryka
Język ojczysty
angielski
Genetyka
Potomek wili
Ukończona szkoła
Hogwart, Gryffindor
Zawód
magipolicjant
Czystość krwi
Czysta
Status majątkowy
Stabilna sakiewka
Ciało
37
191
87
Wiek
Wzrost
Waga
jasnoniebieski
jasny blond
Kolor oczu
Kolor włosów
Budowa ciała
wysoki i dobrze zbudowany mężczyzna, zwykle wyprostowany jak struna i poruszający się pewnie i szybko, z manierą byłego sportowca
Znaki szczególne
bardzo jasne oczy, konwencjonalnie przystojny typ urody, zwracający uwagę płci żeńskiej
Preferowany ubiór
mundur (idealnie wyprasowany), na co dzień białe koszule i beżowe spodnie (idealnie wyprasowane)
Zajęty wizerunek
Paul Bettany
Obrazek postaci

1925-36 - dzieciństwo w Dolinie Godryka 

A nie mówiłam, że jesteś wyjątkowy? 
Mama powtarza tak, ilekroć zrobię coś dobrze (rzadko) lub ilekroć skomplementuje mnie jakaś z jej koleżanek (często). Odkąd pamiętam, jest nas tylko dwoje: ja i ona, w niewielkim domu w Dolinie Godryka. Ogródek jest pedantycznie zadbany, mama uprawia tam zioła i sprzedaje je za dnia. Nocami na naszym parapecie lądują sowy, a mama znika z trzaskiem teleportacji. Jest akuszerką i zawsze wraca zmęczona, ale chyba zadowolona, choć czasami ze śladami krwi na rękach. Nie lubię, gdy znika. Nie lubię zostawać samemu w ciemności i nie lubię dźwięku sowich skrzydeł. Nie lubię niektórych ludzi, którzy proszą ją o pomoc—jedni są naszymi sąsiadami i mają uśmiechy na twarzach, ale inni zwracają się do niej z innych zakątków Anglii, a ona obiecuje im dyskrecję i wręcza mikstury i szepcze tak, żebym nic nie usłyszał. 
Nie będę też lubił też natrętnej i nachodzącej mnie myśli, że z którejś nocy wróciła do domu ze mną, ale na szczęście na to wpadnę dopiero, gdy będę już starszy. Nie jestem do niej podobny, co często wytykają nam inni (bardzo tego nie lubię): mama jest niziutką, korpulentną brunetką, której cera brązowi się po pracy w ogródku. Z biegiem lat orientuję się, że nikt nawet w przypływie hojności nie nazwałby jej urodziwą. Moje włosy są srebrzyste, cera blada, a oczy jasne. Od dzieciństwa wiadomo, że wyrosnę na wysokiego chłopca, a każda kobieta nazywa mnie przystojnym. Mama z dumą opowiada sąsiadkom, że moja magia objawiła się wcześnie, porządkując rozsypane przez dziecko sąsiadów klocki w symetryczne wzory. I że jestem grzecznym, posłusznym, wyjątkowym dzieckiem. 
Często pytam o ojca i o to, dlaczego nie mam rodzeństwa, ale mama chyba nie lubi o tym mówić. Na przestrzeni lat słyszę zresztą kilka wersji losów nieobecnego w naszym życiu Harolda Day. Gdy bawię się ołowianymi żołnierzykami, dowiaduję się, że ojciec bohatersko zginął na wojnie (ale mama nie mówi, na której). Gdy próbuję pogłaskać konia sąsiadów, dowiaduję się, że ojciec spadł z aetonana, którego hodował w naszej (odkąd pamiętam pustej) przydomowej stodole. Stodoła stoi zaniedbana. Sąsiedzi pomagają mamie w zamian za jej zioła i usługi, to trudno jej oporządzać rodzinny dom samej. Została moją mamą gdy była już w średnim wieku, a dziadkowie nie żyją, więc od dzieciństwa pomagam jej ja.
Gdy zmierzamy na Pokątną i dopytuję o mugolskie pojazdy, okazuje się, że ojca przejechał jeden z nich. Udaję, że wierzę w każdą z tych historii, bo mama przekonująco się wtedy uśmiecha, ale nie wiem czy chce mnie przekonać do swojej wersji wydarzeń czy do tego, bym nie robił nic ryzykownego.
Któregoś razu w przypływie kapryśnej przekory zrywam jedno z ziół z ogródka (tych, które mama wkraja do swoich mikstur i które w nadmiarze potrafią bardzo zaszkodzić) i długo obracam je w palcach—ale matka po prostu mi je wyrywa, zamiast uraczyć mnie historią o ojcu, który zjadł toksyczną roślinę. Może wie, że i tak brzydziłbym się ją zjeść, bo dotykała ziemi.
 

1936-43 - Hogwart 

A nie mówiłam, że w Hogwarcie znajdziesz przyjaciół?
Mama zachęca mnie tak, odkąd otrzymałem list. W Dolinie Godryka nie jestem lubiany wśród kolegów. Mówią, że jestem dziwny. Nie lubię błota ani pobrudzonych ubrań. Kiedyś pobiłem się z jednym chłopakiem, bo przesunął moje idealnie poukładane kredki. Nie zapraszają mnie do zabawy nawet pomimo tego, że najlepiej latam na miotle dziecięcej—mama jakoś nie umiała mi odmówić nowego modelu. 
Lubią mnie za to koleżanki, ale ja nie lubię dziewczęcych zabaw, bo są głupie.
W Hogwarts Express próbuję nie zwracać na siebie uwagi, ale to nigdy nie wychodzi. Szybko otacza mnie kilka dziewczyn, które pytają o Dolinę Godryka i chichoczą. Tracę ochotę do rozmowy.
Chwilę spokoju mam dopiero w dormitorium Gryffindoru, do którego przydzieliła mnie Tiara. Mam dzielić piętrowe łóżko z chłopcem o okropnie nieułożonej fryzurze. Gdyby moje włosy tak wyglądały to mama dałaby mi klapsa (ale moje włosy układają się praktycznie same). Mam ochotę mu to powiedzieć, ale mama kazała mi szukać przyjaciół, więc heroicznie gryzę się w język i po prostu się przedstawiam. Nie za bardzo wiem, o czym rozmawiać, ale Titus Harrison ma dużo pytań i bujną wyobraźnię i przez jeden wieczór nie wypomina mi, że jestem dziwny.
Przy śniadaniu nieskutecznie maskuję złość, bo jajka nie są podane symetrycznie ani ugotowane tak, jak trzeba. Titus nadal jednak nie uznaje, że jestem dziwny, więc od tej pory trzymamy się razem.
 
A nie mówiłam, że będziesz gwiazdą?
Od pierwszego roku w Hogwarcie zachłannym wzrokiem śledzę rozgrywki Quidditcha i uwielbiam lekcje latania (może dlatego, że ojciec nie spadł z miotły w żadnej z historii opowiadanych przez mamę). W powietrzu czuję się wolny—od niepokoju i irytacji, od poczucia inności, paradoksalnie nawet od cudzych spojrzeń. W teorii wiem, że im lepiej latam tym więcej osób na mnie patrzy… ale w powietrzu wmawiam sobie, że widzą moją miotłę i czerwono-złote barwy mojego domu, a nie wlepiają oczu w moją twarz czy włosy. 
Czasem chciałbym być niewidzialny i choć nigdy mi się to nie uda, to w powietrzu mogę w to wierzyć.
Rozgrywki w szkolnej drużynie Quidditcha stają się moim celem, choć pomimo oczywistego talentu osiągam go dopiero po kilku latach, gdy jestem już odpowiednio wysoki i silny do roli pałkarza. Nawet zanim mnie przyjmą, ćwiczę jednak wytrwale. Jestem wysoki jak na swój wiek i dość silny (pomagałem mamie z każdym męskim obowiązkiem w prowadzeniu domu, a przeważnie to dużo noszenia ciężkich rzeczy), więc nadaję się na pałkarza i doskonale mi to odpowiada. Widzę boisko w specyficzny sposób, wyobrażam sobie tory lotów i kąt nachylenia pod którym odbijać piłkę. Dziwię się, że inni tak do tego nie podchodzą i denerwuję, gdy łamią reguły gry. Zdenerwowany, uderzam wtedy pałką mocniej, a trener mówi, że agresja jest w tej roli dobra. 
Z biegiem czasu wszyscy w dormitorium wiedzą już, że większość czasu spędzam ze starszymi kolegami jako wolontariusz w ich ćwiczeniach na miotle, chcąc nauczyć się jak najwięcej. Do sportu podchodzę metodycznie, wierząc, że dobra gra i bycie dobrym graczem mają swoje reguły. Podoba mi się rywalizacja, więc zapisuję się do Klubu Pojedynków i przykładam do lekcji uroków i obrony przed czarną magią. Lubię też eliksiry, bo też mają klarowne zasady. Zielarstwo jakoś toleruję, a opieki nad magicznymi stworzeniami się boję, ale nikomu się nie przyznaję.
Po treningach Quidditcha i magicznych pojedynków często chodzę posiniaczony, co bardzo mi odpowiada. Gdy wracam do Hogwartu z wakacji i ferii u mamy nikt nie zadaje mi już durnych pytań o nowe siniaki. Wszyscy zakładają, że dużo wtedy ćwiczyłem. Dziewczyny, o dziwo, uznają te szramy za urocze.

A nie mówiłam, że przystojny z ciebie chłopiec?
O tym, że jestem potomkiem wil orientuję się jakoś na piątym roku, gdy jestem już pałkarzem w drużynie Gryffindoru. Najpierw myślę, że koleżankom imponuje moja pozycja i wkład w reputację naszego domu, ale chwilę zajmuje zorientowanie mi się, że to ja się im podobam.
Trochę dłużej zajmuje mi zorientowanie się, że mogę to wykorzystać. Czasem nie mam pojęcia, co powiedzieć, ale moje słowa i tak zostają odebrane pozytywnie. Nauczycielki przymykają oko na moje niedociągnięcia, a po bójce z Titusem jedna z nich obwinia o wszystko jego, ale nie mnie. Po tamtej bójce koleżanka próbuje rozmawiać ze mną o Balu Zimowym, a ja—bo nadal mi głupio—uśmiecham się i sugeruję, żeby dała się zaprosić Titusowi. Wtedy mam już pewność, choć dojrzewałem do myśli o swojej wyjątkowości dość długo. Na logikę wiem, że to ja się jej podobam i że nigdy nie zerkała nawet na Titusa. Ale ona się zgadza, choć jej oczy są jakieś nieobecne, a do mnie dociera, że jest w tym coś nienaturalnego, ale zarazem zupełnie naturalnego—jakbym po prostu miał to we krwi.
Od tamtej pory zaczynam to wykorzystywać. Uczę się uśmiechać na zawołanie i wymyślać odpowiednio czarujące słowa. Pomaga mi myślenie o tym jak o grze, której zasady ustalam ja sam. Najpierw chcę po prostu to zrozumieć, bo drażnią mnie rzeczy, których nie rozumiem, a dojrzewanie przyszło niespodziewanie. Z czasem poczucie władzy trochę uzależnia, a coraz większa świadomość własnego uroku skłania mnie do testowania jego granic. Zawsze wydawało mi się frustrujące, że wśród chłopców nie byłem lubiany, a wśród koleżanek bardzo: czyje zdanie o sobie brać za prawdę? I czy ma to znaczenie, skoro mogę nagiąć ich zdanie?
Gdy pierwszy raz okłamuję w kwestii zadania domowego panią profesor - dość kiepskim kłamstwem i z bardzo szerokim uśmiechem - wiem już, jak niesamowity jest ten rodzaj magii. Nigdy nie chciałem być wyjątkowy, a w szkolnej bibliotece z ciekawością czytam o potomkach wil (i odpycham myśl o tym, że moja mama na pewno do nich nie należy—zatem skąd mnie wzięła?) i porównuję wiedzę z własnym odbiciem w lustrze. Postanawiam wycisnąć z tego jak najwięcej. Nie mam zresztą skrupułów, matka od małego mówi mi okropne rzeczy o kobietach (jako dorosły zastanawiam się, dlaczego tak często nazywa je brzydkimi słowami; jako dziecko po prostu jej wierzę), a zachowanie niektórych koleżanek zdaje się potwierdzać jej tezy.
Coraz więcej czasu spędzam też na boisku, wierząc, że Quidditch to coś prawdziwie mojego. Jestem, nieskromnie mówiąc, świetny, pewnie dzięki ciężkiej pracy. To przekonuje do mnie kolegów z drużyny i w ogóle Gryffindoru. Zachłystuję się podziwem: najlepszy pałkarz, najprzystojniejszy w drużynie… 
Zniecierpliwiony pytaniami o to, jaka dziewczyna mi się podoba, wybieram tą, która najgłośniej mi kibicuje i jest konwencjonalnie najładniejsza. Allie (prawie wszyscy zdrabniają tak imię Rosalie, na jej życzenie, więc i ja daję się przekonać) i Ambrose, śliczna para z Gryffindoru. Z kaprysu odbijam ją zazdrosnemu o moje sukcesy na boisku Ślizgonowi, a chociaż nadal jestem nielubiany to jestem podziwiany i mam wszystko pod kontrolą. 

1943 - wczesny ślub

A nie mówiłam, że na dziewczęta trzeba uważać? 
Kończę Hogwart i cały świat jest przede mną, kontrakt w jednej z drugoligowych drużyn Quidditcha w Somerset też jest przede mną. Spędzamy z Titusem wakacje, dzieląc czas pomiędzy pracę w Szkocji i beztroskę u mojej mamy (znaczy, wciąż muszę pomagać jej w obowiązkach domowych, ale to akurat przyjemność). Całe życie stoi przed nami otworem, a ja nie mogę doczekać się aż będę gwiazdą—będę gdzieś należeć, będę lubiany… i zarazem będę w przestworzach, więc będę bezpieczny. 
Mama ostrzega mnie, że kobiety są niebezpieczne i że będą chciały to wszystko wykorzystać—moją przyszłą sławę, majątek (już w myślach liczę pieniądze gwiazd) i pozycję—ale macham na to ręką. 
We październiku okazuje się, że miałem rację i żadna fanka mi jednak nie zagrozi, ale że mama też miała rację i na kobiety jednak trzeba uważać. Jedna pomyłka—tamta czerwcowa impreza Gryfonów w stodole rodziców Allie, koniak z kolekcji jej rodziców, dziury w pamięci, ból głowy i wspólny poranek—wystarczy bym już nic nie miał pod kontrolą. 
O ciąży Allie dowiaduję się z listu, a o konieczności ślubu od zezłoszczonego przyszłego teścia. Kończy się ostatnie beztroskie lato, a ja czuję się jak spadająca gwiazda. Na wieczorze kawalerskim są tylko Titus oraz ojciec i brat Allie. Bezskutecznie namawiają mnie do tknięcie zagranicznego koniaku, którym handluje teść. Rodzina Allie jest zamożniejsza od mojej, co na każdym kroku teściowie daje mi odczuć, ale to nic, mówią, bo mam potencjał i będę przecież sławnym sportowcem.
Na ślubie zachowuję pokerową minę gdy Allie płacze ze wzruszenia, a matka rzewnie szlocha. Chyba się nie lubią.
Na weselu orientuję się, że Allie zawsze miała mocniejszą głowę ode mnie i chyba też już jej nie lubię.

1944 - narodziny dzieci

A nie mówiłam, że ona będzie beznadziejną matką?
Matka ciągle krytykuje Allie, ale teściowie i żona i nawet mama ciągle krytykują mnie. Zaczyna się jeszcze zanim bliźnięta (syn i córka) pojawiają się na świecie. Allie przez pół godziny tłumaczy mi różnicę między lawendowym i fioletowym, zupełnie jakbym ich nie rozróżniał, więc z czystej przekory maluję dziecięcy pokój na wrzosowo. Nie mam pojęcia, jak zajmować się dziećmi, mam dopiero dziewiętnaście lat. Wydają się kruche i nieprzestrzegające żadnych reguł i pełne potrzeb. Nie rozumiem, jakim cudem mama zajmowała się mną sama, choć właściwie czasem chciałbym zostać z nimi sam. Wokół wciąż kręcą się mama i Allie i teściowie i ilekroć próbuję pomóc, podobno robię to źle. Jestem ojcem za mało zaangażowanym. Gdy próbuję się zaangażować, to za bardzo zaangażowanym. Nieczułym. Za mało surowym. Syn jest niegrzeczny, więc powinienem dać mu klapsa. Nie potrafię dać mu klapsa. Dzieci podrastają, a teść i mama każą mi dać im klapsa żeby nie były rozpieszczone i wyszły na ludzi, ale nie potrafię. Gdy dwuletni syn zbija wazon, teść sam chce go zbić, ale ja szybciej daję mu w szczękę i potem wyprowadzamy się z domu teściów do mniejszego mieszkania w Londynie. Jest za małe dla Allie, więc po jakimś czasie muszę przeprosić teścia, żeby dołożył się do większego mieszkania, w którym zostaniemy na kolejne lata.

1944-1946 - Kariera jako pałkarz


Uciekam w pracę. Boisko jest przewidywalne, rozumiem za co trener mnie (rzadko) krytykuje, a w trakcie jednego z meczy dostrzega mnie łowca talentów i po kilku miesiącach otrzymuję kontrakt jako rezerwowy Srok z Montrose. Pałkarze często są kontuzjowani, więc coraz częściej wchodzę na boisko i jestem wschodzącą gwiazdą. Czarownica nazywa mnie co prawda najprzystojniejszym graczem, a nie najlepszym, ale może to kwestia czasu. 
W domu Allie coraz częściej czegoś ode mnie chce, więc coraz częściej używam uroku, żeby dała mi spokój, choć czasem działa to odwrotnie. Wiem już, zresztą że urok nie jest odpowiedzią na każdy problem (niestety). Gdy za plecami Titusa odwiedzam jego byłą narzeczoną i próbuję skłonić by do niego wróciła, wszystko idzie jakoś nie tak. Po namyśle muszę przyznać, że magia drzemiąca w mojej krwi okazała się jednak słabsza od steku wyzwisk jakimi w nagłym przypływie złości obrzuciłem tamtą niewdzięczną dziewuchę. 
Allie też wydaje się tym odporniejsza na urok, im częściej się kłócimy.
Wreszcie uciekam się do mocniejszych środków by mieć spokój w niechcianym małżeństwie. Okazuję więcej uwagi jednej z fanek, a potem sugestywnie obejmuję ją po meczu, w błyskach aparatów Czarownicy. W moje usta wpija się już sama, czasem działam tak na kobiety, a Allie jest wściekła. Awantura trwa krótko, ciche dni rozkosznie długo. 
Przez kolejne lata kontynuuję karierę i przez jakiś czas czuję się gwiazdą.

1946 - Kontuzja i zaginięcie dziecka 

Tyle, że w końcu zderzam się z ziemią, tym razem już niemetaforycznie. Kontuzja po upadku na miotle eliminuje mnie z sezonu letniego. Treningi nie są już wymówką do przebywania poza domem, a teść z satysfakcją wypomina mi brak pieniędzy i organizuje fuchę. Mam trenować dziecięcą drużynę Quidditcha, synów jego zamożnych kolegów. Frustruje mnie, że młodzi zawodnicy nie rozumieją gdy każę im skręcać dokładnie pod kątem trzydzieści pięć stopni; ich frustruję ja; ich rodziców frustruje brak dobrej atmosfery. Matki rozbrajam uśmiechem i komplementami, w które wierzą, ale niestety sportem interesują się też ojcowie. 
Jestem na granicy utraty tej pracy i szukania miejsca w gorszej drużynie, bo do Srok nie wrócę po tej przerwie… gdy coś okazuje się ważniejsze niż praca.
Dziecko się zgubiło — szlocha Allie, a mi dobrą chwilę zajmuje zrozumienie, że naprawdę zgubiła nasze dziecko. W centrum Londynu. Niedaleko mugolskiej dzielnicy. Bo zajmowała się drugim dzieckiem, ale ja podejrzewam, że zajmowała się raczej ładną apaszką na wystawie.
Po fakcie zrozumiem, że chyba powinienem był wtedy zgłosić do magipolicji, ale w pierwszej chwili do głowy przychodzi mi tylko jedna osoba, która mogłaby mi pomóc w mugolskiej dzielnicy. Dobijam się do mieszkania Titusa, z którym jakoś rozluźnił mi się kontakt, ale mam adres z listów. 
Moje dziecko odnajduje się na mugolskiej komendzie policji, podobno ktoś je tam odprowadził, ale szczegóły mi umykają. Podobno nic się nie stało, ale wyobraźnia (do tej pory nie sądziłem, że mam bujną wyobraźnię) podpowiada mi najgorsze scenariusze. Po powrocie do domu nie odzywam się do Allie, wściekły i zarazem zdekoncentrowany każdym niebezpieczeństwem, jakie nagle widzę w mieszkaniu. Chowam noże, przekładam bahanocyd na najwyższą półkę i wylewam perfumy żony do zlewu. O bezpieczeństwo dzieci będę irracjonalnie niespokojny przez kolejne lata.
 

1947 - początek kariery w magipolicji 

A nie mówiłam, że koledzy mają na ciebie zły wpływ?
Na spokojnie dociera do mnie, jak szybko Titus znalazł zaginione dziecko i zaczynam go podpytywać o jego pracę w magipolicji. Po kilku tygodniach oznajmiam niedowierzającej żonie i wściekłemu teściowi, że rzucam bycie trenerem i nie wrócę do profesjonalnej gry w Quidditcha. Zapisuję się na szkolenie w magipolicji. Nawet mama jest zszokowana, że jednak nie chcę zostać gwiazdą sportu. Kłamię rodzinie, że kontuzja mi to uniemożliwia, choć całkowicie doszedłem do siebie.
Magipolicja to reguły i zasady i tony biurokracji i papierkowej roboty. Jestem zachwycony! Podczas długiego szkolenia i stażu chłonę wiedzę i łatwo mi się skupić. Jedyny problematyczny aspekt to jeszcze bardziej bezpośrednia niż w Quidditchu praca z mężczyznami (jak zwykle jakoś ich drażnię, może moją dbałością o detale), ale daję radę. Żeby uniknąć jakichkolwiek plotek o moim pochodzeniu (gracze Quidditcha mogą być przystojni, magipolicjanci budzą pewnie więcej pytań) farbuję włosy na ciemniejszy kolor i próbuję wmówić wszystkim, że ściemniały przez jesień; przestaję flirtować z dawnymi fankami i skupiam się na rezultatach. Drażni mnie dopiero mój pierwszy partner, ale na szczęście niedługo po zakończeniu mojego stażu Titus wraca do Londynu po kilkuletniej pracy w Manchester i po jakimś czasie komendant pozwala nam pracować razem. Podobno nasza praca jest prozaiczna, ale mi to odpowiada. W rozmowach z cywilami Titus zgrywa dobrego magipolicjanta, a ja złego, bo mężczyzn łatwo mi zastraszyć posturą i pokerową twarzą… chyba, że rozmawiamy z kobietami. Pomagam sobie wtedy trochę urokiem, uśmiecham się serdecznie i nagle wzbudzam ich zaufanie.
Byłbym wzorowym magipolicjantem gdyby nie błędy, które znajduję w papierach Titusa i gdyby nie mój teść, ciągle wypominający mi niższe zarobki. Chwilę zajmuje mi przyswojenie, że to wcale nie błędy w biurokracji, a mój przyjaciel kradnie zamiast być kiepskim z matematyki… ale nie doniósłbym przecież na Titusa (na każdego innego tak). Zwłaszcza, że przyjaciel pokazuje mi jak proste jest pouczenie cywila w zamian za połowę mandatu w gotówce. To wbrew regułom, ale jesteśmy ostrożni i tak mijają kolejne lata. Mam lepszą głowę do zasad i papierów od Titusa, więc z coraz większym zaangażowaniem interesuję się prawem—zwłaszcza handlowym—żeby wiedzieć, kiedy można je nagiąć. Dzięki pamięci do szczegółów uczę się też na własnym doświadzeniu jak naginać raporty lub pozbywać się pewnych dowodów, by łapówki szły sprawniej. Jesteśmy ostrożni, nie rzucamy się na grube ryby tylko na płotki i lubię wierzyć, że mamy własny kodeks—nie spartaczyłbym śledztwa w sprawie morderstwa, ale w sprawach bardziej błahych… czemu nie? Moje dzieci mają dzięki temu lepszą wyprawkę na Pokątnej, moja mama pieniądze na remont kuchni i nie muszę prosić teściów o pieniądze. 
Allie i jej rodzice nie potrafią mi wybaczyć, że rzuciłem karierę sportową, a to sprawia, że każdy dzień w magipolicji przynosi mi dodatkową satysfakcję. Poza tym, to nie tak, że jesteśmy całkiem skorumpowani (okropne słowo). Mamy całkiem sporo realnych sukcesów! Gdy rozmawiamy z ludzi, którym pomogliśmy (czasem płaczą ze wzruszenia, a czasem z żalu i to okropnie problematyczne; pomimo smutku zasłużyli jednak na odpowiedzi), w głębi duszy czuję zupełnie szczerą satysfakcję. 
Uciekam w pracę od mojej rodziny, a odkąd dzieci znajdują się w Hogwarcie—robię to jeszcze częściej. Niespokojnie obserwuję potomstwo jedynie w wakacje, ale z każdym rokiem z ulgą przekonują się, że chociaż syn i córka są jasnowłosi i w jakiś sposób piękni to nie przyciągają już tylu spojrzeń co ja w ich wieku.
W wolnych chwilach latam na miotle, by nie zaniedbać szkolonych przez lata umiejętności, a w pościgach za przestępcami w powietrzu nie mam sobie równych. Gdy Titus przez rok pracuje w Edynburgu, ze znudzenia (tak sobie mówię, ale w głębi duszy chcę być gotowy w razie gdyby Harrison znów oberwał na akcji niebezpiecznym zaklęciem, bo właśnie przez kontuzję zniknął z Londynu) zapisuję się na doszkalanie z zakresu pierwszej pomocy, a potem na kurs z teleportacji łącznej. Nauka zajmuje mi większość wolnego czasu (i doskonale, w domu jest mnie jeszcze mniej, a Allie tłumaczę, że to dla bezpieczeństwa rodziny, na przykład jakby jakieś dziecko znowu się zgubiło—nie docenia tej argumentacji). Kurs jest wymagający, przede wszystkim dlatego, że poważnie podchodzę do ryzyka rozszczepiania—jestem jednym z kursantów, którzy znają wszystkie niebezpieczeństwa i skutki uboczne każdego teoretycznego przypadku—ale po jego ukończeniu zdaję pierwszy stresujący egzamin w moim życiu (te w Hogwarcie odpuszczałem, wiążąc przyszłość ze sportem). Umiejętność przydaje się w pracy, zwłaszcza gdy trzeba przetransportować kogoś na posterunek wbrew jego woli, ale do tej pory używam jej rozważnie, niechętny zbędnemu ryzyku.


1960 - konfrontacja z "matką" 

A nie mówiłam, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła?
Przez lata próbuję wypierać myśl o tym, kto tak naprawdę był moimi rodzicami i jak znalazłem się w domu swojej mamy, ale podejrzenia uporczywie powracają. Na burdel o nazwie Dotyk Wili trafiam przypadkiem, wyłapując brakujące przecinki w raporcie Chrisa, dawnego partnera Titusa z czasów gdy ja jeszcze się szkoliłem (nie znoszę Chrisa i jego raportów). Najpierw zastanawiam się, czy nazwa to metafora, ale potem postanawiam to sprawdzić - w mundurze, chociaż po godzinach. Wypalam jednego papierosa za drugim, obserwując mężczyzn w pomiętych koszulach. Co jakiś czas otwierają się drzwi i widzę za nimi kobiety o srebrzystych włosach albo profile młodzieńców (!) równie przystojnych jak ja. Mimowolnie gryzę papierosa, zastanawiając się jak rozwiązałbym podobną sprawę na komendzie. Wyobrażam sobie problem w niezbyt legalnym przedsiębiorstwie i dyskretną akuszerkę, którą można wezwać w środku nocy. Pamiętam trzepot sowich skrzydeł i zakrwawione dłonie mamy (mamy?). Żałuję, że nie poszedłem tu z Titusem, bo on wyobraziłby sobie więcej. A potem cieszę się, że tu z nim nie poszedłem, bo rozsądek podpowiada mi, że w aktach sprzed ponad trzydziestu lat nie ma ani nazwisk ani bezimiennych chłopców i że nikt pewnie nie trzyma tu akt (za co chętnie wypisałbym mandat, ale takie przedsiębiorstwa mają układy z postawionymi wyżej ode mnie). Rozsądek podpowiada mi, że niedaleko płynie Tamiza, wygodny i łatwy sposób na pozbycie się problemów. 
Ściskam papierosa tak mocno, aż palce mi bieleją, zastanawiając się czy powinienem teleportować się do mamy po to by spytać czy moja matka była dziwką w Londynie, czy może po to by z wdzięcznością zjeść niedzielny obiad, ale od dylematu wybawiają mnie odgłosy awantury. Choć spodziewam się tu mężczyzn, głosy są kobiece i głośne i jest po dwudziestej drugiej, a nic nie uspokaja mnie tak jak mandaty. W zaułku widzę elegancką kobietę i dziewczynę niewiele starszą od mojej córki, ale jeszcze piękniejszą (a tylko moją córkę uznaję za piękną, a nie konwencjonalnie ładną). Przez chwilę jestem zaskoczony tym wnioskiem aż nagle rozumiem. Przekonuję starszą z kobiet do odejścia (mógłbym samym mundurem, ale śpieszy mi się), pytam nieznajomą czy jest wilą, a potem pierwszy raz w życiu wypalam papierosa z kimś podobnym do siebie.
Nie mogę odwlekać rozmowy z mamą w nieskończoność, więc w końcu stawiam się na niedzielny obiad. Nad zupą wspominam o tym, że prowadzę śledztwo przy domu publicznym z wilami, czy mama wie co to są wile?, ale mama blednie, a mnie zupa staje w gardle. Niezbyt umiem ją okłamywać, więc w zamian—pierwszy raz w życiu, choć ulegała moim nieświadomie uroczym prośbom o dziecięce miotły—świadomie rzucam na nią urok. 
Biorę głęboki wdech, zastanawiając się, co mi powie—że bez niej skończyłbym w sierocińcu lub w Tamizie? A może, że się mylę, że przecież jesteśmy do siebie podobni? Wiem, że nie i wiem, że do Harolda Day też nie jestem podobny, widziałem przecież jego zdjęcia. A może powie mi, że mam zbyt bujną wyobraźnię z tymi burdelami, że po prostu wydarła mnie z ramion jakiejś martwej ćwierćwili i to jest cała prawda? Albo, że Harold Day miał z jakąś romans? 
Możliwości jest tak wiele, każda budzi gorycz i niepewność. Gdy mam spytać o siebie, opuszcza mnie jednak odwaga i po raz setny w ciągu życia (ale po raz pierwszy od dzieciństwa) pytam o ojca.
Mama—jakimś dziwnym, zduszonym tonem—mówi, że ojciec mnie nie chciał gdy pojawiłem się w domu, a ona bardzo, bardzo mnie chciała, więc jedno z nas musiało zniknąć.
Milczymy bardzo, bardzo długo, urok opada, a ja rozmyślam o toksycznych ziołach w jej ogródku i nie chcę pytać już o nic więcej. Mama robi herbatę i odzyskuje opanowanie, a ja wiem już, że znajdzie kolejne piękne słowa by to wytłumaczyć. Może ojc—jej mąż, nie ojciec—ją bił, a może skrzywdziłby mnie, może się bała. Szkoda tylko, że pytałem już o niego sąsiadów i w ich opowieściach wydawał się łagodny i sympatyczny. Pewnie był sympatyczniejszy ode mnie, ale to matka podarowała mi dobre życie, a potrafię przecież być lojalny. Mama milczy, a ja rzucam to śledztwo. Pozwolę jej zabrać tajemnicę do grobu.

1961 - aresztowanie żony, rozwód i rok w Cardiff 

A nie mówiłam—
Dzieci kończą Hogwart, a ja ciągle słyszę od teściów, że są niezaradne i rozpieszczone. Kłócimy się o to z Allie, właściwie kłócimy się o wszystko. Podczas każdej kłótni wypominam jej, że przynajmniej ja nie zgubiłem naszego syna i nie rozumiem, czemu ona uznaje, że po tylu latach nie powinienem do tego wracać; ale wracam, bo to niezawodna metoda na cichsze dni.
Allie myśli, że ją zdradzam, a ona zdradza mnie i wygodnie się ignorujemy. Do czasu aż zauważam brakujące kwoty z naszej skrytki bankowej (natychmiast) i znajduję jej nowego kochanka (to trochę zajmuje, ale śledztwa nauczyły mnie cierpliwości). Jasnowłosy, gra w Quidditcha, wygląda prawie jak ja. Robi mi się niedobrze, bo na podstawie wyciągów z banku zaczynam podejrzewać, że Allie wcale nie chce się bawić, co by mi nie przeszkadzało, tylko mnie zastąpić.
Możliwe, że reaguję trochę… pochopnie, bo wciąż mam w głowie prawdę o tym, w jaki sposób matka pozbyła się swojego męża gdy też chciała go zastąpić. 
Jeszcze niedawno pożaliłbym się mamie i spytał ją o radę, ale ona zaprosi wtedy Allie na obiad, a ja będę podejrzliwie przyglądał się ziołom w zupie i bał o to, w jaki sposób mama rozwiązuje problemy (może trochę przesadzam, a może nie). 
Mimo wszystko, nie życzę tego Allie, więc biorę sprawy w swoje ręce i przeszukuję wszystkie jej rzeczy i wybucham śmiechem, żałując, że nie zrobiłem tego wcześniej. Zawsze monitorowałem nasze wspólne konto, ale nigdy nie wtrącałem się w błahą moim zdaniem pracę żony—pomagała w interesach handlowych swojego ojca, a ja przecież nie interesuję się koniakami. W ich korespondencji i rachunkach odkrywam jednak bardzo ciekawe nieścisłości, śmielsze i większe niż cokolwiek, czego ja się dopuszczałem. Wiem doskonale, że nie są to błędy, ale potrzebuję prawdziwych dowodów. Podchodzę do tego metodycznie, z rodzajem mściwej satysfakcji, jak do gry. Przez kolejne kilka miesięcy samemu podsuwam teściowi kłody pod nogi, licząc, że samemu wpadnie—niby mimochodem polecam jego koniak jednemu z podejrzanych znajomych, samemu proszę o większą niż zwykle pożyczkę na poczet moich dzieci żeby sprawdzić ile ma płynności finansowej, piszę anonimowy donos do jego konkurencji handlowej, i tak dalej. Dbam o to, by moje ręce pozostały czyste i by odsunąć wszelkie podejrzenia ode mnie, choć niekoniecznie od Allie. W końcu zwierzam się, zatroskany, znajomemu z policji—a gdy wie, gdzie szukać, znajduje już dowody na oszustwa finansowe mojego teścia i żony.
Z oczywistych (dla mnie) względów magipolicjant nie może pozostać mężem kogoś oskarżonego o przestępstwa, więc pozwalam kolegom i Wizengamotowi zająć się oskarżonymi, a samemu żądam rozwodu, licząc na wolność w nagrodę za moją gorliwość w pilnowaniu prawa i oszustw podatkowych.
Nie wziąłem jednak pod uwagę, że świat nie zawsze działa tak, jak to sobie wyobrażam. Choć mama nie znosi Allie, to lamentuje nad tym, że się rozwodzę, współczując serdecznie moim dzieciom. 
Ambrose, lepiej być wdowcem niż rozwodnikiem — mama wzdycha z politowaniem, a ja kręcę głową, ale z biegiem czasu odnajduję w jej słowach… rację. Koledzy patrzą na mnie spode łba, jakbym to ja zrobił coś nieodpowiedniego (nie wiem tylko, czy chodzi im o wżenienie się w nieuczciwą rodzinę czy o donos na własną żonę i teścia), moje dzieci są w szoku chociaż są już dorosłe, a moja rodzina jest obiektem plotek co najmniej jakbym nadal grał w Quidditcha (w Czarownicy pojawia się nawet wzmianka o byłej gwieździe Srok z Montrose, uwikłanej w straszny skandal). Bank Gringotta uważniej przypatruje się finansom nas wszystkich wskutek czego tracimy mieszkanie w Londynie (bo teść pożyczył nam pieniądze na wkład własny, konsekwencji czego nie przewidziałem). Komendant udaje współczującego, ale poleca mi przenieść się na posterunek w Cardiff aż sprawa przycichnie. Spędzam tam kolejny rok w tanim, wynajętym mieszkaniu, zirytowany nowym partnerem z Walii i rodzinną korespondencją pełną pretensji. Teść zostaje skazany, proces Allie wciąż trwa, ale na szczęście chociaż z nimi nie mam do czynienia, bo uzyskuję rozwód. 

1962 - powrót do pracy w Londynie i mieszkania z mamą

W końcu plotki faktycznie cichną, a ja wracam do pracy w Londynie, choć nie mam dokąd wrócić, bo czynsz jest wyższy niż w Cardiff, a ja jednak zacząłem się trochę martwić o przyszłość finansową dzieci i oszczędzam by przynajmniej one mogły podnająć coś swojego. Na razie wprowadzam się z powrotem do mamy, do Doliny Godryka, próbując nie zwracać uwagi na jej pouczenia.
0
Pozostało PP
wand
0
Pozostało PM
16
15
0
OPCM
Uroki
Czarna magia
0
0
0
Transmutacja
Magia lecznicza
Eliksiry
15
12
10
Siła
Wytrzymałość
Szybkość
Ścieżka VII — Magia uzdrawiania
Pierwsza pomoc
Ścieżka X — Polityka i prawo
Znajomość prawa i regulacji
Śledztwa i dochodzenia
Taktyka przesłuchań
Ścieżka XI — Ekonomia i handel
Znajomość prawa handlowego i nielegalnych praktyk
Ścieżka XII — Przestępczość
Fałszerstwo i manipulacja dowodami
Sabotaż i eliminacja śladów
Ścieżka XVI — Społeczeństwo i wpływy
urok osobisty
odczytywanie emocji i czujność
sztuka kłamstwa i oszustwa
zastraszanie i manipulacja
Ścieżka XVIII — Sport
Quidditch
Walka wręcz
Pływanie
Ścieżka XXI — Magiczna umiejętność
Teleportacja łączna

drzewko

Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
27-12-2025, 23:52

Witamy na forum Serpens!

Mistrz Gry utworzył dla Ciebie osobisty dział, w którym została umieszczona Twoja skrytka bankowa. Udaj się do niego i opublikuj temat z sowią pocztą oraz umieść tam swój prywatny kuferek. Na start otrzymujesz też od nas skromny prezent – znajdziesz go w swoim ekwipunku.

Możesz już rozpocząć zabawę na forum! Zachęcamy, abyś sprawdził, co Ci się przyśniło, rozeznał się w aktualnych wydarzeniach oraz spytał, kto zaczyna.

Odtąd Twoje słowa, decyzje i sojusze mają znaczenie. Uważaj, komu zaufasz — wężowe języki są zdradliwe. Dobrej zabawy!

Karta zaakceptowana przez: Violet Macnair

    Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
30-12-2025, 17:59

Ambrose Day

Ekwipunek

pozostałe przedmioty spoza automatycznego ekwipunku

darmowa sowa pocztowa

Historia rozwoju

[04.01.2026] zatwierdzenie karty postaci, +1 OPCM [prezent powitalny]
    Odpowiedz
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 10-01-2026, 09:23 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.