• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Londyn, Clink Street 4/27 > Salon
Salon
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
22-11-2025, 14:41

Salon
Bilardowy stół-zawalidroga od razu rzuca się w oczy: zarówno przez swój rozmiar, jak i nietypowe, panterkowe obicie. Zwierzęce motywy obecne są w całym [/i]dużym pokoju[/i], rozłożyste poroże łosia na ścianie, skóra renifera rozciągnięta na dywanie, poduszki w zeberkę na wysiedzianych kanapach (rozkładają się - Sandy czasami eksmituje Danny’ego na noc do salonu) - wszystko się ze sobą gryzie, ale nieoczekiwanie - idealnie do siebie pasuje. Oprócz bilarda (traktowanego sprytnym zaklęciem zmniejszającym w porach odwiedzin gości) królem salonu jest telewizor marki Bush w drewnianej obudowie. W czasie telewizyjnym w domu panuje bezwzględny zakaz używania czarów.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (2): « Wstecz 1 2
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Fintan Farley
Czarodzieje
do you have enough love in your heart to go and get your hands dirty?
Wiek
25
Zawód
przedsiębiorca (diler i złodziej)
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
żebracza
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
8
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
10
15
Brak karty postaci
11-02-2026, 01:03
Niemoc i jednoczesna złość była dość specyficzną mieszanką. Można by wręcz rzecz, że wychodziło z niej coś całkiem żałosnego, grożącego łzami bezsilności i szamotaniem się na oślep, byleby tylko stawiać opór, nawet jeżeli nie było w tym większego sensu. Coś po prostu kazało mu stawać okoniem, a przecież kim on był by kwestionować tę wolę. Cudem było, że na wsadzenie sobie przez Daniela gnata w gacie jedynie wymownie wywrócił oczami, krzywiac się przy tym od bólu pulsującego z kwitnących na twarzy siniaków.
— A ty co, na boku robisz karierę w Mungu? Znawca magomedycyny się znalazł — Fintan burknął pod nosem do Daniela, ale na dźwięk słów Sandy zrobił minę wyrażającą coś na kształt skruchy, posłusznie odjął ręce od twarzy i nawet skorzystał z chwili, gdy oni zaczęli się krzątać, i poszedł umyć ręce. Nie przyznał tego na głos, ale stary też miał trochę racji, a Fintan w całym amoku dnia dzisiejszego nie pamiętał nawet o tak podstawowych rzeczach jak umycie rąk po wejściu do mieszkania. A naprawdę wolał być czysty niż brudny, nawet, jeżeli zawsze i nieustannie miał coś za przysłowiowymi uszami.
— Zły? Kurwa, chujowy — odpowiada, a w głosie gra mu gniew i ta coraz bardziej kipiąca pod powierzchnią zapowiedź rozpaczy. Choć nie są one skierowane do Daniela, to niestety znajduje się on w polu rażenia. Tak zwane ofiary z przypadku, czy coś. Dlatego gdy Farleyowi się ulewa, to Dodge obrywa główną strugą słownego i emocjonalnego chluśnięcia. I może trochę, ale tylko trochę jeszcze dolewało oliwy do ognia to, że para wydawała się w tamtej chwili tak absurdalnie szczęśliwa, z tym lgnięciem do siebie i całusami i tym, w czym niewątpliwie im przeszkodził.
Chryste. Czy on właśnie w jakiś sposób zazdrościł Danielowi? Okropne.
— Isle of Dogs — prosta, wyburczana odpowiedź na proste pytanie o to, gdzie się szwendał. Obaj wiedzieli, że nazwanie tego miejsca mało przyjemnym było pewnym niedopowiedzeniem. Tak, może i było tam lepiej niż zaraz po wojnie, ale wschodni Londyn wciąż był wschodnim Londynem. Coś chciał powiedzieć Danielowi o tym, żeby mu nie ojcował, bo ma kiepską historię z ojcami, ale ostatecznie ugryzł się w język, i to nawet dość dosłownie. Nieco zabolało, odciągnęło na chwilę uwagę od tego nieprzyjemnego ciepła bijącego od wargi i oka. — Ja nie wiem czy zostanę na noc, chciałem tylko się trochę ogarnąć — wzruszył ramionami, zerkając to na Dodge'a, to na Sandy. Nie wiedział czy gorzej będzie jak nie wróci na noc do Willow, czy jak wróci pobity. Chyba będzie musiał się po prostu przekonać. — Ale doceniam, serio, dzięki — dodał zaraz, bo jakaś resztka rozumu obijająca się w jego łepetynie podpowiada mu, że nie chce ich obrazić. A przynajmniej nie bardziej, niż tym niby-włamaniem. — A klucz wam oddałem, jeszcze mówiłeś, że schowasz go w takim miejscu, żebyś pamiętał gdzie go schowałeś — usprawiedliwił się, nie mając pojęcia gdzie Daniel zachomikował klucz i czy w ogóle w takim razie pamiętał gdzie ten świetny schowek się znajdował.
I choć Fintan był wyraźnie zły i jednocześnie na granicy załamania nerwowego, to dla niej był w stanie wykrzesać z siebie niewielki uśmiech.
— Łał, Sandy, piękna robota — skomplementował i ciasto, i nieco koślawe cukrowe autko, ale nawet jak nie było idealnie to i tak był pod autentycznym wrażeniem. Nie dlatego, że posądzał Sandy o brak zdolności kulinarnych: wręcz przeciwnie, cenił je sobie. A już zwłaszcza, gdy tak się starała. Dalej był zdania, że Daniel na nią nie zasługiwał, ale dopóki oboje byli szczęśliwi, a jej się krzywda nie działa, dopóty trzymał dziób na kłódkę.
— Czy lubię? Jeszcze jak — odparł ochoczo, trochę się rozchmurzając. Parę razy zdarzyło się na ucztach w Hogwarcie, że był w jadłospisie czekoladowy tort. Zawsze wtedy najadał się nim do oporu, a później umierając z przejedzenia na podłodze w pokoju wspólnym Gryfonów narzekał Willow, że zaraz niewątpliwie umrze. Tak naprawdę to jakby ktoś mu jeszcze wtedy podsunął kawałek do zjadłby bez zastanowienia, po czym pewnie albo by dalej jojczył na granicy śpiączki cukrowej, albo poszedłby się zrzygać; nic pomiędzy.
Z wdzięcznością przyjął kawałek, nie czekając zbyt długo by zacząć konsumpcję.
— Jezu, zajebisty. I jeszcze taki nie za słodki — stwierdził z uznaniem, z gębą pełną tortu, a mugolskie pochodzenie znów odbija się w jego doborze słów. — A gdzie byliście? — rzuca zaraz, dochodząc do wniosku, że lepiej żeby oni mówili niż on. Ewidentnie bowiem nie miał dziś wyczucia i lepiej było, żeby nie kusił losu.
Nawet, jeżeli potencjalna odpowiedź może tylko jeszcze bardziej rozbudzić w nim to absurdalne i niezrozumiałe poczucie zazdrości. Naprawdę chciałby wiedzieć, o co do licha ciężkiego jemu samemu chodziło. Jednak szanse na to, by poznał odpowiedź były raczej dość mizerne.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
11-02-2026, 14:12
Spanie i spanie, takie do dwunastej, pod jedną kołdrą, czystą, pachnącą krochmalem i tanim płynem do płukania tkanin: pobudka w postaci wilgotnych ust przyklejonych do klatki piersiowej, rezygnuję z benefitów wczesnego położenia się do łóżka, co, to jasne, nie jest ekwiwalentem wczesnego pójścia spać. Zwyczajowo przewalamy się do późna, słuchamy, co mamy do powiedzenia, opowieści z całego dnia, nawet jeśli spędzonego razem: nie lubię, kiedy mała zanadto się oddala. I co, zamiast trajkotania o kocie bez jednego ucha, którego dokarmia razem z Betty, w przerwie pomiędzy całowaniem jej szyi, dokonuję profesjonalnych oględzin obitej mordy znajomego młokosa, który życia dalej uczy się na błędach.
– Może trochę grzeczniej, co? – krzyżuję ręce na piersiach, stawiając Fintana do pionu nauczycielską reprymendą. Szlafrok w tygrysie pasy faluje niebezpiecznie przy każdym moim ruchu, więc lepiej, żeby przestał mnie prowokować. – Najpierw wpierdalasz mi się, teraz pyskujesz, co dalej, hm? Położysz łapę na mojej kobiecie? – zagarniam do siebie Sandy, bardzo ciasno, bardzo własnościowo; oczywiście nic takiego się nie wydarzy, ale małolat jest o krok od przeholowania. Jeśli on ma dziś krótki lont, to niech lepiej nie próbuje mojego: a tak było blisko do bezkonfliktowej kolacyjki, czy raczej mocno spóźnionego podwieczorka. – Język, Fintan, język – upominam go i zaczynam się bawić całkiem nieźle, gdy tak się rzuca i prezentuje nam na żywo, ile odcieni posiada czerwień. Rumiana buziunia tym razem nie świadczy o wstydzie, lecz o małych marzenia orbitujących zapewne dookoła rozbicia kolekcji porcelanowych piesków Sandy (za to powiesiłbym go za jaja) albo o wywołaniu na dziedziniec, na bójkę przy śmietnikach.
– No tak – przytakuję, jeszcze raz oglądając sobie tę jego poobijaną facjatę. – Przypatrz się dobrze Sandy i nie łaź tam sama – pouczam też słodką blondyneczkę, która na jedno pstryknięcie zmienia się w sanitariuszkę z prawdziwego zdarzenia i prawie-prawie jestem zazdrosny o to, jak skacze wokół Fintana, który odbiera mi urodzinową uwagę.
– No przecież nikt tu cię siłą nie zatrzymuje, nie. Może to i lepiej, Sandy bywa głośna, jakbyś chciał pospać, to mógłby być problem – zaśmiewam się, spoglądając na nią znacząco. Zaraz coś tam pomarudzi, albo dołączy do klubu Fintana z pomidorowymi policzkami, pensjonarka, która nie wie, skąd się biorą dzieci.  – Taa? Nie pamiętam, gdzie jest. Jak myślisz, Sandy, gdzie go mogliśmy dać? – jedną ręką drapię się w głowę, drugą po kolei serwuję trzy kubki z parującą herbatą z saszetek. Bez magii: Fintan z różdżką skutecznie powstrzymuje mnie przed próbą kelnerowania. Zamiast jedzenia tortu za moment podpinaliby nas do kroplówki na SOR-ze z oparzeniami trzeciego stopnia. A tu jest przecież idealnie: karmimy się czekoladą, śmietaną i biszkoptem, pustymi, ale za to jak smacznymi kaloriami, jedna łyżeczka ląduje w moich ustach, druga jak samolocik leci do ust Sandy, która przycupnęła sobie na moich kolanach. Tak się do tego przywyczaiłem, że właściwie nie czuję dodatkowego ciężaru, machinalnie brudzę ją czekoladą na czubku nosa i ścieram krople kremu z prawdziwą czułością, właściwie nie zwracając uwagi na Fintana; za dobrze nam, gdy jesteśmy sami.
– W Bath. Pokąpaliśmy się trochę. Kiedyś możesz się zabrać, zaprosić dziewczynę, czy coś. Mamy miejsce w aucie, a Sandy przydałyby się nowe koleżanki – odpowiadam, rysując niezwykle upojną wizję wspólnej przejażdżki, tym bardziej miłą, że po mojej stronie leżałby rachunek za paliwo. – No co? – dodaję, na widok wzroku Sandy – wiesz, że nie znoszę Polly. Cały czas jej gada, że widzi w kartach nasze rozstanie –  tłumaczę Fintanowi. Lista przyjaciółeczek fusilli, które delikatnie mówiąc, za mną nie przepadają, jest długa - i z jakichś powodów, najwyraźniej nie mogę zabronić jej się z nimi widywać, a kiedy je tu sprasza - nie pozostaje mi nic innego, jak wybywać na wygnanie. Z własnego domu. Kto to widział.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#13
Sandy Wilkes
Czarodzieje
tell me who I am – do I provoke you with my tone of innocence?
Wiek
21
Zawód
fryzjerka, niania, drobna złodziejka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
2
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
13
Brak karty postaci
11-02-2026, 19:23
Wielkie i soczyste, o barwie dojrzałych malinowych pomidorów, albo pulchnych, czerwonych baloników sprzedawanych na miejskich festynach — policzki rumienią mi się tylko przez okres dwóch uderzeń serca, ustępując w końcu na scenie miejsca gromom; nie tym z jasnego nieba, a tym zsyłanym prosto przez błękitno—zielone spojrzenie.
— Nie słuchaj go, Fintan, ostatnio poziom humoru mu spadł — mamroczę i marudzę; wniosek na temat domniemanej głośności w porach okołowieczornych bywa prawdziwy, ale częstowanie nim Fintana, pomiędzy doraźną pomocą apteczną, czekoladowym tortem, słabej jakości tytoniem wepchniętym między pamiętające posmak krwi zęby — nie jest dobrym pomysłem. Robi mi się niezręcznie i przez sekund sześć i pół — nie wiem co powiedzieć.
Dłoń obejmująca szklaną paterę wypieku zaciska się tylko odrobinę mocniej; później rytuał z późnego poranka powtarza się, pokaźne kawałki czekoladowego bloku lądują na porcelanowych talerzykach, nieco powyginane widelczyki brzęczą przy spotkaniu z płaską powierzchnią. Najpierw częstuję Fintana, później łaskawie karmię kolejną dokładką gwiazdora dzisiejszego dnia, który przecież się nie skończył. Od marudnego podgryzania odciąga mnie tylko świadomość, że impreza pana Dodge'a wciąż jeszcze trwa.
— Może w cukiernicy? — odpowiednie miejsce na klucze; kryształowa misa z pokrywką, w której od dawien dawna nie było kostek, ani kryształów cukru — raczej rarytasy innego kalibru, z których istnienia zdaję sobie sprawę i to całkowicie wystarcza. Wzór chemiczny proszków, które Daniel zwykł tam przechowywać, mnie nie interesuje. Od jakiegoś czasu stała pusta — nie licząc dwóch sklejonych ze sobą, malinowych landrynek, później wstęgi trzech znaczków pocztowych, w końcu kawałka metalowego sznureczka, który zginął śmiercią tragiczną i odłączył się od konstrukcji bransoletki. Nigdy jej nie naprawiliśmy.
Moszczę się na kolanach Danny'ego, z zadowoleniem przyjmując kawałki czekoladowych łakoci, choć pora zdecydowanie wskazuje na poza—kolacyjną i gdybym tylko liczyła przyjmowane kalorie, właśnie protestowałabym wobec nadprogramowej przekąski, która może przekroczyć zakładany limit. Być kobietą nie jest łatwo.
— No właśnie. Dziewczynę, narzeczoną, no — kto ci przychodzi do głowy? — z buzią częściowo wypełnioną słodkim ciastem zapędzam się krok dalej, wchodzę w narrację, którą Daniel rozpoczął i prawie nie złoszczę się o jego słowa na temat Polly; grymas wygiętych ust, zmarszczonych brwi i krótkie pff to pikuś — Ale Polly znosi mnie, a z kartami przesadza, lubi czasem podramatyzować — tłumaczę, porzucając jednak temat moich koleżaneczek, by skupić się w całości na Farleyu, który, chcąc—nie chcąc, zostaje wciągnięty w domniemane plany wielkich i małych wycieczek poza miasto.
Danny brzmi na dość ubawionego tą wizją, a może po prostu wspomnieniem dzisiejszego dnia; podobno śmiech — uśmiech też — to zdrowie. Wzmożona dawka zainteresowania przepływa przez fronty atmosferyczne wschód—zachód; na prawo mam swojego mężczyznę, na prawo niespodziewanego gościa, na wprost rozbryzgany kawałek tortu.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#14
Fintan Farley
Czarodzieje
do you have enough love in your heart to go and get your hands dirty?
Wiek
25
Zawód
przedsiębiorca (diler i złodziej)
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
żebracza
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
8
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
10
15
Brak karty postaci
15-02-2026, 19:38
Fintan wywrócił oczami, ewidentnie nie nadający dzisiaj na tych samych humorystycznych co Daniel. Przytaknął za to Sandy.
— Właśnie słyszę, kto wie, może to kwestia wieku, coś zyskujesz a coś tracisz, w tym przypadku padło na poczucie humoru. Co zyskał to się jeszcze okaże — uśmiechnął się bezczelnie, w każdej chwili gotów uchylić się jakby Daniel postanowił rzucić w niego laczkiem czy coś. Ale nie no, nie zniweczyłby chyba skrupulatnej pracy Sandy nad przywróceniem fintanowej facjaty do stanu względnej używalności. A może...?
Cóż, na pewno kusi los, bo jak Dodge wspomina o języku, Fintan zwija rzeczony element swojego ciała w rurkę i wystawia go spomiędzy zębów, zaraz ciesząc twarz i pakując sobie do gęby kolejny kawałek naprawdę dobrego tortu.
— Dzięki za troskę, jeszcze mam — odpowiada, a złośliwy, podkurwiony chochlik który ewidentnie przejął nad nim kontrolę wydaje się bawić wyśmienicie.
Wywraca znów oczami gdy uwagi Daniela schodzą, znów, na seks. Jeszcze trochę i Farley jednak skłoni się po temu, by uznać te wszystkie przytyki starszego czarodzieja za końskie zaloty względem niego samego. Wstyd przed zboczeniem? Daniel zdecydowanie nie byłby pierwszym, ani tym bardziej ostatnim, który w ten sposób radziłby sobie z własnymi skonfliktowanymi emocjami. Robi się jednak dla niego coraz mniej komfortowo, więc tylko przyspiesza konsumpcję tortu, decydując, że już woli się tłumaczyć Willow niźli słuchać jak pokój obok Daniel zabawia się z Sandy.
Może powinienem jej powiedzieć, że jak potrzebuje ratunku to niech mrugnie dwa razy?
W czasie gdy oni debatowali na temat cukiernicy, Farleyowi udało się dokonać anihilacji swojego kawałka tortu. Naprawdę ciasto było dobre i aż żal mu ścisnął serce — a może i żołądek — że się skończył; mimo wszystko Fintan jednak wiedział, kiedy jest czas się ewakuować i ewidentnie właśnie nadeszła ta chwila, bowiem temat zszedł na kwestie sercowe.
— Aha, czyli tak właśnie musza wyglądać podwieczorki u rodziców. Nic tylko gdzie się włóczysz, kiedy dziewczyna, kiedy ślub, kiedy wnuki, jeszcze brakuje pytania o to kiedy za jakąś porządną pracę się wezmę — odparł niby trochę się drocząc. Tak naprawdę jednak Fintan zaczynał panikować, bo to jedno niewinne pytanie sprawiło, że mimowolnie pomyślał o tym, że chętnie by się gdzieś wybrał z Willow. A Willow przecież była jego przyjaciółką, więc zabranie jej gdzieś z Sandy i Danielem, zwłaszcza w nadanym właśnie kontekście, całkowicie odpadało. Nikt nie powinien mieć jakiegokolwiek cienia wątpliwości względem tego, co go łączyło z Weasley: stara dobra znajomość i wspólne mieszkanie.
Dobrze, że nie powiedział tego na głos, bo wtedy chyba nawet sam Fintan zorientowałby się, że brzmiało to zupełnie inaczej niż mu się wydawało.
— Na mnie już chyba pora — powiedział wstając, po czym dopił herbatę na raz i odniósł po sobie naczynia do kuchni. — Dzięki piękne, za torta i za twarz — machnął ręką najpierw w kierunku kuchni, a następnie w kierunku swojej głowy — i jeszcze raz wszystkiego najlepszego, Daniel. Sandy — skinął jej głową, markując ukłon zupełnie jakby miał kapelusz. — Dobrej nocy — rzucił na odchodne, po czym czmychnął z mieszkania niczym szczur z zatapianego kanału.
Lubił ich, ale nie na tyle, by wysłuchiwać przez ścianę jak sobie dogadzają. Już zdecydowanie wolał wysłuchiwać kazania od Willow na temat nieco bledszych, jednak wciąż niewątpliwie siniaków na jego twarzy i tego, jaki był nieodpowiedzialny, że się sam włóczył po nocy.
Cóż, każdemu, co jemu.

| zt
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#15
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
18-02-2026, 12:05
To mój ulubiony serial, chcę to nagrać na kasecie wideo i oglądać wyciągnięty na rozkładanym fotelu. Duże, niestabilne zbliżenie na czerwieniejące się policzki, gwałtowne przesunięcie kamery na zaciśnięte ze złości, równie czerwone, usteczka, potem w kadrze cała jej buziunia, już uśmiechnięta, bo słucha ode mnie, jak to kamera ją kocha i jaka jest śliczna. To, co dalej, to już nie dla dzieci, to, co dalej jest obwarowane kategorią R, ale nie będziemy o tym rozmawiać, bo oto trafiam na dwie cnotki i o ile po Sandy się tego najzupełniej spodziewam, to pruderyjność Fintana jest co najmniej rozczarowująca.
– Aha, no pewnie, po prostu świetnie – marudzę, już ja im pokażę spadające na łeb na szyję poczucie humoru. – Ale tego to się po tobie nie spodziewałem Sandy, jak tak możesz, przeciwko mnie? – mówię z wyrzutem, żonglując poczuciem winy jak cyrkowy klaun jeżdżący jednocześnie na monocyklu. Jej arie operowe niosą się w całym pionie kamienicy, ale kiedy już skończy, cicho-sza, udaje, że to nie ona i potrafi spłonąć rumieńcem, kiedy nazwę którąś z jej kobiecych części anatomiczną nazwą rodem z podręczników do biologii.
– Rób tak dalej, a jeszcze ci odpadnie – komentuję popisy Fintana. – A ty tak umiesz? Pokaż – zwracam się do Sandy i żądam pokazu umiejętności specjalnych, tego jeszcze nie odkryliśmy, o dziwo, ale chyba mieliśmy po prostu inne tematy do rozmowy lub ona prowadziła swoje monologi w zupełnie drugą stronę, nie uwzględniając logopedycznych ćwiczeń. Blondyneczka kręci się na moich kolanach, ociera o uda, by przyjąć najwygodniejszą pozycję z nogami przerzuconymi przez moje. Tym sposobem jedną ręką obejmuję ją w pasie, drugą trzymam na jej własnym kolanku, jednym widelczykiem jemy wspólny kawałek tortu, kolejny tego dnia, nadprogramowy, niedający usnąć (dobra nasza, dobra moja).
– To jest myśl – chwalę Sandy, bo ona doskonale zna me nawyki i potrafi odtworzyć sposób w jaki łączę kropki. Później tam zajrzę i kto wie, co faktycznie tam znajdę; kryształowy łabędź dawno nie wędrował w obieg, dawno też nie był myty, więc morze możliwości, głębokie i szerokie. 
– Ty się nas wstydzisz Fintan, czy o co chodzi? – mierzę go od stóp do głów, srożę się i napinam, bo być może Sandy będzie go smarować maścią raz jeszcze, a na dodatek przepraszać za mnie i że tych najgorszych siniaków nie zostawił mu klient-penera, tylko solenizant we własnej osobie. – Sandy to by chciała zaraz wszystkich swatać. No zobacz go, jak zamknął się w sobie – huczę, a napiętej atmosfery nie ratuje już nawet tort, bo zniknął z obu talerzyków i saloniku słychać już tylko zgrzytanie widelczyków po porcelanowych talerzykach i nerwowe zeskrobywanie kremu. – Jak dla mnie możesz zabrać się nawet z kundlem, jeśli obiecasz, że nie zaszcza mi tapicerki – dodaję łagodząco, choć w środku zżera mnie ciekawość, co się tak najeżył - obgadamy go z Sandy, jak tylko zamkną się za nim drzwi. – No tak, a co byś zrobiła, jakby Hank mi gadał, że powinienem cię zostawić? – unoszę brew, bo ja już wiem, co by zrobiła: w całym mieszkaniu pojawiłyby się jego uproszczone portrety przekreślone czerwoną kredką, a ja musiałbym znaleźć nowego kumpla do pokerowego stołu.
– Czekaj, Fintan – zatrzymuję go jeszcze w drzwiach – Sandy zapakuje ci na wynos. Zjesz sobie z kimś… tam, gdzie garujesz – wydaję dyspozycję, ciasto było gigantyczne, na co najmniej dwadzieścia cztery kawałki, poszło ich może z sześć, a za dwa dni biszkopt i tak będzie już suchy i niedobry, więc lepiej, by nic się nie zmarnowało. Farleyowi dostało się jak ślepej kurze ziarno, ja zamykam za nim drzwi, sznurki łańcuchów grzechoczą, a my, znowu sami. Nareszcie.
– Zostaw to. Jutro posprzątasz – głaszczę Sandy po plecach, gdy do sterty naczyń w dokłada dwa talerzyki, dwa widelczyki i trzy kubki po herbacie. – Wracajmy do łóżka. Jeszcze z tobą nie skończyłem – oznajmiam jej plan na wieczór, całując szyję i lewą łopatkę, którą odsłaniam z piżamowej bluzczeki. Dziś nie odmówi. Nie, żeby odmawiała kiedykolwiek. – Masz mi coś do powiedzenia? – odwracam ją twarzą do siebie, przyciskam biodra do jej bioder, irracjonalnie bliski wyznania jej miłości przy zlewie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#16
Sandy Wilkes
Czarodzieje
tell me who I am – do I provoke you with my tone of innocence?
Wiek
21
Zawód
fryzjerka, niania, drobna złodziejka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
2
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
13
Brak karty postaci
18-02-2026, 13:04
Uszy naszych drogich sąsiadów, przydrożnych wyprowadzaczy psów, zagubionych chłoptasi ze skrzacim winem buzujących w żyłach — tym razem bezpieczne. Daniel snuje opowiastki o decybelach mojej oktawy i bynajmniej nie ma na myśli popisów operowych, więc odpowiadam mu całkiem marudnie, i kiedy Dodge oponuje, absolutnie nic sobie z tego nie robię, kręcąc się na trajektorii stół—jego kolana—układanie tortu, wydaję się być całkowicie nieporuszona potencjalnym wyciekiem tajemnic naszej sypialni. Fintan też strategicznie wyłącza umiejętność aktywnego słuchania, albo po prostu blefuje koncertowo ten niewygodny fragment, zajmując swoją uwagę i wygłodniałe kubki smakowe, cukrem i pochodną ziaren kakaowca na porcelanowym talerzyku.
— Umiem też kwiatka — rurka z języka to niezła umiejętność, ale mnie pula genów nagrodziła aż nadto i poza urodą, urokiem osobistym i tendencją do piegów, mogę pochwalić się pofalowanym językiem; prezentuję ten niecodzienny talent pierw Danielowi, później Fintanowi, żałując, że nie ogląda nas właśnie jakiś kasiasty łowca z Hollywood, który zapragnąłby zorganizować show telewizyjne z moim udziałem. Epizodycznie lub na stałe — przyjmę wszystko z pocałowaniem rąsi.
— Od razu, że swatać — od umiejętności nietypowych przechodzimy na tematy ciekawsze. Propozycja współdzielenia siedzeń Marlenki zapada nad blatem stołu, młody Farley strategicznie napycha sobie usta czekoladowym tortem, a mój wzrok przeskakuje jak piłeczka tenisowa od jednego do drugiego pana tej niespodziewanej, wieczornej dyskusji.
— Możesz wziąć kogo chcesz, Fintan. Jakiegoś przystojnego koleżkę też, prawda, Danny? — nie zależy mi na podgryzaniu jego nerwów czy próbach zachwiania ego, ale okazja rodem z ofert telemarketerów aż prosi się o komentarz. Uśmiecham się szeroko i puszczam mimo uszu głupią uwagę o Hanku, która absolutnie niczego nie wnosi, niczemu nie dowodzi i w zasadzie mogłaby po prostu nie istnieć.
Mam ważniejsze sprawy na głowie — Danny mówi kundel, a ja ożywiam się znacznie, przed oczami mając już tylko biszkoptową kulkę, którą widziałam ostatnio po mugolskiej stronie Londynu.
— Nawet pieska w Marlence? Cudnie — podchwytuję i w międzyczasie składam miękkiego całusa na nieco szorstkim policzku Daniela, niepostrzeżenie pozbywając się też czekoladowego śladu z okolic lewego kącika jego ust.
Taka jestem z siebie zadowolona, taka zakotwiczona w wizjach wspólnych, wiosennych przejażdżek, że zebranie talerzyków dzieje się samo, spakowanie pokaźnego, nieco krzywego kwadraciska tortu i wręczenie go Fintanowi na odchodne, to prosta akcja—reakcja. Cmok, cmok, żegnamy się i dalej lubimy, aur revoir, szerokiej drogi!
Małe widelczyki brzęczą w zlewie, palec brudny od słodkiego kremu ląduje w moich ustach; kiedy Danny znów nawiedza kuchnie, a później dopada mnie przy kuchennym blacie, niewinne zadowolenie wykwita w pokaźnym uśmiechu.
— Poza tym, że cię kocham? — przekrzywiam głowę jakbym zadawała pytanie, przysuwam się bliżej, zarzucam dłonie za jego szyję, robię swoją minkę numer cztery i w końcu krótko całuję jego usta — To były miłe urodziny, hm?
Daniel wciąż smakuje czekoladowym ciastem, a sypialnia zaczyna nas nawoływać.

sandy i danny zt
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#17
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
06-03-2026, 08:44
5 maja

Elastyczna hierarchia wartości to nie tyle faktyczny brak kręgosłupa, ile lepszy start: tak, jakby porównywać dziecko, które odkąd nauczyło się chodzić uczęszczało na zajęcia z gimnastyki akrobatycznej, a takie ledwo zdające z klasy do klasy i w każdym wyścigu zajmujące ostatnie miejsce (rozczarowany i narwany stary nigdy nie słuchał, że jest przecież z grudnia i ma cały rok do swoich “równolatków”). Tak więc żongluję se całkiem swobodnie: piłeczkami, maczugami, czy obręczami, a tak naprawdę - kwestią tego kto i co jest ważne i czy się liczy, a jeśli tak, to jak bardzo i gdzie dokładnie tego coś/kogoś uplasować. Rankingi są ruchome, na sztywno to tylko takie rzeczy typu dobrobyt Sandy, co leży mi na sercu. Czasem się do tego przyznaję, a czasem nie, zależy ile piwa popiję, czy akurat wstałem prawą nogą, czy przez drogę akurat nie przebiegł mi czarny kot i czy w supermarkecie wszedł kupon na 10 proc. od wszystkich zakupów czy głupia lampucera informuje mnie, że to tylko na owoce. Tak jak mówiłem, elastyczność, wiele zmiennych, trudno by na tej podstawie wyliczyć prawdopodobieństwo lub zająć się statystyką. Zbiór “rodzina” i “ja” to zbiory rozłączne, gdzieś poza nimi dryfują jednakże elementy, wolne elektrony, które wątpliwie-kiedyś-być może stworzą wąską łezkę dzielonej przestrzeni.
Sandy tego chce, ja niekoniecznie, pewnie i tak skończy się na jej: tu zapłacze, tam spakuje walizeczkę, której nawet nie da rady sama unieść, później pocałuje mnie tam, gdzie najbardziej lubię, tyle. Emocjonalny szantaż, pik kobiecej manipulacji zaszklonych oczek, dużego dekoltu, miękkich nóżek w nylonowych rajstopach, ja rządzę i dzielę, a ona okręca mnie wokół swojego paluszka - taki mam typ.
Kolacja to test, no, powiedziałbym, takie wprowadzenie do tematu. Ostatnio coraz więcej ludzi się przewija przez to nasze mieszkanko: ktoś na kawkę, ktoś zostaje na obiad albo na kawałek ciasta, bo Sandy ubzdurała sobie, że na niedzielę musi być - wydaje mi się, że trochę tęskni za swoją pierdolniętą matką, więc obsesyjnie piecze Victoria Sponge, które zaczyna wychodzić mi uszami. Komentarza z mojej strony oczywiście brak: bo to, czego uczę się przez dwa lata życia z nią pod jednym dachem, to to, że pewne kwestie lepiej po prostu przemilczeć. Nie informuję jej toteż o szczegółach zażyłości między mną a dzisiejszymi gośćmi: plus jeden Mortiego to nadal słodka tajemnica, natomiast co do niego, wystarczy jej wiedza o przyszywanym bratanku i że wspominki o łączącym nas niegdyś Pater familias są dla Dunhama po ludzku przykre.
– No, no, ale się przyłożyłaś – komentuję, bo mieszkanko lśni aż bije po oczach, a Sandy z rozwianym włosem, który wymknął się spod wałka kończy walkę z brudem i przygotowaniem do posiłku, gdy ja gaszę mecz. Telewizja i magia w parze nie idą, więc Fusilli robi mi dużą przyjemność, odkurzając ręcznie. Cyk, ja tylko nogi do góry, ona się nachyla, mógłbym się przyzwyczaić, naprawdę. Słyszę dzwonek, dobrze, otworzę, mamy tu w końcu podział obowiązków i to akurat leży w gestii gospodarza. – Włosy, Sandy – przypominam, a mijając ją, zahaczam ustami o jej uszko i policzek, krótko i pieszczotliwie, moje palce przez chwilę bębnią opuszkami o jej talię, po czym rozchodzimy się w swoje strony - ona, poprawić koafiurę, a ja, zaprosić w dom kogoś, kto jest przeszłością - a może i przyszłością, figurantem świadczącym o rozruchu i zmianie. Tryb przypuszczający i dużo znaków zapytania.
Na jego widok cieszę się jednak szczerze, uśmiecham się i rozkładam ramiona – Morty – druga i ostatnia sylaba drętwieje na języku, gdy dostrzegam jego towarzyszkę, której byłem tak ciekaw, a której przedstawiać mnie nie musi. Dlaczego nie zerknąłem przez judasz? – Zapraszam, zapraszam, nie musicie zdejmować butów – ułamek sekundy, ale przecież nie będziemy tak tkwić w progu, Manon, wierzę w ciebie; że nie chlapniesz niczego o tobie i o mnie, a po drugie, że nie przyniosłaś wina z domowej piwniczki, bym gimnastykował się i zapierał przed jego rozlaniem. Morty wie?
– To kim jest twoja towarzyszka, co? Dajcie płaszcze, powieszę. Sandy jest w kuchni i kończy pitrasić, zaraz też się przywita – przegadam ją i jego, ale ja tak naturalnie, okrycia wierzchnie lądują na wieszakach w szafie, a ja odwrócony w stronę reszty ubrań gadam jak najęty. – Jest bardzo podekscytowana na waszą wizytę, wiecie? Morty ty się lepiej przygotuj na sto pytań do, jak jej powiedziałem, że pracujesz w teatrze, to przez tydzień robiła mi wyrzuty, że znam gwiazdę, a ona nic o tym nie wie – opowiadam, kiwając na nich ręką, by szli dalej za mną do salonu, gdzie Sandy akurat nakryła do stołu. Ile, z siedem milionów ludzi w samym Londynie (więcej), a on przychodzi z babą, która widziała mojego małego. O tym marzyłem - myślę, dostrzegając też, że na stole spoczywają winietki - kiedy do cholery je zrobiła i po co?  No, proszę zgadywać, w jakiej konfiguracji siedzimy. Podpowiedzi są dwie. Pary naprzeciwko siebie. Nie będzie bardziej niezręcznie?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#18
Morty Dunham
Akolici
Nie pomyl nieba z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
16-03-2026, 23:14
Krępowała go wizja wspólnej kolacji. Nadal nie pojmował czemu Daniel zdecydował się przerwać trwające tyle lat temu milczenie; dlaczego przypomniał sobie o jego istnieniu akurat teraz; jakim prawem tak postąpił, jednocześnie naruszając temat tabu, którym była przeszłość Dunhama spędzona pod opieką Francisa?
Wiele pytań i żadnej odpowiedzi, od pewnego czasu tak zaczynał się jego każdy wieczór.
- Gotowa? - zapytał Manon, która pojawiła się w jego mieszkaniu już kompletnie ubrana, w ciemno zieloną suknie krojem podkreślającą kształty jej sylwetki, ufryzowana, skroplona zmysłowymi perfumami, których zapach wypełniał przestrzeń. Wystroiła się jak na przyjęcie; bankiet, który miał zmienić bieg jej przyszłości, a nie skromną kolacje w mugolskiej - poczuł jak jego kark owiewa chłodny dreszcz - dzielnicy.
Czuł się nieswojo w formalnym stroju, ale nie mógł postąpić inaczej, musiał założyć jedną z lepszych marynarek, jakie miał w szafie, na wyjątkowe okazje, aby nie odstawać od Baudelaire i jej pruderyjnej szykowności.
Myśl, że za niedługo ponownie skonfrontuje się z Danielem, próbowała zastąpić wszystkie inne myśli, a nie wypleniła tej jedynej, która wydawała się dość istotna dla jego obecnej egzystencji i jednocześnie stawała się punktem spornym jego uczuć -konfliktem wewnętrznym, któremu nie potrafił nadać ani odpowiedniej formy, ani tym bardziej wciąż płatającej się pod jeżykiem nazwy. Szczęśliwie jego policzki nie oblały się zdradliwym rumieńcem.
Poprawił krawat, przyglądając się lustrzanej tafli swojego odbicia. Cholera, nie wyglądał tak, jak powinien. Ta myśl wyprowadziła go bardziej niż powinna była.
- Potrafisz go obłaskawiać? - pytanie zadał w progu salonu łączonego z kuchnią, gdzie na kanapie przysiadła Manon. Zacisną bezradnie palce na krawędzi krawata.
Dziesięć minut później mieszkanie na Pokątnej, jak i Pokątną, zostawili za swoimi plecami, a teleportacja przeniosła ich do mugolskiej dzielnicy, pod fasadę budynku, gdzie Daniel Dogde próbował - pewnie nadludzkim wysiłkiem - uwić sobie rodzinne gniazdko.
Drzwi otworzyły się zadziwiające szybko, kilka chwil po tym, jak uderzył w nie knykciami. Równie zadziwiający był entuzjazmem Daniela - jeszcze się z nim nie oswoił, to zabierze jeszcze trochę czasu.
- Dan - uśmiechem odpowiedział na uśmiechem, a w odpowiedzi na zaproszenie, wszedł do środka, puszczając przodem przed chwila stojącą kilka kroków za nim Manon. - Poznaj Manon Baudelaire, moją serdeczną przyjaciółkę - personalia Manon wypowiedział z należytym akcentem, który układał się na języku równie naturalnie, co kiedyś nauka francuskiego. – A to, ma chérie - ostatnie wypowiedział z przesadną słodyczą w głosie, jakby dopiero co w jego przełyku gościła herbata doprawioną podwójną dawką miodu – Daniel Dogde. Mam przyjemność - nadal nie wiedział, jak bardzo wątpliwa była; czy powinien rozdrapywać stare rany; czy powinien zapraszać go ponownie do swojego życia; czy powinien w ogóle odpowiadać na jego zaproszenie; rodzina kolacja w ich przypadku wydawała się konceptem wręcz proszącym się o tytuł absurdu roku – nazywać go swoim wujem, chociaz nie łączą nas więzy krwi.
Naraz, gdy festiwal uprzejmości dobiegł finału, złożył na ręce Dana upominek składający się z butelki wina. Powinien docenić ten gest; dla Sandy miał bukiet kwiatów - kremowych róż. Wybór zupełnie losowy, podpowiedziany przez florystkę z kwiaciarni.
Spojrzał na Daniela z szelmowskim błyskiem iskrzącym się na krawędzi źrenic; już wcześniej rozpoznał w ruchach jego ciała pełną ociężałość, gdy dostrzegł ukrytą przez chwile za plecami podrabianego bratanka Manon. Wydawało mu się, że nawet jego szczęka zadrżała, a w słowach wczuł coś zdradliwego.
Co jest, Dan, stresujesz się?, mówiły złośliwie iskry w jego spojrzeniu. Sam, chociaż czuł, że próbuje go zniewolić napięcie, zdecydował się na swobodę, której nie podarował mu podczas ostatniego spotkania, gdzie badał grunt. Obecnie nadal go badał, ale przy świadkach malało pewne ryzyko, jakie dopuszczał do głosu poprzedniego razu.
- Właśnie, gdzie ten twój anioł, Dan? - zajrzał ponad jego ramię, wykorzystując minimalną przewagę wzrostu (niedostrzegalny jeden centymetr)i coraz bardziej widoczne zakola. Ktoś tu się starzeje, ktoś tu łysieje. Nadal dla Dunhama pozostaje tajemnicą czemu ktoś o twarzy europejskiej Marilyn Monroe postanowił związać się z kimś takim jak Daniel Dogde. Chciał ją zgłębić dzisiejszego wieczoru, przy kolacji, przy jednym stole. Może zdjęcie Sandy, które wiedział, było podrasowane i zakłamywało rzeczywistość, jak te wszystkie portrety monarchów w późnym średniowieczu? - Sandy, kiedy Dan pokazał mi twoje zdjęcie, oniemiałem z zachwytu - była w tym pewna celowość, premedytacja, adresowana ku Manon, której chciał nadepnąć na odcisk. - Jestem przekonany, że sam Apollo uczyniłby z ciebie swą muzę.
Podążając za instrukcjami Dodge'a przystąpił próg salonu. Stół był udekorowany jak na wystawne przyjęcie, a nie zwykłą kolacje dla czwórki osób, nawet nie zabrakło winietek. Zdecydowanie nie spodziewał się takiej szykowności. Teraz sukienka Manon wydała się zupełnie na miejscu. Za to on poczuł się jak element zupełnie niepasujący do tego obrazka. Czuł podskórnie, że niezręczności tego wieczora nie zabraknie.

poznaję, że Daniela pożera jakiś stresik
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#19
Manon Baudelaire
Śmierciożercy
Wine stained lips and soft fingertips
Wiek
25
Zawód
alchemiczka w szpitalu św. munga
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
10
OPCM
Transmutacja
4
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
23
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
7
Brak karty postaci
17-03-2026, 10:31
Zaproszenie na rodzinną kolację spadło na nią niczym grom z jasnego nieba, choć przecież kilka dni wcześniej mówiła Morty'emu, że byłaby zdolna wybrać się dla niego w najdłuższą podróż swojego życia. Nie była pewna, czy słowa, którymi odpowiedział jej tamtej nocy, były szczerym ostrzeżeniem. Jeżeli tak, to przed czym? Przed nim? Był demonem — ale o tym wiedziała. Ba, sama często podjudzała go, aby zapadał się w swojej czerni, w swym mroku bardziej. Ona również nie była święta. Czego więc się bać? Myśli schodziły wtedy na dalsze, mniej uporządkowane tory. Chciał ją od siebie odsunąć? Zrobił to doskonale na kilka dni, dni, w których Manon dręczyła się na wiele destrukcyjnych sposobów, dni, których cisza obwiązywała jej jasną szyję coraz to ciaśniej, zabraniając oddychać. Czekała na jego sygnał, ale Dunham nigdy nie przepraszał. Tak samo, jak nigdy nie potrafił dotrzeć gdzieś o czasie.
A ona, głupia, kochała go nawet wtedy.
Czy ktoś mógłby się jej dziwić, że wizja poznania rodziny Mortimera tchnęła w nią coś na kształt nadziei? Do tej pory kryli się ze sobą, choć głównie przez wzgląd na rodzinę Manon. Rodzinę będącą mocno zakorzenioną w kręgach przychylnych Grindelwaldowi, co do której Manon była pewna, że nie zaakceptują Morta, a przez to stanie przed wyborem — porzucić rodzinę lub porzucić jego. Nie chciała podejmować tej decyzji, jeszcze nie teraz. Do czasu rozmowy o narzeczeństwie i małżeństwie przeprowadzonej z Orianą wydawało jej się, że wszystko było pod kontrolą. Jej życie, emocje, oczekiwania innych. A potem wszystko się posypało, żeby dzisiaj, piątego maja, zacząć zbierać się znowu, w jednej, prostej myśli: Naprawdę mu zależy, skoro chce mnie tam zabrać.
— A ty? — odbiła pytanie pytaniem. Zazwyczaj zamiast tego stwierdziłaby krótkie gotowa, będąc skupiona na samej sobie. Ale widziała Mortiego dopiero pierwszy raz od Zjazdu. I nie mogła przejść obojętnie obok wrażenia, że coś było nie tak. Że widziała jakieś napięcie, może na linii pleców, a może w ramionach. Rytmicznie wystukany obcasami rytm przerwał ciszę panującą w mieszkaniu na Pokątnej, gdy Baudelaire zmniejszała dzielący ich dystans, wcześniej powstając z gracją z kanapy. Najpierw przystanęła tuż za nim, czujnym spojrzeniem studiując jak układał się na nim materiał marynarki. Ułożyła na jego barkach swoje dłonie, aby następnie wywrzeć na nich delikatny nacisk, bardzo podobny do masażu. Dłonie przesunęły się po linii jego barków powoli, z rozmysłem, aż zatrzymały się na jego ramionach. — Jesteś spięty — wyszeptała wreszcie, w niższym rejestrze niż zazwyczaj, tonem, który przy odrobinie wyobraźni mógł zakrawać o troskę. Nigdy nie potrafiła wyrażać jej wprost, jak normalny człowiek. Zresztą, teraz nie była już pewna, czy Morty naprawdę był spięty, czy tylko chciała, aby taki był. Aby udzieliła się mu jej własna nerwowość i niepewność. — Zawsze możesz napisać do wuja z wyjaśnieniem. Na przykład, że próbowałeś jedzenia w tej nowej restauracji za rogiem i się zatrułeś. Albo, że nastąpił u mnie nagły, rodzinny kryzys — to akurat nie byłoby kłamstwo, chciałaby powiedzieć. — Nie musisz się tam pojawać, jeżeli nie chcesz — podsumowała wreszcie, pozwalając sobie na krótkie westchnięcie, w którym coraz bardziej dostrzegalne było zmęczenie. Morty mógł domyślać się, że nie chodziło o zmęczenie zachodzącym dniem. Ono siedziało w kościach, oplatało organy wewnętrzne jak cierniste gałęzie. Wgryzało się w Manon i objawiało bladością wyeksponowanej w sukience skóry. — Jeżeli jednak chcesz, pozwól — kolejnym drobnym naciskiem zmusiła go do obrócenia się w jej stronę. Wiązać krawaty nauczyła się jeszcze jako mała dziewczynka, jej starszy brat za nic nie potrafił sobie poradzić. Śliski materiał prędko trafił pod jej palce, a gdy wszystko było prawie zakończone, poprawiła jego zaciśnięcie. Celowo nie zaciskała krawatu najmocniej, jak tylko się dało. To nie była kolejna łóżkowa gra, a symbol; daję ci swobodę, wolność oddychania.

Pojawienie się w mugolskiej dzielnicy nie zrobiło na niej przesadnego wrażenia. Momentami prawie rozumiała czarodziejów wybierających sobie akurat to miejsce do życia. Sama nie postąpiłaby w ten sposób, ale cóż, niektórzy nie mieli innego wyjścia, żyjąc w złudnym poczuciu równości. Nie miała zresztą dużo czasu do namysłu, bo i jej samej udzieliła się pewna nerwowość, odczuwalna gdzieś w dole brzucha. Ostatnie chwile przed tym, gdy knykcie Mortiego uderzają o drzwi poświęciła przecież na nabranie głębokiego oddechu. Oddechu, który zdążyła szczęśliwie wypuścić, nim drzwi otworzyły się, a za nimi stanął...
Daniel Dodge we własnej osobie.
Tylko fakt, że stała za Mortym pozwolił jej ukryć to, jak jej oczy otworzyły się szerzej, wyraźnie zaskoczone. Trwało to ledwie sekundę, bowiem niedługo później przyjęła na twarz uprzejmy, serdeczny uśmiech — i okazało się nagle, że jej zielone oczy mogą mieć przyjemny wyraz, że nie stanowiła ciemnej plamy złości na cały świat i skupienia wszystkiego, co w roli femme fatale było istotne i najgorsze.
— Bardzo miło mi pana poznać — w głosie Manon pojawiła się niesamowita potulność, będąca pewnie zaskoczeniem dla obydwu mężczyzn. Oboje znali ją pewną siebie, nastawioną na zysk, nieskruszoną. Tymczasem przybrała pozę zupełnie inną. Ma chérie Mortimera Dunhama, ucieszoną możliwością poznania jego rodziny, a jednocześnie tym faktem zupełnie przejętą. — To znaczy... Bardzo miło mi cię poznać, Daniel — stwierdziła wreszcie, a nim pozwoliła któremuś z panów pomóc ściągnąć z siebie płaszcz (kto by pomyślał, by robiła to samodzielnie), wyciągnęła w kierunku Dodge'a swą dłoń; zupełnie inne powitanie i ani jednego papierosa wciśniętego za ucho w pobliżu. Zerknęła jeszcze raz na Mortiego, uśmiechając się do niego — tak po prostu, chyba radośnie, bo tak chciała sobie wmówić, że będzie przebiegał ten wieczór. Na pewno bez żadnych słabo skrytych intencji. Nie trwało to długo, bowiem Daniel mówił o Sandy, a Manon już wiedziała, że kimkolwiek była ta kobieta, z pewnością nie była jego żoną. Cóż, skoro Daniel Dodge był wujem Mortimera Dunhama... Pewne rzeczy zaczęły układać się w całość.
W całość, która niezbyt podobała się Manon. Prawie tak bardzo, jak to, że sekret jej prawdziwej relacji z Dodge'm mógł wyjść na jaw. Nie mogła do tego dopuścić.
A jednak gdy Morty mówił o Sandy per anioł, poczuła znajome ukłucie zazdrości. Tak silne, że przez chwilę nie potrafiła nabrać oddechu, bo musiała skupić się na utrzymaniu tego radosnego uśmiechu. Kolejne słowa komplementu, jej tak nigdy nie mówił, sprawiły, że zupełnie już zapomniała o możliwej kraksie, o wizji w której wyda się, że tak naprawdę znała Daniela dość... dogłębnie. Czuła, jak krew w jej żyłach przyspiesza, ale jednocześnie zamiast następującej fali ciepła, poczuła przeraźliwe zimno. Tym mocniejsze, gdy Sandy pokazała im się wreszcie i naprawdę okazało się, że była aniołem.
Nieodpowiednio młodym aniołem dla kogoś w wieku Daniela.
— Och, Sandy, niesamowicie mi miło cię poznać — odwróciła swoją uwagę od winietek, pary siedzące naprzeciwko siebie, prawie dobry plan. Zamiast tego w kilku krokach podeszła do dziewczyny (?) młodej kobiety (?), aby złożyć na jej policzkach dokładnie trzy całusy. — Mon amour, miałeś absolutną rację — zaszczebiotała radośnie, posyłając Mortiemu długie spojrzenie nad własnym ramieniem. Czy to iskry, czy łzy, które musiała prędko przełknąć? — Wyglądasz jak z bajki. Gdybym wiedziała wcześniej, postarałabym się bardziej z fryzurą albo sukienką... — westchnęła na wpół dramatycznie, wreszcie zniżając głos do konspiracyjnego szeptu charakterystycznego dla dziewczęcych plotek. — Mam nadzieję, że później zdradzisz mi kilka swoich sekretów, bo wyglądasz ge—nial—nie.
Na tyle genialnie, że w połączeniu z resztą impulsów, które spadały na Manon jeden po drugim, ta w ogóle nie zwróciła uwagi na mugolskie pudło znajdujące się w salonie.

odczytywanie emocji: 69 (hehe), oszustwo: 87
by the pricking of my thumbs, something wicked this way comes
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): « Wstecz 1 2


Skocz do:

Aktualny czas: 20-03-2026, 04:55 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.