• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Walia > Cardiff > Nabrzeże przeładunkowe
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
13-12-2025, 19:52

Nabrzeże przeładunkowe
Strefa przeładunkowa w porcie Cardiff ciągnie się wzdłuż chłodnej, ciemnej wody jak roboczy kręgosłup doków. Betonowe płyty są popękane i wyszlifowane latami ruchu — wózków, skrzyń i ciężkich butów tragarzy. Rdza osiada na metalowych barierkach grubą warstwą, a łańcuchy cumujące statki dźwięczą cicho przy każdym ruchu przypływu. Dźwigi pracują wolno, niemal ospale, ich sylwetki rysują się na tle nieba nad Tiger Bay. Między magazynami krążą wózki, ktoś klnie pod nosem, ktoś inny liczy skrzynie, odhaczając kredą kolejne numery. Dłonie robotników są spękane od lin, plecy bolą od dźwigania, a przerwy mierzy się gwizdkiem i papierosem palonym w pośpiechu. Po zmroku nabrzeże wyraźnie pustoszeje.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Philippa Moss
Akolici
Musimy mieć wytrwałość i ponad wszystko wiarę w siebie. Musimy być pewne, że mamy do czegoś talent.
Wiek
25
Zawód
barmanka, matka niuchaczy
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
25
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
11
Brak karty postaci
15-12-2025, 19:13
24 kwietnia 1962 r.

Tamtego dnia nad dokami już od świtu wznosiły się ciemne chmury. Ponura, nieco mglista aura natrętnie utrzymywała się między alejami pełnymi kontenerów, beczek, wozów załadowanych po brzegi towarem, który przybył do Walii z dalekich mórz. Mimo tej sennej aury dało się jednak wyczuć porcję charakterystycznego podekscytowania. To było coś, co wsiąkało do umysłów portowej społeczności za każdym razem, kiedy niosła się wieść o powrocie jakiejś załogi z wielomiesięcznej wyprawy. Kapitan dobrze znany w tych stronach jako Stary Lis podobno w godzinie księżyca zacumował z łajbą tak obładowaną, że aż podmywało okna osadzonych nisko kajut. Dla miasta żyjącego zgodnie z marynarskim kalendarzem każde takie wydarzenie potrafiło zbudzić nawet najbardziej zastygłych w marazmie mieszkańców. Oznaczało to bowiem, że cała kompania żeglarzy nie tylko zejdzie na ląd i przyniesie tysiące godzin osobliwych opowieści, ale przede wszystkim wniesie do handlu interesujące towary i... wyda mnóstwo pieniędzy w tutejszych lokalach. Philippa wiedziała aż za dobrze, do czego zdolni są chłopcy Starego Lisa i jak bardzo potrafili tęsknić za piwem z uczuciem przelewanym przez nią do kufla. Przede wszystkim jednak lubiła wiedzieć, co dzieje się na jej terenie, zanim inni gwarnie doniosą jej o tej płomiennej nowinie.
Właśnie dlatego w porze wyjątkowo wczesnej jej obcas postukiwał po wilgotnym bruku, w samym centrum labiryntu złożonego z kontenerów, beczek i załadowanych po brzegi mugolskich pojazdów. Echo ciężkiej pracy i męskie przyśpiewki zdawały się coraz bardziej namolnie zbudzać drzemiących w ciepłych wyrach mieszkańców stolicy. Ona nie spała, ona rozglądała się bacznie po okolicy, chcąc znaleźć się jak najbliżej interesującej jej łodzi i na własne oczy ujrzeć, co takiego tym razem przywiózł Stary Lis. Towary miewał różne, zdarzały się liche i nudne rupiecie, które ciężko było potem opchnąć za kilka sykli na targowisku, ale przeważnie mógł pochwalić się łupem na tyle zacnym, że okolicznym kapitanom uśmieszki prędko schodziły spod zakręconego wąsa. Czy zamierzała szpiegować? Może tylko trochę. Tutaj jej obecność nie wydawała się raczej podejrzana, choć nie dało się ukryć, że skutecznie przyciągała uwagę mężczyzn pracujących w porcie. Urok ten pozwalał jej poznać jeszcze więcej sekretów i gorących informacji, a dzięki temu znów stawała się jedną z najlepiej poinformowanych osób w tych stronach.
W kieszeni lekkiego, rozwiewanego co rusz przed nadmorskie wiatry płaszcza kryło się stworzenie. Mały niuchacz wygodnie ułożył się na samym dnie materiałowej skrytki i drzemał pod klapą zaczepioną o dość spory guziczek. Znalezione niedawno w zaułku stworzenie przygarnęła już kilka tygodni temu. Wciąż docierała się z kretem, poważnie zastanawiając się, jak ten mógłby się jej przysłużyć. Nazwała go Bimber. Nosił futerko białe - oprócz czterech pofarbowanych na czarno łapek, zupełnie jakby sama natura sugerowała, że te kończyny nie są takie niewinne, jak mogłoby się wydawać. Gdy ona wędrowała dość prężnym krokiem, co jakiś czas tylko zatrzymując się przy kontenerze i podglądając niby z ukrycia zacumowany sznur statków, on spokojnie leżał. Nie wzięła go jednak z czystego kaprysu. Dobrze wiedziała, że gdy tylko znajdą się naprawdę blisko drogocennych łupów, ten zbudzi się i żywo zareaguje. Miał bowiem wyjątkowego nosa do złota i wszelkich kosztowności. Uwielbiała to w tych kompletnie niepozornych stworzeniach. Pasowali do siebie - Bimber i Philippa.
Wtenczas natknęła się na jakieś zamieszanie przy jednej łodzi. Ze znacznej odległości obserwowała wyładunek, oczywiście zastanawiając się, jaki był powód tego całego rozgorączkowania i co kryło się we wnętrzu masywnych skrzynek. Włosy barmanki wirowały na wietrze, zachęcona do tańca spódnica frywolnie odsłaniała skórę powyżej kolan, lecz spojrzenie pozostało w pełni skoncentrowane na analizowaniu zastanego obrazu. Gdzieś wtedy musiała przeoczyć moment, gdy cwany niuchacz wymknął się z kieszeni i prędko powędrował w stronę... no właśnie, dokąd? Ruszyła natychmiast za stworzeniem, dobrze wiedząc, że mógł sprowokować niepotrzebne zamieszanie. Nie gardziła dodatkową uwagą, ale w tym momencie nie było jej to potrzebne. Niemal na jej oczach, wbrew wszelkim zakazom i dotychczasowej tresurze (swoją drogą dotąd dość kiepskiej), malec dobiegł do jednego z mężczyzn i wlazł mu prosto do kieszeni spodni, zapewne odnajdując w tej kryjówce błyskotkę na tyle cenną, że już nie mógł wytrzymać.
Na wargach walijskiej dziewczyny rozkwitł uśmiech, a później bez żadnych oporów postanowiła podejść bliżej. Travers w opałach. Już teraz dobrze wiedziała, z kim ma do czynienia.
- Wygląda na to, kapitanie... - urwała i nakręciła lekko kosmyk włosów na palec, lustrując mężczyznę od góry do dołu. Jego też tu już jakiś czas nie widziała. A szkoda, mógłby wpadać częściej. - że masz coś, co należy do mnie - oznajmiła, ostatecznie zjeżdżając spojrzeniem na wysokość jego pasa. W materiale wierciło się stworzenie. Z pewnością pękało z zachwytu, gdy chowało w futerku skarb.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
William Travers
Śmierciożercy
Freedom isn’t enough. What I desire doesn’t have a name yet―
Wiek
32
Zawód
Żeglarz-przemytnik, handlarz i łowca
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
6
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
15
10
Brak karty postaci
28-12-2025, 20:35
Może przez zmęczenie, może przez nadprogramowo wypite ale ― Billy pierwszy raz od dawna zgodziłby się ze swoim oficerem wachtowym, że nocna robota dobra jest tylko dla kurwy i kota. Jedno i drugie zresztą widział, kiedy opierając się o rdzewiejącą barierkę, powoli ćmił papierosa ― szarobury kot sprawiał wrażenie czystszego i przyjaźniej nastawionego do świata.
Travers przez chwilę przyglądał się zwierzęciu, które od lizania końcówki ogona przeszło do ostentacyjnego wylizywania swojego zadka usadowionego na jednej z beczek zepchniętych ze statku Starego Lisa. To dla niego ― kapitana, nie kota ― pofatygował się do Cardiff i sam nie był pewien, czy jest zadowolony z przebiegu tego spotkania.
Biznesowo ― chyba niekoniecznie. Towarzysko, jak najbardziej ― może aż za bardzo. W głowie wciąż szumiało mu od opowieści i rumu, którego nie potrafił odmówić, mimo że Cnota nie cumowała opodal, a jego jedynym środkiem transportu była magia. Był prawie pewien, że przy próbie teleportacji wyrzygałby wszystko, co wypił.
Bezpieczniejszą opcją było przeczekanie chwili.
Obserwacja jak nadbrzeże portowe powoli budzi się do życia.
Nieśpiesznie dopalił papierosa do filtra i pstryknięciem palców posłał go w czerń wody, która leniwie rozbijała się o betonowe słupy. Świt powoli wpełzał pomiędzy magazyny i dźwigi ― szary i wilgotny ― jakby sam port nie był pewien, czy warto zaczynać kolejny dzień. Ktoś zaklął cicho, ktoś inny rozpalił dodatkową lampę, a jedna z beczek ze śledziami urwała się z liny i przetoczyła z łoskotem po spękanym bruku, płosząc kota. Kurwa też gdzieś zniknęła ― Cardiff powoli porządkowało nocne śmieci.
Travers oderwał przedramiona od brudu barierek; poprawił kołnierz płaszcza i włosy rozwiane wiatrem. Chyba najwyższa pora, żeby pożegnać się z towarzystwem, pozostawionym w kapitańskiej kajucie. Zaaferowany własnymi myślami otulonymi mgiełką procentów, w pierwszej chwili, nie poczuł dodatkowego ciężaru w kieszeni spodni. Dopiero kobiecy głos przyciągnął uwagę i już miał odpowiedzieć, że nie jest zainteresowany ― z wcześniejszej obserwacji był prawie pewien, że pani kurwa miała wąs dorównujący temu Starego Lisa ― kiedy rozpoznał stojącą przed nim niewysoką postać.
Choć raz pomyślał, zanim się odezwał.
Parsknął cicho, ni to z zaskoczeniem, może rozbawieniem, przyglądając się, jak Philippa nawija kosmyk włosów na palec, a wiatr szarpie jej spódnicą, ujawniając światu zgrabne łydki i kolana zwykle skryte za kontuarem baru. Powinien częściej odwiedzać Pod mewą i księżycem ― dzisiejsza noc to zwykłe niedopatrzenie z jego strony―
―a kolejne znajdowało się we wnętrzu kieszeni spodni.
I bynajmniej nie było przyjemnie znajome.
― Panno Moss ― odezwał się w nim arbiter elegancji ― jakby wcale nie zastanawiał się, co za diabelstwo rozpychało się w połach materiału i czy bezpiecznie będzie wsadzić tam dłoń. Raczej nawet jemu nie wypadało prosić, żeby w takim razie odebrała, co jej. Choć przez chwilę pokusa była silna.― Co z tym fantem zrobimy?
Niespodziewany gość nagle zamarł w bezruchu ― może wyczuwając dekonspirację, może opływając w satysfakcję z łowów. Ta chwila wystarczyła, żeby dłoń Billy'ego zanurkowała w głąb kieszeni i uchwyciła stworzonko, które po wyjęciu na wierzch okazało się bardzo zdziwionym, ale chyba też zadowolonym niuchaczem.
Z torby na brzuchu zwierzaka wystawał kawałek złotego łańcuszka od zegarka. Travers zdusił w sobie chęć, żeby potrząsnąć złodziejaszkiem, którego czarne łapki, aż się prosiły o komentarz.
― Nie żartowałaś.
Nie wiedział, kto w tym momencie był bardziej zdumiony.
On czy niuchacz.
― Często znajdujesz go w cudzych spodniach?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 10-01-2026, 09:35 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.