• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Szkocja > Hogsmeade i okolice > Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie > Wielka Sala
Wielka Sala
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
09-10-2025, 17:55
Wielka Sala
Wielka Sala to największe pomieszczenie w całym zamku Hogwart. Jak sama jej nazwa sugeruje - jest naprawdę wielka. Długa na kilkadziesiąt stóp, szeroka na kilkanaście i o bardzo wysoko, łukowato sklepionym suficie, którego zazwyczaj nie widać, bo dzięki czarom uczniowie Hogwartu spoglądając ponad głowy dostrzegają zazwyczaj niebo podobne temu, które widać za oknem. Pod sklepieniem wieczorami unoszą się setki świec, za dnia zaś światło dziennie wpada przez wysokie i wąskie okna. Wielka Sala ma kamienną posadzkę i takież ściany, zawsze wypolerowane i zadbane przez domowe skrzaty pracujące w kuchni. Każdego dnia stoi tu kilka stołów - cztery najdłuższe przeznaczone są wychowankom domów w Hogwarcie. Po drugiej stronie od wejścia zaś, na podwyższeniu, stoi stół nauczycielski, gdzie zasiada grono pedagogiczne. Po środku tego stołu stoi krzesło przywodzące na myśl tron, należące do dyrektora szkoły. Dekoracje Wielkiej Sali zmieniają się w zależności od okoliczności.
Na lewo od stołu nauczycielskiego znajdują się drzwi prowadzące do bocznej komnaty z portretami.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (14): « Wstecz 1 … 12 13 14
 
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#131
Riven Thorne
Akolici
Feel the rain on your skin. No one else can feel it for you. Only you can let it in. No one else.
Wiek
23
Zawód
Barmanka, kochanka kapitana Fernsby
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
10
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
11
Brak karty postaci
26-01-2026, 19:09
Odpowiedź dla Keith Croft

Gdy podjęłam decyzję o tym, że Keithowi nic o swoich uczuciach nie powiem przekreśliłam szansę, na bycie razem. Zrobiłam to z pełną świadomością konsekwencji wierząc, że przyjaźnimy się na tyle mocno, że nic tej przyjaźni nie jest w stanie zrujnować. Aż przytrafił nam się ten Londyn, ta okropna impreza gdzie nas naćpali, a my daliśmy się ponieść emocjom. Keith mówił, że to była tylko jego wina, ale ja nie mogłam się z nim zgodzić. Gorączkowo pokręciłam głową zaprzeczając jego słowom.
- Nie. Tylko. Twoja - odparłam. - Powinnam była ci nie pozwolić. Odsunąć się. A sama cię pocałowałam. Gdybym wtedy zareagowała inaczej…
Próbowałam powstrzymać zbliżający się płacz. Chciałam jakoś ratować sytuację mówiąc rzeczy, które jak się okazało wcale nie złagodziły niczego, a jedynie zaostrzyły panującą wokół nas atmosferę. Zatrzymaliśmy się i chociaż nasze dłonie nadal były splecione, jego ręka na mojej talii, a moja na jego ramieniu, poczułam dziwną ścianę, która wyrosła pomiędzy nami. Czułam bijącą od niego złość, niedowierzanie. A jego słowa były niczym ostrze, które aż poczułam jak wbija się w moją klatkę piersiową. Tym razem to ja spojrzałam na niego z wysoko uniesionymi brwiami. Nie mogło mi się wydawać, mówiłam mu szczerze co czułam, więc dlaczego to insynuował. Moja dłoń zsunęła się niżej po jego ramieniu.
- Nie, nie, nie o to mi chodziło. Przepraszam, przepraszam - jęknęłam, czułam jak drży mi warga.
Co powinnam zrobić? Jak się powinnam zachować? Co mu powinnam powiedzieć? Nie chciałam by się złościł, nie chciałam by cierpiał, a jednocześnie próbowałam to jakoś wytłumaczyć. Bo dlaczego te emocje pojawiły się u niego akurat teraz? Dlaczego nie mogło się to nam przytrafić wcześniej? Nawet gdyby to było kilka tygodni wcześniej, to wszystko by potoczyło się inaczej. Byłam głupia, namąciłam, spaprałam sprawę i byłam tego świadoma. Niemal czułam jak wszechświat daje mi solidne lanie, musiałam oberwać. W końcu mi się należało, nieświadomie, ale należało.
- A dlaczego to ty mi nie powiedziałeś, że coś zacząłeś do mnie czuć? - Zapytałam. - Zamiast tego mnie unikałeś, nie pojawiłeś się w tawernie ani razu. Gdybym wiedziała, to może podjęłabym inna decyzję…
Może bym nie stanęła wtedy na tym pomoście. Może bym nie przyjęła tego, na Merlina, jakże ciężkiego teraz wisiorka. Byłabym szczęśliwą dziewczyną Keitha. Ale przy Kennethcie też byłam szczęśliwa. Uwielbiałam spędzać z nim czas, a ten jeden dzień rozpalił wszystkie emocje jakim go darzyłam. Przypomniał mi jak oszalałam na jego punkcie. Bo gdy tylko po raz pierwszy pojawił się w tawernie ja oszalałam. A potem przepłakałam wiele nocy patrząc jak wybiera inne, a nie mnie. Stawałam na rzęsach, by się mną zainteresował. W końcu odpuściłam. Ale moje serce chciało kogoś kochać. Nie od razu, minęło kilka lat nim obdarzyłam tymi uczuciami Keitha. Znowu nie trafiłam. I gdy on kręcił z innymi panienkami, na niego również spoglądałam z bólem. Bo bardzo bałam się go stracić gdyby nam nie wyszło, więc wolałam cierpieć będąc jego przyjaciółką. Bo ja wiedziałam, że wtedy go stracę. Wiedziałam.
- Wiem co czuję do Kennetha. Wiem co czuję do ciebie. I dlatego nie chciałam ci nic mówić, bo wiedziałam, że to się tak skończy. Wiedziałam - załkałam. Bycie jasnowidzem było klątwą, nie błogosławieństwem. - Keith. Co my teraz zrobimy?
Już nie powstrzymywałam łez. Leciały ciurkiem po policzkach, a gdy przymknęłam oczy widziałam tylko wodę. W tej wodzie Keith. Moja świadomość wyznania uczuć. Jego wściekłe spojrzenie. Minęło tyle miesięcy odkąd to widziałam, wiedziałam że się spełni. Zawsze się spełniało. Nie wiedziałam tylko jak i kiedy. Czy to było właśnie dzisiaj? Spojrzałam na niego
z żalem. Było mi przykro, że cierpi i jednocześnie miałam żal, że się we mnie zakochał. Jak mógł? Dlaczego teraz? Poczułam w ustach krew, gdy nieświadomie zerwałam skórkę z wargi.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#132
Keith Croft
Akolici
Wiek
23
Zawód
Pracownik restauracji
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
9
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
6
Siła
Wyt.
Szybkość
10
8
8
Brak karty postaci
26-01-2026, 20:31
On też wierzył, nie, był wręcz przekonany, że ich przyjaźń przetrwa wszystko. Bolało go jak bardzo się pomylił. Naprawdę chciał mieć ją blisko, chciał się z nią przyjaźnić, ale w tym momencie nie wiedział czy jest w stanie. Potrzebował jakiegoś znaku, czegokolwiek co powie mu, że powrót na stare tory jest możliwy. Nie wiedział go jednak, to wszystko, to cierpienie, ten ból i ta cholerna złość zasłaniała mu widok na wszystko inne. Był wściekły na samego siebie, tak bardzo wściekły, że miał ochotę wyładować tą złość fizycznie. Chciał wyjść z tej sali, chciał opuścić te mury i już nigdy więcej tu nie wracać. Zdecydowanie mógł dopisać kolejne bolesne wspomnienie ze szkoły do swojej listy…a przecież to tutaj się poznali.
Nie powinna mu na to pozwolić, ale on nie powinien się do tego posuwać. Powinien panować nad sobą. Jego umysł jednak nigdy wcześniej nie był pod wpływem narkotyków, nie miał pojęcia jak to jest, nie zdawał sobie sprawy, że w ogóle się pod ich wpływem znajduje. Powinien wiedzieć, że coś jest nie tak, przecież nigdy wcześniej się tak względem niej nie zachowywał. Nigdy.
Ściana nie pojawiła się nagle. Miał wrażenie, że budował ją od dobrych dwóch tygodni. To nawet nie była ściana, to był twardy mur, który zaczynał go oplatać w około coraz ciaśniej, ale pojawiał się tylko kiedy ona była w pobliżu. Jakby to tylko przed nią chciał się uchronić, jakby nie chciał pozwolić sobie na to wszystko. Bo nie chciał ich do siebie dopuszczać wiedząc jak wiele go kosztują, zdecydowanie za wiele, ponad jego siły.
- Wiem co czuje…ja twoich uczuć nie kwestionuje, nie rób tego i mi. - powiedział poważnie.
Widział tą drżącą wargę, widział, że jest bliska płaczu, ale nie mógł nic z tym zrobić. Serce mu się łamało, że płakała przez niego. Wiedział, że sprawia jej przykrość swoimi słowami. Ale ona podjęła już swoją decyzję i nie miała zamiaru jej zmieniać, zdawał sobie z tego sprawę. Kenneth był w tym momencie dla niej ważniejszy, to było widać, bo gdyby było inaczej…no właśnie, co wtedy? Westchnął ciężko i pokręcił głową. To nie miało sensu. Po co oni w ogóle o tym rozmawiali, to był obusieczny miecz. Zadawali sobie ból, ale jednocześnie nie chcieli tego robić. To była próba, której ani jedno, ani drugie miało nie przejść. Nie było takiej opcji. Nie chciał aby płakała, ale też nie miał wpływu na to co czuł, chociaż bardzo by chciał. Oddałby wszystko by cofnąć się w czasie i nie zabrać jej do tego klubu, pójść samemu albo w ogóle się tam nie wybrać. Było jednak za późno.
- Ponieważ się tego bałem. - odpowiedział zgodnie z prawdą zanim w ogóle się zastanowił - Bałem się tego co czuje, bałem się spojrzeć ci w oczy i jedynie utwierdzić się w tych uczuciach. A potem spojrzałem ci w oczy i kiedy dotarło do mnie, że to wszystko jest prawdziwe było już za późno, bo ty już byłaś kogoś innego, a ja straciłem swoją szansę…straciłem ciebie. - pokręcił głową zaciskając mocno zęby.
Coś mu mówiło, że nawet jeśli by się z tym wszystkim nie krył, gdyby jej powiedział co czuje, to by niczego nie zmieniło. Ona podjęła decyzje na dwa dni po ich wypadzie do Londynu, a on widział się z nią ponad tydzień później. Już wtedy była zdecydowana, że zostanie kobietą Kenneth’a więc jakie ona miał szanse? Żadne, kompletnie zerowe. Jego los był przesądzony i nie ważne jak bardzo go to bolało, aż fizycznie, musiał się z tym pogodzić. Nie wiedział tylko jak.
Widział łzy wypływające spod jej maski i serce mu się łamało. Słyszał jej słowa, jej pytanie i najgorsze było to, że znał odpowiedź. Była ona bolesna, zwłaszcza dla niego. Ona sobie poradzi, miała w końcu Kenneth’a, do którego z cała pewnością się uda zaraz po zakończonym balu. Zakuło go serce na tą myśl, a w gardle pojawiła się gula. Przełknął ja jednak, po czym spojrzał na nią z niewymiernym smutkiem w oczach. Puścił jej dłoń, zabrał ręce z jej talii, ale początkowo się nie odsunął.
- Może ty wiesz, może ja wiem…ale czy wiesz co on czuje? Nie jest to człowiek stały w uczuciach i boje się, że cię zrani. - pokręcił głową, po czym westchnął, po czym nachylił się do niej i pocałował ją w czoło, a raczej przód maski, który to czoło zasłaniał - Sądzę, że nie powinni się spotykać…nie przez jakiś czas na pewno. Ja…ja muszę sobie to wszystko poukładać w głowie, muszę się z tym uporać sam…a twoja obecność mi w tym nie pomoże. Z resztą, masz jego…on na pewno już na ciebie czeka. Więc idź do niego i nie myśl o mnie. - pokręcił głową, po czym jeszcze raz spojrzał jej w oczy, chcąc je zapamiętać, nawet jeśli czerwone od płaczu i odwrócił się powoli, by moment później zniknąć między tańczącymi, zejść z parkietu i opuścić Wielką Salę.
Maska zniknęła z jego twarzy, a on skierował się do wyjścia z zamku. Kiedy chłodne wieczorne powietrze owiało jego twarz nie poczuł ulgi, wręcz przeciwnie. Poczuł jak zaczyna brakować mu tchu, przyśpieszył kroku łapiąc powietrze głębokimi wdechami, jednocześnie ocierając z policzka jedną, pojedynczą łzę, która się na nim pojawiła.

zt Keith
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#133
Riven Thorne
Akolici
Feel the rain on your skin. No one else can feel it for you. Only you can let it in. No one else.
Wiek
23
Zawód
Barmanka, kochanka kapitana Fernsby
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
10
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
11
Brak karty postaci
26-01-2026, 21:18
Odpowiedź dla Keith Croft

Nie byłam w stanie wydusić z siebie żadnego słowa. A to co czułam było wręcz nie do opisania. To nie był zwykły ból, to było coś co rozrywało mnie od środka. Bolało psychicznie, ale bolało i fizycznie. Jakby każda komórka mojego ciała krzyczała. Nie wiedziałam co powiedzieć, jak zareagować, jak to wszystko naprawić. Czy ja naprawdę nie mogłam mówić o własnych uczuciach? Gdy odważyłam się u boku tej, której imienia starałam się zapomnieć, nasza przyjaźń prysła niczym bańka mydlana. To samo stało się teraz. Emocje wzięły górę, pocałunek, który zniszczył wszystko. Wizja, która mówiła o utracie przyjaciela ziściła się nagle i niespodziewanie. Powinnam wiedzieć, że tak się stanie. Wizje spełniały się zawsze. Czasem były mniej a czasem bardziej czytelne. Zazwyczaj iściły się niedługo po pojawieniu. Ta czekała miesiącami. Na miesiące przed pokazała mi co mnie czeka. Co nas czeka. I to był ten jeden, jedyny raz kiedy próbowałam jej zapobiec. I co? Nic z tego. Pisanego losu nie da się zmienić. Nasze życie było zaplanowane, co do dnia i mogłam wiedzieć co się stanie ale cokolwiek będę próbować zrobić, jakkolwiek zapobiec - nie dam rady. Wizja i nasz los spełnią się co do joty. Słysząc o tym jak się bał nie hamowałam już łez. Mylił się. Tak bardzo się mylił.
- Wtedy jeszcze nie - szepnęłam.
To fakt, czekałam na powrót Kennetha. Byłam pewna swojej decyzji, ale gdybym się wtedy dowiedziała, co czuje do mnie Keith. Bym ją jeszcze raz przemyślała. To by było jak uderzenie w twarz, siarczysty policzek sprowadzający na ziemię. Sprawiłby, że bym jeszcze raz pomyślała i się zastanowiła. Nie wiem czy podjęłabym inną decyzję. Może tak? Może nie? Tego nie byłam w stanie przewidzieć. Ale nie miałabym przynajmniej wyrzutów sumienia, że nie spróbowałam.
Nie wiedziałam co czuje Kenneth, to prawda. Mogłam być dla niego nikim. Zabawką. Psem na smyczy. Ozdobą. Chociaż dawał mi wolność, nie ingerował w moje życie, to równocześnie jego zaborczość mnie wiązała. A wisiorek na szyi był tylko tego dowodem. Keith mógł mieć rację. Mógł jej nie mieć. Jeśli miał - to prędzej czy później się o tym dowiem. Poczuję to na własnej skórze. Kolejną stratę, tak jak teraz i jak lata temu.
Załkałam gdy składał pocałunek na moim czole, miałam wrażenie, że mimo maski czułam jego usta na swojej skórze. Słowa ugrzęzły mi w gardle, gdy Keith kończył swoje zdanie. Czerwonymi oczami patrzyłam jak odchodził, brakowało mi tchu.
- Nie czeka - szepnęłam tylko.
Bo taka była prawda. Po lesie się rozstaliśmy, każde z nas poszło w swoją stronę. Bo chociaż Keith mógł myśleć inaczej, to nie było między nami nic więcej jak tylko fizyczna korzyść. Nic więcej. Miałam jego, a tak naprawdę wcale nie. Patrzyłam jak Croft odchodzi, jak znika w tłumie, a ja stałam na tym parkiecie. W błękitnej sukience zalana łzami.
Nie potrafiłam tego wszystkiego zrozumieć. Co się stało. Jak do tego doszło. W końcu i ja ruszyłam. Bezwładnie przed siebie, krok za krokiem, a gdy tylko zeszłam z parkietu maska zniknęła z mojej twarzy. Wychodząc z Hogwartu chciałam zostawić to wszystko za sobą. Zniknąć z tego miejsca, zapomnieć. Byłam sama, całkiem jak palec. Lata temu straciłam tu przyjaciółkę, którą pokochałam miłością inną niż siostrzaną. Teraz straciłam tu przyjaciela, dokładnie przez to samo. Nim opuściłam tereny Hogwartu i ruszyłam w stronę Hogsmeade, skąd mogłam wrócić bezpośrednio do Cardiff obejrzałam się na mury szkoły po raz ostatni. Już nigdy więcej nie chciałam, aby moja stopa stanęła w tym miejscu. Nigdy więcej.

zt Riven
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#134
Rodric Carrow
Śmierciożercy
Wiek
28
Zawód
Służby Administracyjne Wizengamotu
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
10
17
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
3
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
3
Brak karty postaci
26-01-2026, 22:36
Odpowiedź dla Violet


Pozory mogą mylić. Delikatność urody, wyrazistość urody, nieopisanie piękne rysy twarzy - to wszystko zdaje się mylić moje zmysły. Stojąc przed damą, którą wybrałem, oceniam je wszystkie - kształt twarzy, stan włosów, biel skóry, czerwień ust i kolor oczu. Oceniam sylwetkę, zachodzę w głowę, czy mogłem ją znać. Czy po prostu wymyka się mojej pamięci. Przypomina mi przecież inną kobietę, tą której słodkie wspomnienie zostawiłem w Ostii na plaży. Mają podobne włosy i podejrzewam, że podobnie do tamtej, śmiałaby się z moich nieporadnych amorów i musiałaby przejąć inicjatywę.
Musieliśmy się z Violet minąć. W życiu, w tym świecie. Nic nie wskazywało na to, że rozstrzeleni po dwóch stronach dekady naszych lat dwudziestych, gdziekolwiek znajdziemy miejsce, by na siebie trafić. Byliśmy zbyt daleko, nawet jeżeli ten Zjazd miał nam dać szansę. Ja ze szkoły odchodziłem, kiedy ona zaczynała naukę. Ona odkrywała swoje dodatkowe jasnowidzące oko, kiedy ja wyjeżdżałem do Włoch na Grand Tournee. Może gdzieś na powierzchni szklanej kuli mogła mnie ujrzeć, ale mogłem się równie dobrze wymsknąć, tak jak ona wymykała się mojemu instynktowi, który powinien krzyczeć - nie, nie jest przecież błękitnokrwistą czarownicą. Myślę, że narazie nie miało to znaczenia, bo jeszcze zanim podała mi rękę, miałem wobec niej jedynie dobre intencje.
Wszystko zmienia się, kiedy ruszamy na parkiet. Nagle odczuwam jakieś zirytowanie. Póki co jest ono małe. Myśl zagubiona pojawia się w mojej głowie, że z pewnymi kobietami z jakiegoś powodu nie dane więc mi było przebywać. Sam moment, kiedy przyjmuje zaoferowaną dłoń, zdaje mi się być nachalny.. Jakby sama pchała się w moje ramiona. Chcę w to grać, może w tym tkwił mój błąd w poprzednich relacjach. Przyciągam ją do siebie, czując mocne splecenie dłoni. Niezaznajomiony może z pewnymi obyczajami (a jestem przecież obyty w świecie), mam wrażenie, że zapowiada się coś co jeszcze mi się nigdy nie zdarzyło. Czułem jej baczny wzrok na sobie, jakby chciała przejrzeć ciemny materiał maski okalającej moje oczy. Jakaś ciężkość bytu zaczęła atakować moje stopy, jakbym przeczuwał, że ten wybór partnerki nie był zbyt fortunny.
- Czym są nasze maski, jeżeli nie zaproszeniem do tego, byśmy byli chociaż odrobine tajemniczy - staram się zachować jakiś dystans wobec kobiety, nim jednak miną dwa kroki taneczne, przedstawiam się - Ja jednak nie potrzebuje być anonimowy. Rodric Carrow, a z kim mam przyjemność? - tym razem przedstawiając się swoim własnym imieniem, nie korzystając z danych moich przyjaciół, zdaje się, że jestem dumny z decyzji. A przecież wyciągniętą miałem już lekcję czym może skutkować nierozważne rzucanie nazwisk w podobnych sytuacjach. Byłem prawie pewien, że Leopold nie ma więcej sióstr, niż te które poznałem przedstawiając się jego nazwiskiem, ale nie wolno było mi ryzykować. Nie w ostatnim odpowiednim momencie którym mogłem jeszcze liczyć na spełnienie celu, w którym przyszedłem... na Zjazd.
Taniec jest umiejętnością fizyczną, niczym więcej. Nie spotkałem się zresztą jeszcze z opinią, by mógł być czymkolwiek więcej. Jasne, wzruszał podeszłe wiekiem damy, które siedząc obok mnie na balecie, ocierały łzy miękkimi chusteczkami. Ale podejrzewałem wtedy, że są po prostu pod wrażeniem możliwości ciała, które dany tancerz zdołał opanować i w jakim stopniu. Dlatego, chociaż znam dobrze kroki, zdaję sobie nagle sprawę, że nasz taniec - mój i mojej wybranki, nie idzie po mojej myśli. Prowadząc, staram się utrzymać ją w tempie, ale partnerka mi ciąży, a mnie coraz mocniej zaczyna to irytować. Skąd w tak małym ciele tyle sił.
- Czy możemy się znać ze szkoły? Podejrzewam, że ledwo co ją skończyłaś?- próbuję zagaić rozmowę, jednocześnie utrzymując nas w rytmie muzyki.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#135
Vincent Rineheart
Zwolennicy Dumbledore’a
Za czyim głosem podążył tak czule, że się odważył na te podróż groźną. Rzucił wyzwanie ku morzu...
Wiek
32
Zawód
zielarz i łamacz klątw
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
20
3
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
5
Brak karty postaci
31-01-2026, 10:55
Odpowiedź dla Anastasiya Trubetskoy
Odpowiedź dla Augustus Rookwood

Wielkie oczy w kolorze kontrastującego błękitu, okalone firaną wytuszowanych rzęs, patrzyły na niego w sposób, którego dotychczasowo nie zaznał. A może nie dostrzegł w wyrazistości innego wymiaru, który dziś okazał się ów domniemaną intencją? Nie spodziewał się tak spontanicznej, nietypowej relacji, rozłożonej w ulotności czasu - rozedrganego i rozśpiewanego w dzikiej melodii rozegranej orkiestry. Nie dopuszczał do siebie świadomości, iż ów niewiarygodna sytuacja mogła być również jego potrzebą. Bo dziś patrzył na nią zupełnie inaczej, dostrzegając figlarny, przyciągający ogień, rozsmakowany w srebrzystości sukienki, rumianym licu, roztańczonej sylwetce pragnącej zabawy, kontaktu i nieprzenikliwej intensywności. Bo dotychczas nie miał odwagi spojrzeć na nią w charakterze tej upragnionej bliskości. Mimo szeregu troskliwych i opiekuńczych czynności, nie czuł się tak prawdziwie wystarczający. Wątpliwości, strach przed całkowitym zaufaniem, obawa przed zbyt gwałtownym wtargnięcie w czyjeś poukładane już życie, była zdecydowanie silniejsza. A on miotał się między realnymi wyznaniami, wyczekując na ten ulotny, dyskretny gest niemego, lecz prawdziwego zaproszenia. Bo dawno już nie darzył nikogo czymś, co nazwałby realnym uczuciem. Szereg zaburzonych relacji odciskał destruktywne piętno. Niejednokrotnie skłaniał się ku faktom, iż samotność, stanie się jego przerażającą codziennością.
Bo od zawsze wiedział jaką relację chciałby zbudować. Widział jej iluzoryczny, wielowymiarowy kształt, uformowany z sennych wyobrażeń i usilnie kreowanych marzeń kłębiących się pod gęstą kaskadą splecionych loków. Wyzbywał się toksycznych schematów spotykanych podczas wieloletnich, międzynarodowych podróży, widzianych w czterech kątach londyńskiego domostwa współdzielonego wraz z zgorzkniałym rodzicielem. Był świadomy istoty posiadania, dbania o drugiego, ukochanego człowieka. Chciał opierać się na bezwzględnym zrozumieniu, pełnym zaufaniu, akceptacji dwóch przeciwstawnych codzienności, które pewnego dnia, mogłyby złączyć się w zasklepioną i jednolitą jedność. Potrzebował przestrzeni, jednocześnie oddając ją w pełni. Marzył o wielowarstwowym partnerstwie i całkowitym wsparciu, figurującym na każdej płaszczyźnie formowanego życia. Nie rozróżniał obowiązków, biorąc je we własne ręce. Chciał odpowiadać, słuchać i reagować. Konfrontować na bieżąco, aby czystość i przejrzystość stała się dominująca. Pragnął patrzeć bez uciekania wzrokiem: nienachalnie, przeciągle, z uwielbieniem rozsiadłym na maślanie przymrużonych powiekach, blasku jasnej tęczówki, różowości onieśmielonego policzka. Marzył o nieograniczonej bliskości, zaspokajającej podstawową potrzebę, wypędzającą samotność, piętrzącą się pod cienką warstwą bladej skóry. Wierzył, że mógłby bezpardonowo przeniknąć do cudzej esencji, dodając uzupełnienie, wypełniając odnotowane braki. Potrafił współpracować, umiał dostosować się do każdych, nawet najtrudniejszych warunków. Cierpliwe i wyrozumiale pozwalałby na akomodację oraz rozkwit. Nie był wymagający, chciał jedynie zauważenia, poczucia prawdziwej przynależności, która mogła przerodzić się w głębokie, prawdziwe uczucie. On też coś widział, lecz siła ściśniętych ust, nie pozwalała na wypowiedzenie słów. Nie teraz, nie dziś, nie w tym momencie.
I właśnie teraz, w podrygach skocznej, balowej muzyki jego oczy mogły przyglądać się ów niesamowitemu zjawisku. Końcówka języka świerzbiła od nadmiaru wypychanych sylab, które mogły narobić kłopotu. Bo przecież nie miał już teraz nic do stracenia, nie mając żadnych zobowiązań. Mógł bez zawahania powiedzieć jej, że mogłaby postawić na niego. Gdyby chciała, gdyby dała mu jakikolwiek sygnał. Mógł zapewnić ją, że razem poradzą sobie z przeciwnościami, które świat rzucał im pod nogi. Że chłopiec, o którego bała się najmocniej był jego ulubieńcem, jedynym dzieckiem, z którym udało mu się zbudować jakąkolwiek relacje. Bo jeszcze do niedawna nie wierzył, że mógłby zbudować prawdziwą rodzinę. Skażony niepowodzeniem, tragedią oraz prawdziwym nieszczęściem, bał się, że nosi w sobie wyraźny pierwiastek ojca; mężczyzny, który po złamaniu, stracił i zatracił wszystko.
Słuchał uważnie, a przyjemny tembr jej głosu, wyrazistość przeciągniętych zgłosek, rozsiadała się na każdej, najdrobniejszej tkance. Lista łaskoczących komplementów, wysypała się na powierzchnię, a on pokręcił głową, zaczepnie, z uznaniem, uśmiechając się niepełnym, lecz zalotnym grymasem: – Niemożliwe… – zaczął, a gdy paznokcie zacisnęły się na klapie marynarki, powtórzył bez zawahania, spoglądając prosto w bliźniacze tęczówki: – Wyglądasz dziś zjawiskowo… – odpowiedział zaczarowany, tonąc w szerokości jej uśmiechu. Nie zdążył nawet zaprotestować, ostrzec, iż jego taneczne ruchy nie były idealne, stanowiąc niewielkie zagrożenie dla pozostałych par. Pociągnęła go za sobą, do przodu, nie uznając protestu. Ulokowali się w miejscu, gdzie drżenie orkiestralnej muzyki, było wyraziste, wnikające w rozgrzane i rozkołysane ciała. Maska, która znalazła się w jego dłoniach, wzbudziła zdziwienie, lecz nie zadawał pytań. Idąc w jej ślady, zawiązał ją na twarzy, spoglądając jak ta, równie piękna dopełnia peszący wizerunek. Jak to dziwne, niezidentyfikowane mrowienie, przechodziło od wewnątrz, przez wszystkie kończyny. – Zawsze widzę cię taką… – zapewnił śmiało, a dłoń delikatnie, choć powściągliwe ułożyła się na wcięciu kobiecej talii. Jej słowa, choć nietypowe, pasowały do ów intymnej chwili. Mógł uwierzyć w ich prawdziwość, poczuć, że był dla niej kimś ważnym. Błękit zajaśniał nadzieją, która nie była w stanie zgasnąć. – A ja życzyłbym sobie, aby ta chwila trwała wiecznie. – skwitował niemalże w tym samym czasie, lecz ona była pierwsza, dominująca. Nachylił się posłusznie, a rozkoszny dreszcz przebiegł po całej linii pleców, gdy ciepły oddech muskał płatek ucha: – Będzie jeśli tylko pozow… – praktycznie nie zdążył dokończyć kolejnego wyznania, gdyż atmosfera zmieniła się nie do poznania. Czyjaś nieproszona obecność, czyjeś bezczelne wtargnięcie, przerwało piękno ów wieczoru i podniosłego nastroju. Jego głos rozniósł się po najbliższym otoczeniu – władczy, nieprzyjemny, niegodny damy stojącej tuż przed nim. Nie rozpoznał go za pierwszym razem. Obcy mężczyzna wtargnął między nich, muskając jego ramię w zamiarze odepchnięcia, uderzenia, ataku? Ciemnowłosy zmarszczył brwi, zadbał, aby chwiejność i brak kontroli ruchów parszywego natarczywca, nie zrobiła krzywdy Anastasii. – Co do… – wysunął się delikatnie do przodu, aby zasłonić ją ciałem, stanąć do konfrontacji, która wisiała w powietrzu. I wtedy zrozumiał z kim tak naprawdę, przyszło mu się mierzyć. Cynicznie zawadiacki uśmiech wstąpił na jego twarz, a jedna z rąk oparła się na zgięciu łokcia. Odetchnął ciężko i pokręcił głową z lekkim niedowierzaniem. Rookwood, we własnej osobie… Dlaczego zwracał się do niej takim tonem, dlaczego roszczył prawo do jej ręki, do całej jej osoby… – A może trochę grzeczniej, co? – zaczął przechylając głowę i podkreślając powagę słów. – W towarzystwie damy nie wypada zachowywać się niekulturalnie. Tym bardziej jak zwierzę. – kontynuował wyważenie, z imponującym spokojem, nie puszczając jej dłoni, która ewidentnie zadrżała. Pozwolił, aby mówiła, przenosząc wzrok z sylwetki na sylwetkę. Robili zamieszanie, tłum zgromadzony wokół, zerkał z wścibskim zaciekawieniem i niecierpliwością… A on nie rozumiał i nie chciał rozumieć relacji, która rozgrywała się między nimi. – Zakłócasz zabawę. – powiedział dosadnie, nie przestając kierować winy w stronę intruza. – To dama dokona wyboru z kim chce zostać na parkiecie, nie ty. Przemoc nic nie rozwiąże. – skwitował wymownie, a brwi uniosły się pod maską, spoglądając prosto w te znienawidzoną facjatę. Zostawił jej wybór, decyzję, skrócenie rozlewu krwi, które wisiało w powietrzu. Prawa ręka osadziła się blisko dolnej części klapy marynarki, aby w razie niebezpieczeństwa, natychmiast sięgnąć po różdżkę. Nie miał zamiaru szarpać się z nim w środku nieświadomego tłumu.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#136
Drew Macnair
Śmierciożercy
the only way to get rid of temptation is to yield to it
Wiek
32
Zawód
zaklinacz, namiestnik Suffolk
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
0
40
OPCM
Transmutacja
14
2
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
12
2
Brak karty postaci
03-02-2026, 20:59
Odpowiedź dla Lucinda Macnair
Gdybym za szkolnymi murami usłyszał, że przyjdzie mi zasiadać w czarodziejskim parlamencie, to nigdy bym nie uwierzył; nie ze względu na brak wiary we własne możliwości, ale ze znacznie bardziej prozaicznego powodu – po prostu nie chciałem. Nie interesowała mnie polityka, obce były mi ministerialne struktury oraz konszachty, nie miałem o nich żadnej wiedzy, więc poza powszechnymi informacjami był mi to aspekt zupełnie obcy. W domu nigdy nie rozmawiało się na ten temat, bowiem matkę najczęściej zajmował problem braku odpowiedniej balowej sukni, w której, na kolejnym wystawnym balu, mogła kontynuować ułudę utopijnej codzienności, zaś ojciec, w nokturnowskich ścianach, był niejako gościem. Być może byliśmy zbyt młodzi, być może nikt w nas tego nie zaszczepił, lecz nawet na korytarzach próżno było usłyszeć jakichkolwiek wzmianek i choć obecnie powodów mogłem doszukiwać się w pozornym spokoju, granicy rzekomo nieprzekraczalnej przez liberalne głosy, to przecież trudno było pominąć słynny pojedynek Dumbledore’a z Grindelwaldem. Wtem jednak zdawało się to tak odległe, kompletnie nas niedotyczące. Może winą nie należało obarczać wyłącznie rodzin, a system? W końcu siedemnastoletni czarodzieje nie byli już dziećmi. I wówczas widzieliśmy tego efekty, bo tamci absolwenci dziś posiadają jedne z najważniejszych głosów - decydujących o losach całego kraju.
-Nie?- uniosłem nieco zaskoczony brew. -Myślisz, że popijając stuletnią brandy debatują o niesnaskach?- spytałem będąc ciekaw jej zdania, bowiem moje obycie w kuluarach wciąż było niewielkie. Zwykle oficjalne spotkania miały konkretny cel – nawet jeśli zaproszenie wybrzmiewało w czysto grzecznościowych tonach – i opierało się o uzyskanie oczekiwanego efektu, natomiast te prywatne ociekały w teatralną uprzejmość i raczej nienachalnie popychały ku poparcia tudzież zanegowania pewnych kwestii. Prawda stara, ale jakże prawdziwa, że najlepsze interesy robiło się w towarzystwie czegoś mocniejszego.
-Myślę, że akurat dzisiaj Nobby sprzedałby dobytek za kilka knutów byle tylko przysmarować członkom delegacji- szepnąłem na jej ucho nie chcąc, aby śmiałe twierdzenie doszło uszu kogokolwiek z obecnych, wszak nie mogłem mieć pewności, co do ich politycznych przekonań. Pozostawaliśmy na uboczu, ale wciąż – ściany miały uszy. Oczywiście nie obligowało mnie to do fałszywych zachwytów, lecz zważywszy na pozycję winienem zachować pozory.
Westchnąłem pod nosem słysząc jej słowa, po czym uniosłem szkło i upiłem kilka łyków. -Pewnie tam, we wspomnianym pokoju za zamkniętymi drzwiami, jest znacznie weselej. Nie krępuj się- rzuciłem, po czym wzruszyłem nieznacznie ramionami. Żartowałem – musiała o tym wiedzieć, bo szybko moje usta wykrzywiły się w kąśliwym wyrazie. -To obietnica?- spytałem zatrzymując dłużej spojrzenie na jej tęczówkach. W przeciwieństwie do żony nieśpieszno mi było do hucznych przyjęć – w ostatnich tygodniach ceniłem sobie spokój oraz domowe zacisze, gdzie pozostawałem z dala od trudnych rozmów i oceniających spojrzeń. Rozumiałem jednak jej podejście, bowiem pozostawała w Przeklętej Warowni właściwie całe dnie; wpierw ze względu na pewną konieczność, zaś potem ciążę i opiekę nad synem tuż po jego narodzinach. Widziałem jej zaangażowanie w sprawy drobne, niekiedy nawet niepotrzebujące arbitrażu, obserwowałem zapał do podróży i nowych przygód - pragnęła wrócić do starej codzienności, a ostatnim, co bym uczynił, byłoby obarczenie jej winą. Taka była i właśnie między innymi przez to straciłem dla niej głowę.
-Najwyraźniej wciąż za mało- odparłem pozwalając sobie na ironiczny uśmiech. -Jeszcze się nauczysz, nie martw się najdroższa- dodałem właściwie od razu, po czym uniosłem szkło w geście niemego toastu. Dla pozorów, dla niezrozumiałej dla wszystkich, poza nami, gry słów.
Wsłuchiwałem się w jej słowa z uwagą i gdy wspomniała Vincenta o mało nie zakrztusiłem się ognistą. Nie była mi obca ich znajomość, aczkolwiek nie przypuszczałem, że kiedykolwiek nakazał jej coś równie poniżającego, bo trudno było ukryć, iż szorujący podłogę dzieciak wytykany był przez wszystkich – mało tego, bruździło mu się i zostawiało wyraźne ślady tylko po to, aby jeszcze więcej czasu spędził z brudną szmatą w rękach. Cuchnęła niczym szczyny goblina, a nawet gorzej. Choć… czy ja kiedykolwiek czułem ten zapach? -Mogłaś mu wyprostować nos, bo Augustus trochę spudłował- zaśmiałem się pod nosem. -Mam nadzieję, że odgryzłaś się za ten niecny uczynek? Nie wiem, czy istniały gorsze kary- zamyśliłem się na moment krzyżując przedramiona na piersi. -Były. Jak mógłbym zapomnieć- westchnąłem ciężko i wyprostowałem się, po czym oparłem łokcie o blat drewnianego, masywnego stołu. -W szklarni, nawożenie mandragor tym paskudnym kompostem- na samo wspomnienie mało brakowało do odruchu wymiotnego. -To była prawdziwa kara. Myślę, że w Durmstrangu mieli lżejsze szlabany za niechęć do czarnej magii- zaśmiałem się pod nosem kręcąc głową. Chyba naprawdę zaczynała dopadać mnie nostalgia.
-Pewnie, że z Rookwoodem- w kwestii szkolnych przyjaźni nie miałem żadnych wątpliwości. Z resztą czułem, że ta relacja przetrwała po dziś dzień – pomimo trudów, pomimo niesnasek, pomimo wątpliwości i niezrozumienia odnośnie do wyjazdu tudzież następstw tejże decyzji. Rozumieliśmy się bez słów. -Do tej pory nie wiem kto był ten głupi, a kto ten głupszy- wygiąłem wargi w szerokim uśmiechu i mimowolnie przemknąłem wzrokiem w poszukiwaniu jegomościa. Tańczył gdzieś samotnie walca, czy zapychał odpływy włosami szlam? -A ty? Z tym co pilnował, żeby każdy kafelek lśnił?- spytałem wracając do jej tęczówek.
Kolejne z pytań skwitowałem jedynie nieznacznym wygięciem kącika ust oraz wymownym spojrzeniem na parkiet. Być może nie chciałem o tym rozmawiać, być może rozwiązanie tajemnicy było nader proste – pozostawiłem to jej interpretacji. Nie chodziło o ucieczkę od odpowiedzi, a bardziej o przestrzeń, bowiem była to jedna z niewielu kwestii, do których wracać nie chciałem. Może kiedyś, może w innych okolicznościach, może nigdy.
W jej ślad zjawiłem się na parkiecie, obejmując jej talię pewnym ruchem. -Do pierwszego obrotu- rzuciłem, po czym lekkim ruchem oddaliłem ją od siebie i lekko poprowadziłem ją po łuku, nadając ruchowi płynność oraz rytm. Jednym pociągnięciem dłoni wyznaczyłem oś obrotu, pozwalając jej zakreślić pełne koło, zanim znów przyciągnąłem ją do siebie, dokładnie w takt muzyki. -Dalej czyste- mruknąłem zerkając wymownie na swe buty, a następnie w jej tęczówki. -Brakowało ci tego- dodałem ciszej.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#137
Cassius Avery
Śmierciożercy
Haunted spirits in my head, the thoughts themselves are the thinkers
Wiek
32
Zawód
badacz umysłów, pracownik MM, zaklinacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
0
25
OPCM
Transmutacja
11
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
5
Brak karty postaci
06-02-2026, 17:24
Odpowiedź dla Antonia Borgin

Potyczki prowadzone we własnym umyśle między tym, co rozsądne, a tym co emocjonalne, to jak wędrówka przez drewniany most zawieszony nad głęboką przepaścią. Jeden fałszywy krok, jedna źle zinterpretowana myśl i łatwo stracić równowagę, złamać spróchniałą belkę i spaść w dół. Cassius z biegiem lat nauczył się kroczyć po nim z zamkniętymi oczami – poszatkowana powierzchnia własnej emocjonalności znacznie mu to ułatwiała. Niekiedy wydawało się, że jest w stanie samym mrugnięciem stłumić wszelkie uczucia, spychał je w najdalsze zakamarki umysłu. Skrywał je tam w końcu już od dłuższego czasu — od momentu olśnienia, gdy zrozumiał, że wtedy matka da mu spokój, bo na powierzchni jego młodzieńczej jaźni nie wyczuje już żadnej nuty uniesienia, znudzona odejdzie.
Pewne odruchy miał już wyuczone, a poddawanie się pożądaniu było przejawem świadomości własnej cielesności i przekonania, że ciało rozedrgane nagłą namiętnością jest wrogiem opanowanego umysłu. Nie należało go więc tłumić, raczej znaleźć dla niego ujście. Ich relacja zrodzona z chłodnej kalkulacji mimowolnie stała się swego rodzaju powtarzalnym elementem rzeczywistości. Początkowo nie przypisując jej większego znacznie, z upływem czasu gotów był przyznać, że wzajemne zapewnienie sobie przyjemności było przyjemnym dodatkiem. A wybór Antonii nie był zupełnym przypadkiem – swoisty apetyt nie rodził się w nim w końcu bez powodu. I nie chodziło jedynie o jej idealne proporcje, czy niezaprzeczalną urodę – ważną rolę odgrywał w tym wszystkim intelekt. Obca jaźń okazywała się ważna także w tym szczególnym aspekcie jego egzystencji. Nie czułby pociągania do kogoś o prostym, łatwym do zrozumienia i zbadania żywiole świadomości. W zamierzeniu te spotkania nie miały przerodzić się w nic więcej, a jej chłodna zachowawczość i, czy to odgrywana, czy rzeczywista obojętność, szły w parze z jego potrzebami. Równocześnie odnosił wrażenie, że sam doskonale spełniał jej oczekiwania.
- Masz szczęście, że wiem, że to tylko pytanie retoryczne - odpowiedział jej ze śmiechem. - Może masz rację, że nie. Nie jesteś. W przeciwnym wypadku nie musiałbym ratować cię z opresji, czyż nie? - Posłał jej zawadiacki uśmiech, lekko unosząc brwi.
Gdy nachyliła się w jego stronę, szepcząc do ucha słowa podszyte umyślną prowokacją, przyciągnął ją do siebie jeszcze mocniej, tak, że ich zamaskowane twarze znalazły się zaledwie kilka centymetrów od siebie, a przez jego ciało przeszedł znajomy dreszcz. Pożądania. Chociaż przecież nie planowali niczego takiego. Poczuł jak kobieta płynnym ruchem odsuwa się od niego, zwiększając dystans. Nie wyrzekł nic, pozwalając tym słowom zawisnąć między nimi na dłużej.
- Ach, tak? - rzucił z zaskoczeniem, unosząc w górę brwi. Świat rzeczywiście wydawał się w tym momencie mały. Myślał, że incydent sprzed kilku godzin pozostanie tylko między nim i Manon, Zastanawiał się jak wiele kobieta wyjawiła Antonii. Czy mówiła jedynie o Irytku, czy może wspominała o czymś więcej? Kolejne słowa rozwiały jego wątpliwości. Tym razem to on nachylił się bliżej do jej ucha i wyszeptał: - Wprawdzie to propozycja nie do odrzucenia… Ale tym razem jestem już umówiony. - Na dalsze zwiedzanie, powiedział do siebie w myślach. - Ale mam nadzieję, że w maju znajdziesz dla mnie chwilę.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#138
Henry Teyssier
Zwolennicy Dumbledore’a
there's no man as terrified as the man who stands to lose you
Wiek
22
Zawód
auror, poczatkujący klątwołamacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
16
0
OPCM
Transmutacja
19
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
13
10
Brak karty postaci
07-02-2026, 09:39
Odpowiedź dla Lizzy Evans

Chociaż miał się potem niejednokrotnie zastanawiać, dlaczego czekali tak długo, musiał przyznać, że był to wręcz doskonały moment i nie zamieniłby go na żaden inny. Niemal jak z baśni- w chwili, gdy świat wokół zdawał trząść się w posadach w zapowiedzi ogromnych, zdawałoby się niebezpiecznych zmian - oni znaleźli do siebie ostateczną drogę. Wszystko o czym dotąd jedynie marzył, miało stać się rzeczywistością. Choćby wplatanie palców w jej szczupłą dłoń i przesuwanie kciukiem po jej wnętrzu, już nie tylko w geście uspokojenie, gdy widział jak jej nosek marszczył się lekko w napięciu, więc pragnął tym dotykiem przynieść jej otuchę - teraz miała w nim się kryć cała zgromadzona w jego wnętrzu czułość, świadectwo, że był przy niej w całości, całym swoim jestestwem. Nie zliczyłby na palcach wszystkich takich drobnych przejawów swojego oddania i troski, które odtąd pragnął jej nieustannie okazywać. Wiedział, że teraz każdy jego czyn będzie podszytym czystym, prowadzącym go uczuciem. Musiał przy tym pozostawić jej przestrzeń - nawet jeśli już teraz w sercu tliła się obawa, bo przecież zawód, który dla siebie wybrali wcale nie należał do najbezpieczniejszych. Zdusił jednak tę myśl w zarodku, skupiając się w pełni na jej zaróżowionych policzkach.
Serce biło mu coraz mocniej, bo oto docierało do niego, że w jej twarzy przeglądało się właśnie jego własne odbicie. Emanowało z niej bezgraniczne szczęście, skóra lśniła podnieceniem zmieszanym z chwilowym niedowierzaniem. Bo mimo pewności przepływających przez ich ciała uczuć, mimowolnie w umyśle tliła się myśl, że może jedynie śnili najpiękniejszy w swoim życiu sen. Jednak przecież czuł na sobie jej dotyk każdą komórką ciała, nawet jeśli tylko sięgała do jego policzków. A kolejne pocałunki… Nie mógł zaprzeczyć ich realności.
Hogwart już wcześniej był mu bliski, teraz jednak jeszcze dobitniej zapisywał się w jego pamięci. Odczuwany sentyment miał z każdą kolejną sekundą przybierać na wadze, bo właśnie tworzyli wspomnienie, które miało go już nigdy nie opuścić. To irracjonalne poczucie nieważkości, wirowanie w tańcu i moment spotkania ich rozpalonych ust, ten obraz miał już na zawsze przyprawiac go o zawrót głowy. W tle wybrzmiewał perlisty śmiech Lizzy, śmiech zamykający w sobie ich miłość, nadzieję i przekonanie, że ścieżki ich przeszłości splatały się w jedno. Budowana przez ostatnie miesiące więź została przypieczętowana w tym niemal oderwanym od rzeczywistości momencie. Naprawdę wydawało mu się, że właśnie przenieśli się do raju. Poza nimi nie istniał już nikt więcej.
- Oh, Lizzy - zdążył jedynie wyszeptać w odpowiedzi, promienny uśmiech widoczny nie tylko na ustach, ale w kącikach lekko przymrużonych oczu, nie znikał z jego twarzy. Też o tym marzyła. Ta myśl dźwięczała mu w głowie. Powieki opadły, trzymał ją mocno w ramionach, przygarniając ją do siebie jeszcze bliżej, a dłonie spoczęły na jej przykrytych cienkim materiałem sukni lędźwiach, gdy stawała na palcach, aby ponownie znaleźć drogę do jego ust. Niemal jęknął z rozczarowaniem, gdy wybrzmiały ostatnie takty utworu, wyczuł nagłe rozluźnienie otaczających ich par. Część z nich jedynie zatrzymywała się na krótki oddech, inni opuszczali parkiet. - Chcesz jeszcze tańczyć? Czy może… - Spoglądał jej głęboko w oczy. Z lekkim wyczekiwaniem, niezwykle ciepło, okalając jej twarz spojrzeniem pełnym pieszczoty. - Moglibyśmy przenieść się gdzieś indziej - zasugerował, mimowolnie uśmiechając się sugestywnie, nie chcąc równocześnie jej spłoszyć. Czy byli gotowi na to, aby jeszcze dalej przesunąć granice?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#139
Lizzy Evans
Zwolennicy Dumbledore’a
have a kind heart, fierce mind & brave spirit
Wiek
19
Zawód
Kadetka aurorska
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
12
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
6
10
Brak karty postaci
Wczoraj, 20:47
Odpowiedź dla Henry Teyssier

Nigdy nie przypuszczałaby, że Henry mógł naprawdę zwrócić na nią uwagę w sposób inny, niż czysto koleżeński. On, szarmancki młody stażysta aurorski, o burzy ciemnych, nieco przydługich jak na standardy obowiązującej czarodziejskiej mody włosów (które Lizzy podobały się w tej długości, odkąd tylko spojrzała na niego po raz pierwszy), przeszywającym spojrzeniu; on — perfekcyjny kandydat na zięcia w oczach wielu matek czystokrwistych czarodziejek, wykonujący trudny, ale prestiżowy zawód. On, urodzony i spędzający wczesne dzieciństwo we Francji. On, zakorzeniony w świecie czarodziejów tak bardzo, że czasami Lizzy zastanawiała się nad tym, czy w ogóle będzie w stanie pojąć fragmenty mugolskiego życia, którymi się z nim dzieliła. Naprzeciwko niego była ona: mugolaczka, jeżeli piękna — to tylko w ten nieoczywisty sposób, nawet w mugolskim świecie pochodząca z rodziny ze społecznych nizin, powoli budującej swoją pozycję wśród niższej klasy średniej. Była zdolna do zaakceptowania, że już na zawsze pozostaną dla siebie tylko i wyłącznie przyjaciółmi. Bo i z tego się cieszyła, przyjaźń z nim sprawiała, że odnajdywała w sobie nowe pokłady spokoju, pewności siebie, wydawało jej się, że to przy nim właśnie nauczyła się prawdziwie oddychać. Że mogła być po prostu sobą — bez tłumaczenia się ze swojej krwi, rodziny, czy czegokolwiek innego, co autorytarnie uznano za kolejną spośród wielu cech niepożądanych. Widziała zmartwienie w jego oczach, gdy ściszonym głosem dyskutowali o polityce; to samo widział on, gdy zrywany był z jej mieszkania, z kolejnego seansu słuchania płyt gramofonowych, bo wzywała go służba. Chciała okłamywać się, że martwi się o niego dlatego, że był jej bliskim przyjacielem. Może najlepszym w całym jej życiu. I nawet, przez jakiś czas, udawało się jej utrzymać to kłamstwo przy życiu.
Aż nie potrafiła oszukiwać się dalej.
Los kochał historie miłosne takie jak ich. Może potrzebowali jakiegoś impulsu, a idealnym okazał się wspólny taniec, tak różny od skocznych melodii, które towarzyszyły im w trakcie potańcówek, w dodatku zmiana scenerii i odświętny wygląd. Nie świętowali już okazji ponownego spotkania kolegów i koleżanek ze szkolnych ławek. Przez pierwszy, przypadkowy pocałunek na parkiecie, przez kolejny — ten całkiem umyślny, celowy, jeszcze bardziej rozgrzewający — świętowali już siebie, tak po prostu. Nie jako oddzielne byty, a jako parę, której przeznaczeniem było zejść się ze sobą właśnie tej nocy.
Widok jego uśmiechu sprawił, że poczuła, jakby jej kolana miały odmówić posłuszeństwa, a cała sylwetka runąć na parkiet jak domek z kart. Trzymała się jednak w pionie, po części dzięki silnym ramionom Henry'ego, który przyciągnął ją do siebie, po części dlatego, że wciąż jednak nie mogła przegonić natrętnej myśli o tym, że nie chciała go martwić. Chciała być silna, żeby ich uczucie, dopiero co nazwane, dodawało im sił i wzmacniało. Stanowiło tak miecz, jak i tarczę. Ułożyła głowę na jego ramieniu, wydając z siebie krótkie, przepełnione tworzącymi się, nowymi marzeniami westchnienie. Mogłaby już tylko sunąć po parkiecie, bezpieczna w jego ramionach, a i tak byłaby najszczęśliwszą z kobiet zgromadzonych tego dnia w Hogwarcie. Jęk rozczarowania, który rozległ się gdzieś nad jej uchem, przywołał ją jednakże do porządku, ściągnął z krainy marzeń wprost do zamku, sprawiając, że sama zauważyła, iż utwór zakończył się.
Gdy Henry zadał pierwsze z pytań, o jej chęci tańczenia, niemalże się zgodziła. Mogłaby zrobić wszystko, byle tylko z nim, byle nie rozstawali się już od siebie nawet na krok. Ale później z ust mężczyzny wypadła niezwykle śmiała sugestia.
A Lizzy, w amoku emocji, najwyraźniej nie zrozumiała jej w pełni.
Zamrugała kilkukrotnie, zastanawiając się, czy to jej umysł płata jej figle, czy Henry naprawdę powiedział to, o czym myślała.
— Gdzie indziej? — spytała, odrobinę naiwnie, aby zbadać jego intencje. Może myślał o jednym z balkonów, a może wieży, w której znajdowało się dormitorium Gryffindoru. Na oślep odnalazła jego dłoń, tą, którą ułożył na jej lędźwiach, zsunęła ją z sukienki i od razu splątała ich palce ze sobą. Poczęła cofać się, powoli, w stronę zejścia z parkietu, a z każdym kolejnym krokiem jej policzki przybierały coraz to mocniejszą, pełniejszą barwę czerwieni. Tylko cudem nie zderzyła się z kimś w trakcie tej wędrówki. — A ty na co masz ochotę? Na taniec czy odpoczynek? — chyba pierwszy raz odkąd się poznali, nie potrafiła poprawnie sformułować myśli. Cóż się jednak dziwić, gdy była dziewiętnastolatką, która zakochała się prawdziwie po raz pierwszy...
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#140
Augustus Rookwood
Śmierciożercy
paint me as a villain
Wiek
32
Zawód
właściciel pubu, przestępca, oszust
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
5
16
OPCM
Transmutacja
7
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
15
10
Brak karty postaci
Wczoraj, 22:02
Rzadko zazdrościł.
Żył właściwie jak pączek w maśle. Urodzony w dobrej, czystokrwistej rodzinie, jako dziecko cieszył się swobodą i towarzyszącą mu na każdym kroku magią. Uważał się za mężczyznę wielu talentów, samych zalet i ceniącego właściwe wartości. Przede wszystkim silnego. Nie bywał zazdrosny o cudzy majątek, bo potrafił zarabiać pieniądze i załatwić wszystko. Nie był zazdrosny o talent, bo posiadał go, choć mógł być na siebie wściekły za to, że zmarnował swoją szansę - i to był nieliczny z momentów, kiedy zazdrościł kolegom z drużyny, że kontynuowali karierę sportową. Nie bywał też zazdrosny o kobiety, bo miał poczucie, że mógłby mieć właściwie każdą - a żadnej przecież nie chciał na stałe.
Aż do dzisiaj. Tego wieczoru zazdrość uderzyła mu do głowy, odbierając jasność myślenia, przysłaniając rozsądek i rozgrzewając krew. Rozlewała się po jego ciele gorącą falą, paliła pod skórą, a jednocześnie jątrzyła goryczą pod językiem. Czuł się niespokojny, wyprowadzony z równowagi, zbity wręcz z pantałyku. Powinien był przewidzieć, ze Trubetskoy wkrótce wykręci jakiś numer. Wczorajszy list nie mógł być końcem. Napisała podobnych już kilka i zawsze wszystko kończyło się tak samo. Wracało do punktu wyjścia.
To nigdy się nie skończy, jeśli on tego nie zechce. To on, Augustus Rookwood, decydował, czy ona z nim skończyła. I nikt nie będzie się w to mieszał. W szczególności jakiś zarozumiały paniczyk, który najwyraźniej myślał, że jest lepszy od niego, sugerując, że zachowuje się jak zwierzę, bo zamierzał zawalczyć o swoją kobietę. Dobre sobie.
- Wystarczy, właśnie wystarczy, Nastya. Wystarczy tego... - przez chwilę szukał w myślach odpowiedniego słowa - ... prowokowania mnie. Specjalnie to robisz, prawda? - niemal wycedził te słowa przez zaciśnięte zęby, mrużąc przy tym oczy, gdy wpatrywał się w maskę półwili, za którą ukrywała twarz. - A wiesz co tobie nie przystoi? - odparował Augustus, nie zdążył jednak wyjaśnić kochance co takiego jej nie przystoi, bo mówiła dalej, a mężczyzna, którego wykorzystała w swoim sprytnym planie wzbudzenia w nim zazdrości i utarcia mu nosa niepotrzebnie się odzywał, zamiast po prostu się odsunąć.
Uśmiechnął się triumfalnie, gdy właściwie przyznała mu rację. Tańczyła z tym fagasem tylko i wyłącznie dlatego, że pozostawił jej przestrzeń, bo czuła się samotna, bo on nie pojawił się na horyzoncie w chwili, kiedy pragnęła tańczyć; tak właśnie sądził. Nie wierzył w ani jedno słowo, które napisała zaledwie wczoraj. O tym, że znalazła kogoś innego. Kogoś, kto ją kochał i pomoże jej w wychowaniu Charliego. Nie dlatego, że tak nisko ją cenił. Był właściwie pewien, że Trubetskoy miała wokół siebie licznych amantów, gotowych przychylić jej nieba i przygarnąć nawet i z zastępem nieślubnych dzieci, chętni uznać za własne; był pewien, że za każdym razem, gdy pojawia się w miejscu publicznym, właściwie gdziekolwiek, przyciąga spojrzenia - pożądliwe ze strony mężczyzn i te kobiece, zazdrosne. Nie zdziwiłby się wcale, gdyby owijała sobie tego mężczyznę, z którym zamierzała zatańczyć, wokół palca, może nawet kłamała mu słodko o tej wspólnej przyszłości, lecz on znał prawdę. Anastasiya Trubetskoy darzyła go uczuciem niezmiennie od lat, silnym i trwałym, nie wierzył więc, aby potrafiła o nim zapomnieć w zaledwie kilka godzin, które dzieliły ich wymianę korespondencji. Bywała emocjonalna, nawet za bardzo, to po prostu była znów obrażona, a w urazie tej pragnęła utrzeć Rookwoodowi nosa. Ten jakże kulturalny i zadzierający nosa paniczyk pewnie sądził, ze złapał Morganę za nogi, tymczasem ona go za ten nosa wodziła jak głupca.
Ale dość tego.
- Ty będziesz mnie pouczał co jest grzeczne, a co nie? - żachnął się Rookwood, zwracając ciałem ku Vincentowi i zadzierając brodę wyżej. Co to, to nie, kolego. - Niegrzeczne to jest obłapianie CUDZYCH kobiet, zdajesz sobie z tego sprawę? To jest dopiero NIEKULTURALNE - mówił dalej, arogancko i bezczelnie, głośno i stanowczo, tak jak miał w zwyczaju. Miał w nosie to, czy inni patrzyli. A niech patrzą. Niech wiedzą, że ten oto bezczelny ktoś dobierał się i obłapiał kobiety, które należały do kogoś innego. Specjalnie to podkreślał. Akcentował każde słowo sugerujące, że jego i Nastyę łączy związek, doskonale świadom jak to na nią działa. Zawsze wtedy wpadała w jego sidła, kiedy utwierdzał ją w przekonaniu, że łączy ich coś wyjątkowego.
Nieznajomy nie dość, że nie miał zamiaru się odsunąć, to jeszcze próbował wepchnąć pomiędzy niego i Nastyę, zgrywając bohatera, chociaż w tej scenie to on był złoczyńcą, złodziejem czyhającym na cudze kobiety, ot co!
- Odsuń się człowieku, bo zabawa to się dla ciebie zaraz skończy - ostrzegł go cicho, nie starając się nawet wpleść groźby w żadne aluzje, ni półsłówka. Mówił otwarcie i nie miał ochoty dłużej tego ciągnąć. Ta scena rzeczywiście trwała zbyt długo. - Ta dama doskonale wie z kim pragnie spędzić ten wieczór. Ze swoim mężczyzną - co wielokrotnie podkreślała - czyż nie, kochanie?[/ b] - spytał, dając pólwili iluzję wyboru, koncentrując na niej wzrok. Czuł się swobodnie, kiedy spoglądał na jej maskę. Wszystkie te słowa przychodziły mu łatwiej niż zazwyczaj. - [b]Nie mamy czasu na te bzdury, Nastya. Za to sporo spraw do omówienia - zadecydował, wciąż tonem nie znoszącym sprzeciwu; był silny, był nieustępliwy, mimo że Vincent starał się czarownicę zasłonić, on przeszedł z boku i złapał ją za rękę, wyrywając ją z uścisku nieznajomego. Nawet jeśli próbowała protestować, pochylił się ku niej i wyszeptał do ucha: - Nastya, zmieniłem się, przysięgam, musimy porozmawiać.
Na krótki moment drugą dłonią ujął jej podbródek, zmuszając, aby spojrzała mu w oczy.
- Chodź - zachęcił ją, choć jedynie pozornie, bo gdy ich dłonie się splotły - po prostu pociągnął ją za sobą bezceremonialnie, przez tłum, lawirując pośród gości. Nie zamierzał pozwolić Nastyi się pożegnać z tym gnojkiem.

| zt Augustus i Anastasiya
Wygramy, a jak nie, to przynajmniej rozwalimy kilka łbów
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (14): « Wstecz 1 … 12 13 14
 


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 22:03 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.