• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Londyn, Clink Street 4/27 > Salon
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
22-11-2025, 14:41

Salon
Bilardowy stół-zawalidroga od razu rzuca się w oczy: zarówno przez swój rozmiar, jak i nietypowe, panterkowe obicie. Zwierzęce motywy obecne są w całym [/i]dużym pokoju[/i], rozłożyste poroże łosia na ścianie, skóra renifera rozciągnięta na dywanie, poduszki w zeberkę na wysiedzianych kanapach (rozkładają się - Sandy czasami eksmituje Danny’ego na noc do salonu) - wszystko się ze sobą gryzie, ale nieoczekiwanie - idealnie do siebie pasuje. Oprócz bilarda (traktowanego sprytnym zaklęciem zmniejszającym w porach odwiedzin gości) królem salonu jest telewizor marki Bush w drewnianej obudowie. W czasie telewizyjnym w domu panuje bezwzględny zakaz używania czarów.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Fintan Farley
Czarodzieje
do you have enough love in your heart to go and get your hands dirty?
Wiek
25
Zawód
przedsiębiorca (diler i złodziej)
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
żebracza
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
8
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
10
15
Brak karty postaci
11-01-2026, 16:16
1 kwietnia 1962
Niczym film wyświetlany na wielkim, kinowym ekranie, wrażenie błyskawic przecinających nocne niebo mąciło mu w głowie. Nie, to nie było nocne niebo, to była jego skóra. Wyciągnięte przed siebie dłonie, w których aż buzowało od mocy. Elektryczność biegnąca drogami żył, kumulująca się gdzieś za mostkiem i błyszcząca, błyszcząca tak bardzo, że rozganiał wieczne mroki. A może to wcale nie były mroki, może gromy, które biły z rytmem jego serca i tchnienia tak naprawdę niszczyły wszystko wokół prędzej niż dosięgało tam światło? Niszczycielska potęga zamknięta w jego zaciśniętych palcach, która jednak sprawiała że czuł się tak żywy. Czuł się... dziwnie. Jakby coś chciało mu się wyrwać z piersi.
Nienawidził takich dni. Dłonie, które nie mogą nawet na moment znieruchomieć, które potrzebują zajęcia. Nogi, na których nie może ustać w bezruchu, które cały czas gdzieś go gnają do przodu. Miał wrażenie, że przy każdym mrugnięciu pod powiekami przemykały mu powidoki tego dziwnego snu.
Jako istota bez swojego miejsca na świecie nie potrzebował tego sabotażu, w którym nawet jego ciało zdawało się niedopasowane do żyjącej w nim duszy. W takie dni zawsze potrzebował się czymś zająć, odciągnąć myśli od niewygody własnego istnienia, nadać życiu sens. Dziś jednak wszystko, do czego się zabierał, zdawało się sprzysięgać przeciwko niemu. Próbując pozmywać naczynia, zbił Willow kubek i dwa talerze: nic, czego nie był w stanie naprawić szybkim zaklęciem. Złożenie w całość pobitych ceramik było jednak ostatnim, co zrobił, bo frustracja z plującej przy tym wyładowaniami różdżki zmusiła go do całkowitego porzucenia czekających w zlewie kuchennych utensyliów. Wyszedł, dochodząc do wniosku, że to może poczekać — zmierzy się z konsekwencjami później, czy coś.
Po wyjściu od Weasley wcale nie było lepiej. Do klientów nie miał cierpliwości. Ich twarze, a czasem i przebrzydłe gęby, irytowały go na tyle, że miał dla nich tylko kąśliwe słowa i oferty składane w nieprzyjemnej atmosferze. W końcu z jednym się pobił i z limo pod okiem i rozwaloną wargą Farley przemierzał gniewnie ulice Londynu, kopiąc po drodze śmieci i wbijając sobie paznokcie we wnętrze dłoni na tyle mocno, by go to bolało. Nie przynosiło to jednak ulgi. Prawie odwiedził Frankiego i chłopaków, bo rzeczy, które czasem z nim robili sprawiały, że zapominał o wszystkim innym. Czasem czuł się po tym dobrze, zupełnie jakby nie wstydził się siebie i w jakiś sposób przyznawał do tego, kim jest. Czasem jednak miało to skutek całkowicie odwrotny, a późniejszy nieudolnie hamowany wstyd — bo czemu nie może być normalny chociaż w jednym aspekcie swojego życia — skutecznie wciskał go na powrót w objęcia rzeczywistości. Teraz miał wrażenie, że nie zaznałby ulgi, tylko pogorszył sytuację i może jeszcze powiedział o parę słów za dużo. A zależało mu na pozostaniu z nimi w dobrych stosunkach. Dlatego, tak samo jak wcześniej ewakuował się z mieszkania Willy, tak teraz unikał znalezienia się w przybytku Molly.
Był już późny, trochę podgryzający chłodem wieczór, kiedy Fintanowi coś się przypomniało. Był pierwszy kwietnia, czyli urodziny Daniela. A Fintan właśnie kręcił się po Soho. I z Danielem mieszkała Sandy, która może by trochę posklejała fintanową facjatę, żeby Willow nie zadawała mu później zbyt wielu pytań. Nogi same poniosły go szybkim krokiem na właściwą ulicę i pod właściwy numer. Energicznie zapukał do drzwi i czekał. I czekał. I czekał, jak mu się wydawało przez przynajmniej wieczność. Oparł się czołem o framugę, z myśli zaklinając ich, żeby otworzyli. Chyba, że ich nie ma? Hm. To byłoby niefortunne. Ale chyba sienie obrażą, że wpuściłby się sam i skorzystał z łazienki, nie?
Jak pomyślał, tak zrobił. Wyłowił z wewnętrznej kieszeni płaszcza swój wieloklucz i ostrożnie, pomału wsunął go do dziurki, zaczynając z wyczuciem majstrować nim przy zamku. Pytaniem pozostawało, ile delikatności, cierpliwości i wspomnianego wyczucia było dziś w niezwykle nabuzowanym energią Fintanie?

1 - Wieloklucz grzęźnie w zamku, skutecznie blokując mechanizm
2 - Drzwi pozostają zamknięte, narobiłem rabanu
3 - Drzwi pozostają zamknięte, ale jestem dyskretny
4 - Otwieram zamek, ale bynajmniej nie było to ciche
5 - Jak rasowy włamywacz bezszelestnie otwieram zamek wielokluczem
1x k5 (Próbuję wpuścić się sam do mieszkania):
4
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
11-01-2026, 22:14
Możemy się teleportować i ryzykować rozszczepieniem. Możemy, ale po co, kiedy alternatywą jest wsiąść do Marlenki, trzasnąć drzwiami, pomknąć po krajowej, a trzy i pół godziny później być już na miejscu. Całym, zdrowym, zadowolonym, a w moim przypadku, również oporządzonym. Sandy funduje mi traktowanie, które sprawia, że już teraz jestem gotów przyznać, że uwielbiam mieć urodziny, a zdmuchując świeczki zażyczę sobie obchodzić je cały miesiąc - naprawdę jest wspaniała. Zabijamy czas słuchając radia, przeskakując kompulsywnie ze stacji na stację, kiedy znudzi nam się piosenka albo spiker zacznie nadawać o zanieczyszczeniach powietrza i ostrzegać przed paleniem w kominkach plastikiem i gumą. Przypomina 1952 rok i Wielki Londyński Smog, ale ani mnie, ani tym bardziej Sandy nie interesuje to ględzenie, więc jesteśmy zdani już tylko na Normana Robinsona i jego gust muzyczny. Później okazuje się, że to jedyny kanał, który łapiemy w trasie.
Zabijamy czas, grając w skojarzenia, wymieniając miasta na “F” i zwierzęta na “M”: kategorie wybieram celowo, ja wygrywam w kategorii geograficznej, ona lepiej zna się na faunie. Tak, robię to dla jej przyjemności, ale mimochodem; nie ucieszyłaby się tak bardzo, gdyby zdawała sobie sprawę, że podkładam sobie nogi i potykam się celowo. Własnemu dziecku nie dałbym wygrać ani wyścigu, ani grzybobrania, ani chińczyka - niedoczekanie, gówniarzu. Dla tej pindzi zaś jestem skłonny oszukiwać w papier-kamień-nożyczki i podmieniać swoje gesty na te przegrywające, jeśli tylko mam dobry humor. Albo kalkuluję na bieżąco, że jej radość pokapie procentem na moje konto. Krótkoterminowa lokata z wysokim ryzykiem i proporcjonalnie wysokim zyskiem; happy wife, happy life, a żeby przekonać się na własnej skórze o prawdziwości tego powiedzonka, nie muszę wcale być żonaty.
W Bath jest słonecznie i uroczo i to, co psuje idealną pocztówkę z krótkiej ucieczki za miasto, to ludzie. Ludzie, którzy perfidnie i złośliwie wpadli na ten sam pomysł co ja i zamiast pooglądać telewizję, wypełzli ze swoich domów, by kultywować tradycję wspólnego odmaczania tyłków, na którą wpadli Rzymianie - z których myśli technicznej aktualnie czerpiemy - a przed nimi na pewno jeszcze jakieś inne, światłe, starożytne ludy. Zupa z Anglików nie może popsuć mi nastroju: nie, kiedy widzę Sandy w kostiumie kąpielowym w kolorze, który dla niej jest baby blue, a dla mnie po prostu niebieski. Chyba się ślinię, a może ktoś tylko mnie ochlapał, muszę ochłonąć, więc zanim ewakuujemy się z łaźni na dobre, korzystam jeszcze z zewnętrznego basenu, tego dla zuchów, którzy naprawdę pływają i nieźle znoszą niskie temperatury. Bądź co bądź mamy dopiero kwiecień.
W domu lądujemy po ósmej, tak zmachani, że idziemy prosto do łóżka - Sandy zahacza jeszcze na chwilę o łazienkę. Nie wiem, czy szykuje się na obiecane wyjście do tancbudy czy może na jutrzejszą szychtę w zakładzie fryzjerskim, ale wraca do mnie we włosach ciasno zwiniętych w papiloty, jutro jej głowa dwukrotnie zwiększy swoją objętość. Słodka.
Na razie mamy co robić - wszystko z listy moich marzeń. Niunia jest tą spełniającą życzenia gwiazdką i pracuje ciężko, by ziszczały się po kolei, jedno za drugim. Zacznę do niej mówić Pani Mówisz-Masz, Pani Chwilo Trwaj, Pani Proszę Nie Przestawaj - ale jak na złość, przestaje.
– Słyszałaś to? – pytam, wstając z wyrka tak gwałtownie, że prawie ją z siebie zrzucam. O tyle (tu masz odległość typu ziarnko ryżu pokazaną na rozsunięciu kciuka i palca wskazującego) jestem od olania piekielnego zgrzytu dochodzącego z korytarza, ale ktoś musi być mężczyzną. A jej cipka przecież mi nie ucieknie. – Lepiej pójdę sprawdzić, co tam się wyprawia – narzucam na siebie ten sam śliski szlafrok w tygrysie pasy, wciągam gacie i na boso wynurzam się z sypialni uzbrojony w różdżkę. Skradam się jak ten kot, a za moimi plecami posuwa się Sandy, odrobinę wolniejsza i odrobinę głośniejsza. Pacnąłbym się w czoło, ale wystarczy nam tego absolutnie niedyskretnych dźwięków. Jej pantofle z futerkiem na małym koreczku wydają z siebie soczyste klap-klap-klap. Obcasik stuka o podłogę, a jej odkryte  pięty mlaszcząco ocierają się o buta. – Ty się dobrze czujesz? Ciszej, no! - musztruję ją szeptem, co rujnuje cały efekt reprymendy, do diaska. Odesłałbym ją co najmniej do pokoju a najchętniej do kąta, ale jak już zawędrowała tak daleko - nie mam siły. – Schowaj się za mną i się nie wychylaj - instruuję ją, bo za cholerę nie wiem, czego się spodziewać. Kasy nikomu nie wiszę - więc nie są to Żydzi, przysłani by w ramach ostrzeżenia odciąć mi uszy. Bo takie próby już były.
– Levicorpus – wychylam się zza węgła i na oślep mierzę różdżką w… Fintana. – Ty – celuję w niego, już nie różdżką, a palcem. – Słyszałeś o czymś takim, jak dzwonek?! – pytam kwaśno, przyglądając się szczylowi. Ktoś mu obił mordę i to zupełnie niedawno. – Co ty tu mi w ogóle… – spoglądam to na chłystka, to na małe, sprytne urządzonko w jego dłoniach, jednocześnie kompletnie ignorując fakt, że nie zdążyłem przewiązać szlafroka, więc stoję przed nim w tak zwanej pełnej gotowości. – Chciałeś nas okraść?! – artykułuję oburzony. I to w moje urodziny! Też ma czelność. No co za smród. – Dalej Farley, masz trzy sekundy, tłumacz się – zarządzam, kładąc dłoń na ramieniu Sandy. – Celuj w łydkę – mała sprytnie zabrała spluwę z szafki nocnej. Da radę pociągnąć za spust? Się okaże. Nie życzę Fintanowi źle, ale jestem ciekawy.
1x k100 (Levicorpus):
3
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Sandy Wilkes
Czarodzieje
tell me who I am – do I provoke you with my tone of innocence?
Wiek
21
Zawód
fryzjerka, niania, drobna złodziejka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
2
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
13
Brak karty postaci
18-01-2026, 16:54
O dwudziestej pierwszej zero dwa niedziela kładzie się do snu, ścierając z kąciku oczu jedną, samotną łzę na myśl o poniedziałku. Prawdziwa histeria rozpocznie się za dziesięć godzin z hakiem; dla szcześliwców być może zostało jeszcze ich aż dwanaście, to aż pół dnia oddzielające od wyroku skazującego, który wcale nie jest tak szybki i bezbolesny jak gilotyna. Godzina odpowiednia dla zblazowanych czterdziestolatków i ich żon, zakochanych dwudziestek i ich miłosnych przeznaczeń płci męskiej — stworzona dla koców, herbat, tabletek przeciwbólowych i świeżej piżamy. Nowy tydzień, nowi my. Daniel z nowym numerkiem.
Dzień jest — był, ale to co dobre, warto przedłużać — prześliczny; pyszny jak tort i miły jak kostiumy kąpielowe. Szybki jak Marlenka i radosny jak jej pasażerowie. Słodki jak marcepanowy lukier i słony jak męskie na—
— Nawet nie wiesz jak bardzo mi się dziś podobało. I chyba złapało cię trochę słońca, na nosie i czole — mamroczę, kiedy mościmy się w naszym gniazdku, w ciepłej i miłej sypialni, w świeżej pościeli, bo wczorajsza Sandy była Sandy Zorganizowaną i wstawiła pranie, zanim zabrała się za wielkie i ambitne ciasto czekoladowe z życzeniami urodzinowymi dla Daniela. Tej Sandy należy się order za wybitne zasługi.
— To był miły dzień — podsumowuję, gdyby Daniel nadal nie do końca dobrze radził sobie z procesowaniem takich momentów, jak własne urodziny; pomagam mu ustawić tego typu chwile w hierarchii wspomnień i uniwersalnych przeżyć, szufladkuję odczucia na te dobre i te złe, nadając dzisiejszej niedzieli ocenę pięć plus. Londyn wita nas wieczorem, łazienka pachnie nami, sypialnia powoli otula nasze strudzone wrażeniami ciała i kiedy zaplatam włosy na miękkie wałki, czuję autentyczne zmęczenie. Słońcem, pływaniem, śpiewaniem w metalowej puszce jego ukochanego samochodu i pracą pochłoniętej miłością prawie—żony, która doskonale zdaje sobie sprawę z potrzeb męskiej anatomii. Kiedy wracamy do domu, obydwoje powinniśmy przyjąć zadowolenie jako swoje drugie imię.
Kiedy jest nam już wygodnie i ciepło, odważam się przymknąć oczy; kilkanaście sekund zdradliwego spokoju to za mało, żebym zdążyła zasnąć.
Daniel się podnosi, bo coś dudni; ja idę jego śladem i zastygam w pozie na wpół leżącej, nasłuchując tego, co ma nadejść — dwie sekundy i taką samą ilość tyknięć zegara później, odpowiedź nie przyszła. Pytania — pytania owszem.
— Kurwa, co to? — szept miesza się z nutą przestrachu, kołdra imituje oparcie kiedy zbliżam jej skrawek do twarzy i próbuję się ukryć. To na nic; poza tym też niepotrzebne, bo nie tak zachowują się odważne partnerki odważnych mężczyzn — kiedy ta uniwersalna prawda do mnie dociera, w kilku susach wynurzam się z łóżka i w machinalnym geście sięgam po spluwę z szuflady szafki nocnej. Rabuś, który miał czelność się do nas włamać, powinien też lubić smak prochu.
W innym przypadku, to całkiem smutne wtargnięcie.
Wędruję za Danielem; krok za krokiem, drążę w jego śladach, choć klapeczki wydają głuche klik—klak. Porzucam je w końcu na środku korytarza, kulminacja jest blisko, Dodge wyciąga różdżkę i—
— Tłumacz się, paskudo, bo jest naładowany! — głos, którym uderzam w Fintana pełen jest niezrozumienia i determinacji — łydka prawa czy lewa, bliżej kostki czy kolana? Szczęk pistoletu obwieszcza jego odblokowanie; tik—tak, panie Farley, wyjmowanie kuli z golenia to nic przyjemnego, nawet dla czarodziejów.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Fintan Farley
Czarodzieje
do you have enough love in your heart to go and get your hands dirty?
Wiek
25
Zawód
przedsiębiorca (diler i złodziej)
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
żebracza
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
8
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
10
15
Brak karty postaci
18-01-2026, 22:06
Otwieranie zamków było dla niego czynnością towarzyszącą mu już od najmłodszych lat. Jedną z niezwykle wygodnych rzeczy, którą czasem fundowały mu jego dziecięce objawy magii, była umiejętność dostawania się do wielu miejsc, do których czysto teoretycznie nigdy nie powinien móc się dostać. Pokój kierownika sierocińca. Zamykana na kłódkę lodówka w stołówkowej kuchni. Świetlica poza godzinami zabaw. Później, gdy już wiedział co robi, a w jego kieszeni zawsze znajdował się jakiś wytrych, miejsca te były zgoła inne. Sklepy. Skrzynki na listy. Samochody. Mieszkania.
Teraz jednak czuł się jak jakiś zółtodziób, pierdolony świeżak, który swoimi miernymi próbami obudzi pół klatki schodowej. Kiedy zamek w końcu ustąpił, Fintan popchnął drzwi ze zdecydowanie większą siłą niż była potrzebna, klnąc pod nosem: czy to na siebie samego, czy to na wieloklucz, czy na złośliwe drzwi — nie był pewien. Może na wszystko po trochu.
Zamykając za sobą słyszał, jak Daniel i Sandy "skradają się" w jego stronę. Czyli jednak byli w domu. I tak po prostu zignorowali pukanie do drzwi? Super. Teraz pewnie jeszcze zrobią nie wiadomo jaką awanturę, a jego naprawdę bolał łeb, a opuchnięte oko i rozcięta warga pulsowały nieprzyjemnie.
Światło rozbłysnęło na korytarzu, wybrzmiała inkantacja Farley odwrócił się i prawie natychmiast pożałował, że to zrobił. Może i nie wisiał do góry nogami, ale niewiele to pomagało na widok jaki miał przed sobą.
— Japierdolę — podniósł dłoń, zasłaniając sobie nią widok na tę różdżkę Daniela, która chyba działała trochę lepiej. Zaraz jednak oczy prawie wylazły mu z orbit. Że co?
— Na mózgi się z gumochłonem pozamieniałeś? Ja? Okraść was? Musiałoby mnie do reszty pojebać — zaśmiał się, całkowicie bez humoru. Może i mieli trochę racji, ale Fintan był zbyt wkurwiony całym tym dniem by czuć skruchę.
— Sandy, możesz to kurwa opuścić? — zapytał, przenosząc spojrzenie na moment na nią. Nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz ktoś do niego mierzył z pistoletu, więc jego spojrzenie było harde. Lepiej żeby nie strzeliła, bo z tego ciężko mu będzie się wytłumaczyć przed Willow. A do Cardiff z kulką w nodze może mieć problem dotrzeć.
— Przyszedłem sprawdzić, czy macie cholerną apteczkę w łazience, czy nie, i choćby długopisem na serwetce życzyć ci wszystkiego, kurwa, najlepszego — powiedział do Daniela, po czym sięgnął za pazuchę, wyciągnął stamtąd paczkę papierosów i rzucił ją Dodge'owi— nie dość, że nieotwartą, to jeszcze z nieco bardziej górnej półki.
Szkoda, że nie pomyślał, że takie sięganie za pazuchę można różnie zinterpretować. Ale przecież Sandy go nie postrzeli. Albo się zawaha.
Chyba.
Oby.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
19-01-2026, 14:11
– Prawda? Musimy robić to częściej. Wyjeżdżać za miasto – uściślam, machinalnie drapiąc Sandy po plecach, gdy tak poleguje na mojej klacie, rozlewa się, jakby była kotem, który w poważaniu ma trzy istniejące stany skupienia. Kiedyś pewnie zostawimy za sobą Londyn i przeprowadzimy się gdzieś daleko, gdzieś, gdzie nie ma metra, więc Murzyni nie tańczą twista w podziemnych przejściach, nagabując każdego, kto śpieszy się na pociąg, by wrzucił im do kubka parę pensów. Możemy się przyzwyczajać. Do wiejskiego powietrza, wiejskiego krajobrazu, wiejskich zajęć. Tak, pewnie tak będzie. Chyba, że doczekamy się modernizacji kamienicy i nowej windy, bo jak skończę sześćdziesiąt pięć lat ani mi się śni zaiwaniać pięć pięter po schodach. I tak w trybie dziennym. – A ty chyba masz piegi – dokonuję odkrycia po uważnym przyjrzeniu się jej zarumienionej buzi, czerwonej od słońca, wysiłku, czy wstydu - naprawdę nie wiem. To, że dalej się czerwieni, kiedy obwieszaczam jej pewne zamiary wobec niej, działa na mnie lepiej niż tacka świeżo wyłowionych ostryg, butelka szampana i czerwone truskawki. – Ładne – chwalę jej nakrapiany nosek, zatrzymując się w niedzieli, którą zgodnie przeznaczyliśmy na odpoczynek, nagradzanie się nawzajem i wykorzystywanie Matki Natury do celów niecnych i wcale nie kończących się na przecinaniu pępowiny. Dziś mi nie odmówi, dziś nawet nie muszę prosić, proponować, sugerować, ani ustawiać na nią zasadzek. Wrócimy do tego jeszcze, mamy parę godzin, ale… za chwilę.
Nasze och i ahhh odwlekamy, lecz tym razem rządzi przymus. Chrobot zamka dobitnie świadczy o intruzie, który sadzi się na nasze oszczędności skryte w skarpecie (dosłownie - na dnie szuflady z moją bielizną, tam, gdzie najstarsze, najbardziej poprzecierane i nie mogące się doprać skary). Niemal mi żal durnego złodzieja, który wyjdzie na pośmiewisko wśród swoich kumpli z jednej szajki. Po zakupie Marlenki nasze zaskórniaki to łącznie z dziesięć funtów, najcenniejsza w mieszkaniu jej Sandy, ale jej ukraść nie dam.
Pokazuję jej gestem, żeby szła za mną i tak przyskrzynimy łapserdaka: chwycimy za rękę, złapiemy na gorącym uczynku. Rabusia albo… Fintana z obitą mordą, który czuje respekt przed bronią palną w niepewnych rączkach Sandy. Słusznie - jej strzał w łydkę, mógłby kosztować go na przykład niepłodność, brak jednego jądra itd. Na jego miejscu nie kusiłbym losu.
– A ty gdzie się gapisz, co? Jesteś pedałem czy tylko chcesz zobaczyć, kto ma większego? – sadzę się do chłystka. Moje zaklęcie chybia, a jego oczy wałęsają się gdzieś za nisko - nie moja wina, że włamywał się do mojego mieszkania, kiedy akurat byłem w środku czegoś. Pośpiesznie zakrywam się szlafrokiem i zawiązuje pasek na supeł, dosyć tego dobrego.
– Spokój – zarządzam, zerkając to na niego, to na Sandy, która w przypływie entuzjazmu gotowa jest oddać ostrzegawczy strzał i przedziurawić chłopaka. Pełna dobrych intencji, oczywiście. Fintan nagle czymś we mnie rzuca (gorący ziemniak?), ja to łapię - jeszcze zanim się orientuję, co jest grane, z zadowoleniem oglądam nowiuteńką paczkę papierosów. No to się wykpił, skubany.
– Sandy, oddaj mi pistolet. I może, zrób coś z tym jego okiem, co? Wygląda paskudnie – obwieszczam nowe dyspozycje. – Mamy chyba jakieś maści. Pamiętasz, czym ostatnio mnie smarowałaś? Tym śmierdzącym? – wspominam ostatnią barową bójkę, gdzie dostałem taki wpierdol, że bałem się, że oślepnę, ale moja złociutka poskładała mnie do kupy. Nie-za-wo-dna.
– Kto cię tak urządził, co? Pewnie wygląda gorzej – rechoczę w kierunku Fintana, rozrywając swój urodzinowy prezent. – Na zdrowie – częstuję i jego. Na uspokojenie lepsze od meliski. Jeśli wyciągnę butlę: to już prawie herbatka.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Sandy Wilkes
Czarodzieje
tell me who I am – do I provoke you with my tone of innocence?
Wiek
21
Zawód
fryzjerka, niania, drobna złodziejka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
2
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
13
Brak karty postaci
21-01-2026, 12:01
Plastikowe papiloty i ciężka kołdra o zapachu rozgrzanego ciała — pewne dni po prostu skazane są na powodzenie. O porządek wszechświata dbają niezłomne elementy, wystukują rytm tego, co nienaruszalne; narodziny, urodziny, śluby, śmierci, rocznice. Kolejny rok i kolejna mała świeczka na nieco krzywym torcie błogosławi naszą nie—przypadkową niedzielę, nawet Marlenka wie co jest pięć i wydaje nam się (ja dopuszczam to do myśli, Daniel zna fakty i wie o ile uszczuplił się jego portfel od ostatniego tankowania), że tym razem paliwa starcza na nieco dłużej, a podróż do Bath jest krótsza niż zazwyczaj. Iluzja prozy codziennego życia, romantyzowanie procesów starzeniowych, w końcu te długie i głębokie pocałunki, które sprawiają, że chcesz komuś rzucić świat do stóp.
— Piegi? To akurat niedobrze —żalę się, choć mój głos wcale nie zdradza przesadyzmu. Jestem w stanie to znieść, kilka beżowych kropek na muśniętej słońcem buźce; w pewnych momentach takie niuanse po prostu nie przeszkadzają. Po wybitnej prywatce nie przeszkadzają ci cienie pod oczami, po udanym seksie nie myślisz o drobnych rozstępach na biodrach, po całodziennej kąpieli w eleganckich łaźniach nie przeszkadza ci skóra pomarszczona zupełnie jak na starej pomarańczy, otrzymanej na święta, zapomnianej aż do lutego.
Moszcząc się w cieple i wygodzie wysłużonej pościeli nie zauważa się potencjalnej nudy pożycia prawie—małżeńskiego; celebrujemy ten pospolity moment ile wlezie, drżymy w prostocie skrzypiącego łóżka jakby właśnie stuknęłam nam trzecia dekada razem.
Coś rzeczywiście stuka, ale tym razem wcale nie chodzi o rocznicę.
— To jakiś włamywacz? Złodziej? A może ten wariat z kamienicy obok? — stary furiat mieszkający na parterze, łysy jak kolano, ze spojrzeniem przypominającym bardziej psie, niż ludzkie. Przysuwam się bliżej Daniela i zaciskam palce na spluwie.
Powtarzam sobie zasady anatomii, powtarzam też wdzięczne afirmacje o własnej odwadze, a kiedy nasze oczy napotykają wreszcie winowajcę niespodziewanego łoskotu, wyzwalam w sobie czysty instynkt. Obrońcy, być może; nieprzewidywalnej panny, która niewiele ma do stracenia — owszem.
Daniel trzyma świat w ryzach — zarządza spokój, a mi przez moment drga ręka, pech chce, że ta, która oplata pistolet.
— Fintan, jak możesz! — taki był miły, taki dobry, mówił dzień dobry i kiedyś przyniósł mi kwiatka. W alternatywnej rzeczywistości właśnie biegłabym w kierunku lodówki, wyjmowała z niej resztki czekoladowego tortu i wciskała w Farleya słodką breję, aż starczyłoby mu cukru na wszystkie urodziny w obecnym sezonie, i jeszcze kolejnym.
Przeskakuję wzrokiem od jednego do drugiego, od gospodarza po winowajcę, w zdumieniu oddając w końcu broń na ręce Daniela. Łydki Fintana chwilowo są bezpieczne, jego twarz mówi jednak co innego; dopiero teraz, kiedy popłoch i drobna panika topnieją, zauważam jego pokiereszowaną buźkę.
— Ojej, Fintan, będą z tego paskudne siniaki. Może i blizna — mamroczę, śledząc wzrokiem purpurowe ślady na jego ładnej twarzy. Całe szczęście, że nie uszkodziłam mu tej nogi. Wtedy dopiero byłby biedny.
W kilku susach — i kilkunastu pytaniach, które przeskakują w mojej głowie, grają w berka z natarczywymi myślami — przeskakuję chwilowo do kuchni, tam zaczynam grzebać w naszej prowizorycznej apteczce, która z miesiąca na miesiąc powiększa swoje zasoby.
— Ukroję ci tortu! — wołam, a głos wraca do swoich naturalnych tonów; śmierdząca maść i urodzinowe ciasto; dobre, takie nie za słodkie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Fintan Farley
Czarodzieje
do you have enough love in your heart to go and get your hands dirty?
Wiek
25
Zawód
przedsiębiorca (diler i złodziej)
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
żebracza
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
8
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
10
15
Brak karty postaci
Wczoraj, 16:34
Jedno zdanie wystarcza, żeby w Fintanie coś pękło — jednak w zupełnie inny sposób, niż by się tego spodziewał.
Jesteś pedałem czy tylko chcesz zobaczyć, kto ma większego?
Przebiegająca przez niego energia skupiła się w jednej chwili za mostkiem, a dłoń Farleya mimowolnie zacisnęła się na moment w pięść — nim nie było tego za dużo, za mocno, zbyt intensywnie jak na jego skołatane nerwy i sponiewierane serce. Rozwarł palce i zaśmiał się gorzko, czując jak gdzieś w głębi jego wściekłość i gniew zaczynają przeistaczać się w zupełnie inną, ale równie gwałtowną emocję.
— Chciałbyś — odpowiedział Danielowi z odpowiednią ilością drwiny w głosie, by wierzyć, że jest tego dostatecznie wiele aby przykryć całą gorycz, ten ból i zmęczenie, które to jedno zdanie wyciągnęło gdzieś niebezpiecznie blisko wierzchu.
Tak, był pedałem. Trochę. Połowicznie. Cholerną wróżką, która nawet w magicznym świecie nie była w stanie znaleźć dla siebie miejsca. Wszystko z nim było nie tak, z góry do dołu, z prawa na lewo i od początku do końca, zaczynając od preferencji seksualnych, na które najwyraźniej nie miał jakiegokolwiek wpływu nie ważne jak usilnie próbował, by było inaczej, a na świadomie podejmowanych decyzjach życiowych kończąc.
Trochę opadły mu ramiona, gdy pełen oburzenia głos Sandy skarcił go, chyba za słownictwo. A może po prostu za włamanie? Albo za jedno i drugie. Coś w niego ewidentnie dzisiaj wstąpiło, że odznaczał się taką lekkomyślnością i brakiem szacunku.
Ten dzień po prostu był do dupy: zaczął się gównianie i gównianie też się skończy.
— Wybacz — bąknął w kierunku Sandy, z ulgą odnotowując, że faktycznie opuściła pistolet i oddała go Danielowi.
W sumie to co on sobie właściwie myślał przychodząc tutaj? Przecież nienawidził się narzucać, a dokładnie to właśnie zrobił, jeszcze w dniu urodzin Daniela i najwyraźniej przeszkadzając im w... Merline.
— Nie no nie jest tak źle — mruknął, unosząc palce do puchnącego oka i zaraz odsuwając je z sykiem. Dobra, jednak bolało jak diabli. — Dzięki — sięgnął więc po papierosa, tak uczynnie oferowanego przez Daniela — serio, nie zasłużył — po czym po różdżkę, próbując odpalić szluga. Nim jednak jeszcze zdążył zebrać myśli w konkretne zaklęcie, rdzeń jego różdżki rozgrzał się nagle, uwalniając wolny ładunek i rażąc Farleya. Zaklął paskudnie, prawie że upuszczając kapryśny kawałek magicznego drewna, prędko chowając go znów za pazuchę.
— Przysięgam, jeszcze jedna rzecz, tylko jedna — zaczął, wyraźnie starając się tłumić emocje i coś na kształt desperacji w jego głosie. Ale była tu Sandy, dobra Sandy, która tak się nim przejęła mimo tego, że całkowicie nie powinna, i Daniel, który... no, był sobą. I na swój sposób sprawiał, że życie bywało trochę mniej chujowe.
Opadł na krzesło, uśmiechając się do czarownicy smutno, aczkolwiek wdzięcznie, jednocześnie szperając w przepastnych kieszeniach płaszcza za zapalniczką.
— Tort brzmi wspaniale. Sama piekłaś? — zapytał, obserwując jej poczynania. po chwili zwracając się z westchnieniem do Daniela. — Miałem pewne... nieporozumienie z klientem, cholerny debil, ja... szlag, ja już tak dłużej nie mogę, przysięgam, ja... — głos mu uwiązł w gardle, przełknął ciężko i wsadził sobie papierosa między zęby, mrugając przez moment gwałtownie. Odpalił tytoń, a w świetle płomienia przez krótki moment jego oczy wydawały się dziwnie zaszklone.
Wiedział, czemu tu przyszedł. Bo był cholernie samotny i było to całkowicie żałosne, bo nie wiedział co zrobić ze swoim życiem ani tym, że teraz znów wróciła do niego Willow i bał się, bał się tak bardzo i nie wiedział co z tym zrobić. I ściskało go w klatce piersiowej i w gardle, i nie miało to nic do czynienia z papierosowym dymem, który wdychał tak łapczywie, jak gdyby miał on stanowić lekarstwo na wszystko: od stresu po rozkwaszoną twarz.
— Mam nadzieję, że chociaż wy lepiej spędziliście ten dzień. No i przepraszam za najście — dodał, próbując wrócić do swojej zwyczajowej lekkości i żartobliwego tonu, tego, który tak bardzo podkreślał ten jego urok, którym otwierał sobie drzwi do mieszkań i serc lepiej niż nawet najbardziej zaufanym wytrychem.
W końcu nikt przecież nie lubił rozmawiać o trudnych tematach i cudzym nieszczęściu, a już zwłaszcza w swoje urodziny. Przemilczeć, wrzucić do jakiejś głębokiej szuflady w pamięci i zapomnieć, bo jutro czekał przecież kolejny dzień, któremu trzeba będzie stawić czoła, i tak w kółko, do usranej śmierci.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
2 godzin(y) temu
Wieczory takie jak te powinny trwać w nieskończoność i nie podlegać prawom mijającego czasu. Kręcąc na palcu jej blond loka, który wydostał się z papilotowej pułapki, dochodzę do wniosku, że gdybym musiał bez końca powtarzać jakiś dzień - nie śmiałbym narzekać, gdyby tylko wrzuciło mnie do próżni z nią. To nie musiałaby nawet być ta konkretna data, w której ja jestem królem, a na Sandy ciąży nałożony z urzędu obowiązek spełniania moich zachcianek, życzeń i rozkazów (jak zawsze). To mogłoby być jej urodziny albo zupełnie losowy wtorek, kiedy tylko przewalamy się na kanapie i nie robimy absolutnie nic spektakularnego poza, ekhm, poza, kochaniem się, na różne, najróżniejsze sposoby.
– Bardzo dobrze. Będziesz teraz moja biedroneczką – psst, psst, cicho, skarbie, zaleczę każdą twoją bolączkę, spróbuję pocałować każdą kropkę na nosie, tak naprawdę ledwo widoczną, tylko z mojej perspektywy, naszych twarzy dzielonych mikrym oporem powietrza, ale jeśli tak ci się nie podobają, to sprawię, że znikną - mówisz, masz, dla ciebie wszystko. Lubię ją taką nakrapianą, ale lubię w niej wiele rzeczy, na które Sandy cichutko narzeka przed lustrem: wystający, miękki brzuszek, kilka pieprzyków na plecach, kształt kolan - przysięgam, że pierwszy raz słysząc jej rozpacz, byłem przekonany, że ćwiczy przed przesłuchaniem do komedii i biłem jej brawo, aż zaczęła płakać.
Teraz na szczęście jest cicho, to znaczy, względnie cicho, o ile dobrze jej idzie z zapuszczaniem paluszków do cudzych kieszeni, tak jej predyspozycje do bycia włamywaczką, cóż, kuleją.
– Nie wiem, kurwa, Sandy, nie widzę przez ściany – denerwuję się kaskadą pytań, którymi mnie zasypuje, czar bycia w absolutnej miłości pryska i nagle jestem tylko przykrym typem w średnim wieku, który ma pełne prawo odstrzelić tego, kto ośmielił się wleźć na jego posesję. – Teraz to już nie ma co się skradać – zauważam zgryźliwie. Jej klapeczki, które przed chwilą robiły rytmiczne klik-klak, teraz wzbijają się w powietrze i z łoskotem lądują na drewnianej podłodze. Tym razem wydając z siebie donośne: ŁUP. Powinna podać sobie rękę z niedyskretnym złodziejaszkiem, którego doskonale znamy. I to bynajmniej nie z plakatów opatrzonych napisem “poszukiwany”. Na to jest za cienki w uszach. Stoimy tak chwilę w milczeniu, facjata Fintana podpowiada, że miał dziś ciężki dzień, więc skoro już zdążyłem zakryć się szlafrokiem, mogę mu wybaczyć, że gapił mi się na penis i nie wracać do tego nigdy więcej. Sandy oddaje mi pistolet, wyjmuję z niego naboje i wsadzam go sobie w gacie - bo za bardzo nie mam gdzie go odłożyć, jednocześnie kiwając na towarzystwo, żebyśmy zasiedli jak ludzie - w salonie albo chociaż przy stole, skoro chłystek już tu jest, a Sandy wyrwała się z zaproszeniem go na kawał torta. Urodziny pełną parą.
– Nie grzeb tam może, co? Sandy zaraz cię obejrzy, gdzie ty tam z tymi brudnymi paluchami – musztruję Fintana, mycie rąk przed kontaktem z pacjentem to wciąż dość świeża sprawa - ledwie nieco ponad stuletnia, mógł o tym nie słyszeć. Ciekawe, czy myje po szczaniu, myślę, obserwując jego wyczyny z papierosem i różdżką. Zippo nie zawodzi; po małym elektrowstrząsie i on zdaje się na mugolski wynalazek.
– Zły dzień, hę? – zagaduję, a kiedy Sandy krząta się z tortem, decyduję się nawet jej pomóc i łaskawie wstawić wodę na herbatę i wyjąć trzy kubki. Jesteśmy bardzo nowocześni i pijemy już tylko ekspresowe torebki. – Sama – odpowiadam za Sandy – I zobacz to! – no trudno, musi zwlec się z krzesła i podejść do babskiego królestwa, żeby podziwiać krzywy samochód na krzywym torcie. – Zrobiła mi na nim Marlenkę. Cudowna jest, prawda? – nie potrzebuję potwierdzenia, wciskam soczystego całusa na policzku Sandy, a o kim mówię, czy o niej, czy o nowym aucie, to już zagadka, która pozostanie bez rozwiązania. Kilka pierwszych kawałków pokroiła tak, żeby nie naruszyć podobizny samochodu i teraz szepczę jej na uszko, żeby ukroiła tak samo. Może jutro ktoś tam jeszcze się nawinie, to się pochwalę.
– Dobra, dobra Fintan, oddychaj. Takie rzeczy się zdarzają, nie? Gdzie żeś się kręcił? – pytam, bo nawet jak portfel płacze, są miejsca, gdzie rozsądniej się nie zapuszczać. W pojedynkę. – Jak chcesz dziś nocować, to nie ma sprawy, tylko nie ma czystej pościeli, bo akurat mieliśmy dwa dni temu niezapowiedzianego gościa i Sandy nie zdążyła ogarnąć – dodaję wielkodusznie, wraca mi dobry humor, a może by tak zamiast herbaty wyciągnąć jakąś butlę, skoro noc jeszcze młoda? – Nic się nie stało, ale weź na przyszłość użyj klucza, czy coś. Nie daliśmy ci naszego zapasowego? – pytam, marszcząc brwi, bo coś mi świta, że tak mogło być, kiedy wyjeżdżaliśmy z miasta na trzy dni nad morze i Sandy upierała się, że ktoś musi dziennie podlewać jej roślinki. Wyciągam rekę do małej, co ma jej zasygnalizować, żeby pośpieszyła się, cokolwiek tam robi i przyszła do mnie, teraz, już, natychmiast i bez dyskusji. Wciąż mam urodziny. I wciąż mam tu ostatnie słowo.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 02-02-2026, 12:09 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.