• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Szkocja > Hogsmeade i okolice > Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie > Zakazany Las
Zakazany Las
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
10-06-2025, 20:29

Zakazany Las
Nieopodal magicznej szkoły zwanej Hogwartem znajduje się głęboki las. Stare korzenie drzew wystają z wilgotnej ziemi, stając na drodze zbłąkanym wędrowcom. Powietrze ma specyficzny chłód – ciężkie, nasycone wonią mchu i butwiejących liści. Między gałęziami przemykają smugi księżycowego światła, na moment rozświetlając fragmenty mrocznej ścieżki. Co jakiś czas dobiegają odgłosy życia – subtelne szmery, szelesty, niepokojące trzaski gałązek. Magia w Zakazanym Lesie nie jest efektowna, lecz przenika każdy cień, każdą ciszę. Jest w cichym oddechu lasu, w milczeniu jednorożców przesuwających się bezszelestnie przez mgłę, w cichym spojrzeniu istot, których nikt nie powinien widzieć. Tajemnica przykrywa tajemnicę, czyniąc to miejsce jedną z największych niewiadomych w świecie czarodziejów.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (6): « Wstecz 1 … 4 5 6 Dalej
 
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#41
Axel Devereaux
Czarodzieje
Je est un autre.
Wiek
25
Zawód
Tancerz, Złodziej, Kelner w Białej Wiwer
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
5
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
12
16
Brak karty postaci
20-01-2026, 14:06
Do Melusine i Almyry

Ruszyli przed siebie, wprost w szpony Zakazanego Lasu, którego sama nazwa powodowała rozbudzenie instynktu samozachowawczego. Drobne postacie panien niknęły w cieniach posępnych drzew, a błyszczącą różdżka skakała jak błędny ognik pomiędzy gałęziami. Potrzeba przygody, wręcz dziecięca nierozwaga pchała ich wszystkich w głąb tego nieprzeniknionego miejsca, obiecując przygody, wyrzut adrenaliny i zwiastując nieszczęście.
Axel dogonił Morgana i dość szybko prześcignął ryżego kompana w długich krokach doganiając Melusine i Almyrę. Tancerz nie był co prawda nawykły do pokonywania bezdroży, lecz na pewno radził sobie lepiej niż ubrane w odświętne buty kobiety. Poza tym obie zwolniły tempa i przystanęły oglądając cos na ziemi.
Devereaux zatrzymał się tuż obok, niezbyt zdyszany, bo co to za wysiłek był, w porównaniu do tego z czym mierzył się na treningach. Napięte mięśnie szyi i szczeki zagrały w półcieniach, a czujne spojrzenie omiotło okolicę. Orientację w terenie miał raczej marną, a umiejętności poruszania się po dziczy znikome. Las zaczynał wyglądać coraz bardziej złowieszczo i pod skórą tancerz rzeczywiście odczuwał dreszcz ekscytacji i niepokoju. Po chwili wywołany przez pannę Rookwood opuścił spojrzenie na ziemię. Zaczesał opadające, ciemne włosy z czoła i rzucił okiem na wskazywany przez Melusine trop.
- Oh, lala.... énorme. - Francuz rozejrzał się rzucając spojrzeniem po okolicy, po chwili wskazał na coś dyndającego na drzewie. - Nie czułem drżenia ziemi, ale to wyglada na cos gigantycznego. - Ujął delikatnie w palce nadgarstek dłoni Melusine, w którym trzymała rozświetloną różdżkę. - Mademoiselle... pozwól proszę. - Mruknął kierując światło na zagadkowe coś na drzewie.
Tkany materiał z daleka wyglądał jak koc, ale Axel mial przeświadczenie, że kocem to na pewno nie było. Poza tym ich oczom ukazał się obraz rozrzuconych, powykręcanych i połamanych gałęzi i drzew. W tej chwili do Axela dotarło, że nazwa tego miejsca nie wzięła się z nikąd i w każdej chwili mogli spotkać tutaj cos niebezpiecznego, cos z czym może i by mieli szansę, ale czy warto ryzykować dla odrobiny rozrywki?
- Le Géant? - Rzucił spojrzeniem po obu kobietach, mając nadzieje, że nie potwierdzą jego przypuszczeń. Axel vel Alex nie wiedział wiele o Zakazanym Lesie i jego mieszkańcach, dlatego też pozostało mu bazowanie na wiedzy absolwentek Hogwartu. - Chyba wkroczyliśmy na ich terytorium. Hogwarckie olbrzymy są tak samo agresywne wobec obcych jak te żyjące w dziczy? - Zagadnął nie zdradzając po sobie zdenerwowania, chociaż nie mial ochoty ryzykować sprawdzania tej ciekawostki.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#42
Keith Croft
Akolici
Wiek
23
Zawód
Pracownik restauracji
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
9
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
6
Siła
Wyt.
Szybkość
10
8
8
Brak karty postaci
20-01-2026, 22:09
Odpowiedź dla Riven i Kenneth'a

Ich ostatnie spotkanie, jego i Riven było co najmniej trochę niewygodne i sam do końca nie wiedział czy dla niego czy dla niej. On wtedy doszedł do wniosków, które nie koniecznie mu się podobały, a jej głowa była zdecydowanie zbyt zajęta rozmyślaniem o kapitanie niż o tym, że siedzieli razem przy stole. I w zasadzie nie miał prawa mieć jej tego za złe, zwłaszcza, że wtedy jeszcze o niczym nie wiedział. Teraz jednak w zasadzie wiedział wszystko, plus dotarły do niego te wszystkie plotki. I to właśnie dlatego praktycznie przestał pojawiać się w tawernie, nie przychodził tam, korzystając z innych znanych sobie miejscówek. Sam do końca nie wiedział czy unikał Riven dlatego, że był zazdrosny czy dlatego, że chciał sobie z tym wszystkim sam poradzić.
To był dla niego ciężki czas, ale były dwa momenty, które zdecydowanie mu pomogły. Pierwszym był moment kiedy Kenneth przyszedł do niego z informacjami, które udało mu się zdobyć na temat jego matki w Singapurze, a drugim wizyta u Leonie. Wiedział, że na siostrę zawsze może liczyć i chociaż spodziewał się, że usłyszy „a nie mówiłam”, to potem, jak na starszą siostrę przystało poratuje go radą. Zrobili nawet tego wieczoru wspólnie ciasto, a potem zasnął z jej psem na kolanach na kanapie, przez co plecy bolały go na następny dzień niemiłosiernie. Jednak to wszystko razem wzięte spowodowało, że chyba doszedł do siebie z tym wszystkim. Nie mógł się tym przejmować, nie powinien być zazdrosny, a tym bardziej nie teraz. Sam już dawno temu życzył Riven jak najlepiej, jeśli chciała ułożyć sobie jakoś życie z kapitanem Złotej Łani nie miał prawda włazić jej do tego wszystkiego z butami. Będzie po prostu obok, tak jak był zawsze i tyle.
- Najważniejsze, że nic wam się nie stało, a ty masz kolejną historię w inwentarzu do opowiadania. - pokręcił głową z lekkim rozbawieniem - No nie? Nic, ale to nic się nie zmieniło, nawet Bijąca Wierzba tak samo kręci tymi swoimi gałęziami. - odparł z uśmiechem, samemu również sięgając do kieszeni po papierosa, ale kitrając go odpowiednio, pamiętając jak ostatnio Riven się na nie rzuciła - Uważaj na nią, to kradziejka fajek. - powiedział rozbawiony puszczając oczko do Riven.
Dopiero wtedy zauważył jej zaskoczoną minę. Wychodziło na to, że nie miała pojęcia o tym, że on i Kenneth się znali. W zasadzie on sam chyba nigdy o nim przy niej nie wspominał i faktycznie, nie potrafił sobie przypomnieć czy kiedykolwiek siedzieli razem Pod Mewą i Księżycem.
- No znamy się. - skinął głową odpalając papierosa - No bo przeważnie pijemy w innych miejscach jak już udaje nam się spotkać raz na jakiś czas. - dodał spokojnie.
Czyli oni również przyszli tu by wejść do Zakazanego Lasu, w teorii było mu to w zasadzie na rękę. Nie był już taki boidudek jak za czasów szkolnych, jednak mimo wszystko czuł nieprzyjemny dreszcz na myśl, że miałby do tego lasu wchodzić sam. Towarzystwo kogoś innego, zwłaszcza znajomego była co najmniej pokrzepiająca i sprawiająca, że czuł się zdecydowanie pewniej. Dlatego na pytanie Kenneth’a czy idzie skinął jedynie głową, a po chwili już Riven ciągnęła go za sobą. Delikatnie jednak wysunął dłoń z jej uścisku, to chyba jednak nie była sytuacja, w której powinni być tak blisko jak to bywało w przeszłości.
Kiedy przekroczyli granice lasu od razu zrobiło się ciemniej. Keith potrzebował chwili by wzrok mu się przyzwyczaił, po czym zaczął się rozglądać z nieskrywanym zainteresowaniem. Drzewa były wysokie, jedne cieńsze, drugie grubsze, z wystającymi ponad ziemię korzeniami. Powietrze było jakby tutaj cięższe, do jego nosa docierał zapach ziemi i liści i czegoś jeszcze, czego nie do końca potrafił jeszcze zidentyfikować. Jak na razie, po przejściu tylko kilkudziesięciu metrów nie do końca rozumiał skąd te wszystkie dziwne historię o tym miejscu, las jak las.
- Eeee, a bo ja wiem. - z zamyślenia wyrwało go pytanie Riven i zerknął najpierw na nią, a potem na Kenneth’a - Ładnych parę lat, Kehhetn kiedyś raz czy dwa płynął dla mojego ojca i tak się poznaliśmy. - wzruszył lekko ramionami, a po chwili uśmiechnął się szeroko - Tak, dokładnie tak. Kenneth’owi udało się zebrać ogromną ilość informacji na temat mojej matki w Singapurze. Co prawda jeszcze jest wiele niewiadomych, ale mam chociaż jakiekolwiek informacje, dzięki, którym, kto wie, może dojdę po nitce do kłębka. - pokiwał głową z zadowolona miną krocząc przed siebie i popalając na spokojnie papierosa.
Zerknął jeszcze na Riven, lekko się uśmiechając, po czym lekko przyspieszył kroku, znów rozglądając się w około.
- W sumie nie ma się tu za bardzo czego bać. - obejrzał się przez ramię na pozostała dwójkę - Co jest Riven? - uniósł brew ku górze widząc jak się zatrzymuje.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#43
Melusine Rookwood
Czarodzieje
żeby był, żeby chciał być, żeby nie zniknął
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
21-01-2026, 21:07
Dla Almyry i Axela

Cóż, jeśli coś działało, a przy tym było głupie, to właśnie użyteczność stawała się najwyższą formą usprawiedliwienia. Tak sobie to tłumaczyła, z tym półuśmiechem, który rodził się zawsze wtedy, gdy rozsądek przegrywał z potrzebą działania. Już niemal widziała w wyobraźni grymas starszego brata przyjaciółki ― ten rodzaj spojrzenia, w którym pobłażliwość mieszała się z niechęcią ― gdyby przyszło mu oceniać ją jako towarzystwo dla młodszej siostry. Ślizgonka. Niezbyt godna, niezbyt stateczna, nazbyt skłonna do kłopotów. I może miałby rację; nazwisko zobowiązywało nie do porządku, lecz do zamętu, do głupich pomysłów podszytych przekonaniem, że jakoś to będzie. Przeżyje ― pomyślała ― jak zawsze.
A jednak czujność nie opuszczała jej ani na chwilę. Co rusz zerkała w bok, w głąb ciemności leśnej głuszy, gdzie noc nie była jedynie brakiem światła, lecz żywą materią, pulsującą oddechem ziemi i szeptem nieznanych istot. Drzewa stały zbyt blisko siebie, ich korony splatały się jak palce, nieprzepuszczające gwiazd; ścieżka była ledwie domysłem, cieniem wydeptanym przez kogoś, kto wiedział, dokąd zmierza. Nie wiedziała. I to budziło w niej niepokój, cichy, lecz nieustępliwy.
― Tylko spokój nas uratuje, mon ange ― Oj, najpewniej nie był to teren bezpieczny dla ludzi ― ani dla tych, którzy wierzyli w mapy, ani dla tych, którzy ufali instynktowi. Westchnęła więc, nieco ukojnie, jakby sam akt wydania powietrza mógł oswoić przestrzeń. Cofnęła się o krok, niemal tanecznie, ratując ciało przed zdradliwym dołkiem ukrytym pod mchem i liśćmi. Równowaga wróciła szybko, lecz serce zabiło mocniej ― przypominając, że nawet najmniejsza nieuwaga w takich miejscach bywała karą. ― Przyjmę każdą karę na siebie, byś winną obarczona nie została... ― leciutko się obruszyła, słysząc francuski akcent gdzieś z boku. Już chciała kogoś uderzyć, najwidoczniej tancerzyk baletowy był bardziej nieuchwytny niż cień. ― Le Géant...
Pozwoliła mężczyźnie naprowadzić różdżkę z tlącym się, nieśmiałym światełkiem ku górze, jakby sam gest był już aktem zaufania, drobną kapitulacją wobec wspólnej niewiedzy. Smuga światła wspięła się po pniu, po chropowatej korze, aż zatrzymała się na czymś, co nie miało prawa tam być ― strzępie szmatławca, porzuconym niedbale na gałęzi. Wysoko. Oj, stanowczo zbyt wysoko, by uznać to za przypadek. Z gardła wyrwało jej się bezgłośne oho, a zaraz potem drugie, cięższe, gdy sens tego obrazu dotarł do niej z całą bezlitosną klarownością.
OHO.
― Brat za życie mi mówił, że olbrzymy bywają dość niebezpieczne. Jeśli czują wtargnięcie na własne terytorium... ― Byli na terenie olbrzymów. Już nie domyślnie, nie w półcieniach przypuszczeń, lecz jawnie, niemal bezczelnie wystawieni na spojrzenie istot, które nie zważały na ludzką kruchość ani na ich drobne, sprytne plany. Wzdrygnęła się, a dreszcz przebiegł po ramie pleców i wzdłuż kręgosłupa, nieprzyjemny, lecz zarazem dziwnie pocieszny ― jakby ciało cieszyło się, że jeszcze potrafi reagować, że instynkt nie uległ całkowitemu stępieniu. Ramiona napięły się same, barki uniosły w obronnym geście, a serce przyspieszyło, wybijając rytm, który nie miał nic wspólnego ze spokojem. ― Monsieur Devereaux, chyba zadowoleniem byś nie grzeszył, gdyby ktoś grzebał Ci w ubraniach, prawda? ― Cóż za bluźnierstwo, by mataczyć żarcikiem w takim momencie. Zerknęła na pannę Warren, próbując w zgrabną całość złożyć fakty. Chyba trzeba było się grzecznie wycofać. Spojrzała jeszcze raz w górę, jakby liczyła, że obraz się rozpłynie, że szmatławiec zniknie, okaże się złudzeniem oka lub okrutnym żartem światła. Nic takiego nie nastąpiło. Gałąź uginała się lekko, drwiąco, a noc wokół zdawała się gęstnieć, nabierać ciężaru, jakby las sam wstrzymywał oddech. ― Nie miewaliście takich atrakcji?
Uciekamy?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#44
Kenneth Fernsby
Czarodzieje
Wiek
31
Zawód
Kapitan "Złotej Łani", przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
11
12
Brak karty postaci
22-01-2026, 19:24
|Dla Keitha i Riven

Obejrzał się przez ramię by dostrzec szok i niedowierzanie na twarzy Riven. Na początku zmarszczył nieznacznie brwi, a potem zaśmiał się pod nosem. Przeniósł wzrok na Keitha i dotarło do niego, że tak dwójka nie wie, że on się domyślał, a teraz to już całkowicie się utwierdził. Nie chciał jednak od razu się ujawniać, że wie, choć zapewne ostatecznie to zrobi, aby tej dwójki bardziej nie torturować. Jeszcze tego brakowało, aby kumpel oraz kapitańska kochanka czuli skrępowanie kiedy są wszyscy we trójkę, bo sądzą, że mają jakiś sekret. -Znamy się, przecież Cardiff wcale tak duże nie jest. - Grał dalej w grę niedomyślności, choć widział jak na siebie patrzą, jak Keith buduje dystans od Riven. Po prawdzie nigdy nie padło między nimi nazwisko Croft co mogło sugerować, że się nie znają lub pobieżnie co nie było warte wspominania czy rozwijania tematu. Na wspomnienie o kradzieży papierosów uniósł brwi patrząc wymownie na czarownicę. -Doprawdy? - Pokręcił z dezaprobatą głową. -Czy mam przywieźć dla ciebie z kolejnej podróży cygaretki goździkowe? - Zapytał z rozbawieniem w głosie, a potem zwrócił się do Crofta. -Trzymaj zapas tam gdzie nie widzi. - Wciskając dłonie w kieszenie kurtki ruszył raźnym krokiem do lasu, pogwizdując przy tym niefrasobliwie. Widać, że był w iście szampańskim humorze dzisiaj.
Croft objaśniał Riven szczegóły ich znajomości więc się nie wtrącał w tą opowieść pozwalając mu odpowiedzieć na wszelkie pytania. Sam w tym czasie chłonął atmosferę Zakazanego Lasu. Miejsca, które zawsze bardziej kusiło niż odstraszało. -Jak tylko będę miał okazję podpytać więcej, to wiesz, że to zrobię. - Zapewnił rozglądając się dookoła. Zdawało się, że Hogwart i jego okolice nigdy się nie zmieniają. Wszystko zdawało się wciąż takie same. Jakby czas się zatrzymał, a to oni się starzeli. Czuć było w powietrzu tę dziwną atmosferę jaka zawsze roztaczała się wokół drzew. Ptaki nie śpiewały, szum wiatru był ledwie słyszalny, ale za to ciche pohukiwania sów, pradawne szepty wdzierające się do umysłu, pobudzające wyobraźnie, która do tej pory była uśpiona, choć tej Kennethowi nie brakowało. Jak się przekonał na ostatnich wyprawach, jego marynarzom również. Drzewa stały gęsto, ich pnie były grube i poskręcane, jakby pamiętały czasy sprzed zamku,. Powietrze miało zapach wilgotnej ziemi, rozkładu liści i czegoś metalicznego, co drażniło nozdrza i budziło instynktowny niepokój. Światło wpadało tu niechętnie, łamiąc się w wąskich smugach między koronami drzew, a każdy krok zdawał się tłumiony przez miękki mech i gnijące gałęzie. Las oddychał ciężko, powoli, jak żywa istota obserwująca intruza z cierpliwą wrogością. Cichy jęk Riven przykuł jego uwagę i wraz z Keithem podeszli bliżej.
Wtedy Kenneth dostrzegł ślad. Odcisk ogromnej stopy w błocie, głęboki i wyraźny, większy niż jakiekolwiek zwierzę, jakie znał. Palce były szeroko rozstawione, ziemia wokół nich pęknięta i wgnieciona z brutalną siłą. Kucnął, przesuwając dłonią tuż nad powierzchnią śladu. Olbrzym. Myśl ta nie przyniosła paniki, lecz czujność. Kenneth podniósł się powoli i zaczął rozglądać się wokół, szukając znaków legowiska połamanych młodych drzew, wgniecionych paproci, resztek kości lub kamieni ułożonych w prymitywny krąg. Jego wzrok wędrował po mroku między pniami, a cisza Lasu gęstniała, jakby coś wstrzymało oddech.-Skoro po raz kolejny widzisz odcisk olbrzyma, to możliwe, że gdzieś w okolicy jest jego leże. - Mówił to bez strachu w głosie, wręcz przeciwnie z pewną chłopięcą lekkością, która nie przystoi kapitanowi statku, ale nie był teraz na statku. -Gotowi na małą przygodę? - Popatrzył to na jedno to na drugie, po czym wyciągnął w stronę Riven dłoń tym samym zachęcając ją do podjęcia wyzwania. Wiedział, że miała w sobie tę małą iskrę, którą miał okazję już zobaczyć w trakcie poprzedniej wyprawy na jaką ją zabrał. Przeniósł wzrok na kumpla, gdzie krótkim ruchem głowy również go zaprosił do wejścia w głąb lasu.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#45
Riven Thorne
Akolici
Feel the rain on your skin. No one else can feel it for you. Only you can let it in. No one else.
Wiek
23
Zawód
Barmanka, kochanka kapitana Fernsby
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
10
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
11
Brak karty postaci
22-01-2026, 20:09
Odpowiedź dla Kennetha i Keitha

W moim idealnym świecie oni naprawdę się nie znali. Nie wiedziałam co mi się ubzdurało, dlaczego nie wpadłam na to wcześniej. Tak jak mówił Kenneth - Cardiff nie było przesadnie duże, ludzie się znali. Przecież ja sama znałam mnóstwo osób, a część z nich nie było stałymi bywalcami tawerny. Patrzyłam na nich zdziwiona próbując przeboleć jakoś własne potknięcie, zażenowanie sięgało zenitu i gdyby nie próba rozładowania przez nich napięcia, oskarżając mnie o kradzież fajek, chyba zapadłabym się pod ziemię.
- Ej! - Krzyknęłam w stronę Keitha mierząc go groźnym spojrzeniem. - Bo nie powinieneś palić. Już ci mówiłam, że z fajką ci nie do twarzy.
Wyszczerzyłam do niego swoje zęby, a potem spojrzeniem powędrowałam w stronę Kennetha słysząc propozycję, że przywiezie mi cygaretki z kolejnej podróży. Przez chwilę, jakbym się zastanawiała, a potem ochoczo kiwnęłam głową. I przytaknęłam wcale nie dlatego, że byłam w tym okresie kompletnie spłukana i nie było mnie zbytnio stać na własne fajki. Do wypłaty jeszcze daleka droga, a i fortuny nie zarabiałam. Większość szło na opłaty za moje małe mieszkanko, nie zostawało zbyt wiele na przyjemności.
Gdy ruszyliśmy w stronę Zakazanego Lasu, a Keith wyciągnął swoją dłoń z mojej dłoni spojrzałam na niego pytająco. To zachowanie było dziwne, inne, niespotykane. Przecież kiedyś nie miał problemów gdy łapałam go za dłoń, miało być jak dawniej, ale ten próbował zachować dystans. I kiedy ja starałam się zachowywać jak najbardziej naturalnie, to Keith wręcz przeciwnie - z pewnością już słyszał plotki. Z pewnością już się domyślał dlaczego go przepraszałam i dlaczego czułam się tak, jakbym go wykorzystała. Skoro nie chciał trzymać mojej dłoni, to ja nie nalegałam. Gdy oni szli ścieżką ja przeskakiwałam z jednego korzenia na drugi korzeń, który wystawał nad glebę i słuchałam ich odpowiedzi. Głównie mówił Croft, to on odpowiedział mi na zadane pytania odnośnie ich znajomości i czy ich rozmowa dotyczyła matki mojego przyjaciela. I nawet pociągnęłabym rozmowę gdyby nie to co zobaczyłam.
Tuż przed nami pojawił się świeży ślad po olbrzymie. Już drugi dzisiaj. Znowu świeży, teraz już wiedziałam jak to rozpoznać. Pamiętałam słowa Lizzy i szybko oceniłam czy to coś nowego, czy może ten ślad jest tu już od tygodnia. Ale nie, został zrobiony niedawno, tylko tym razem nie czułam żadnych wstrząsów. Żadnych kroków. Co prawda moje “Oh nie” nie do końca było na to, bardziej na proces myślowy, który pozwolił mi dojść do paru wniosków. To Kenneth zauważył ślad, nie ja. Ale może to dobrze się stało, bo co bym im powiedziała?
Obserwowałam mojego kapitana jak kuca i analizuje ślad, westchnęłam ciężko.
- Przez tyle lat nie spotkałam w Zakazanym Lesie żadnego olbrzyma, nawet śladu, a dzisiaj trafiam na dwa? Ile oni mają tych olbrzymów w tym lesie? - Jęknęłam wywracając oczami.
Zaproszenie było kuszące. Zerkałam na jego wyciągniętą dłoń, nie byłam w stanie opanować kącików ust, które uniosły się znacząco do góry. A także pojawiającej się w oku iskry, dreszczyk ekscytacji przeszedł moje ciało. Keith nie chciał mojej dłoni, Kenneth po nią sięgał. Chwyciłam go bez żadnego zawahania, mocno zaciskając swoje palce na jego dłoni i wbijając spojrzenie w jego oczy zrobiłam ku niemu krok, gotowa by wejść w głąb lasu. Odwróciłam się lekko i spojrzałam na przyjaciela.
- Chodź - zachęciłam go.
Przeszliśmy ledwie parę kroków kiedy coś innego przyciągnęło moją uwagę. W głębi lasu, tam gdzie nie docierała ścieżka stały magiczne stworzenia. Przypominały czarne konie, były jednak bardzo mocno wychudzone. Nawet z tej odległości byłam w stanie dostrzec wystające kości, patrzyły w naszym kierunku swoimi białymi, pozbawionymi źrenic oczami.
- Testrale, tam - powiedziałam cicho, aby ich nie spłoszyć. - Dwa duże, jeden mały.
Przez chwilę nas obserwowały, a potem zaczęły odchodzić w swoim kierunku. Kiedyś wchodząc do lasu zawsze miałam jabłko, którym je częstowałam. Dzisiaj nie wzięłam. Nie spodziewałam się, że je jeszcze kiedyś zobaczę.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#46
Lizzy Evans
Zwolennicy Dumbledore’a
have a kind heart, fierce mind & brave spirit
Wiek
19
Zawód
Kadetka aurorska
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
12
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
6
10
Brak karty postaci
23-01-2026, 14:16
Odpowiedź dla Riven Thorne

Kącik ust Lizzy wygiął się w zaczepnym uśmiechu — oto trafiła jej się chwila wyobrażonej przewagi, w której to ona mogła wystąpić jako ta drocząca się strona. Delikatnie trąciła więc łokciem Riven, przechyliła głowę w jej kierunku i skupiła spojrzenie swych ciemnych oczu na jej twarzy, pragnąc na moment skupić na sobie całą uwagę barmanki. — Widzisz, wygląda na to, że nie miałaś wystarczającej siły przebicia — wypowiedziała słowa w niższym niż zazwyczaj rejestrze, pozwalając sobie na szerszy uśmiech, który kompletnie nie ukrywał tego, że próbowała ją sprowokować, oczywiście w dobrej wierze i humorze. Prawda była taka, że pomiędzy Thorne i Evans była pewna różnica wieku, która teraz, gdy obie były dorosłe, wydawała się już mniej istotna niż w czasach, gdy obie nosiły czerwono-złote barwy Gryffindoru. Nie była w stanie wyobrazić sobie siebie — pierwszo— czy drugorocznej wymykającej się wieczorem na spacer po Zakazanym Lesie w towarzystwie piąto— czy szóstorocznej. Na ich szczęście bądź nieszczęście mogły nadrobić te zaległości, chociaż w głowie Evans coraz częściej pojawiało się jedno, proste pytanie. Czy to wszystko było tego warte?
Sklątki tylnowybuchowe w perspektywie bliskiego spotkania z olbrzymem wcale nie wydawały się być takim złym wyborem. Z tego, jak opisywała je Riven wychodziło, że były robaczkami, a robaczki — co do zasady — nie były wielkie. Wybuchające tyły też nie mogły być duże, może pokroju noworocznych fajerwerków. Oznaczało to tyle, że przy bardzo wysokim prawdopodobieństwie śmierci z rąk olbrzyma, Lizzy pokonałaby swój wstręt do robaczych stworzeń i z miłą chęcią zanurzyła ręce prosto w ich gniazdo, gdyby tylko miałoby to uchronić ją przed zostaniem zdeptaną bądź zjedzoną.
— Nauczyli jak nie dać się głupio zabić — odpowiedziała Riven zupełnie bez namysłu, ale wciąż śmiertelnie poważnie. Jedno zerknięcie w bok, na przyjaciółkę sprawiło, że zalała ją fala gorąca. Nie z powodu strachu, strach zazwyczaj był emocją, która wiązała się z zimnem, z dreszczami i podobnymi historiami. Znajdująca się na granicy chichotu Riven doprowadziła ją po prostu do złości. Nie rozumiała, w jak wielkim niebezpieczeństwie się znajdowały? To nie była przecież gra! Albus Dumbledore nie pojawi się nad nimi, niesiony przez swojego wiernego Feniksa i nie ochroni ich przed olbrzymami, do diaska! Ostre, oceniające spojrzenie było ostatnim komunikatem, który zdołała posłać przyjaciółce przed tym, aż usłyszała charakterystyczny trzask łamanej gałęzi. Trzask, który rozszedł się po okolicy echem, jakby winowajcą nie była jedna, ale milion suchych gałązek. Barki Lizzy uniosły się natychmiast w górę, a ona sama wydawała się być nastroszona niczym kot postawiony w sytuacji, w której jedynym wyjściem było wyjście przemocowe. I umysł Lizzy przeszła przez moment taka ewentualność Jeju Riven, jak to przeżyjemy, to cię zabiję, ale nie mogły się poruszyć. Zamiast tego stały w miejscu — Thorne z ustami zaciśniętymi w dzióbek, Evans nasłuchująca, czy nie wzbudziły zainteresowania jakiejś istoty, czy innego stwora, który mógł im poważnie zaszkodzić.
Chyba miały więcej szczęścia niż rozumu.
— Bądź już cicho — syknęła, układając palec na swoich ustach dla zwiększenia powagi komunikatu. W każdej innej sytuacji bardzo chętnie posłuchałaby o spotkaniu Riven z druzgotkami, a jeszcze chętniej o nowym chłopaku, czy tam facecie, ale teraz, gdy mknęły przez Zakazany Las, zdecydowanie bardziej zależało jej na tym, aby obie wyszły z tej wędrówki cało. Z kolei irytowało ją głównie to, że wydawało jej się, że tylko jej na tym zależało, a Riven traktowała całe zajście jako żart.
Wreszcie, gdy spomiędzy połaci drzew wyłoniła się zieleń błoni, Lizzy chwyciła mocno nadgarstek Riven i ruszyła biegiem w tym kierunku. Olbrzymie westchnienie wydostało się z jej ciała w chwili, gdy wypadły na bezpieczną przestrzeń — bo oto całe napięcie, które trzymała w sobie od momentu natknięcia się na ślad stopy olbrzyma, odeszło z niej na dobre. Pozostało tylko to niewygodne uczucie pulsowania w skroniach i przyspieszone bicie serca.
— Dobra... To... — wydusiła z siebie, opadając prawie bez sił na trawę. Musiała chwilę odpocząć. — Opowiadaj. Od początku. Co to za nowy...? — spytała, wreszcie, przykładając swoją drżącą, zimną dłoń do rozgrzanego policzka. Co jak co ale plotki nie mogły już dłużej czekać.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#47
Riven Thorne
Akolici
Feel the rain on your skin. No one else can feel it for you. Only you can let it in. No one else.
Wiek
23
Zawód
Barmanka, kochanka kapitana Fernsby
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
10
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
11
Brak karty postaci
24-01-2026, 00:27
Odpowiedź dla Lizzy Evans

Oczywiście, że łamanie szkolnych zasad było warte każdych poświęceń. Testowanie cierpliwości nauczycieli, sprawdzanie na ile można sobie pozwolić naginając szkolny regulamin i po prostu szukając wrażeń. Mnie kręciło to ostatnie, potrzebowałam wrażeń, emocji, nuty ekscytacji. Wyzwania mnie pobudzały, a ja nie czułam strachu tylko ciekawość. Dlatego chodziłam do Zakazanego Lasu, dlatego też łaziłam po Hogwarcie nocą starając się nie dać nikomu przyłapać. Oczywiście nie zawsze się udało. Nocne przechadzki po błoniach kończyły się ciągnięciem do gabinetu opiekuna domu za ucho. Próby wymknięcia się do Hogsmeade w dni gdy nie było wolno nam tam iść - surowym szlabanem. Każda bójka była odnotowana. Dłonie bolały od szorowania pucharów w Sali Pamięci, ale to nie było ważne. Bo jednak w większości przypadków się udawało i to poczucie wolności i łamania zasad było tego warte. Słysząc jej komentarz o sile przebicia jedynie przewróciłam oczami, ja i tak wiedziałam swoje. Że się bała. I nadal się boi.
Nie dać się głupio zabić? Też mi coś. Robiłam głupie rzeczy, ale żadna mnie nigdy nawet nie zbliżyła do śmierci. Dla mnie to wszystko faktycznie było bardzo zabawne, chociaż gdzieś tam delikatny dreszczyk po plecach przechodził, to nie oznaczało, że będę się trząść ze strachu. O onie. Próbowałam powstrzymać chichot widząc wściekłe spojrzenie Lizzy, która była całkiem urocza gdy się złościła. Nic nam nie groziło, byłyśmy daleko od źródła zagrożenia, a ona zachowywała się tak strasznie poważnie. Tłumiłam chichot ręką przyciśniętą do ust. Potem ten trzask, który też nie pociągnął za sobą żadnych konsekwencji i cichy syk panny Evans.
- Przecież nic się nie dzieje - szepnęłam.
Ale Lizzy była zbyt przejęta, a ja wiedziałam, że w tym stanie nie należało jej denerwować. Więc nie kontynuowałam, poczekam sobie aż stąd wyjdziemy, a z niej opadną emocje. Całe szczęście nie zaszłyśmy zbyt daleko. Już po chwili marszu, tym razem starałam się na nic więcej nie nadepnąć, bo zaraz to Lizzy zamieniłaby się w tej olbrzyma, zobaczyłyśmy błonia. Poczułam szarpnięcie i już biegłam za koleżanką, teraz chyba już nie dbałyśmy o to czy będziemy głośno, czy też nie. Gdy wypadłyśmy z lasu, a ciepło prawie majowego słońca zaczęło ogrzewać nasze twarze uśmiechnęłam się szeroko. Założyłam ręce na biodra, odwróciłam się w stronę lasu i kiwnęłam parę razy głową.
- Jeszcze tu dzisiaj wrócę - rzuciłam, obracając się w stronę Lizzy. - Oh, co?
Patrzyłam na siedzącą na trawie pannę Evans, której od tego biegu chyba zabrakło tchu. Usiadłam obok, a właściwie wyłożyłam się na trawie. Uważając tylko, aby nie pobrudzić zielenią mojej spódniczki. Moja dłoń powędrowała w stronę szyi, naszyjnik otrzymany od Kennetha uniosłam ku górze obserwując jak pięknie kamień księżycowy odbija promienie słoneczne.
- Nie uwierzysz, jak ci powiem - zaczęłam, unosząc się gwałtownie i z przejęciem patrząc na Lizzy. - W Cardiff cumuje taki statek, nazywa się “Złota Łania”. Zgadnij kto spędził noc w kapitańskiej koi? - Uniosłam brew ku górze, patrząc na przyjaciółkę znacząco.
Nie mogłam jej tak od razu powiedzieć wszystkiego, musiałam dozować napięcie. A to, że spędziłam tę noc w jego kajucie to jeszcze nic. Miałam tyle do opowiedzenia!
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#48
Nathaniel Crouch
Czarodzieje
For a child, the loss of a parent is the loss of memory itself
Wiek
23
Zawód
Student prawa magicznego, lobbysta
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
16
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
10
5
Brak karty postaci
24-01-2026, 20:59
|Post dla Varyi

Pamięta każdy szczegół tamtego dnia. Wyryty na stałe w kamieniach jego pamięci, dobrze zachowany i zadbany, pielęgnowany przez chęci człowieka. Nie mógł o nim zapomnieć, to było silniejsze od niego.
Ta zieleń, ta biel i ta ciemność.
Wszystkie te barwy tworzące wspólną mozaikę, trwały obraz, który przeraża, gdy do niego wraca. Biel polany, która okryta śniegiem zapewniała swym pięknem ulotne poczucie bezpieczeństwa. Otulona zimnem, które potrafiło unicestwić w jakże kojący sposób. Zieleń jej oczu, gdy ratunek nastał i zdecydowano podarować mu ponownie życie. Tak bliski był jego stracenia. Najbardziej dosadnie pamiętał jednak ciemność, ból w klatce piersiowej i to żądlące uczucie końca. Tą świadomość zbliżającej się śmierci, gdy walka nie przynosiła żadnych efektów. Każdy ten element był z nim zawsze, prawie jak mały towarzysz człowieczej podróży. Na swój sposób został naznaczony, prawie nazwany ozdrowieńcem. Zakładał, że wydarzenia z tamtego dnia nie były tak przełomowe i istotne dla niej. Wystarczająco jednak ważne, że pamiętała o nim. Zaskoczony był każdym jej listem, jakby fakt, że istniała również poza scenerią norweskiego jeziora zawsze go zaskakiwał. Nie sądził, że po ich interakcji będzie chciała kiedykolwiek mieć z nim więcej kontakt, nawet jednak on czasem mylił się o ludziach. Rzadko, ale nawet najlepszym się zdarzało.
– Że chciałabyś upolować akromantulę – niedorzeczny pomysł, miał nadzieje, że umarł wraz z dorastaniem i osiągnieciem dorosłości. Teraz zaczynał kwestionować swoje nadzieje, były wręcz niemożliwe do zrealizowania. Powinien się domyślić, że to co on uznawał za niebezpieczne i absurdalne, ona brała za codzienne oblicze dnia. Tak bardzo w tych momentach osadzali się na przeciwległych końcach mostu, czasem zdawało się, że nigdy nie mieli spotkać się na środku. W nim była jednak dziwna i niezrozumiała potrzeba ochrony jej przed niebezpieczeństwem, które dla niej samej stanowiło atrakcje. Cały czas oddziałał ich kij, wyznaczał bezpieczną odległość i niewielkie zagrożenie. Łączy zarazem ich ze sobą, na dwóch krańcach drewnianej broni.
– Borginowie i wasze rodzinne zwyczaje – podsumowuje cicho, jakby nie chcąc przerywać milczenia, które trwało wokół nich. Kimże był on, Nathaniel Crouch, aby krytykować tradycję wiążące silniej niż jedność krwi? Czasem sobie jednak pozwalał, można uznać, że ze przyzwyczajenia. – Powiedz, co było najgroźniejsze co spotkałaś w lesie?
Czy kiedyś ją coś przeraziło? Dotknęło środka jej jestestwa i naznaczyło, jak on nosił w sobie ślad norweskiego jeziora? Może nigdy, otulona bezpieczeństwem własnego szczęścia i umiejętności? Odrzuciła kij, nawet nie spojrzał gdzie wylądował. Zamiast tego odwzajemniał jej spojrzenie, analizował to kogo miał przed sobą. Nie dała mu dużo czasu, a może to las pragnął ich uwagi? Przewrócił oczami, gdy nakazała mu ciszę gestem, śledząc jej ruchy. Wszystko stało się nagle, nie mógł zareagować. Rozpoczęło się od liści, które unosiły się w powietrzu. Od razu wiedział, że dzieje się coś złego. Potem pojawiła się światło, które oślepiało, parzyło i zagrażało. Varya osunęła się na ziemie i całkowicie nie rozumiał co się z nią działo. Położył jej dłoń na ramieniu, zdawała się przerażona. Czyżby wiedziała skąd pochodzi to światło?
– Protego – spróbował pierwsze zaklęcie, które przyszło mu do głowy. Nieskutecznie, nie powstrzymało to światła, które zdawało się być coraz bardziej intensywne. Starał się pociągnąć Varyę do tyłu, zabrać ją z największego niebezpieczeństwa. Musiał spróbować jeszcze raz, światło nie miało zamiaru zaprzestać swojej wędrówki.
– Protego – kolejne próba, tym razem poczuł jak magia posłuchała jego działań. Udało się, czuł, że jego bariera działa na atakujące ich światło. Spojrzał w dół, nadal trzymając lewą dłoń na jej ramieniu. Co można teraz powiedzieć? Wszystko będzie dobrze? Nie miał pewności.


Rzuty: Nieudany oraz Udany
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#49
Keith Croft
Akolici
Wiek
23
Zawód
Pracownik restauracji
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
9
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
6
Siła
Wyt.
Szybkość
10
8
8
Brak karty postaci
25-01-2026, 17:17
Odpowiedź dla Riven i Kennetha

Czuł się z tym wszystkim źle. Zdecydowanie nie planował czegoś takiego na dzisiejszy dzień. Miał się dobrze bawić, zaropić się we wspomnieniach, pospacerować po korytarzach zamku, wieczorem zatańczyć, a potem wrócić do domu. W tym momencie jednak najchętniej już by wrócił do domu. Odechciało mu się tego wszystkiego, tych spacerów, wspomnień, a już najbardziej tego tańca. Bo jak ma z nią tańczyć kiedy przestał się czuć swobodnie w jej towarzystwie? Nie wiedział jak ma się zachowywać, przecież nie mogą być tak blisko jak do tej pory. Gdyby się nie przespali, gdyby to był inny mężczyzna, nie Kenneth, to nic by sobie z tego nie robił. Cieszyłby sie jej szczęściem, życzył im jak najlepiej…i chociaż nadal tak było, to coś zjadało go od środka. Było to nieprzyjemne uczucie, odczuwał je niemal fizycznie i nic nie mógł z tym zrobić.
A oni nie wiedzieli, że on wie, a on nie potrafił się zdobyć na to by im o tym powiedzieć. Jednocześnie też nie miał pojęcia, że Kenneth również doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że oni się przespali. Pytanie jakie mu się nasunęło w tym momencie, to czy kiedy doszło do tego błędu, Riven już była związana z kapitanem? Ta myśl sprawiła, że spiął się automatycznie, a co jeśli tak? Co jeśli poszedł do łóżka z dziewczyną kumpla? Czy właśnie za to przepraszała go Riven wtedy w tawernie? To miała na myśli mówić, że go wykorzystała? Zakręciło mu się w głowie na chwilę od tego wszystkiego. Na Merlina pi kiego grzyba on w ogóle wchodził z nimi do tego lasu. Może był jeszcze czas aby zawrócić?
Zerknął przez ramię, jednak przeszli już spory kawałek w tym krótkim czasie i podejrzewał, że gdyby teraz zawrócił z pewnością by się zgubił, nie miał specjalnie orientacji w terenie. Na tą chwilę nie pozostało mu nic innego jak tylko podążać za tą dwójką, czuć się jak piąte koło u wozu i udawać, że wszystko jest okey.
- Jasne, wiem. Zobaczę co uda mi się wyciągnąć z tego co mam i w razie czego zgłoszę się do ciebie jeszcze. - odpowiedział kumplowi na jego zapewnienia, lekko przy tym kiwając głową, po czym zaciągnął się papierosem i spojrzał na Riven - Mówiłaś, a ja ci mówiłem, że już po ptakach. - odparł spokojnie, by po chwili już skupić się na tym co dostrzegł Kenneth na ziemi.
W trzech krokach znalazł się przy nim i przyjrzał się śladowi. Nie podobało mu się to ni cholery. Olbrzymy nie były na jego liście stworzeń, które chciałby kiedyś zobaczyć. Jakby atmosfera nie była wystarczająco ciężka, to poczuł jeszcze nieprzyjemne mrowienie w karku. Panowała okropna cisza, miał wrażenie, że słyszy jak mu krew buzuje w uszach. Rozejrzał się po lesie, ale niczego nie dostrzegł, tylko drzewa i krzaki. Żadnego szelestu, żadnych niepokojących oznak obecności olbrzyma. Nie miał jednak w tym żadnego doświadczenia, więc nie liczył na to, że cokolwiek dostrzeże, prędzej usłyszy, ale wtedy może być już za późno.
Po chwili jednak skupił się znów na pozostałej dwójce. Widząc jak Riven z chęcią chwyta dłoń kapitana mocniej zacisnął zęby, ale nic nie powiedział. Dopiero kiedy usłyszał słowa Kennetha zrobił wielkie oczy.
- Żartujesz, prawda? Powaliło was? Chcecie iść za olbrzymem? Życie wam nie miłe? - patrzył to jedno to na drugie nie wierząc własnym uszom i oczom.
Oni naprawdę chcieli iść dalej. Kompletnie im odbiło jak nic! Przecież nawet we trójkę nie mieli szans w konfrontacji z olbrzymem, nie było takiej opcji po prostu. Czy naprawdę on był jedyny w tym towarzystwie, który w tym momencie myślał racjonalnie? Po prostu nie mógł w to uwierzyć. Zapadła między nimi cisza, ale on wiedział, że podjęli decyzje. Tak, zdecydowanie mieli jakieś skłonności samobójcze jak nic. W końcu westchnął i wyrzucił bezradnie ręce w górę.
- Dobra. Ktoś was, idiotów musi potem poskładać do kupy. - powiedział zrezygnowany, po czym zgasił niedopałek butem na ziemi i wsunął ręce do kieszeni kurtki, prawą dłoń zaciskając na rękojeści różdżki.
Ruszył za nimi powoli, trzymając się bardziej z tyłu. Co prawda był zmuszony wtedy patrzeć na nich jak sobie idą i trzymają się za ręce, ale trudno. Zwłaszcza, że w tym momencie miał zdecydowanie ważniejsze rzeczy na głowie. Jak na przykład czający się w okolicy olbrzym na przykład.
Słysząc Riven powiódł wzrokiem w kierunku, w którym pokazywała. Dostrzegł je i rozpoznał od razu, chociaż nigdy wcześniej ich nie widział. Śmierć ojca spowodowała, że był w stanie je teraz dostrzec, jednak wcale nie przyprawiało go to o optymizm.
- Lepiej im nie przeszkadzać. - rzucił cicho kręcąc głową.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#50
William Travers
Śmierciożercy
Freedom isn’t enough. What I desire doesn’t have a name yet―
Wiek
32
Zawód
Żeglarz-przemytnik, handlarz i łowca
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
6
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
15
10
Brak karty postaci
25-01-2026, 23:45
Odpowiedź dla Wulfric Fawley

Papierosowy dym zdominował powietrze na krótką chwilę, ale nie zdołał całkowicie zamaskować woni lasu, która z każdym kolejnym oddechem nabierała wyrazistości. Butwiejące po zimie liście, wilgotna ziemia i mech, żywica sącząca się ze zranionej kory ― a pod warstwą tego wszystkiego, coś metalicznego, starego, co drażniło nozdrza przy głębszym wdechu. Może była to tylko wyobraźnia, może zbyt głośne echo wspomnień ― wystarczyło, żeby Billy niecierpliwie potarł wierzchem dłoni nos. Ukrył za tym gestem grymas ― dobry wieczór, Will, wypowiedziane tonem, jakby wieczór faktycznie mógł być dobry w tych okolicznościach i towarzystwie ― i zmusił usta do uśmiechu, obserwując jak palce Fawleya rozluźniają się na rękojeści różdżki.
― Nie ― zaprzeczył krótko.
Nie do końca było to zgodne z prawdą.
Potrzebował odetchnąć, strząsnąć z ramion presję, która dzisiejszego wieczoru odziana była w ciemnozieloną suknię, srebrne szpilki i całą uncję czaru za dużo. Przyjemnie było oprowadzać ją po korytarzach Hogwartu, pokazywać to, co do tej pory znała wyłącznie z jego opowieści, jak choćby pokój wspólny ukryty w czeluściach lochu ― do niego niedługo trafić miał ich najstarszy syn ― czy wieżę astronomiczną, na której szczycie Billy zapytał się, czy widzi te gwiazdy―
Znacznie mniej satysfakcjonująca była rola męża, którego Teddy chciała zademonstrować dawnym znajomym, jakby faktycznie było czym się chwalić.
Fawley ― z tego co pamiętał ― nie miał tego problemu już od jakiegoś czasu.
― Jestem po prostu sentymentalny.
Wulf musiałby być ślepy, głuchy i głupi, żeby w to uwierzyć.
Aż tak surowo Travers go nie oceniał.
― Pierwszy szlaban odpracowywałem w Zakazanym Lesie ― wyjaśnił, zanim ponownie zbliżył piersiówkę do ust i upił łyk ognistej. Światło różdżki rzucało półcień na twarz Fawleya ― wyglądał, jakby też potrzebował się napić, choć równie dobrze mogła być to po prostu urzędnicza aura. Billy zakręcił piersiówkę i wsunął ją do kieszeni szaty. ― Później dawali mi głównie puchary do polerowania.
Na przestrzeni lat mógłby ubiec w tej sztuce domowego skrzata, ale tego Wulfric się nie dowie, bo Billy już zacisnął usta na papierosie wyciągniętym z wymiętej paczki papierosów, którą podsunął w stronę mężczyzny, zaraz chowając ją z powrotem. Gęsty, ciężki dym ponownie zawłaszczył atmosferę, spychając zapach podgniłej ściółki na dalszy plan ― podobnie jak niechęć do nieproszonego towarzystwa.
Może dzięki ognistej.
Może przez wzgląd na pytanie zadane przez Wulfrica.
Zaciągnął się papierosem, aż dym połaskotał go w płuca.
― Coś ty ― pojedyncza zmarszczka przecięła czoło, kiedy Billy pokręcił przecząco głową. ― Nie miewałem skłonności samobójczych.
Bo tym prawdopodobnie byłaby samotna wyprawa w głąb Zakazanego Lasu, kiedy jeszcze obydwaj nosili szaty Hogwartu.
Bywał głupi, ale nie aż tak.
― A później okazji ― dodał prawie od razu, wzruszając lekko ramionami. ― Właściwie, odkąd skończyłem szkołę niewiele myślałem o tym lesie. Aż do dzisiaj―
― zamilkł.
Gdzieś w głębi lasu rozległ się ostry trzask ― głośny, suchy, jakby coś pękło pod ciężarem cielska, które nie powinno się tam znaleźć. Dźwięk odbił się echem między pniami i na ułamek sekundy wszystko zamarło ― wiatr, liście i Billy z papierosem pomiędzy zębami.
― I wiesz co, to trochę pojebane, żeby zabierać tu dzieciaki ― najstarszy syn nigdy w życiu nie usłyszałby tego od niego. ― Masz córkę, nie?
Ta informacja wypadła z pamięci jak kamyczek, ale nie pociągnęła za sobą lawiny informacji. Wulfric wciąż był dla niego lekko zmiętą, trochę zabrudzoną kartką ― zapisaną niezbyt czytelnym pismem, którego nie chciało mu się dokładnie rozszyfrowywać.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (6): « Wstecz 1 … 4 5 6 Dalej
 


Skocz do:

Aktualny czas: 02-02-2026, 12:23 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.