• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Szkocja > Hogsmeade i okolice > Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie > Zakazany Las
Zakazany Las
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
10-06-2025, 20:29

Zakazany Las
Nieopodal magicznej szkoły zwanej Hogwartem znajduje się głęboki las. Stare korzenie drzew wystają z wilgotnej ziemi, stając na drodze zbłąkanym wędrowcom. Powietrze ma specyficzny chłód – ciężkie, nasycone wonią mchu i butwiejących liści. Między gałęziami przemykają smugi księżycowego światła, na moment rozświetlając fragmenty mrocznej ścieżki. Co jakiś czas dobiegają odgłosy życia – subtelne szmery, szelesty, niepokojące trzaski gałązek. Magia w Zakazanym Lesie nie jest efektowna, lecz przenika każdy cień, każdą ciszę. Jest w cichym oddechu lasu, w milczeniu jednorożców przesuwających się bezszelestnie przez mgłę, w cichym spojrzeniu istot, których nikt nie powinien widzieć. Tajemnica przykrywa tajemnicę, czyniąc to miejsce jedną z największych niewiadomych w świecie czarodziejów.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (6): « Wstecz 1 … 3 4 5 6 Dalej
 
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#31
William Travers
Śmierciożercy
Freedom isn’t enough. What I desire doesn’t have a name yet―
Wiek
32
Zawód
Żeglarz-przemytnik, handlarz i łowca
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
6
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
15
10
Brak karty postaci
22-12-2025, 23:29
30 ― IV ― 1962
zjazd absolwentów

To nie miał być powrót w głąb Zakazanego Lasu. Chciał tylko jeszcze raz spojrzeć na czerń jego gęstwiny ― wciągnąć w płuca zapach, który niegdyś wywoływał dreszcz na karku. Teraz ― stojąc na skraju lasu i powoli ćmiąc Dunhavena ― nie poczuł nic podobnego, a mimo to odetchnął z ulgą. Ostatnie dwie godziny spędzone w Wielkiej Sali poważnie nadwyrężyły mu mięsień w policzku i cierpliwość, kiedy Theodora przedstawiała go kolejnym dawno niewidzianym znajomym z Beauxbatons.
Billy uśmiechał się uprzejmie, obejmował żonę w talii ― to jedno robił bez cienia zniecierpliwienia ― i starał się wykrzesać z siebie tyle zainteresowania, ile akurat było niezbędne, żeby nad życiowymi wyborami niegdysiejszej panny Rosier nie rozprawiano z politowaniem. Wiedział, że zależało jej na tym wieczorze ― dopiero teraz ― poza murami Hogwartu ― poluzował muchę i rozpiął dwa guziki od kołnierza koszuli, której ciemna zieleń idealnie pasowała do sukni Teddy.
Ciężka chmura dymu zawisła w powietrzu.
Coś kusiło, żeby postąpić jeszcze krok albo pięć w głąb lasu. Ile lat minęło, odkąd zrobił to po raz ostatni? Czy teraz ― wraz z całym bagażem doświadczeń ― byłoby to równie emocjonujące? Bardziej sentymentalne? Rozczarowujące? Chuj wie. Zdusił pod butem niedopałek papierosa i wyciągnął z wewnętrznej kieszeni szaty srebrną piersiówkę. Tego jednego na pewno nie robił, będąc uczniem ― nie pił ognistej w tak bliskim sąsiedztwie Zakazanego Lasu.
Może rzeczywiście mógłby wejść między drzewa. Kolejny krok ― może dwa. Tyle, żeby wilgoć trawy zamknęła się nad kostkami, żeby gałęzie zaczepiły o rękaw tej śmiesznie eleganckiej szaty. Myśl była kusząca, bardziej ze znudzenia, niż faktycznej potrzeby rozliczenia się z własnymi emocjami i wspomnieniami. Odkręcił piersiówkę i pociągnął łyk ognistej ― alkohol rozlał się po przełyku i piersi znajomym ciepłem.
Gałęzie zaszumiały.
Gdzieś w oddali trzasnęła gałązka.
Sowa zahuczała nad głową, a Billy przez chwilę pomyślał, że może powinien zabrać ze sobą Theodorę. Pokazać jej Las ― choćby tylko z wierzchu, jak całego siebie. Idiotyzm ― szpilki zapadłyby się jej w ziemię już na błoniach.
Upił jeszcze jeden łyk z piersiówki i zapatrzył się w ciemną gęstwinę, kiedy coś w powietrzu się przesunęło ― czyjaś obecność. Za bliska, nie czekająca na zaproszenie, nie mająca w sobie zwierzęcej ostrożności. Dłoń Traversa zacisnęła się na różdżce, a ciche zaklęcie rozpaliło wokół niego smugę światła. Nie zamierzał być trzecim w potencjalnej schadzce spragnionych ryzyka kochanków ― choć do tej przydałaby się jeszcze jedna para nóg, jak trzeźwo ocenił, opuszczając różdżkę nieco niżej, żeby się nie oślepić―
―najwyraźniej Zakazany Las miał dzisiaj dzień otwarty dla wszystkiego, co powinno pozostać w cieniu.
Jak Wulfric Fawley.
Przez usta Traversa przemknął grymas podobny do uśmiechu, kiedy pokręcił głową, patrząc na niespodziewanego towarzysza.
― Wulf ― co ty tu, kurwa, robisz? Zmrużył oczy, jakby światło źle się ułożyło. ― Potrzebowałeś odetchnąć świeżym powietrzem?
Odchylił głowę na prawe ramię. Las za ich plecami szumiał cicho, jakby z trudem powstrzymywał chichot, a Billy uznał, że jeżeli to ma być przerwa od balu ― to wyjątkowo ironiczna. Jeśli było coś gorszego od rozmów o art déco, to było to towarzystwo aktywistów, których pobliska fauna obgryzłaby do kości, gdyby jej na to pozwolono.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#32
Wulfric Fawley
Czarodzieje
Wiek
34
Zawód
pracownik MM
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
15
6
Brak karty postaci
02-01-2026, 20:12
Odpowiedź dla William Travers

Nie potrafił już dłużej znieść zgiełku, jaki panował w Wielkiej Sali. Miał wrażenie, że każda rozmowa odbija się echem w jego głowie, a śmiechy i szepty spalały się w jednolity szum, bolesny, jak wżynająca się w płat czołowy migrena, której nie da się zneutralizować żadnym zaklęciem przeciwbólowym. Manewrując wśród tłumu, ignorował natarczywe spojrzenia uczestników uroczystości; nie potrzebował więcej rozmów, nie chciał kolejnych uścisków dłoni, czy kurtuazyjnych wspomnień dawnych lat. Najbardziej jednak unikał kontaktu z własnym bratem, na którego natknął się przypadkiem i chociaż obiecał, że później porozmawiają, życzył sobie, aby te później nie nadeszło dzisiejszego wieczora
Korytarz prowadzący do wyjścia z zamku były pusty, każdy krok odbijał się echem od ścian, a Wulfric z ulgą wciągał w płuca nocne powietrze, gdy wreszcie opuścił mury dawnej szkoły.
Potrzebował samotności. Potrzebował oddechu - przestrzeni innej od tej, którą dzielił z tłumem. Zanim się zorientował, znalazł się na skraju Zakazanego Lasu, jakby prowadziła go tam jakaś niewidzialna siła, stara przyzwyczajenia sprzed lat, kiedy to właśnie tutaj szukał spokoju od natłoku zajęć i kontaktu z naturą.
Chciał wejść między drzewa, pozwolić, by wilgoć trawy wsiąkła w buty, by gałęzie oplotły ramiona, oddalić się od wszystkiego, co ciążyło mu na barkach. Uległ tej kuszącej myśli, chociaż jednocześnie wiedział, że niezależnie od tego, ile kroków postawi w ciemność, nie zdoła uciec przed sobą, ani rozmowę z własnym bratem, ale Zakazanym Lesie łatwiej było udawać, że żadna spędzające mu sen z powiek trosk nie istniały naprawdę.
Las zawsze chyba przyciągał i odstraszał jednocześnie. Jego czarna gęstwina była znajoma i jednocześnie niepokojąca – pachniała wilgocią, próchnem, tajemnicą, której nigdy nie zdołał odkryć. Zatrzymał się na moment, chociaż za te zawahanie nie odpowiadał zdrowy rozsądek, ani instynkt samozachowawczy. Szczerze mówiąc, ani jednej, ani drugi niczego nie sugerował. Zatrzymał się na kilka oddechów, aby czas oczom czas na oswojenie się z ciemnością, chociaż ostatecznie sięgnął po różdżkę i cichym lumos oświetlił sobie drogę, mimo iż nawet nie wiedział, dokąd dokładnie zmierza; nie przyświecał mu żaden konkretny cel, chciał po prostu na chwile uciec przed tym, co zostawił za swoimi plecami.
Wspomnienia ze szkolnych lat wyblakły zupełnie jak fotografie wystawione na ekspozycje słońce, ale pozostał ten sam dreszcz na karku, to samo poczucie, że każdy krok w głąb lasu prowadzi do miejsca, z którego powrót nie zawsze jest taki sam. Tym razem nie chciał wracać. Chciał się ukryć, choćby na chwilę, choćby przed samym sobą i przed nim… bratem, którego twarz widział w tłumie po raz pierwszy od tylu miesięcy.
Zaciągnął się powietrzem, w którym, kilka kroków później, wczuł nutę dymu, a potem także obcą obecność – ktoś już tu był, może równie zmęczony tym, co działo się w zamku jak on.
Echo gałęzi łamiącej się pod ciężarem czyjegoś butem dotarło do niego z głębi cienia. Sowa zahuczała, a Wulfric mimowolnie zacisnął mocniej dłoń różdżkę, gotowy, by odeprzeć niespodziewany atak, którego podskórnie się spodziewał. Nie towarzyszył mu strach, toktóry kazał mu być czujnym, zwłaszcza teraz, kiedy dawny świat znów próbował dopomnieć się o uwagę.
Przysiągłby, że coś – lub ktoś – patrzy na niego z mroku. Powinien posłuchać instynktu. Odwrócić się do lasu plecami, zaciągając się ostatnim haustem chłodnego powietrza i udać się w drogę powrotną do zamku, lecz wtem do jego uszu dotarł znajomy tembr głosu, a gdy podszedł bliżej tego dźwięku odkrył wyłaniający się z ciemności kształt ludzkiej sylwetki.
Najwyraźniej Zakazany Las nie tylko go zwabił w swoje kusząca sidła. Kogo jak kogo, ale Williama Traversa powinien był się tu spodziewać.
Przez twarz Wulfa przebiegł grymas, który mógł przez chwile poudawać uśmiech.
- Dobry wieczór, Will - przywitał się z Traversem, rozluźniając nieco palce z rękojeści różdżki. – Owszem, ty też uciekasz przed tłumem?
Żona ci na to pozwoliła?, miał na końcu, wszak, z tego co pamiętał, zawsze była wyjątkowo towarzyska i nie uciekała przed wystawnymi przejęć. Duh, czasem sama je organizowała.
Widocznie każdego, nawet Traversa, czasem męczyło udawanie.
- Dotarłeś kiedyś do granic tego lasu?
Nie miał zamiaru uciekać przed rozmową, chociaż nie upatrywał w nim towarzysza niedoli.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#33
Cassius Avery
Śmierciożercy
Haunted spirits in my head, the thoughts themselves are the thinkers
Wiek
32
Zawód
badacz umysłów, pracownik MM, zaklinacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
0
25
OPCM
Transmutacja
11
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
5
Brak karty postaci
06-01-2026, 20:13
Odpowiedź dla Morty Dunham

Nie powinien dać zwieść się pozorom. Ani dawnemu przekonaniu, że potrafi czytać w Mortym jak w otwartej książce. Gdyby miał powiedzieć, co wtedy, przed laty, przyciągnęło go do wiolonczelisty, nie zacząłby od zwrócenia uwagi na jego urodę, ale na to jak pod wpływem emocji ożywiały się rysy jego twarzy, pełne naturalności i uroku, kryjącego się w choćby lekkim przymrużeniu oczu, czy uniesieniu kącików ust, które wydawało się niemal niedostrzegalne, a w tak przejmujący sposób potrafiło zmienić całe jego oblicze. Cassius potrafił dostrzegać pozornie pozbawione znaczenia szczegóły, które z czasem narastały do rozmiarów nieodłącznych elementów nie tyle czyjegoś wyglądu, ale i samej osobowości, bo stawały się czymś nieodłącznym, definiującym całą postać. Gdyby potrafił, to właśnie te drobne szczegóły obrałby za cel swoich pamięciowych grabieży - nawlekałby je potem niczym paciorki na sznurek własnej pamięci, pozbawiałby swe ofiary nie tylko wspomnień, ale i tych charakterystycznych, nieuchwytnych tików stanowiących mimowolnie nieodłączną część ich tożsamości, nawet jeśli nawet nie zdawali sobie sprawy z ich istnienia. Już teraz z rozrzewnieniem obserwował twarze tych, którym za pomocą legilimencji mieszał w głowach, gdy w zaledwie kilka sekund potrafiły one stracić dotychczasową ostrość, a wyraz niedowierzania podkreślała nagła pustka przebijająca się w oczach, bo zamiast do wspomnień uśmiechali się do wewnętrznej, nabrzmiałej przez emocjonalną wyrwę pustki.
Gdyby właśnie teraz miał pozbawić Dunhama podobnej cząstki tożsamości, skupiłby się na tej bezczelnie uniesionej w górę brwi, gdy tak spoglądał na niego w wyrazie napinającej niemal całe ciało prowokacji.
- Jeśli chcesz, możemy cofnąć się o parę rozdziałów, czy tak będzie łatwiej? - odparł równie kpiąco, rzucając w przestrzeń retoryczne pytanie. - Tę decyzję mogę pozostawić w twoich rękach - dodał, jakby przytakując snutemu w myślach wiolonczelisty przypuszczeniu, że i owszem, był przekonany, że to właśnie on, Cassius Avery, rozkładał karty. Ba, mógł liczyć na ich najlepsze rozdanie. Chciwość miała to do siebie, że po rundce kilku spektakularnych sukcesów, zapewniała przekonanie o własnej doskonałości. Niezniszczalności. - Los, umiejętnie poprowadzony, toczy się dokładnie tak jak sobie zaplanujemy. - Posilił się na równie filozoficzna odpowiedź, nie chcąc przyznać, że w słowach mężczyzny kryło się zdecydowanie za wiele prawdy. Prawdy, której nie był gotowy zaakceptować. Wolał manewrować w labiryncie własnych iluzji, z przekonaniem, że jeśli tylko zechce, z łatwością znajdzie drogę do wyjścia. Chodziło przecież o jego własny umysł.
Kiedyś lubiłeś czuć się osaczony - przemknęło mu przez myśl, gdy padło kolejne pytanie. Usta rozchyliły się lekko, oblizał milczeniu górną wargę, nie spuszczając z niego wzroku.
- Chyba już przed laty zdążyłeś się przyzwyczaić do tego, że lubię zachowywać długi za oddane przysługi na czarną godzinę. Tak byłoby i tym razem. Wszystko zależy od tego jak wiele byłbyś w stanie poświęcić. - Czy przyzwyczaiłeś się już do towarzyszących ci w ciemnościach głosów? Czy są już jedynie echem odbijającym się w próżni świadomości? Cassius śmiał w to wątpić, wiedział, że każdy kolejny dzień, a raczej noc. jedynie przybliżał mężczyznę do szaleństwa. Morty był jednak odporny - zahartowany na tyle, aby nie od razu wpaść w wiry maniakalnego zagubienia. Avery nie potrafił jednak ocenić jak cienka była dla niego granica między rzeczywistością a umysłową aberracją.
- Chcesz powiedzieć, że tak dużo o mnie myślałeś? Schlebiasz mi. - Ostatnie zdanie wysyczał przez zęby, naumyślnie brzmiąc jak echo wcześniejszych słów Morty'ego, wypowiedzianych z podobną dawką ironii. Poczuł jednak, że jego serce przyspieszyło na moment. A może zwolniło, czy sama j e g o obecność potrafiła skraść mu tych kilka sekund, zatrzymując jego bicie na krótki moment? Czy przypadkowy wiolonczelista mógł naprawdę mieć nad nim aż taką władzę?
Zamrugał gwałtownie, gdy poczuł na skórze nadgarstka dotyk szczupłych palców. Trzepot rzęs potrwał zaledwie kilka sekund, Cassius miał jednak wrażenie, że trwał o wiele dłużej - dotyk Dunhana odcisnął się w jego duszy jak piętno. Wspomnienie dawnej zachłanności, ciał splecionych ze sobą w nieokrzesanym tańcu, urywanych oddechów, gdy naprawdę wydawało się, że uniesienie już na zawsze pozbawi go powietrza w płucach, wszystko to unosiło się pośród ścian królestwa matki - boleśnie wykrzywionej duszy, podtrzymywanej przy życiu kolejną dawką złowrogiego buntu i okrucieństwa, kierowanego już nie do wewnątrz, ale ku zewnętrznym murom rzeczywistości.
Już dawno pogodził się z myślą, że był potworem w ludzkiej skórze, wytworem kobiety ekscentrycznej, ale i nieustannie nużącej się w szaleństwie. Wolał sobie jednak powtarzać, że ta pustka była jego własnym wyborem, że pozwolił się tak zniekształcić, że w końcu sam przejął pałeczkę, pozwalając aby dokonała się całkowita metamorfoza jego wnętrza.
Uczucie wzbudzone przez jego dotyk było jak nagły haust powietrza. Zupełnie jakby ktoś na moment wytargał go spod powierzchni mroku. Był jak nurek wynurzający się spośród niespokojnych fal na skraju bezdechu.
Jako potwór musiał zmagać się ze szczególnym rodzajem samotności. Zagłębianie się w obce umysły dawało mu chwilowe poczucie przewagi, pozwalało wierzyć, że gdy zawładnie obcymi emocjami, zanurzy się w ich empatii, zdoła pojąć czego mu dokładnie brakowało. I co w stanie był w nim wzbudzić jedynie jego przelotny dotyk. Skąd Morty czerpał tę moc?
Potrafił wzbudzić w Cassiusie strach, właśnie to wydawało mu się przed laty w ich relacji najbardziej niebezpieczne.
Strach przed nieznanym uczuciem.
Strach o n i e g o.
Że go straci.
Dlatego na to pozwolił - zamiast go stracić, skorzystał z najbliższej nadarzającej się okazji, aby zerwać tę więź. Nie ważna była cena jaką za to zapłacił. Jaką zapłaciła Elena.
Przesuwając kciukiem po grdyce mężczyzny, wyrwał się z tego chwilowego letargu. Całą siłą woli starał się utrzymać swoją mimikę na wodzy. Nie dać mu poznać, że odpłynął, że czas na moment stracił na swojej klarowności, że kolejne chwile wydłużyły się, że przed oczami przemknęło mu tak wiele dawnych wspomnień, że niemal zakręciło mu się w głowie.
Kontynuował grę. Czarował go szeptem kolejnych słów.
Przełknął głośno ślinę, Lepiej, żeby nie spoglądał mu znowu w oczu. Znajdowali się blisko bardzo niebezpiecznej granicy, po której przekroczeniu zupełnie straciłby panowanie nad własnym ciałem. Jego dłonie nie potrzebowałyby instrukcji, same z siebie znalazłby dawną ścieżkę na jego skórze, a usta drogę do jego warg.
- Mam nadzieję, że to dopiero preludium... - odparł lekko zachrypniętym głosem.
Nagły szelest już zupełnie wyprowadził go z chwilowego transu, kalejdoskop obrazów przestał przewijać mu się przed oczami. Mimowolnie zacisnął dłoń na barku mężczyzny, gdy ten oparł się na jego ramieniu. Poczuł gwałtowne szarpnięcie i Morty znowu znalazł się w bezpiecznej odległości. Czy na pewno?
- Tak myślisz? - W jego głowie wybrzmiała nuta lekkiej irytacji, podszytej złością, bo w głębi duszy żałował, że przeklęte pnącze postanowiło przerwać im to małe tête-à-tête. - Może masz rację, że błędem byłoby wracać do przeszłości. Może w takim razie powinienem zostawić cię na jego pastwę? - Również sięgnął po różdżkę, nie kwapił się jednak do tego, aby jako pierwszy rzucić zaklęcie.
Chociaż przecież, gdyby mu się udało, Morty miałby u niego kolejny dług.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#34
Lizzy Evans
Zwolennicy Dumbledore’a
have a kind heart, fierce mind & brave spirit
Wiek
19
Zawód
Kadetka aurorska
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
12
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
6
10
Brak karty postaci
09-01-2026, 12:28
Odpowiedź dla Riven Thorne

Na teatralne przewrócenie oczami przez Riven Lizzy zareagowała w jedyny sposób, który wydawał się jej w tym momencie odpowiednim — pufnięciem połączonym ze skrzyżowaniem ramion na piersi. Nie zatrzymała się na długo w tej pozie, wręcz przeciwnie: nie była przecież obrażona na przyjaciółkę, a nawet jeżeli, to przecież nie na poważnie. Znacznie bardziej wolała przeznaczyć ten czas na nasłuchiwanie opowieści Riven. Opowieści, których prawdziwości nie mogła jeszcze zweryfikować. Umysł zajął się więc dzieleniem informacji na te, które mogłyby być prawdopodobne, a te, które z pewnością były wytworem bogatej wyobraźni przyjaciółki. Nie było to zadanie przesadnie łatwe, dlatego też przez dłuższą chwilę Lizzy milczała z poważną miną, zerkając to na Thorne, to na las przed nimi.
— Nie łamię żadnego regulaminu — żachnęła się kolejny raz, ledwo powstrzymując się przed wywróceniem oczami. Zaraz na jej ustach pojawił się szerszy uśmiech. Ponownie zbliżyła się do przyjaciółki, ba, wzięła ją na moment pod ramię, aby konspiracyjnym szeptem pociągnąć myśl dalej: — Nie jestem przecież uczniem. Ty też nie. Więc ostatecznie nie czeka nas żadna kara za złamanie zakazu — idealnie to wymyśliłam, prawda?, chciało się powiedzieć, jednak myśl ta została sam na sam z Lizzy. Czy przez to, że nie groziła jej żadna wymierna kara czuła się lepiej z tym, co robiła? Niekoniecznie. Z każdym krokiem, który wykonała w głąb lasu, wydawało się jej, że czuje na plecach czyjś przeszywający wzrok, ciążący w sposób, w jaki ciążył jej wzrok tylko jednego człowieka na całym świecie; wzrok Albusa Dumbledore'a, dyrektora Hogwartu, człowieka, którego podziwiała całą sobą i w którego imieniu pragnęła działać. Zobaczenie go zawiedzionego jej postępowaniem byłoby dla niej wielką katastrofą. Ale jeżeli po prostu przejdą się po leśnych połaciach, nic im się nie stanie... skąd wtedy Dumbledore miałby wiedzieć, że coś miało miejsce w Zakazanym Lesie i to jeszcze z udziałem Elizabeth Evans?
— Hej! Nawet nie wiesz, jak wymagające są egzaminy wstępne... — Riven doskonale wiedziała, gdzie uderzyć, aby zabolało. Po prawdzie robiła to z taką skutecznością również dlatego, że Lizzy w Hogwarcie nie miała przesadnie wybujałego życia, a przynajmniej od czasu, gdy postanowiła sobie, że zostanie aurorem. Od tamtego czasu starała się, jak tylko mogła, aby spełnić wygórowane wymagania stawiane przez Biuro Aurorów. W końcu kilka miesięcy temu sen się spełnił.
— Przede wszystkim przez ostre krawędzie i to, że błoto w środku nie zaschło. Poza tym — chciała już rozwinąć bardziej wykład o tropach, o przetrwaniu w dziczy (przecież nie tak dawno miała z tego zajęcia i — nie chwaląc się oczywiście — otrzymała z nich najwyższą ocenę spośród kadetów z jej grupy), ale w tym samym momencie dosięgło je tąpnięcie, którego nie powinno się ignorować. I choć wszystko wskazywało na to, że musiały wziąć nogi za paz, nie zamierzała robić tego pierwsza i tym samym przykładać ręki do powstania kolejnej sytuacji, w której Riven mogłaby zasugerować jej strach. Ludzie mówili, że Gryfoni bardzo często mylili odwagę z odważnikiem i był to chyba ten moment.
Dlatego też, zamiast odpowiedzieć od razu, szarpnęła Riven, aby obie zeszły do kucek w niedalekich krzakach. Palec wskazujący wolnej dłoni przysunęła do swoich ust, dając znak, aby Riven przez chwilę była zupełnie cicho. Kolejne tąpnięcie wstrząsnęło nie tylko podłoże, ale poruszyło gałęziami otaczających je drzew. Lizzy liczyła w myślach sekundy mijające między jednym a drugim tąpnięciem — a raczej dźwiękiem, jaki ono wywoływało. Olbrzym nie poruszał się specjalnie żwawo, dlatego też musiała poświęcić dobre półtorej minuty, aby wreszcie odsunąć palec od ust.
— Gdyby szedł do nas, dźwięk przyszedłby do nas szybciej — wytłumaczyła w jednym z najcichszych szeptów, które mogła od niej usłyszeć Thorne kiedykolwiek. — Póki jest niedaleko, na olbrzymie niedaleko, lepiej zejść mu z drogi. Wycofamy się w stronę przeciwną do zostawionych śladów i powinnyśmy trafić do wyjścia. Patrz pod nogi, nie możemy nadepnąć na nic. I nie może nas zobaczyć — starała się brzmieć racjonalnie, ocenić sytuację na chłodno. Czasem sama była pod wrażeniem, co kilka krótkich miesięcy szkolenia potrafiło zrobić z człowiekiem. Gdyby taka sytuacja przydarzyła się jej rok temu, pewnie już zalewałaby się łzami w rytm powracających do niej wspomnień z całego życia. Teraz natomiast obejrzała się do tyłu przez ramię — czysto — i objęła Riven ramieniem. — Cokolwiek będzie się działo, jesteśmy razem.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#35
Riven Thorne
Akolici
Feel the rain on your skin. No one else can feel it for you. Only you can let it in. No one else.
Wiek
23
Zawód
Barmanka, kochanka kapitana Fernsby
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
10
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
11
Brak karty postaci
12-01-2026, 19:53
Odpowiedź dla Lizzy Evans

Czekała mnie dzisiaj jeszcze jedna obiecana wizyta w zakazanym lesie, co było w sumie trochę zabawne. Tylko, że w zupełnie innym towarzystwie więc sam odbiór tego miejsca mógł się zupełnie zmienić. Na razie szłam roześmiana u boku przyjaciółki, która zarzekała się, że wcale nie łamie szkolnego regulaminu, mimo że na informacji, którą dostaliśmy na rozpoczęciu zlotu było wyraźnie napisane, aby do Zakazanego Lasu nie wchodzić. Ale może jednak nie powinnam tego Lizzy przypominać? Jeszcze się faktycznie przestraszy, zmieni zdanie i jednak będzie chciała zawrócić. Ja nie miałam zamiaru, dawno nie miałam okazji poczuć tego dreszczyku ekscytacji co dzisiaj spotkam w tym lesie. Pokiwałam więc jej tylko głową, uśmiechnęłam się szeroko i ruszyłyśmy dalej.
- Tak, nie jesteśmy już uczniami. Chociaż nadal żałuję, że nie udało mi się ciebie zaciągnąć wcześniej - westchnęłam ciężko, trochę teatralnie.
Zakazany las był dla mnie niezwykle ciekawym miejscem, trochę zagadką, trochę terenem nie do końca bezpiecznym. Gdzie mogłam poczuć trochę strachu, ekscytacji, ale i zaspokoić swoją ciekawość. Miałam wrażenie, że Lizzy wcale nie wierzyła mi, że naprawdę istnieją Sklątki tylnowybuchowe, ale to jej strata. Obyśmy ich tylko nie spotkały. Ale zamiast nich napatoczył się troll. I sama nie wiedziałam czy to lepiej, czy gorzej. Ślad był wyraźnie widoczny, panna Evans zaczęła mi nawet tłumaczyć skąd wie, że są naprawdę świeże, ale zanim właściwie skończyła, to już nie musiała nic więcej dopowiadać. Stąpnięcie było dobrze wyczuwalne.
W sumie to chciało mi się trochę śmiać. Może poza ostatnim spotkaniem z druzgotkami, to wcale nie miałam tylu okazji do przeżywania czegoś tak ekstremalnego, jak spotkanie niebezpiecznego magicznego zwierzęcia. O ile trolle można było nazwać zwierzętami, chociaż chyba tak właśnie były klasyfikowane. Pod wpływem więc tych emocji, przeszedł moje ciało dreszcz. Trochę się bałam, ale tylko trochę, jednocześnie był ten przypływ adrenaliny. Czułam bicie swojego serca, krew szumiała mi w uszach, a zmysły nagle się wyostrzyły. Tak jakbym zaczęła lepiej widzieć w ciemnościach? Gdybym tu była sama, to po prostu zamieniłabym się w siwą wronę i odleciała w kierunku przeciwnym do trolla. Ale była ze mną Lizzy i nie mogłam.
Zostałam pochwycona ramieniem, a Lizzy nagle kompletnie zmieniła ton. Z małej dziewczynki, która oburza się z powodu paru przyjacielskich przytyków i zarzutów, że się boi, nagle wymyśliła racjonalne wyjście z sytuacji i przystąpiła do jej realizacji. Patrzyłam na nią przez chwilę zdziwiona, wysoko unosząc brwi.
- Lizzy Evans, co oni z tobą zrobili? - Zapytałam najciszej jak mogłam, starając się powstrzymać śmiech.
Nie szłyśmy szybko, uważnie patrząc pod nogi. Im dłużej trwałyśmy w tej sytuacji, tym bardziej czułam to napięcie i tym bardziej chciałam wiedzieć co się za chwilę wydarzy. Już wiedziałam, że będę miała co opowiadać.
- Wiesz, że ostatnio - zaczęłam najcichszym szeptem jakim tylko umiałam - uciekałam w jeziorze przed druzgotkami? Nie wiem co gorsze. Troll czy druzgotki, jak myśli…
Trzask.
Zamarłam w pół kroku czując pod swoją stopą łamiącą się gałązkę. Usta mimowolnie zacisnęły się w dzióbek. Chociaż dźwięk był cichy, to w tej ciszy lasu wydawał się niesamowicie głośny. Wraz z Lizzy nie ruszałyśmy się przez chwilę, ja nawet wstrzymałam oddech jakby to coś miało pomóc, ale na szczęście nie usłyszałyśmy, aby troll się do nas zbliżał. Było kolejne tąpnięcie, ale równie daleko co ostatnie. Nie wiedziałam na ile trolle mają dobry słuch.
- Przepraszaaam - szepnęłam. - A… a mówiłam ci, że mam nowego faceta? Dawno cię nie było w Cardiff.
Tym razem nie spoglądałam na Lizzy, a grzecznie patrzyłam pod nogi, aby nie stanąć na żadnej kolejnej gałązce i jednak nie kusić losu. Może udało mi się ujść z życiem w starciu z druzgotkami, to jednak zabawką dla trolla nie chciałam być. Miałam jednak swoje zasady, jedną z nich było nie spotkać na żywo zwierzęcia klasy XXXX.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#36
Morty Dunham
Akolici
Nie pomyl nieba z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
18-01-2026, 13:59
Zaraz po przebudzeniu z pięknego snu pozostaje tylko iluzja utkana ze złudzeń; poczucie niedosytu, uścisk w klatce piersiowej. I pozorny spokój, jaki stopniowo zmienia się w niepokój.
Lubił je.
Pozory. Lubił się nimi otaczać. Lubił je tworzyć. Lubił kreować nim zupełnie nową rzeczywistość, wolną od bólu, taką, która nie rani. Tworzyć coś z niczego. Kłamliwe słowa. Obłudne uśmiechy.
Cassius kiedyś przeniknął przez tą powłokę. Sprawił, że na powierzchni oblodzonego jeziora pojawiły się pęknięcia zwiastujące upadek—kiedy tego dokonał? Czy wtedy, gdy pierwszy raz pozwolił zajrzeć mu w swoje myśli, odsłonić fragmenty siebie, których nie rozumiał nikt inny? Czy może jeszcze wcześniej, gdy wśród pięknych słów znalazł się jeden kwiat o ostrych kolcach, raniący pod pozorem piękna?
Pamiętał to, jak przez mgłę. Pamiętał, że poranek był cichy, powietrze nieruchome, a światło wpadające przez okno rozpraszało się na ścianach niczym roztrzaskane lustro. Dotyk wspomnienia snu, z początku delikatny, rozmywał się, pozostawiając ledwie cień na dnie duszy. Przez chwilę łudził się, że spokój, który go otacza, jest prawdziwy. Że cisza jest błogosławieństwem, nie zapowiedzią burzy. Ale cisza w bywała złudna, jak uśmiech, co kryje łzę.
Był pozorantem. Potrafił tkać je z gestów, tonów głosu, spojrzeń, z nieistniejących obietnic. Z pozoru szczerych intencji, które nic nie znaczyły. Kreował je, by chronić siebie przed tym, co boli. Budował mury z fałszu i przejrzystych niedomówień. Po to, by nie czuć. By zatuszować pęknięcia, które otworzył Cassius. Po ich rozstanie przez wiele poranków, zaraz po przebudzeniu, budował iluzję, zlepiał ją z fragmentów snu i niedopowiedzianych myśli. Uczucie niedosytu stawało się jego towarzyszem, uścisk w klatce piersiowej nigdy nie znikał, a pozorny spokój był balsamem, którym opatrywał swoje rany.
Rozumiał to teraz bardziej niż kiedykolwiek wcześniej; zrozumienie przyszło wraz z jego słowami - gdy decyzje pozostawił w jego rękach.
Decyzję, która nie zapadnie tego wieczoru.
Która może nigdy nie zapadnie.
Która nie powinna zapaść.
Bo z poświeceniem nie było mu do twarzy, a Cassius Avery powinien zostać tym, czym był do tej pory, od ośmiu długich lat - wspomnieniem, tylko wspomnieniem. Małym grzechem na długiej liście grzechów. Niczym więcej. I niczym ponadto.
- Pozostawiłeś niezatarte ścieżki wspomnień w moim umyśle i wbrew temu, co sądzisz, kiedyś bywały noce, kiedy pamięć o tobie czule otulała mnie do snu.
Zadrżał lekko, czując pod opuszkami palców szorstkość skóry Cassiusa. Nagle zapragnął, by ten dotyk mógł zatrzymać chwilę na dłużej, choć doskonale wiedział, że nie powinien tego chcieć. Przez krótką chwilę obserwował, jak rzęsy Cassiusa trzepoczą niespokojnie — z każdym uderzeniem powiek dawny żar między nimi na nowo rozkwitał. Morty znał to spojrzenie, znał też bezdenną pustkę czającą się tuż pod jego powierzchnią.
Ciężar własnych myśli próbował go przytłoczyć, gdy Cassius bezskutecznie usiłował ukryć przed nim drżenie. W tej chwili nie był jednak w stanie niczego ukryć; każdy gest, ledwie wyczuwalny skurcz mięśni, był echem tamtych nocy, które roznieciły żar pożądania, a jego płomień długo jeszcze tlił się pod skórą. Morty czuł, że właśnie teraz ich wspomnienia splatają się mocniej niż dłonie, które przed lata szukały siebie na oślep, po omacku, w całkowitej ciemności.
Mając go tak blisko, na wyciągnięcie ręki, odnajdywał w sobie tę samą mieszankę strachu i pragnienia, która kiedyś popchnęła ich ku sobie, a potem zmusiła do rozstania. Nie potrafił wyrzucić z głowy tamtych chwil, gdy przerwał ich więź — nie z nienawiści, lecz z lęku, z niezdolności przyjęcia tego, co w nich rosło, z obawy przed przywiązaniem, które kiełkowało w nim nieuchronnie. Dziś, czując dotyk Cassiusa na własnej skórze, słyszał echo tamtych emocji, ich szmer w klatce żeber, lecz zamiast się wycofać, tym razem zachował spokój. Przyjął go jak starego przyjaciela, który wraca po latach rozłąki, lecz serce biło szybciej, zdradliwie podpowiadając, jak niewiele potrzeba, by znowu przełamać tabu — tam, gdzie dłonie wytyczają własne ścieżki, i tam, gdzie odnajdują się usta.
Cassius miał swoją własną zakrzywioną wersję rzeczywistości. Spoglądając przez taflę tego popękanego zwierciadła, widział siebie jako potwora w ludzkiej skórze, zaprogramowana do tego, by nie czuć nic. I Morty też powinien go zobaczyć, lecz nie potrafił. Nie potrafił, bo dojrzał w nim to, co ukrywał przed światem; to, czego nie zdołał uśmiercić; to, co nadal w nim żyło; tkwiło w nim, jak infekcja, wirus, na którego nie odnalazł lekarstwa. Tym czymś był pierwiastek człowieczeństwa. I w tej iskierce człowieczeństwa kryła się cała jego tragedia: świadomość, że jest rozdarty między tym, czym być powinien, a tym, kim wciąż był. Bo nie był potworem; był człowiekiem. W ludzkiej naturze leżało pielęgnowanie uczuć, które już dawno powinny wygasnąć, a jednak nie wyzbył się sentymentu, bo wrócił. Morty lubił myśleć, że tęsknota tliła się w nim niczym żar pod kupką popiołu.
Sam podtrzymywał tą iluzję. Nosił w sobie cień dawnych uczuć, ślady wspomnień, które wbrew wszystkim próbował zepchnąć w niepamięć, a jednak powracały. Były jak echo dawnej melodii, której nie sposób było uciszyć, jak cichy szept sumienia, rozdzierający nocną ciszę. I choć usiłował siebie przekonać, że jest już tylko pustą skorupą, że wszystko, co ludzkie, dawno w nim zgasło, istniało coś, czego nie był w stanie wymazać. Był jak kaleka, który zapomniał, jak się chodzi, a jednak czasem, we śnie, czuł pod stopami ziemię; jak wygłodniały, który oduczył się głodu, a nagle przypominał sobie smak ulubionej potrawy i zaczął za nią tęsknić.
Wyczuwał jego lęk w ciszy, która zrodziła napięcie; dostrzegł go w tym, jak przełknął ślinę, po tym, jak zadrżały mu usta do taktu oddechu, jaki osiadł mgiełkę na jego skórze. I po tym, że nadal unikał kontaktu wzrokowego.
Czego się boisz? Że wydobędę ci spod powierzchni mroku? Myśl ta, chociaż rozbrzmiała w nim cicho, niemal jak szept, przebiła ciszę, nawet jeśli jej nie zwerbalizował – tkwiła w spojrzeniu, w geście, w ledwie zauważalnym ruchu dłoni. Kiedyś tego chciał. Rozświetlić najciemniejsze zaułki jego duszy, dotknąć miejsc, które pozostały nienaruszone. Teraz, ledwie przypominał sobie, jakie to uczucie ogrzewać się w blasku jego uwagi. Przyjemne, kojące, ale też zwodnicze. To ciepło budziło tęsknotę za czymś, co wydawało się tak bliskie, a jednak obecnie zbyt odlegle. Przypominały mu czasy, kiedy myślał, że szczęście jest na wyciągnięcie ręki; że wystarczy zacisnąć na nim palce, aby je dostać. Bogatszy o nowe doświadczenia wiedział, jak łatwo może się wyślizgnąć i jak łatwo można było się nim zachłysnąć.
- Czasem nie pozostaje nic poza nadzieją - mruknął enigmatycznie. – A gdy straci się nawet ją, wszystko traci sens.
Miał wrażenie, że brakowało już wiele, aby Avery postąpił wbrew sobie; aby sięgnął po to, za czym tęsknił; aby zacisnął dłonie na tym, co zakazane. Przepaść między pragnieniem a rozsądkiem zwęziła się do zaledwie jednego, niepewnego kroku.
Lecz diabelskie sidła mijały swój własny plan.
Pojawiły się, jakby znikąd, łaknąć ich atencji. Najpierw ich bezlitosne pnącza oplotły kostki Moritego, potem bez zbędnej czułości, niezarezerwowanej dla intruzów, jęły się piąć po jego nodze, by sięgnąć dalszych partii ciała. Przypomniawszy sobie ostrzeżenia Leonie, nie szamotał się, nie wyrywał, mocniej zacisnął palce na różdżce, gdy oplątały go swoimi pnączami w pasie. Cassiusa spotkał ten sam los. I znowu znaleźli się na styku oddechów.
- Na pastwę czego? Losu? Klątwy? Diabelskie sideł? – mógł wymieniać dalej; Samotności? Rozkładu? Obłędu? Śmierci? – Może błędnie się na to zapatrujemy? Nie żałuj tego, co było. Wyczekuj tego, co nadejdzie. Co myślisz?
Nie zwlekał. Nie czekał dłużej. Gdy jego usta opuściła znajoma inkatencja najślniejsze Lumos nastała jasność, która rozproszyła mrok; tam, gdzie tańczył cień, zapłonęło światło, wgryzające się w oplatające go macki. Miał wrażenie, że roślina, wycofując się, syczała gniewnie, bo ktoś śmiał przerwać jej konsumpcje, chociaż wiedział przecież, że diabelskie sidła nie pożerały swoich ofiar, wykradały im tylko ostatni dech w piersi, miażdżąc w imadle swojego uścisku wszelką wolę życia.
- Ja myślę - odezwał się nieco charkliwie, korzystając z okazji, że jedne usta od drugich oddzielała przestrzeń dwóch centymetrów. – Że cień nie może istnieć bez światła.
Nie powiedział nic więcej. Odsunął się w końcu, gdy roślina zwróciła mu to, o co tak długo zabiegał – wolność pozbawioną emocjonalnych zobowiązań, a której nigdy prawdziwe nie otrzymał. I jeszcze przez chwile patrzył mu prosto w oczy, zanim zniknął między drzewami, a nieprzenikniony mrok połknął jego sylwetkę. Różdżkę trzymał w dłoni do momentu, aż znajome, hogwarckie mury nie zamajaczyły mu przed oczami. I ani razu nie spojrzał za siebie.
Bo Cassuis Avery zdecydowanie powinien pozostać tylko wspomnieniem.

zt
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#37
Riven Thorne
Akolici
Feel the rain on your skin. No one else can feel it for you. Only you can let it in. No one else.
Wiek
23
Zawód
Barmanka, kochanka kapitana Fernsby
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
10
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
11
Brak karty postaci
19-01-2026, 17:39
Dla Kenneth Fernsby i Keith Croft

| 30.02.1962, po południu

Nie sądziłam, że tyle frajdy przyniesie mi spędzenie całego dnia ponownie w Hogwarcie. Miałam okazję, aby spotkać się ze starymi znajomymi, pokrążyć korytarzami i nawet wejść do Zakazanego Lasu razem z Lizzy. Czekało mnie jeszcze jedno starcie z tym miejscem, nie wiem na jak długo znowu. Być może po raz ostatni w życiu? Kto wie kiedy znowu zostanie zorganizowany taki zjazd absolwentów? Praktycznie cały dzień mijałam się z Kennethem, ale obiecał mi, że ze mną wejdzie do Lasu, a ja nie miałam zamiaru mu odpuścić. Złapałam go w końcu na korytarzu na czwartym piętrze i zarządziłam, że to ten moment i opowiadając mu różne historie, które przeżyłam kiedyś w tym miejscu, ruszyliśmy w stronę błoni.
Dzisiaj już tu byłam, razem z Lizzy weszłyśmy dość głęboko, ale równie szybko co weszłyśmy to wyszłyśmy, ponieważ natrafiłyśmy na ślad olbrzyma. Moja przyjaciółka, mimo że przechodziła aurorski kurs, to jednak się bała. Ja też nigdy żadnego olbrzyma nie spotkałam i miałam nadzieję, że więcej nie spotkam. Więc to chyba dobrze, że czmychnęłyśmy. Teraz mogłam się z tego śmiać, było całkiem zabawnie.
- A wiesz, że w lasach żyją Sklątki Tylnowybuchowe? - Zapytałam Kennetha spoglądając na niego z zaciekawieniem. - Moja przyjaciółka, Lizzy, w ogóle mi nie chciała uwierzyć! A spotkałeś kiedyś centaury? Widziałam kiedyś jak przebiegały, słyszałam, że straszą uczniów i wyganiają z lasu strzelając im z łuku pod nogi. I, jak byłyśmy tu dzisiaj z Lizzy, to widziałyśmy stopę olbrzyma!
Przewróciłam oczami nadal urażona, bo jak to można było uznać, że coś takiego jak Sklątka Tylnowybuchowa nie istniała? Sama widziałam i jeszcze wybuchał jej odwłok. Wysoko unosiłam nogi przedzierając się przez rosnącą już trawę, stare chwasty i kawałki gałęzi kierując się w stronę bardzo dobrze znanemu sobie, i paru jeszcze moim znajomym, wejściu do lasu. Ciekawiło mnie, czy Kenneth gdy uczył się w Hogwarcie i wymykał się do tego miejsca też korzystał z tego wejścia na uboczu, czy może za jego czasów jakąś inną drogą wchodziło się do tej zakazanej części błoni? Złoty naszyjnik z kamieniem księżycowym swobodnie wisiał na mojej szyi, zdobił bordową koszulę z falbankami i bufiastymi rękawami. Do tego zwykła czarna spódnica w kształcie litery A i czarne trzewiki. Czerwony i złoty był kolorem mojego domu w Hogwarcie, byłam Gryfonką i nie miałam zamiaru tracić okazji do tego, aby swoim ubiorem powiedzieć o tym absolutnie każdemu. Nie miałam na sobie sukienki, którą miałam przygotowaną na bal. Do balu jeszcze dużo czasu, zdążę się przebrać, w końcu miałam obiecany taniec. A nie miałam zamiaru jej zniszczyć rwąc materiał o kawałek wystającego ciernia czy ubrudzić błotem, prawda?
Gdy zbliżyliśmy się do odpowiedniego miejsca, ludzi na błoniach było coraz mniej więc tym razem nie obawiałam się, że ktoś nas dostrzeże, okazało się, że nie jesteśmy tu sami. Byliśmy zbyt blisko, żeby zawrócić i się wycofać, a poza tym postać stojąca u skraju lasu wydawała mi się niezwykle znajoma. I im bliżej podchodziliśmy wraz z Kennethem, tym większe zdziwienie zaczynało malować się na mojej twarzy. Ponieważ dziwnym trafem tuż przed nami stanął Keith. Czyżby i on, właśnie teraz i w tym samym miejscu, chciał wejść do Zakazanego Lasu?
- Co ty tu robisz? - Zapytałam, nie ukrywając zdziwienia.
Przygryzłam skórkę na dolnej wardze nie wiedząc co powiedzieć więcej. Chciałam ich sobie przedstawić w trochę innym miejscu, podczas jakiejś innej okoliczności. Nie wiem, jakoś to zaplanować. W końcu stanęło przed sobą właśnie dwóch dla mnie bardzo ważnych mężczyzn. A ja się z tego powodu całkowicie zmieszałam. Chyba nie tak planowałam sobie to miłe wyjście do lasu, nie planowałam poznawać ze sobą swojego najlepszego przyjaciela wraz z mężczyzną, którego kobietą niedawno zostałam. Uśmiechnęłam się nerwowo, jeszcze bardziej zaczęłam gryźć tę okropną skórkę na ustach i chyba trochę zabrakło mi słów w buzi. Co jak dla mnie było sytuacją wyjątkowo rzadką.

rzut
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#38
Keith Croft
Akolici
Wiek
23
Zawód
Pracownik restauracji
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
9
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
6
Siła
Wyt.
Szybkość
10
8
8
Brak karty postaci
19-01-2026, 21:23
Dwa razy tego dnia wpadł na Irytka. Nie wierzył w swojego pecha, co prawda tylko raz był ofiarą jego głupiego żartu, ale to zdecydowanie o raz za dużo. Drugi raz to jego przyszywana siostra potrzebowała pomocy, bo ten przeklęty poltergeist postanowił przymocować jej stopy razem z butami do podłogi w korytarzu nieopodal biblioteki. Croft był tego świadkiem i kiedy Irytek rzucił się na niego, wymachując czymś co pewnie miało być mieczem nie uciekł tak jak to robił w pierwszych latach swojego pobytu na zamku. Na całe szczęście wystarczyło jedynie uniknąć miecza i zagrozić zawołaniem Krwawego Barona aby Irytek zawinął żagle. Większym wyzwaniem było wydostanie Leonie z posadzki, bo przecież poltergeist nie wycofał swojego żartu, samemu dając nogę. W każdym razie metodą prób i błędów udało się Figg wydostać z posadzki, a potem już udali się na poszukiwania jakiegoś jedzenia. Drugie jego spotkanie pierwszego stopnia z Irytkiem odbyło się w cieplarniach, gdzie duch sprawił, że Croft miał wrażenie jakby skroił co najmniej kilogram cebuli. Oczy go piekły i łzawiły w takich ilościach, że nie nadążał wycierać ich z policzków. Gdyby był wtedy sam to jeszcze pół biedy, ale był w towarzystwie dobrej znajomej, która akurat nie uczęszczała do Hogwartu i zdecydowanie nie było to coś czego chciał aby była świadkiem.
Po tych wszystkich przygodach zdecydowanie musiał odetchnąć od zamku. Świeże powietrze powinno dobrze mu zrobić, więc kiedy pożegnał się z Colette udał się na zewnątrz. Do wieczornych tańców było jeszcze wiele czasu, nie musiał się więc jakoś specjalnie śpieszyć. Co prawda nie przygotował na wieczór garnituru, ale dobrał odpowiednio elegancki strój. Początkowo myślał, że garnitur to dobry pomysł, ale kiedy zajrzał do szafy i zdał sobie sprawę w jakim jest stanie musiał skompletować coś innego. Ubrania leżały w torbie i czekały na odpowiedni moment aby je ubrać, kiedy teraz, w ciągu dnia, chodził ubrany w luźną koszulę w kolorze butelkowej zieleni z podwiniętymi rękawami i ciemnych spodniach.
Popalając papierosa przespacerował się po dziedzińcu, a potem skierował swoje kroki nad jezioro. Na chwilę usiadł pod drzewem, pod którym spędzał swojego czasu długi godziny na albo nie robieniu kompletnie nic, albo na robieniu wszystkiego tylko aby się nie uczyć do zbliżających egzaminów. Teraz sobie oczywiście pluł w brodę, że się nie uczył, ale wtedy nie mógł wiedzieć co go czeka. I tak właśnie siedząc pod drzewem skierował swoje spojrzenie w stronę Zakazanego Lasu. W sumie nigdy tam nie był, w latach szkolnych nigdy nie odważył się przekroczyć jego granic, czemu by nie zrobić tego teraz. Przeżył dzisiaj już dwie konfrontacje z Irytkiem, co gorszego może go spotkać.
Zanim zdążył pomyśleć podniósł się z trawy i ruszył w kierunku linii drzew. Coś jednak sprawiło, że zatrzymał się tuż przed samym wejściem. Czy to instynkt samozachowawczy, czy może po prostu zdrowy rozsądek kazał mu się jeszcze raz zastanowić czy na pewno chce wchodzić do Zakazanego Lasu sam.
I kiedy tak stał i rozważał wszystkie za i przeciw, usłyszał za plecami kroki. Obejrzał się przez ramię i jedna brew lekko powędrowała mu ku górze. Nie spodziewał się ich tutaj zobaczyć, w każdym razie nie razem, co było dodatkowo niedorzeczne z racji tego w jakich warunkach widział ich raptem dwa tygodnie temu. Nadal grał durnia, który ponoć nic nie wie, bo też w teorii nie miał prawa wiedzieć. Jednak w tym momencie już doskonale zdawał sobie sprawę kogo tak wyczekiwała Riven kiedy ostatnio wpadł na śniadanie do tawerny, czy z kim przeżyła swoją przygodę z druzgotkami. Z jednej strony cieszył się, że był to właśnie Kenneth, z drugiej nie do końca. Były to jednak tylko i wyłącznie jego wewnętrzne obawy i nie miał zamiaru wypowiadać ich na głos. To nie była jego sprawa. Najważniejsze, że oni byli ze sobą szczęśliwi, a w każdym razie miał taką nadzieję.
- Ja? No cóż, rozważam czy chce tam wejść sam czy nie i są we mnie dwa wilki. Jeden mówi, że chyba mnie pojebało, a drugi się pyta czemu w zasadzie jeszcze tu stoję zamiast tam wejść. - powiedział spokojnie, uśmiechając się lekko wyciągając ręce z kieszeni spodni by po chwili wyciągnąć dłoń w kierunku Kenneth’a - Czyli udało ci się wrócić na zlot. - pokiwał głową z zadowoloną mina - I jak ci się widzi powrót na stare śmieci? - uniósł brew - A no i poważne stary, te informacje co mi przywiozłeś są naprawdę bezcenne. - uśmiechnął się szeroko, po czym przyjrzał się ich dwójce dokładnie - Też zamierzacie tam wleźć? - uniósł brew ku górze, skinieniem głowy wskazując na rozpościerającą się przed nimi ścieżkę prowadzącą do Zakazanego Lasu.
Graj głupka dopóki będzie to możliwe, powtarzał sobie jednocześnie w głowie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#39
Kenneth Fernsby
Czarodzieje
Wiek
31
Zawód
Kapitan "Złotej Łani", przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
11
12
Brak karty postaci
20-01-2026, 11:19
|dla Riven i Keitha

Otwarcie Hogwartu dla jego byłych uczniów nie było czymś normalnym i oczywistym. Raczej nie spotykał się z taką praktyką co roku. Praca pozwoliła mu na zjawienia się, chociaż pogoda na morzu trzymała ich w swoich szponach nie dając pewności, że wróci na czas. Wczoraj Łania przybyła do Cardiff i mógł stanąć na lądzie. Dzisiaj zaś przemierzając korytarze odświeżał sobie wspomnienia, zajrzał do pokoju wspólnego Puchonów, spotkał w bibliotece Thalię, której nie spodziewał się zobaczyć. Nie widział wielu znajomych ze szkolnych lat, a nawet jeżeli tu byli, to pamięć nie przypisała imion do mijanych twarzy. Nie przejmował się tym zbytnio, za bardzo pochłonięty własnymi myślami. Z samotnych wędrówek po szkolnych korytarzach wyrwała do panna Thorne, która nagle zjawiła się na czwartym piętrze i zarządziła wyprawę do Zakazanego Lasu. Złożył obietnicę swego czasu, że uda się tam z nią, a że nie bał się tego miejsca, miał być to kolejny element sentymentalnej podróży.
Ubrany był jak zawsze, tylko bez swojego nieśmiertelnego płaszcza, który został pochłonięty przez wodę w trakcie ich wyprawy. Nosił się więc w kurcie marynarskiej, z której teraz wyciągnął metalową papierośnicę i odpalił jednego papierosa. Stojąc na granicy wejścia do Zakazanego Lasu wspominał czasy kiedy się do niego nocą wymykał. W świetle dziennym już tak groźnie nie wyglądał, chociaż nadal w jego wnętrzu panował pewien mrok. Zaciągnął się mocniej, a później wypuścił dym, który leniwie poszybował w górę. -Wierzę, że żyje tam wszystko co możliwe. Zdaje się, że Zakazany Las to enklawa, a legenda sprawiła, że mało kto miał odwagę tam wchodzić. - Poza dzieciakami, które nie wierzyły, że coś groźnego może tam czyhać, a nawet jak było to przecież zawsze sobie poradzą. Wyobraźnia była zawsze bogata, ale nie w przypadku potencjalnych konsekwencji, a przygód. -Centaury nie, ale za to dobrze się rozumiem z trytonami. - Zdecydowanie te drugie były mu bliższe i bardziej znajome. Zerknął na Riven, która swoim strojem wręcz krzyczała, że pochodzi z Gryffindoru. Swego rodzaju manifestacja go rozbawiła, ale powstrzymał się od komentarza, jedynie dostrzegając pyszniący się na szyi naszyjnik, który jej podarował. -Czyli jednak poszłaś wcześniej z kimś innym do Zakazanego Lasu - uniósł nieznacznie brwi patrząc na czarownicę wymownie, wzrokiem osoby, która czuje się oszukana i zawiedziona. Westchnął teatralnie i przeczesał ciemne włosy dłonią, aby dodać wypowiedzi większej dramaturgii. -I tyle z wielkiej wyprawy i przełamywania lęków.
Jawnie się z nią drażnił, ponieważ był ostatnim do więzienia czyjeś woli. Im bliżej byli granicy wejścia do lasu tym lepiej widział stojącą sylwetkę z oddali, którą po chwili poznał. Uniósł dłoń w geście przywitanie całkowicie nieświadom zamieszania jakie ich spotkanie wywołało. Domyślał się już, że ta dwójka swego czasu spędziła razem upojną noc. Nic mu do tego, bo przecież byli dorośli, a Kenneth okazałby się chodzącym hipokrytą, gdy ich rozliczał z kim sypiają. Istotne było dla niego, że kiedy zawarł z Riven porozumienie była jego na wyłączność od tego czasu. Uścisnął dłoń Keitha. -Nie było łatwo, ostatnie trzy dni prądy morskie ciągle chciały nas na mieliznę zepchnąć. Musieliśmy aż nurkować, a tej formy pływania nie lubię, ale co zrobisz jak nie mogliśmy inaczej. - Odpowiedział dopalając swojego papierosa. -Jakbym użył zmieniacza czasu. Wszystko jest wciąż takie same. - Spojrzał na linię lasu. -Obiecałem River, że pójdziemy do Zakazanego Lasu. - Zwrócił się do kumpla. -Idziesz? - Po czym bez skrępowania ruszył przed siebie chcąc przekroczyć granicę, którą zakazywano uczniom, ale dorośli czarodzieje nie mieli takich ograniczeń.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#40
Riven Thorne
Akolici
Feel the rain on your skin. No one else can feel it for you. Only you can let it in. No one else.
Wiek
23
Zawód
Barmanka, kochanka kapitana Fernsby
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
10
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
11
Brak karty postaci
20-01-2026, 12:10
| Dla Keitha i Kennetha

Zakazany Las nie był dla każdego. Wkraczając do niego trzeba było mieć łeb na karku, trochę oleju w głowie i szacunek przed tym miejscem. Nie robić głupot, nie pchać się w miejsca, które aż krzyczały aby tam nie wchodzić i wiedzieć kiedy się wycofać. Las był wielki, majestatyczny, przepełniony magicznymi zwierzętami i roślinnością, która jeśli tylko się zagapiłeś, próbowała cię zabić. Nie bez powodu było to zakazane miejsce. Spojrzałam na Kennetha słysząc jego słowa o trytonach i lekko pokiwałam głową. Gdy się pływa, to szybciej spotka się trytona niż centaura, to prawda. A jedną z syren można wtedy porwać do domu. Uśmiechnęłam się lekko pod nosem pod wpływem własnej myśli, szybko jednak wracając na ziemię słysząc wywód.
- Ponieważ poprosiła, jak mogłam jej odmówić? - Zapytałam wywracając oczami. - I jakie lęki? Chyba twoje, bo ja się nie boję.
Nie mogłam powiedzieć, abym była boidudkiem. Las mnie nie przerażał, już nie. Może kiedyś, kiedy byłam młodsza i pod okiem starszych kolegów wkraczałam do lasu. Byłam jedną z niewielu dziewczyn, które przekroczyły ten zakazany obszar więc chętnie mnie brali. A ja chętnie szłam. Z początku wszystko było straszne, ciemne, nieznane. Zwierzęta i roślinność jakaś taka dziwna, każdy dźwięk powodował gęsią skórkę. Aż w końcu przestałam się bać, spacery były przyjemnością, a obcowanie z testralami chwilą wyjątkową. Tylko dla mnie. Nikt z moich najbliższych przyjaciół ich nigdy nie widział.
To co się zadziało pod lasem… prawie mi szczęka opadła. Patrzyłam jak się witają, jak wymieniają uścisk dłoni. I mówią do siebie tak, jakby się znali od lat. Kenneth coś dla Keitha załatwiał, jakieś dokumenty. Przestałam męczyć skórkę na ustach, te rozchyliły się lekko, a brwi powędrowały ku górze. Głębokie westchnienie, byłam zażenowana, chyba własną niedomyślnością.
- Wy się znacie - stwierdziłam fakt. - Nigdy nie widziałam was razem w tawernie…
Ale byłam głupia. Jak mogłam o tym nie pomyśleć. W mojej małej bańce oni się nie znali, a ja nie rozumiałam dlaczego tak sobie wymyśliłam. Nigdy nie spędzaliśmy czasu wspólnie. W tawernie był albo Kenneth albo Keith, nigdy razem. Zmarszczyłam brwi słysząc o wejściu do Zakazanego Lasu od przyjaciela, przerzuciłam na niego swoje spojrzenie.
- Sam? Do Zakazanego Lasu? - Zapytałam biorąc głębszy wdech.
Chciałam powiedzieć coś więcej, ale Kenneth już wyjaśnił po co tu przyszliśmy. Oczywiście, jak to miał w zwyczaju, przekręcając przy tym moje imię. Obserwując jak rusza przed siebie jedynie westchnęłam i przewróciłam oczami. Chwyciłam Keitha za dłoń i też ruszyłam, pociągając go za sobą.
- Chodź - mruknęłam. - Przecież nie pozwolę ci wejść tam samemu.
Nie pamiętałam kiedy widzieliśmy się ostatni raz, Keith był w tawernie jeszcze zanim Kenneth wrócił z podróży i zanim zawarliśmy swoje porozumienie. Potem, mimo że obiecał, że się pojawi, to nie mogłam na niego trafić. Wczoraj wysłałam mu sowę z zaproszeniem na bal, tak jak oczekiwał, gdy ostatni raz rozmawialiśmy. Nawet zdążyłam otrzymać od niego twierdzącą odpowiedź. Może powinnam nazbierać tutaj dla niego jakiś kwiatów na bukiet? Chociaż może lepiej nie, jeszcze trafię na diabelskie sidła albo coś takiego.
Uśmiechnęłam się lekko, gdy przekroczyliśmy próg lasu. Nagle zrobiło się zdecydowanie ciemniej, ponuro. Słońce, mimo że jeszcze było na horyzoncie, słabo przebijało się przez korony gęstych drzew. Nie było tu trawy, tylko sucha ziemia. Drzewa były wysokie, wąskie i silnie rozgałęzione, a ich korzenie wystawały ponad powierzchnię ziemi. Jakbym była jeszcze uczennicą, wskoczyłam na jeden i chcąc utrzymać równowagę, przeszłam się po całej jego długości.
- Długo się znacie? - Zapytałam niewinnie. - Czy te dokumenty, to te dotyczące sprawy o której myślę? - Spojrzałam na Keitha. - Ostatnio byłeś w Singapurze - znowu stwierdziłam fakt, tym razem spojrzenie kierując w stronę Kennetha, przecież pokazywał mi mapę, a ja widziałam gdzie finalnie zatrzymała się “Złota Łania”.
Zeskoczyłam z korzenia i zrównałam z nimi krok. Mój mózg pracował na wysokich obrotach, bardzo intensywnie myślałam o tym, co wydarzyło się przez ostatnich parę tygodni. Nasza wspólna noc z Keithem, wspólna wyprawa z Kennethem, tydzień niespokojnego oczekiwania, a od dwóch tygodni port huczał od plotek o moim czekaniu w porcie na “Złotą Łanię”. I wtedy też Keith zaczął pojawiać się rzadziej w tawernie. Patrzyłam to na jednego, to na drugiego, a potem przed siebie, wpatrując się w jeden punkt.
- Oh nie - jęknęłam i stanęłam w miejscu.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (6): « Wstecz 1 … 3 4 5 6 Dalej
 


Skocz do:

Aktualny czas: 02-02-2026, 12:21 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.