• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Północny Londyn > Dach kamienicy
Strony (2): 1 2 Dalej
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
10-06-2025, 14:59

Dach kamienicy
Z ostatniego piętra kamienicy przez klapę w poddaszu można przedostać się na płaski, pokryty ciemną dachówką dach, z którego roztacza się surowy widok na zatłoczone ulice Camden i wstęgi dymu wznoszące się z kominów mugolskich fabryk. Dach jest miejscem, gdzie mieszkańcy wymykają się, by uciec od miejskiego zgiełku. Dla jednych kryjówka, dla innych inspiracja i możliwość uporządkowania myśli. Tu, w niewielkich grupkach, młodzi ludzie podziwiają panoramę miasta przy zachodzącym słońcu, popijają wino i marzą o czymś więcej. Niekiedy rozbrzmiewa delikatna gitara, a dźwięki muzyki mieszają się z chłodnym powietrzem i ulicznym szumem.Porzucone doniczki z chwastami i stary komin tworzą scenerię tego cichego azylu ponad codziennym tłumem. Pod stopami słychać szelest drobnych kamyków i od czasu do czasu trzask starej dachówki. Powiadają, że tutaj świat gwałtownie zwalnia i staje się bardziej znośny.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
36
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
19-01-2026, 16:03
17 marca?

Maelle była tak lekka, że prawie nie czuł jej na miotle—powiedziałby, gdyby był próbującym ją poderwać kolesiem.
Ale był byłym profesjonalnym graczem w Quidditcha
Oczywiście, że czuł te dodatkowe kilogramy na swojej miotle, ale na tym polega latanie z pasażerem. Musiał przyznać, że z jego rzadkich pasażerów (przeważnie osób ratowanych na akcjach, nawet opanowanie teleportacji łącznej nie zmieniało faktu, że czasem to był najbezpieczniejszy sposób ewakuacji) Maelle była jednym z najwdzięczniejszych i najlżejszych. Dzięki treningom tańca, trzymała się na miotle prosto i nie musiał jej upominać. A dzięki temu, że czuł się z nią swobodnie, nie czuł się niezręcznie gdy obejmowała go w pasie.
Właściwie, chętnie polatałby z nią nad miastem dłużej, to pomagało mu przewietrzyć głowę. Ale dziś chciał jej pokazać jedno, konkretne miejsce. Dał tutaj kiedyś mandat pijącej piwo młodzieży (bezprawne wejście na dach, bezprawne picie w miejscu publicznym…), może trochę naginając prawo (czy dach to miejsce publiczne?) by mieć to miejsce dla siebie. Spodobało mu się.
Nie mógł tutaj dawać mandatów za każdym razem, gdy chciał posiedzieć w spokoju, ale na szczęście dziś dach był pusty.
Pedantycznie oparł miotłę o komin, rozłożył na płaskich dachówkach koc—nie będą siedzieć na brudnym dachu—i usiadł, gdy już zrobiła to Maelle. Odpalił papierosa, tym razem jednego z tych tańszych, czarodziejskich. Gdy wypuścił z ust obłok dymu, ten ułożył się w kształty roztańczonych smoków. Nie lubił tych fajek, gdy chciał się skupić, ale dzisiaj… chciał po prostu porozmawiać. I odrobina rozproszenia im się przyda.
Podał papierosa Maelle i przez chwilę patrzył na miasto.
- Nikt nas tu nie widzi. - szepnął, chyba dlatego lubił to miejsce. Dlatego chciał ją tutaj zabrać. Nikt nie będzie na nią patrzył tak, jak na sali bokserskiej. Ani nawet odzywał się do niej tak, jak to robił Titus. Ani oceniał jej tak, jak zrobiłaby to Dolores.
Wrzosowy pokój byłby co prawda bardziej przytulny niż ten dach i mogliby tam coś zjeść, ale Ambrose był chwilowo frajerem bez własnego mieszkania. Przynajmniej to mógł jej zaoferować, ciszę i widok Londynu.
Położył się na kocu i wbił wzrok w niebo, a potem w kolejnego smoka utkanego z dymu.
Gdy był chłopcem, fantazjował czasem, że jego ojciec wyjechał pokonać smoka, jak rycerze w baśniach…
-Co powiesz mu o ojcu? - wypalił. - Gdy już go znajdziesz. - już, nie jeśli. Albo miał dobry humor, albo dobrze dziś kłamał, albo nauczył się oszczędzać jej emocje. - Mogę wypisać ci listę kłamstw, które nie działają. Matka raz powiedziała mi, że wpadł pod rower. Myślałem, że to wielka bestia, ale potem okazało się taki mugolski pojazd, który właściwie nie może nikogo zabić. Pewnie w teorii może, ale wygląda na lekki. - westchnął. - Ale oczywiście i tak nie miała na myśli mojego prawdziwego ojca. - mruknął i zamilkł, mierząc się z tą myślą. Szukanie syna Maelle było szukaniem igły w stogu siana. Poznanie personaliów matki Ambros’e — pewnie szukaniem konkretnej słomki siana  w stogu siana. Albo naciśnięciem na Dolores, co obecnie wydawało mu się jeszcze mniej realne. A kim był jego ojciec, nie wie pewnie nikt.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Maelle Seymour
Czarodzieje
watch me when i break and say it's paradise.
Wiek
21
Zawód
była kurtyzana, tancerka burleski
Genetyka
Czystość krwi
potomkini wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
5
OPCM
Transmutacja
11
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
18
Brak karty postaci
20-01-2026, 14:20
Czerwień zachodzącego słońca opromienia Londyn, rozświetla go jak scenę. To jej ulubiona pora: krawędź między dniem a nocą, ostatnie rozpieranie ramion przez układającą się do snu gwiazdę, drgnięcia podekscytowanego księżyca, który zaraz wespnie się na należne mu miejsce... Chwila pomiędzy, przepoczwarzająca się z jednego w drugie. Ma to swoje przełożenie na każdą sferę życia, może z wyjątkiem poszukiwań, które coraz bardziej się dłużą. Nie znajduje ekstazy we wzbierającej w duszy rozpaczy, nie upaja się myślą, że to mogą być ostatnie sekundy napięcia i desperacji przed ulgą wzięcia synka w ramiona, bo wolałaby mieć to za sobą. Wiedzieć, że jest bezpieczny, czuć jego ciepło, bez końca liczyć jego paluszki i uczyć się koloru jego tęczówek. Towarzystwo Ambrose'a ma to do siebie, że przy nim staje się nieco spokojniejsza, a zarazem ma ochotę wrzasnąć, czemu jeszcze nie doprowadził jej sprawy do końca, choć niestety po poznaniu Titusa przestaje się temu dziwić. Magipolicja nie jest normalna, a blondyn to jedyny wyjątek.
Zsiadłszy z miotły zatapia wzrok w mozaice horyzontu, zadowolona widokiem. Karmin zdążył przygasnąć, teraz świat spowija szarość, a za kilkanaście minut panorama rozpali się dziesiątkami świateł w oknach mieszkań i lokali pracujących po zmierzchu. Bez słowa przyjmuje tytoń i opiera się ciężarem ciała o jego bok, otulona cichym ciepłem jego szeptu. Być niewidzialnym... Mówił jej o tym wcześniej, nie dziwi jej, że właśnie w takich warunkach Ambrose znajduje swój spokój. Z dala od lepkich spojrzeń, od zgiełku i innych samców patrzących na niego bykiem.
- Skoro tak, nadal jesteśmy prawdziwi? - posyła aksamit głosu w objęcia wieczoru, zasiągnąwszy się papierosem. Kłąb dymu pasuje kolorem do wyziewów z komina z kamienicy naprzeciwko; potem zwraca czarodziejowi używkę, zanim ten odchodzi w kierunku koca i układa się na prowizorycznym posłaniu. Maelle pozostaje w miejscu, ogląda miasto w ekstazie między "przed" i "po", aż przez jej twarz przemyka cień uśmiechu pod wpływem jego pytania. Zmęczonego uśmiechu, bo każdy dzień bezowocnych poszukiwań wykrwawia jej ciało z sił. Pozwala więc Day'owi mówić, chłonąc esencję jego słów, która po chwili zamienia się w ciszę. Wówczas ćwierćwila obraca się i powoli podchodzi do koca, siadając, gdzie podciąga kolana pod brodę i otacza je ramionami.
- Powiem mu prawdę - przyznaje, po raz kolejny zastanawiając się, jakie dzieciństwo miał Ambrose. Co musiało myśleć małe dziecko, co jakiś czas dowiadujące się o ojcu czegoś nowego i równie niedorzecznego? Nowego kłamstwa. - Powiem, że nie wiem, kto jest jego ojcem. I że to bez znaczenia, bo czasem lepiej w ogóle nie mieć ojca, niż mieć... rozczarowującego - mimo wahania wybiera pierwsze słowo, które przychodzi do głowy na myśl o Lewisie Seymour. Nie otrzymała od niego ani jednego listu. Ani jednego pytania o to, czy żyje, a jeśli tak, to w jakich warunkach. Czy mógłby jakoś jej pomóc. Nic. - Niektórzy rodzice istnieją tylko po to, by uczyć swoje dzieci pierwszej zdrady, porzucenia albo odrzucenia. Dają nauczkę, dzięki której każda kolejna blizna boli trochę mniej. Mój synek nie potrzebuje takiego człowieka. Mało tego, mógłby zostać przez niego uznany za niewygodę, albo co gorsza problem do rozwiązania, a do tego nie dopuszczę - deklaruje stanowczo, jak lwica, w którą się zamienia, ilekroć broni go przed fantazmatami jakichś trudności, mimo że nawet nie trzyma go w ramionach ani nie zdoła ochronić go naprawdę. Najpierw musi go znaleźć. - Ale dla ciebie to ważne - dodaje łagodniej i zerka w kierunku blondyna. Jej słowa, choć w zamiarze miały być pytaniem, stają się stwierdzeniem faktu. Bez ojca Ambrose'owi brakuje połowy tożsamości, a jeśli wziąć pod uwagę to, że nie wie, kim była jego matka, jego korzenie rosną w jałowej ziemi.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
36
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
20-01-2026, 20:33
Lubił latać na miotle o zachodzie słońca, choć nigdy nie ująłby zmieniających się kolorów równie poetycko jak Maelle. Choć odpowiadało mu chyba, że wszyscy patrzyli wtedy na pomarańczową tarczę—a nie na miotłę wzbijającą się coraz wyżej i wyżej.
Drgnął lekko, odprowadzając wzrokiem ulatujący w górę dym. Utkanego z nicości smoka, który zaraz potem rozpłynął się w powietrzu. Czy byli prawdziwi, czy równie nietrwali jak magia tanich, czarodziejskich papierosów? Powściągnął cisnące się na język przemyślenia o naturze ich daru—jego zdaniem nieprawdziwego i tymczasowego. Maelle robiła z niego lepszy użytek, może dlatego, że była młodsza. Samemu zachłysnął się przecież tą magią gdy był nastolatkiem, z upodobaniem naginając innych do swoich życzeń i zagłuszając kompleksy sztuczną popularnością. Do czasu, dopóki konsekwencje tamtej imprezy w stodole nie zderzyły go boleśnie z ziemią. Dopóki nie przyznał matce racji, że uwaga i cielesność są niebezpieczne.
Chciałby wierzyć, że Maelle nie zaznała jeszcze tej lekcji i że nigdy nie będzie jej potrzebowała. Że będzie mogła się cieszyć czymś, co go drażniło—mieli przecież różne charaktery, a ona wykorzystywała swój powab nieco lepiej, nieco sprytniej.
Chciałby nie myśleć o tym, że przecież już zaznała tej lekcji i to nie ze swojej winy, a cudzej. Gdyby nie jej olśniewająca uroda, może dłużnicy zaproponowaliby jej ojcu inne sposoby spłaty (albo żadne, albo krwawe, właściwie Ambrose'owi było pod tym kątem wszystko jedno—oburzyło go, że Titus ma go za moralnie szarego człowieka, ale z drugiej strony nie ruszało go rozkwaszenie komuś nosa tłuczkiem lub upokorzenie narzeczonej Titusa i pobicie jej brata; nie ruszyłaby go też wiadomość o śmierci Lewisa Seymoura. Może pod tym kątem był trochę podobny do swojej matki, choć nie łączyły go z nią więzy krwi).
- Może tu jesteśmy najprawdziwsi? - mruknął, podkładając łokcie pod głowę i rozciągając się na kocu. Wbił wzrok w chmury, zastanawiając się jak wysoko mógłby powiedzieć. - Myślisz, że cokolwiek z tego jest prawdziwe? Z naszego uroku? - zapytał, starając się to zrobić neutralnie, bez oceniania. Miał swoje zdanie, Maelle pewnie miała inne. Czasami zastanawiał się, czy jej swoboda jest podobną zbroją jak jego wycofanie—ale nawet on czuł, że lepiej nie pytać, albo może nie w każdym momencie.
Zerknął na Maelle kątem oka. Jej profil wciąż był idealnie symetryczny, a cera bez skazy. Jej włosy wciąż lśniły równie pięknie jak słońce na chmurach, widzianych z lotu ptaka. Zastanawiał się, co widzi ona i wiedział, że nigdy nie będą dla siebie równie prawdziwi jak dla swojej własnej płci. Z drugiej strony, wiedzieli o sobie rzeczy, których nie wiedział nikt inny. Przynajmniej w jego przypadku.
Słuchał, zastanawiając się czy samemu przyjąłby podobne wyjaśnienie w wieku siedmiu lat i czy byłoby sensowniejsze niż te, które usłyszał. Odwrócił wzrok z powrotem na niebo, przypominając sobie, że matka karciła go tak, by nie zostawiać blizn.
- Brzmisz jak to, co matka powiedziała mi o o... swoim mężu, gdy już wymogłem od niej prawdę. - przyznał. Byłby dla niego niewygodą, problemem do rozwiązania (czy dla prawdziwych rodziców też?)—życie za życie, ale w tej kwestii nabierał przy Maelle wody w usta. Ostatni sekret Dolores był na zawsze pogrzebany, zapewne w ich ogrodzie. - Odszedł - nie kłamał, to tylko... synonim. - gdy wzięła mnie do domu. - uśmiechnął się gorzko, zastanawiając się czy już jako noworodek roztaczał magię, która działała na ludzi tak, jak teraz. Przyciągała kobiety, mierziła mężczyzn. Czy Dolores wzięłaby do domu zwyczajne dziecko? I czy Harold Day zareagowałby inaczej, gdyby tak zrobiła?
- Dopiero odkąd cię poznałem, zastanawiam się czy mnie... - ktoś szukał, ale słowa uwięzły mu w gardle. Nie chciał powiedzieć ich na głos i nie chciał dodawać, że pewnie nie.
Podniósł się na łokciu ze sztuczną swobodą.
- Nie martw się o niego. Nawet jeśli nie będzie tego świadomy, jego magia go ochroni. Dostałby dzięki niej najlepszą dziecięcą miotełkę czy ziemniaki bez koperku, ale oczywiście znajdziesz go wcześniej. - zapewnił na wpół prawdziwie, na wpół fałszywie. Przed karami i klapsami magia nigdy go nie ochroniła, ale może po prostu nigdy nie wpadł na to, że by mogła.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Maelle Seymour
Czarodzieje
watch me when i break and say it's paradise.
Wiek
21
Zawód
była kurtyzana, tancerka burleski
Genetyka
Czystość krwi
potomkini wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
5
OPCM
Transmutacja
11
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
18
Brak karty postaci
21-01-2026, 20:28
- Nie. Nie ja - jej głos może przywodzić na myśl jedwabną pajęczynę, srebrne nici błyszczące kroplami zziębniętej rosy pozostawionej po poranku. Maelle jest pewna swojej racji. Nadal stoi obrócona plecami do Ambrose'a wylegującego się na kocu oraz przodem do panoramy miasta, wyobraża sobie, że w rozmytych w oddali oknach tkwią obserwujące ją oczy. - Ja czuję się najprawdziwsza, kiedy mnie widzą. Kiedy mnie oglądają. Kiedy do mnie wzdychają. Kiedy tworzą setki wersji mnie i przeżywają w swoich głowach setki fantazji z tą utkaną ze snów Proserpiną - nie bez powodu używa swojego scenicznego pseudonimu. Ogarnięta niemal ckliwym uniesieniem zaczyna nucić znajome takty, ulubione z dotychczasowego repertuaru ćwierćwili, din-din-dara-da, din-din-dara-da, din-dari-ra... Wygrywa melodię na strunach głosowych, zastępując w ten sposób orkiestrę z Domu Jedwabiu, a przy tym jej ramiona poruszają się, jakby trzymała w dłoniach wachlarze z bujnych piór, z którymi zazwyczaj na co dzień pracuje. Bez nich jednak Maelle wygląda jak ptak, który próbuje wzbić się do nieba. Układa ciężar ciała na jednej nodze, by po chwili unieść ręce ponad siebie, skrzyżowane miękko nad głową, bez wysiłku. Każdy jej ruch przypomina lekkość płynącej wody, blondynka kołysze się przez moment, odtwarzając bardzo uproszczoną choreografię swojego popisowego show. Burleska zazwyczaj zachęca do uśmiechu, ale spektakle Maelle mają w sobie coś... niedopowiedzianego, cięższego. Atmosferę dwuznaczności, dramat i komedię w jednym. Lubi bawić się swoim medium i sprawdzać, czy uważniejsi obserwatorzy dostrzegą pod aurą rytmicznych ruchów jej tęsknotę, jej rozkrwawienie. Rzadko do tego dochodzi. - Dlaczego ciągle w to wątpisz? - zwraca się do przyjaciela, nieustannie zajęta tańcem. Prostym, kuszącym, składanym na ołtarzu budzącej się nocy. - To dar, nie klątwa. Myślisz, że byłbyś lepszy, gdybyś zwrócił uwagę kobiety jako zwyczajny czarodziej? To byłoby bardziej honorowe, hm? - ciągnie go za język, a kiedy nie mówi, w górę jej gardła wspina się nucona muzyka. W końcu jednak Maelle opuszcza dłonie i posyła Ambrose'owi bezwstydny uśmiech, zająwszy miejsce obok niego na kocu.
Dalszy ciąg ich rozmowy nie jest już ani łatwy, ani powabny. Ciężar osiadający na żołądku ma smak gorzkiego syropu, tęsknota pulsuje w niej jak zakażona rana. Ktoś mógłby spytać - za czym ty tęsknisz, skoro nawet go nie widziałaś? Może tak było, ale matczyne serce nie słucha rozsądku, ono po prostu czuje. Pragnie. Rozpacza. Gniecie się w piersi jak kawałek papieru w pięści losu, czekając na zbawienie. 
- Wielu mężczyzn jest zbyt słabych na wychowywanie cudzego dziecka. Ich kręgosłupy korodują przy tym, co postrzegają jako swoją ujmę, więc uciekają - wzrusza lekko ramionami. Ileż w burdelach nasłuchała się o znikających mężach, narzeczonych czy partnerach, Merlinie, Dotyk Wili to studnia bez dna, kipiąca od tego rodzaju historii. Kobiety często zostają same, bez oparcia i pomocy, ich życie z dnia na dzień staje się coraz cięższe, wprost proporcjonalnie do rosnących kosztów utrzymania tak samo rosnącego dziecka. Maelle na szczęście to nie zagraża: jeśli uzna, że jej dziecku czegoś brakuje, a sakiewka będzie świecić pustkami, po prostu sięgnie po urok i załatwi sprawę. Nie byłaby też poniżej kupczenia swoim ciałem w razie konieczności. Przecież od dawna nie ma godności.
Spogląda na Ambrose'a, kiedy ten nie kończy swoich rozważań, grzęznących w kotlinie gardła. Jest w nim tyle żalu i poczucia wyobcowania, że ich zapach przesyca powietrze smolistym swądem, podobnym do palonego tytoniu. Budzi w niej to współczucie, dlatego kładzie się obok niego i opiera głowę na ramieniu blondyna, znowu przylegając do niego ufnie. - Gdybyś był mój, szukałabym cię - mówi łagodnie i sunie opuszkami palców przez jasne kosmyki jego włosów. Zresztą mówi szczerze. Day to wspaniały człowiek, momentami trochę toporny, ale dobroduszny i opiekuńczy, broniący słabszych z racji natury swojej pracy, ale też odpowiedniego do tego charakteru - każda matka chciałaby mieć takie dziecko. - I znalazłabym - dopowiada z niejasnym uśmiechem, ani słodkim, ani smutnym. Być może słodko-gorzkim, szczególnie na słowa o jej synu i łatwości, z jaką będzie szedł przez życie. Pewnie powinna znaleźć w tym pocieszenie, ale to Maelle chce dać mu małą miotełkę albo zdjąć koperek z ziemniaków, zamiast dopuszczać do tego kogoś innego, obcego. - Muszę go znaleźć, Ambrose - wzdycha i również obraca się na bok, podpierając głowę na złożonych dłoniach. Wzrok ćwierćwili płonie od determinacji. - Zwariuję bez niego.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
36
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
21-01-2026, 22:26
Byli pod tym kątem swoimi przeciwieństwami i pragnął wierzyć, że mogliby się od siebie czegoś nauczyć. On odzyskać ten entuzjazm, który towarzyszył odkryciu własnych zdolności—przecież w szkole szczerze się tym cieszył, zachłyśnięty arogancją. Przecież dalej czuł satysfakcję, gdy urok pomagał mu szybciej urwać jakąś przedłużającą się sytuację. Tyle, że ta satysfakcja zawsze smakowała już trochę gorzko—odkąd odebrał list o ciąży Allie i zrozumiał, że to zawsze będzie broń obosieczna. Maelle mogłaby zaś nabyć trochę... ostrożności, ale podejrzewał, że obydwoje byli na zmiany zbyt uparci. On za stary, ona zbyt harda. Może pozostawało nauczyć ją samoobrony i tyle.
- Ja wolę gdy tańczysz na dachu. - mruknął z uśmiechem, ale nagle zawahał się i zaciągnął dymem żeby ukryć wątplilwość za jego zasłoną. Pragnął, by tańczyła tu dla siebie czy dla niego? Titus ewidentnie chciał ją widzieć i być przez nią widziany i niestety mógł mieć rację.
- Ale na potańcówce też mi się podobało. - dodał z cieniem radości w monotonnym głosie. - Dawno nie tańczyłem dla siebie. Ani z kimś, w taki sposób. - beztroski, nieobarczony nieustanną myślą o tym, jak wykorzystać cudze pożądanie albo go uniknąć. Dawno też nie tańczył gdzieś ze stałą partnerką, której dotyk go nie raził (formalne okazje z Allie się nie liczyły)—byli dla siebie nawzajem tarczami, nawet jeśli kilku mężczyzn próbowało odbić mu Maelle, a kilka starszych od niej kobiet patrzyło na nich z mieszanką dezaprobaty i zazdrości, niewątpliwie myśląc o nim to samo, co Titus.
Zaciągnął się papierosem i nagle złapał się na myśli, że gdyby Maelle była o dekadę starsza, a on miał własne mieszkanie—może życie w ogóle mogłoby być układem. Funduszem emerytalnym dla wdów po magipolicjantach, uciszeniem kłopotliwych pytań o plany po rozwodzie, może nawet nazwiskiem w papierach dla jej dziecka. Wolnością dla nich obojga, bo tego rodzaju wolność dawał też Allie dopóki nie zaczęła jej nadużywać. I bezpieczeństwem wynikającym z tego, że gdyby którykolwiek z jej kochanków stał się zbyt nachalny, Day miałby silniejszy pretekst by go przepłoszyć.
Odkaszlnął, choć palił tyle, że nie powinien krztusić się dymem. Momentalnie zrobiło mu się wstyd albo tej myśil, albo kolejnej; że przecież to i tak byłby dla niej rodzaj więzienia. Że tak, jak pragnął wierzyć w prawdziwą miłość Titusa i Jenevy Young; tak w jego wyobraźni (i zapewne nie jej, bo była na to zbyt zajęta) Maelle za parę lat ułoży sobie życie i będzie miała szansę na...
- Nie honorowe. - brał łapówki i posłał własną żonę do więzienia i nawet jako nastolatek wykorzystywał aurę mało honorowo. - Prawdziwe. - ... szansę na coś prawdziwego.
- Myślisz, że umiałabyś to rozpoznać? I że to w ogóle możliwe? - mruknął, nieświadom, że drąży temat, który na obecnym etapie życia jest dla niej pewnie absurdalny i niewygodny. Sympatia pomagała mu czasem z wyczuciem, ale wciąż był sobą.
Znów zaciągnął się papierosem, bo słowa o beznadziejnych ojcach nie niosły pocieszenia. Nie był pewien, czy Harold Day zasługiwał z tego powodu na śmierć, zwłaszcza, że...
-... ja byłem zbyt słaby by wychować nawet swoje. - wyznał zduszonym głosem. - Byłem o rok młodszy od ciebie, ale już jesteś lepszą matką niż ja wtedy ojcem. - zawyrokował. Pewnie Maelle da synowi przestrzeń do płakania po upadku z dziecięcej miotełki. Pewnie też powinien był to zrobić, zamiast oglądać się przez ramię na Allie, dla której łzy były jedynie pretekstem by się tym nie zajmować, więc wygodniej było zachęcić dziecko by je zdławiło.
Dolores też nie znosiła jego łez, bo przecież podarowała mu dobre dzieciństwo.
Zamrugał i wmówił sobie, że niewyraźny obraz przed oczyma to tylko kwestia zbyt ostrego dymu. Maelle dotknęła go swoimi słowami i dosłownie, a ten dotyk nigdy nie sprawiał, że chciał się odsunąć.
- Mhm. - odmruknął tylko niezręcznie, nie umiejąc inaczej okazać ani wzruszenia ani gorzkiej wątpliwości. Czy ona nigdy mnie nie szukała, czy po prostu nie mogła mnie znaleźć?
Jedna odpowiedź raniła jego, druga zrani Maelle. Może więc lepiej uwierzyć w pierwszą wersję wydarzeń?
- Wiem, Mae. - westchnął, nie obiecując jej, że naprawdę go znajdzie i że zrobi to szybko. Nie chciał rzucać słów na wiatr, mógł jedynie zaoferować zrozumienie wobec tego rodzaju szaleństwa. Odruchowo zdrobnił jej imię, ale marne to pocieszenie. - Nie opowiadałem ci, że kiedyś szukałem mojego syna. Tylko przez kilka godzin, ale też myślałem, że zwariuję. Albo zwariowałem. - przyznał cicho, wiedząc doskonale, że obsesja z jaką czyścił potem mieszkanie i szukał wszędzie niebezpieczeństw—do dzisiaj, to przecież z tego powodu gorliwie wystawił mandat niefrasobliwej i nieumiejętnie pilnującej dziecka blondynce przy sklepie miotlarskim—nie była do końca zdrowa.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Maelle Seymour
Czarodzieje
watch me when i break and say it's paradise.
Wiek
21
Zawód
była kurtyzana, tancerka burleski
Genetyka
Czystość krwi
potomkini wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
5
OPCM
Transmutacja
11
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
18
Brak karty postaci
24-01-2026, 00:25
Tylko czy Maelle aby na pewno chce być ostrożna? Tak wiele straciła w swoim krótkim życiu, z własnością nad nim - na pewien czas - włącznie, że zaczyna dostrzegać w adrenalinie przewrotnie upojną pokusę; pewnie nie zaadaptowałaby się do nowych warunków, gdyby nie to. Teraz jej życie jest nierozerwalnie związane z pogonią za doznaniem, za oszołomieniem zmysłów, za chwilą pomiędzy bezpieczeństwem i zagrożeniem, kiedy nie jest pewne, czy ma się do czynienia z drapieżnikiem lub ostrzącym swoje szpony kierunkiem losu. Dzięki temu dni upływają szybciej, a meta zwiastująca zakończenie poszukiwań straconego dzieciątka przybliża się na linii horyzontu. Jeszcze tylko trochę, jeszcze tylko kawałek... Jeszcze jedna noc pełna bezwstydnych doznań, jeden drink spijany z cudzych ust, jeden czar chwytający męskie spojrzenia na postronek, a ani się obejrzy, obudzi się w świecie, w którym nie będzie zmuszona codziennie zadawać sobie pytania, co się z nim dzieje, bo będzie miała synka tuż obok. Dlatego nie, nie interesuje jej ostrożność. Woli pęd, ruch, taniec, tętniące srebro zamknięte w ciele, bo i tak wie, że należy zwiewać, kiedy pojawiają się problemy. Nie zamierza osierocić swojego skarbu, zanim go nie znajdzie, potem zresztą też nie. Dopiero kiedy będzie miał własny dom, rodzinę i karierę, i kiedy nie będzie jej dłużej potrzebował.
- Nie patrz, tańczę dla księżyca - upomina go psotnym pomrukiem, przeciągle rozwibrowanym na strunach głosowych. Spojrzeniem sięga do niego w tym czasie przez ramię, pewna, że gdyby Titus ich teraz zobaczył, byłby pierwszy do rzucenia się przez chybotliwe zabezpieczenia barierek i wymalowania karminem posoki swojej rozpaczy na bruku poniżej, daleko w dole; i wcale o to nie dba. - Zbyt wolno dziś wschodzi - uzasadnia aksamitnie, rozbawiona. Subtelna nuta uroku Day'a zazwyczaj łechta jej samopoczucie i pozwala Maelle czuć się dobrze, przypomina błogosławieństwo pierwszego łyku zimnej wody, spływającej w dół wyschniętego gardła w środku nocy, po nieoczekiwanej pobudce. Jest w tym ulga i trudny do zdefiniowania zachwyt. Prawie żałuje kobiet, które przepadają w nim jak w plastrze miodu. - Możemy chodzić tam częściej - proponuje tymczasem, bo też miło spędziła wieczór. Dziwnie było jedynie obudzić się w mieszkaniu z mężczyzną, który nie oczekiwał od niej rozniecenia żaru zeszłonocnej namiętności, nie domagał się czułości i potwierdzeń, że zobaczą się znowu, odbierając miękki uśmiech Maelle za dobrą monetę, zamiast za słodkie pożegnanie. Przygotowała dla niego śniadanie, a potem Ambrose poszedł do pracy, zostawiając ją z myślą, czy tak wyglądałoby jej życie, gdyby nie zaoferowała się spłacić długów ojca. Mąż, może nawet magipolicjant, jajecznica z trzech jajek z dodatkiem bekonu, tost z masłem, kawa zdrapująca rdzę z ospałego umysłu. Nie jest pewna, czy tak potrafi.
- Ty i ta obsesja o prawdzie - wzdycha, przekręciwszy się na plecy, z dłońmi podpierającymi potylicę. Ktoś wmówił Ambrose'owi, że tylko i wyłącznie konwencjonalnie nawiązana relacja może się liczyć, a to tak wierutna bzdura, że nie może się nadziwić jego naiwności. Wcale nie czuje się gorsza ani mniej realna od kobiet, które zdobywają męską uwagę dzięki innym czynnikom. Im to po prostu zajmuje dłużej, wybór na rynku też mają mniejszy. - Uważasz, że stawiający się na magiczny pojedynek czarodziej, który decyduje się korzystać z krzepy swoich pięści, zamiast z różdżki, bo są bardziej prawdziwe od magii, nie jest zwyczajnym idiotą? Dlaczego z naszym urokiem ma być inaczej? - klika językiem o podniebienie i przewraca oczami. Krew wil to część dziedzictwa Ambrose'a, coś, z czego ten nie będzie mógł zrezygnować, więc uważa za bezcelowe marnotrawstwo energii to całe rozpatrywanie, co by było, gdyby był kimś innym. Brakuje mu pewności siebie, a eks-gwiazdy quidditcha oraz stróża prawa raczej się o to nie podejrzewa; na co dzień blondyn dobrze się maskuje. Jak jednak ma mu pomóc, skoro on masochistycznie uwielbia umniejszanie ich naturze? Dlatego zamiast odpowiedzieć na pytanie o rozpoznanie, Maelle wzrusza ramionami. Nie dba o to, nie szuka oznak prawdy i kłamstwa w swoich kochankach, bo gdyby to robiła, wariowałaby dokładnie jak on.
- Mężczyźni dojrzewają później, niż my - zauważa miękko na jego późniejsze wyznanie i szuka na oślep jego dłoni, nie odwracając wzroku od nieba. Po plamach czerwieni nie ma już śladu, szarość zostaje połknięta przez granat, zamyka się nad nimi oko dnia. - Zresztą nie każdy musi chcieć być rodzicem. To nie kwestia siły ani słabości - a pogrzebanych planów, ambicji, beztroski i odpowiedzialności za nikogo więcej, poza sobą samym. Nie ocenia go, nigdy tego nie robi; kąciki jej ust drgają za to na dźwięk skróconego imienia, choć trudno teraz o szczerą wesołość, gdy czuje igły napięcia i potrzeby panoszące się w żołądku. Rozniecona tęsknota znów dochodzi w niej do głosu, pod powiekami błyszczy wspomnienie tamtej rączki wystającej ponad pielesze, bo to pierwsza i ostatnia wizja, jaką ma z własnym dzieckiem. Zamiast napotkać pełne miłości matczyne oczy, musiał spojrzeć w niezadowolone lico matrony Dotyku Wili, a ona nie mogła zrobić nic, by go przy sobie zatrzymać. - Zgubił się? - to stawia jej uwagę na sztorc i Maelle znów obraca się na bok, wbijając w Ambrose'a poruszone spojrzenie. Nie miała pojęcia, że przechodził przez coś podobnego, przez miniaturową wersję jej obecnej tortury.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
36
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
27-01-2026, 04:26
Odruchowo przymknął oczy w odpowiedzi na prośbę wystosowaną tonem rozkazującym, aż...
- Żartujesz sobie. Zawsze wschodzi tak, jak powinien. - zrozumiał, otwierając jedno oko. A potem drugie. Przewrócił oczami, ale z uśmiechem. Jej urok sprawiał, że rozbawienie przychodziło mu łatwiej i był tego doskonale świadomy. Widział to również Titus, choć tego nie rozumiał. Widząc własne odbicie w zaskoczonym wzroku partnera Ambrose rozumiał, że pewnie przy Maelle nie był w jakimś stopniu sobą—tym sobą, którego przy innych kobietach widział Harrison; czy tym sobą, który z coraz większym trudem znajdował wspólny język z własną córką (bardzo próbując nie myśleć o jej podobieństwach do matki). Ale zarazem czuł się przy niej bardziej sobą niż kiedykolwiek, mogąc otwarcie dyskutować o magii płynącej w ich żyłach i o tym, jak działali na innych, i o zaginionych dzieciach i rodzicach. Jeśli w zamian miał się czuć trochę inaczej, to było to przecież tego warte. Zwłaszcza, że w porównaniu do głupców, którzy tracili głowę dla Maelle, był przecież świadomy tego, co się z nim działo. Niektórzy z nich też powinni, chodząc do Dotyku Wili, ale ludzie bywali głupi gdy byli zaślepieni pożądaniem.  Nigdy ich nie żałował, nawet odrobiny; tych z Dublina też nie—zastanawiał się tylko, czy każdy z nich czuł się wyjątkowy, bo nie przekroczył danej granicy? Bo zdecydował się na jedną z pozycji, które Mae nazywała nudnymi (cokolwiek to znaczyło, to akurat dla Day'a abstrakcja); bo chciał ją uderzyć, ale tylko ją uszczypnął; albo chciał ją uszczypnąć, ale łaskawie tylko to sobie wyobraził? Bo dał wysoki napiwek, albo naprawdę uważał ją za wspaniałą albo chciałby ją mieć tylko dla siebie? Mężczyźni bywali gorsi niż kobiety, a burdele niż życie codzienne, ale przecież ludzie bywali tacy sami i usprawiedliwiali się tak samo. Fanka, która pocałowała go na oczach fotoreporterów i jego żony też wmawiała sobie, że może, bo jest prawdziwą fanką, a on okazał jej trochę uwagi (potem zresztą spytał, dlaczego to zrobiła—było mu to na rękę, ale i tak czuł obrzydzenie).
Nie, nic z tego nie było jego zdaniem prawdziwe. Gryzł się w język trochę nieprawdziwie, powściągany urokiem Maelle. I nieco bardziej szczerą myślą, że ona chyba potrzebowała jeszcze w to wierzyć.
- Nasz urok nie jest taką samą grą jak pojedynki. - westchnął tylko cicho, zachowując wiele z myśli dla siebie. Często w ogóle zachowywał dużo dla siebie, o ile nie był o coś pytany wprost. Wielu rzeczy nie rozumiał, a przez milczenie ludzie myśleli, że nie rozumie jeszcze więcej—ale nie był głupi i widział dużo. - Kiedyś myślałem, że może być grą. - mruknął cicho, krzywiąc się na myśl o tamtym aroganckim nastolatku.
Potem Allie go ograła. A skrzywdzonych tym osób było więcej, wliczając w to dwoje niewinnych istnień, które mogły mieć lepszych rodziców.
Uśmiechnął się smutno.
- Ja nie chciałem. - przyznał swobodnie. Faktycznie nie oceniała. - Przynajmniej nie wtedy. I na pewno nie z nią. - westchnął. - A moja matka zapragnęła tego ponad wszystko dopiero, gdy natknęła się na mnie. - dodał unosząc się na łokciach, z nagłą goryczą. - Jest akuszerką, miała w rękach niezliczoną ilość zwykłych dzieci. Sierot czy niechcianych na pewno też. -ale zbyt zwykłych, by ich zapragnęła. Kto zapragnął syna Maelle?
- Nie, nie zgubił się. - prychnął jadowicie. Minęło tyle lat, a nadal mówił o tym z równą zjadliwością i nadal był tak samo mocno przekonany o jej winie. Może zdołałby wybaczyć kobiecie, którą kochał, ale Allie tylko nienawidził. Kiedyś spytała, czy długo jeszcze będzie jej to wypominał i jak widać robił to nawet po tym, gdy zniknęła z jego życia. - Allie go zgubiła. I wróciła po tym do domu, mi powiedzieć. - zacisnął pięści. - Titus go znalazł. - dodał cicho, ostrożnie, spoglądając na Mae kątem oka. Wiedział, co musiała teraz myśleć o Harrisonie. - Pracował już w magipolicji... - wtrącił gwoli usprawiedliwienia, zachowując dla siebie myśl o tym, że to nie dlatego teleportował się wtedy do mieszkania Titusa. Synek zaginął w Londynie, Harrison był w Manchesterze, to nawet nie była jego jurysdykcja.
Teleportował się do niego, bo gdy nagle zawalił się cały świat—pomyślał, że nie zwariuje tylko przy nim.
Ciekawe, czy Mae miała kogoś takiego. Ciekawe, czy mógł dla niej być kimś takim.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Maelle Seymour
Czarodzieje
watch me when i break and say it's paradise.
Wiek
21
Zawód
była kurtyzana, tancerka burleski
Genetyka
Czystość krwi
potomkini wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
5
OPCM
Transmutacja
11
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
18
Brak karty postaci
27-01-2026, 19:53
Rozlany na wargach uśmiech potwierdza wniosek Ambrose'a. Księżyc rzeczywiście wschodzi co noc, choć Maelle pamięta, że kiedy była mała, a dysk chował się za czarnymi jak atrament chmurami i nie widziała go na niebie, pytała babcię, czy ktoś go połknął, albo czy księżyc aby się na nich nie obraził i dziś zdecydował się, jak to mówiła, zostać w domu. Babcia Flemyng odpowiadała wtedy, że po prostu schował się pod pierzynę, żeby zażyć drzemki, bo każdy czasem potrzebuje odpocząć - i maleńkie serce ćwierćwili łagodniało w swoich obawach, a oczy wpatrywały się w okno w oczekiwaniu na to, aż srebrny strażnik znów się pojawi. Prędzej czy później zawsze wschodził, tak jak powinien.
- Czyżby? - kontruje z sadzą zniecierpliwienia osadzającą się na swoich myślach. W głosie to tylko delikatna igiełka, niedosłyszalna, jeśli nie wie się, czego szukać. Jej zdaniem Ambrose niewiele wie o ich uroku, nie sięga po niego często, ale często podkreśla wyzysk i manipulację, którymi dla świata są wile oraz ich geny. Maelle zaś nie uważa się za gorszą, a tym bardziej za mniej prawdziwą od innych czarownic. Na czym polega ich różnica? Na tym, że urodziły się pod różnymi gwiazdami? Nie ma mowy, nie pozwoli sobie wmówić, że to daje im nad nią jakąkolwiek przewagę. Nie będzie chylić karku ani przepraszać za to, kim lub czym jest. Nie będzie powielać bezsensownych schematów Day'a, który nie potrafi zaakceptować własnego odbicia w lustrze. I na co cała ta dramaturgia? Skłamałby, mówiąc, że wili czar nigdy nie dał mu przewagi, z której z chęcią skorzystał. - Może dla każdego urok jest czymś innym. Nie przyszło ci to na myśl? - ciągnie i posyła mu oczko. Nie bez powodu nie znajdują zrozumienia ani nie mogą namówić drugiego do swoich racji - po prostu za bardzo się różnią. Maelle nie chowa głowy w piasek i zamiast wyrzucać sobie genetyczne przekleństwo, przekuwa je w swój oręż. W swoją tarczę.
Rodzicielstwo nie jest cechą definiującą Ambrose'a, to widać jak na dłoni. Rzadko opowiada o swoich dzieciach i z początku ćwierćwila brała to za jego pokrętne wyczucie jej zazdrości o miejsce na piedestale, lecz codzienność zweryfikowała jej postrzeganie blondyna i nie podejrzewa go już o tego rodzaju przezorność. Wierzy raczej, że bliźnięta po prostu nie są tematem, na który on pragnie rozmawiać. Nie ma w nim ojcowskiej dumy, nie ma ekscytacji losami dorosłych lub prawie dorosłych pociech, nie zastanawia się też, kiedy zostanie dziadkiem, a jeśli Maelle dobrze podejrzewa, Day wolałby nie zostać nim nigdy. Rodzina stoi gdzieś za zamkniętymi drzwiami, w świecie, do którego on zdaje się wracać dopiero pod przymusem. Niepytany nie uchyla rąbków tajemnicy, nie zamęcza innych swoimi domowymi opowiastkami. Dom ten i tak już nie istnieje, rozpadł się wraz z małżeństwem, a pewnie i wcześniej.
- Fakt, trafiłeś trochę jak tłuczkiem w głowę własnego szukającego - przyznaje w temacie Allie. Wie co nieco o tej kobiecie i ich małżeństwie, co pozwala jej szafować wyrokami; jego nie ocenia, ale do niej nie ma żadnej lojalności, na to trzeba sobie zasłużyć. Poza tym to diabelnie niewygodne nawet dla niej, mimo że sprawa jej nie dotyczy. Mógł mieć każdą, a przywiązano go do kobiety przypominającej gangrenę atakującą kolejne kończyny, aż do całkowitego rozpadu narządów. Na szczęście Ambrose zdążył uciec, zanim strawiłaby go na dobre. - Paradoksalnie ci tego zazdroszczę - wzdycha i unosi jedno z ramion ku górze, smukłe palce kreślą serpentyny na niebie odległym o tysiące mil. - Wątpię, czy gdyby moja matka dostałaby jeszcze jedną szansę w życiu, zdecydowałaby się znów mnie mieć. Poznałam ją, kiedy już zaglądała do butelki. Ja do swojej, ona do swojej. Dom pachniał alkoholem i wymiocinami, nie szarlotkami, świeżym praniem czy kompotem z malin - nie opowiadała mu tego wcześniej, a teraz pozwala słowom wydrapać sobie drogę przez wzniesienie gardła, sprawdzając, czy jeszcze wywierają na niej jakieś wrażenie. Nie robią tego. Maelle nie ma w sobie dawnego żalu, złości ani poczucia niesprawiedliwości, nie ma tęsknoty i cichych marzeń o tym, żeby móc jakoś naprawić przeszłość; do swojej matki niczego już nie czuje. - Może trafiłabym na miłą akuszerkę - wzdycha, a potem krzywi się, kiedy myśli gwałtownie skręcają w kierunku jej dziecka. Do kurwy nędzy, jeśli on trafił na miłą akuszerkę, ćwierćwila rozerwie ją na strzępy. Połamie każdą kość w jej ciele i wymusi na Day'u, żeby zatuszował jej uczynek, skoro zna się na tym, za czym rozgląda się magipolicja.
Powoli podnosi się do siadu i patrzy na blondyna, słuchając historii o zgubionym dziecku. Zaciska przy tym palce na swoich kolanach i prawie nie czuje, że wbija paznokcie w grube rajstopy wystające spod sukienki. Dopiero po chwili rozluźnia palce tylko na tyle, żeby sięgnąć do jego dłoni i ścisnąć ją pokrzepiająco, kciukiem przygładziwszy chropawy wierzch. - Współczuję ci - mówi cicho, ale z mocą. Na miejscu Allie nigdy nie oddaliłaby się z miejsca, tylko zrobiła wszystko, żeby samej znaleźć chłopca, zamiast polegać na przyjacielu męża. Szkoda, że Titusa nie można spuścić ze smyczy w pogoni za jej zgubą, skoro i tak przypomina wściekłego psa - w dwóch znaczeniach określenia. - A ty? Znajdziesz moje maleństwo, Ambrose? - nagle zadaje to pytanie i zawiesza je w przestrzeni jak czar, który ktoś zatrzymał w czasie; swego rodzaju odroczony wyrok. Może na nim polegać?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#10
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
36
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
27-01-2026, 23:23
Czasem nie dostrzegał zniecierpliwienia innych, a czasami wygodnie było mu udawać, że go nie widzi. Na przykład teraz. Nie chciał zranić Mae, ale był zbyt uparty by spojrzeć na ich dziedzictwo inaczej. Może zresztą właśnie na to liczył, wypalając papierosa z ćwierćwilą pod burdelem: patrz Ambrose, to naprawdę klątwa, tak okrutnie nas tu wykorzystują. Ale nigdy tego nie powiedziała. I może właśnie dlatego wciąż wracali do tematu i rozmawiali i się zaprzyjaźnili, bo przecież znudziłaby go gdyby patrzyła na to identycznie.
- Dla każdego z nas czy dla każdego z nich?] - doprecyzował i zmrużył oczy. - Tak, twój urok jest pewnie inny niż mój. - przyznał. Nie mógłby porównać samego siebie do niczego, ale w wynurzeniach swoich fanek wychwycił kilka wspólnych mianowników: wzrost porównany do góry, błękit oczu do mrozu, twarz wyciosana z marmuru, i tak dalej. Pewnie jego urok był porównywalny do zachłyśnięcia się czystym, zimowym powietrzem; albo do widoku chmur gdy z zawrotną prędkością pikowało się na miotle.
Widząc i słysząc Mae myślał zaś o lepkim miodzie, o uzależniająco ciepłej kawie (inni pewnie mieliby tu inną ulubioną używkę, pewnie jedną z tych palących w gardle), o ciężkim zapachu ognia płonącego w kominku i o tym, jak żywo błyszczały płomienie.
Parsknął śmiechem—szczerym, rzadkim—w odpowiedzi na jej porównanie.
- Dobrze to ujęłaś. - pochwalił. - Czegoś się ode mnie nauczyłaś o Quidditchu. - skwitował z dumą, obracając papierosa w palcach. - Wiesz, że jeden Ślizgon tak zrobił w meczu ze mną? - zapytał, z ożywienia aż siadając w pionie. - Nie trafił w głowę, niestety, ale w bark i to wystarczyło by wyeliminować szukającego z gry. Musieli grać bez niego i oczywiście nie wyszło. - opowiadał. - Możliwe, że nie celował w szukającego tylko we mnie. - rozciągnął usta w drapieżnym uśmiechu. - Możliwe, że tuż przed meczem flirtowałem z jego dziewczyną. - wyznał, spoglądając na Maelle wymownie. Nie musiał dopowiadać dalszej części. Możliwe, że to nie flirt, a moja magia zmusiła ją do uśmiechu, a jego do przegranej.
Kochał Quidditcha miłością zaborczą i wytrwałą; pasją obejmującą każdy aspekt tej gry. A brudne zagrywki psychologiczne były dla niego bardzo ważnym aspektem.
Szkoda, że to wszystko nie było tak proste gdy już nie grał w Quidditcha.
Mina zrzedła mu momentalnie, gdy zaczęli mówić o matkach.
- Przykro mi. - wymamrotał. - A twoja babka? Była...? No wiesz? - zapytał. Półwilą? Czy prawdziwą wilą? Zawsze podejrzewał, że urok Mae mocniejszy jest od tego jego; widział ile głów się za nią oglądało.
Prędko zmienił temat na rodowód, bo za gardło ścisnął go smak kłamstw. Mógł jedynie kiwać głową w kwestii soku z malin. Jego mama go robiła. I piekła szarlotkę. I utrzymywała dom w idealnym porządku.
Ale zarazem go biła i była okrutna dla każdego, kto nie był wyjątkowy.
Nie chciał, by Mae o tym wiedziała. Tylko by się zmartwiła, zaczęła roztrząsać przyszłość swojego syna...
- A twój ojciec jest tchórzliwym gnojem. - skwitował za nią. Mówił o tym często i pewnie nie przestanie.
Potem utkwił wzrok w dali. Przy Lewisie Seymourze, może nawet on i Allie nie byli tacy beznadziejni.
Aż czas zwolnił, a Ambrose Day spodziewał się przecież od zawsze poprzedniego pytania.
- Przecież wiesz, że tak. Ale byłoby łatwiej, gdybyś to zgłosiła. - przypomniał jej łagodnie. - Albo gdyby ktoś inny zgłosił coś innego. - dodał powoli, wiedząc, że się bała. - Coś co mogłoby nam ułatwić oficjalny nakaz przeszukania tamtego miejsca... albo chociaż dać mi jaką poszlakę odnośnie tego, pod czyim tak naprawdę jest patronatem. - wątpił, że go tam wpuszczą, szczerze. Ale to, kto go tam nie wpuści też mogło być ważne.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): 1 2 Dalej


Skocz do:

Aktualny czas: 02-02-2026, 10:40 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.