• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Manchester, Palatium Librae > Pokój gier
Pokój gier
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
02-11-2025, 00:59

Pokój gier
Pokój gier jeszcze nie tak dawno był pokojem szachowym, jednak wraz z postępem społecznym i pojawianiem się nowego typu rozrywek, zaczął ewoluować. Obecnie to głównie męska część rodziny spędza tu czas na relaksie, grach i zabawach, których nie wypada kultywować publicznie. Oprócz zachowanych z sentymentu szachów, główną rozrywką stają się tu karty, ruletka, bilard oraz oczywiście doskonale zaopatrzony barek z alkoholem i tytoniem z całego świata. Skórzane fotele i sofy, niewielka biblioteczka, antresola dookoła pomieszczenia i wielkie okna zasłaniane kotarami towarzyszą bywalcom tego miejsca.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (2): « Wstecz 1 2
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Lysander Hatley
Czarodzieje
Marność nad marnościami
Wiek
25
Zawód
twórca magicznych protez w Howell's Hand
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
7
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
4
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
11-01-2026, 16:12
Chwytam każdy moment szczerości i zapisuję w pamięci. Intuicja podpowiada mi jasno, kiedy mogę zaufać, a kiedy brać przez dwa słowa rzucane przez Croucha. Jestem w stanie wyobrazić sobie jego nieszczęście — tak po prostu, bez kpiny i przekonania, jak to sam określa, że skoro ma wszystko, to brak mu powodów do narzekania. W idealnym świecie łatwiej niekiedy o smutek i przytłoczenie. Ja nie mam czasu o tym myśleć, moje cierpienie i poczucie beznadziei dzieje się gdzieś mimochodem.
Na moment wszystko staje się bardziej na serio . Mam wrażenie, że rzadko kiedy rozmawiamy ze sobą w podobnym tonie. Zwykle wszystko umyka w żart, utarczki słowne, wymijające gesty i niedomówienia. Znajomość opiera się na dziwnych zabiegach, w których Crouch wciąż nie potrafi oddać prawdy o sobie samym. Dopiero teraz wyczuwam próbę faktycznego przesunięcia granic, paradoksalnie, choć on może wcale nie mieć podobnego zdania w tym temacie. Zdaje mi się, że dla niego wszystko kręci się bardziej wokół zbliżania i nagłej refleksji, że coś jest nie tak. Toczy walkę, z której powagi pewnie nadal nie zdaję sobie w zupełności sprawy. Wzdycham, odsuwając na moment wszystkie wcześniejsze tematy oraz żal za przegraną. Szczerość za szczerość? To uczciwa wymiana. Uczciwa zwłaszcza wtedy, kiedy może zwiększyć szansę na satysfakcjonujący plon.
— Nie zamierzam negować twojego bólu. — Spoglądam półprzytomnie na karty, za to całkiem skupiony na twarzy Rafaela i emocjach rysujących się w niebieskich oczach, lekko zmętniałych już od alkoholu. Sam sączę przez ten cały czas z dużą dozą ostrożności, chcąc zachować resztki zdrowego rozsądku do samego końca. — Odnalezienie własnej drogi to często jedyny ratunek — wzdycham i myślę o sobie samym. O tym, że gdybym lata temu, jeszcze w Hogwarcie, nie odnalazł ścieżki, której byłem pewny, wyrzuty sumienia oraz poczucie bezradności pochłonęły by mnie doszczętnie. Wprawdzie to materia nieco odmienna od tego, o czym mówi właśnie Rafael, ale w pewnym sensie pomaga mi uwypuklić zrozumienie, którego nie chcę mu odmawiać. Abstrahując od moich prawdziwych motywów, jestem przyzwyczajony do współczucia. Matka, przez mgnienie oka, do którego lubię porównywać jej obecność w moim życiu, zaszczepiła we mnie empatię do drugiego człowieka, a złe doświadczenia nigdy nie wykorzeniły jej ze mnie.
— Tym bardziej, jeśli motywację masz tak silną, nie zamierzam wątpić w twoje przykładanie się do lektury. — Jego nikły uśmiech odwzajemniam ale w sposób bardziej zdecydowany, pokrzepiający. I pewnie, gdyby nie stolik, który nas dzielił, w naturalnym odruchu ułożyłbym dłoń na jego ramieniu. Mamy jednak grę do zakończenia. Rzucam jeszcze mimochodem, nim skończę przeglądać nowo rozdane karty. — To jeszcze nie ten etap, ale za jakiś czas, kiedy jeszcze trochę poczytasz, dla lepszego zrozumienia, chętnie pokażę ci skrawek mojej pracy. — Kolejna atrakcja na drodze nauki. Coś w rodzaju nagrody dla sumiennego ucznia.
Czy i moja dobroć zostanie wynagrodzona? Liczę, że los tym razem się do mnie uśmiechnie.
— Za dużo pochwał, mój drogi — wzdycham, kiedy wspomina, że przynoszę mu szczęście. Wydaje mi się, że jeśli tym razem wygram to tylko i wyłącznie sprawną manipulacją prawdą, bo karty wcale nie są idealne. Ale liczy się rezultat, prawda?

26+30=56
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Rafael Crouch
Czarodzieje
Wiek
32
Zawód
Dep. Międzynar. Współpracy Czarodziejów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
13
0
OPCM
Transmutacja
13
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
5
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
16-01-2026, 11:59
Niepozorna gra, która miała być przyczółkiem do lepszego poznania Lysa, może nawet wykonania pierwszego, bardziej ambitnego kroku niż ślepe wpatrywanie się w jego twarz, gdy rozmawialiśmy, przeistoczyła się w niemal filozoficzne rozważania. Odsłoniłem się przed nim zupełnie niespodziewanie dla samego siebie i pewnie niespodziewanie też dla niego. Nie przywykłem do opowiadania o swoich bolączkach aż tak niefrasobliwie, jakbym od niechcenia wspominał, że nienawidzę życia, jakie wiodłem – przynajmniej w niektórych jego aspektach. A jednak teraz wyrwało mi się znacznie więcej, niż powinno.
Jeszcze tego brakowało, by Hatley wziął mnie za wrażliwca, który nie potrafi panować nad własnymi uczuciami, nawet jeśli to tylko gniew i rozczarowanie.
- Motywacja jest potężnym bodźcem do działania – potwierdziłem. Pokój wokół mnie wydawał się teraz wypełniony tym gęstym, męczącym poczuciem, że zaprzepaściłem swoją szansę na zbliżenie się do Lysa. Nie dlatego, że uważałem go za niechętnego sobie, ale dlatego, że sam... nie czułem się już w nastroju. Niby nic się nie zmieniło, a jednak czułem coś na kształt wstydu, że tak łatwo pokazałem tę najbardziej czułą część siebie, mój ból, marzenia i daleką, cholernie daleką drogę do ich spełnienia. - Więc może się zmotywujesz, żeby wygrać choć jedno rozdanie? - rzuciłem złośliwie, topiąc resztę prowokacji w kolejnym łyku alkoholu. Przy nim piłem zdecydowanie za dużo; musiałem się ograniczyć, jeśli chciałem zachować kontrolę.
Tym bardziej, że nadal czułem jego obecność po drugiej stronie, nadal wyobrażałem sobie ciepło, które bym poczuł już po jednym dotknięciu. Widziałem minimalne przesunięcie rękawa, gdy sięgał po karty i odsłonięty fragment przedramienia, który mamił wzrok tym specyficznym odcieniem skóry. To wszystko było obok, kontrastowało z moim melancholijnym nastrojem, cały czas żywo prowokowało.
- Pokażesz? - zapytałem z nadzieją w głosie, jakby jego obietnica nagle mnie ożywiła. Skrawek jego pracy... Westchnąłem w duchu, bo nie miałbym nic przeciwko, gdyby pokazał mi więcej niż ledwie skrawek i to niekoniecznie pracy. On sam też całkowicie by mnie usatysfakcjonował, gdyby zechciał się pokazać anatomicznie. W końcu chyba poprzez praktykę człowiek najlepiej się uczy? - Bardzo bym tego chciał. Bardzo, Lys – podkreśliłem, na moment tracąc zainteresowanie rozgrywką i kartami, bo możliwość nabycia praktyki, chociażby tylko w formie wizualnej, była wyjątkowo kusząca. To i tak o wiele więcej, niż mógłbym dostać gdziekolwiek indziej. Żaden uzdrowiciel nie wpuściłby mnie na oddział w szpitalu, chociaż może za odpowiednio ciężką sakiewkę... - Co prawda nie zazdroszczę twoim pacjentom... czy klientom? - zastanowiłem się głośno, ale w zasadzie nie była to aż tak ważna kwestia, bym poświęcał jej więcej czasu – ale oglądanie twojej pracy z bliska na pewno będzie doskonałą praktyką. Czytałem, że dzięki protezom psychiczny komfort ludzi z pewnymi eee... brakami może wzrosnąć nawet dwukrotnie. - Wbiłem w niego spojrzenie, jakbym oczekiwał, że za moment on sam przedstawi mi jakieś inne ciekawe badania dotyczące magimedycyny, ale chwilę później mój entuzjazm nieco przygasł, gdy zobaczyłem swoje i jego karty.
- Cholera – burknąłem, przegrywając dosłownie o włos. I to jeszcze siwy. Uśmiechnąłem się krzywo i oparłem o blat. - Wygląda na to, że szczęście bywa kapryśne – podsumowałem z ciężkim westchnieniem, chociaż nadal miałem jedną partię przewagi. Może jednak nie powinienem drażnić losu i prowokować wcześniej Hatleya. A na domiar złego nie mogłem się napić, bo kieliszek miałem już pusty.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#13
Lysander Hatley
Czarodzieje
Marność nad marnościami
Wiek
25
Zawód
twórca magicznych protez w Howell's Hand
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
7
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
4
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
17-01-2026, 20:56
Przyszedłem tu bez konkretnych oczekiwań, jak to z Rafaelem bywa — wszystko mogło potoczyć się tak jak zwykle lub zaskoczyć w najmniej oczekiwanym momencie. Zdaje się jednak, że atmosfera zgęstniała w sposób, którego on sam nie chciał. Zapewne nie tak to sobie wyobrażał, nie chciał raczej czuć dzisiaj ciężaru swoich dylematów. Zaczynał z poziomu radosnej ekscytacji, a kończył lekko przygaszony, choć prawdziwie otwarty na moją obecność. Coś kazało mu pociągnąć temat swoich planów i odczuć względem nauki medycyny, a ja w tym wszystkim byłem zdecydowanie na wygranej pozycji — dostałem być może więcej niż otrzymałbym w trakcie wesołej, pijackiej zabawy, podczas której topnieje dystans, ale tylko i wyłącznie fizyczny. Być może i powodujący największą ekscytację i drżenie w zdystansowanym na co dzień człowieku lecz ostatecznie strasznie płytki, przekraczalny przez byle kogo i byle gdzie, jeśli tylko ma się odpowiednie fundusze. Myślę sobie czy to nie paradoksalnie największa z tajemnic Croucha. Zapewne nie ja jeden zdaję sobie sprawę, że dusi się w urzędniczym kaftanie lecz że grzeszy słabością złych myśli o sobie samym? Może i nosi sekret będący w jego opinii o wiele gorszym, zdolnym zniszczyć całą jego reputację i zawalić dotychczasowy świat… Nie może, zapewne. To jednak nie rzecz na dzisiaj. Mam coś innego i tym się zadowolę nawet w obliczu pokerowej porażki, którą muszę przełknąć.
Uśmiecham się łagodnie, kiwam głową. Potem wyrywa się cichy śmiech.
— Moi klienci nie ucierpią na tym, bo popracujemy w samotności. Kontakt z człowiekiem owszem, jest kluczowy dla całego projektu, lecz wpierw chciałbym pokazać ci samą pracę nad protezą. A reszta? Cóż… zobaczymy jak to się potoczy i czy nie stracisz chęci. — Nie spieszmy się aż tak, panie Crouch. Nie zamierzam zbytnio wybiegać w przyszłość i wyciągać wszystkich moich atutów na pierwszym lepszym spotkaniu. Krok po kroku, fragment po fragmencie. Wiem, że w życiu nie należy się zbytnio spieszyć.
Los odwraca się na moment i triumfuję, tyle osłody na dzisiejszą potyczkę.
— Następnym razem postaram się bardziej — rzucam rozbawiony i rozkładam się w fotelu, rozciągając zastygłe w jednej pozie mięśnie. — Choć może nie powinienem cię straszyć, skoro jestem na twojej łasce, jeśli idzie o wyświadczenie przysługi. — Przyglądam mu się uważnie. Później rozmawiamy jeszcze trochę, kucharz raczy nas swoim popisowym daniem, a ja Opuszczam Palatium Librae grubo po północy, pozostawiając Rafaela w objęciach najserdeczniejszego uścisku, jaki tylko mógłbym mu ofiarować.


ztx2
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#14
Rafael Crouch
Czarodzieje
Wiek
32
Zawód
Dep. Międzynar. Współpracy Czarodziejów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
13
0
OPCM
Transmutacja
13
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
5
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
09-03-2026, 17:29
1 czerwca

Szorstki dotyk pergaminu w dłoni uświadamiał mi od kilkunastu minut, że to co właśnie przeczytałem, nie było nieśmiesznym żartem i bezczelną obrazą wobec rodu Crouchów, ale realną korespondencją, którą ten, pożal się Merlinie, urzędniczy idiota raczył wysłać na moje ręce. Z niedowierzaniem zapoznałem się z jego treścią dwukrotnie, za trzecim postanawiając podejść do sprawy pragmatycznie a nie emocjonalnie. Dlatego nie zwołałem zebrania rodzinnego, ale zdecydowałem się odnaleźć kuzyna, przedstawiając mu cały ten żałosny paszkwil.
Siedziałem więc w niecierpliwym oczekiwaniu w pokoju gier, racząc się wytrawną whisky z co najmniej dwudziestoletnim stażem i wpatrując w ścianę naprzeciwko w ciszy, którą z powodzeniem można było kroić nożem. Każde tyknięcie zegara i szelest kroków na korytarzu brzmiały w niej jak armatni wystrzał. Zastanawiając się, czy Evander najpierw się roześmieje, czy raczej wpadnie w dokładnie taki sam nastrój jak ja, a może w ogóle nie przejmie całą sytuacją, uzupełniłem pustawą szklankę. Jeśli ktoś w ministerstwie sądził, że nazwisko Crouch przestało cokolwiek znaczyć, to mój kuzyn z pewnością powinien o tym wiedzieć.
Pomijając całą bezczelność słów w liście, niedbałość z jaką je zapisano, mógłbym go uznać za uprzejme ostrzeżenie, które bez zastanowienia mógłbym zignorować. Nic nie ucieszyłoby mnie bardziej, niż rzucenie tej przeklętej pracy i zajęcie się w końcu czymś pożytecznym. Jednak protekcjonalność, jaka wybrzmiewała z każdego słowa, ta buta i arogancja wylewająca się z kolejnych zdań, a przede wszystkim brak jakiekolwiek szacunku do najpotężniejszego politycznego nazwiska w Anglii, poruszyła ukryte we mnie głęboko pokłady dumy i ukąsiły ją z tchórzliwą podstępnością.
Nikt nie będzie kalał mojego nazwiska. A na pewno nie jakiś przybłęda, który nie może się poszczycić porządnym pochodzeniem i znanymi przodkami. Westchnąłem przeciągle i potarłem nasadę nosa, czując jak irytacja powoli zaczyna pulsować gdzieś za skronią. Nazwisko Crouch nic nie znaczy. Parsknąłem rozbawiony samą sugestią, ale i zdziwiony, że ktoś o takich idiotycznych poglądach zajmuje jakiekolwiek stanowisko w ministerstwie. Do tej pory Leach był mi neutralny; nie obchodziło mnie, kto piastuje funkcję ministra magii, ale skoro wysługuje się takimi żałosnymi podnóżkami jak Vane, widocznie sam jest niekompetentnym kretynem i wiele prawdy jest w tym, że jego poczynaniami steruje ktoś z zewnątrz.
Czy sugestia, jaka padła na rodzinnym obiedzie, że tym kimś jest Albus Dumbledore, trafiała w sedno?
Upiłem jeszcze jeden łyk whisky, zanim drzwi się otworzyły i do środka wszedł Evander. Kiwnięciem głowy wskazałem mu fotel naprzeciwko i gestem zaproponowałem alkohol. Sam na trzeźwo nie dałbym rady jeszcze raz przeczytać tego obraźliwego listu. Że też ktokolwiek wykazał się taką głupotą, aby napisać coś takiego! Urzędnik, który oficjalnie próbuje zadenuncjować znaczenie potężnego rodu i to jeszcze w liście do jednego z jej członków?
- Przeczytaj go najpierw – powiedziałem, wręczając mu lekko pomięty pergamin. - Potem wyjaśnię ci, dlaczego ten szaleniec zarzuca mi wyssany z palca brak kompetencji, ale póki co myślę, że najbardziej zainteresuje cię fragment o tym, jak postrzega naszą rodzinę. - Kącik ust uniósł mi się nieznanie w ironicznym uśmieszku. Oparłem się wygodniej w fotelu, krzyżując przed sobą nogi i nieśpiesznie unosząc whisky do ust. Smakowała wyśmienicie, chociaż kosztowana, gdy miałbym lepszy humor, z pewnością byłaby jeszcze wspanialsza. Doskonały rocznik.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#15
Evander Crouch
Akolici
You don’t become a monster. You discover you always were one.
Wiek
35
Zawód
urzędnik SAW
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
10
3
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
9
10
9
Brak karty postaci
12-03-2026, 21:53
Leniwie wschodzący wieczór w Palatium Librae miał w sobie tę szczególną miękkość, która pojawiała się dopiero wtedy, gdy dom powoli uwalniał się od ciężaru dnia. Korytarze cichły, służba poruszała się niemal bezszelestnie, a wysokie okna wpuszczały do środka ostatnie, przygaszone światło. Pod jednym z nich siedziała Cosette, z powagą godną filozofa wertując ilustrowaną księgę o magicznych stworzeniach, od czasu do czasu marszcząc brwi w sposób, który przypominał Evanderowi jego samego. Fantine była jej przeciwieństwem - lekka jak letni wiatr, krążyła po pokoju z pluszowym hipogryfem pod pachą, opowiadając historię tak zagmatwaną, że nawet ona sama gubiła w niej wątki. A on słuchał, od czasu do czasu uśmiechając się pod nosem na te jej absurdy, dzieląc uwagę po równi na chaos młodszej i skupioną obecność starszej, która co jakiś czas przysuwała się bliżej ojca, jakby mimochodem szukając jego ramienia. Ich obecność przenosiła go w inny świat, w którym wartościami nadrzędnymi wydawały się beztroska i wyobraźnia. Nie był wylewnym ojcem - ale był obecny. Jego czułość przypominała raczej mur, który ciężko było dostrzec z dziecięcej perspektywy, ale który dało się poczuć w bezpieczeństwie. Patrzył na córki z tym rzadkim spokojem, który pojawiał się tylko tutaj. W takich chwilach można było nawet uwierzyć, że w jego życiu istniało coś więcej niż obowiązki, nazwisko i kontrola.
Ciche pukanie do drzwi przecięło wieczór jak cienka rysa na szkle.
Służący poinformował go, że jest oczekiwany przez kuzyna w pokoju gier, przypominając mu tym samym, że rodowej posiadłości wolność rzadko była kwestią wyboru. Zaskoczyła go informacja, że to właśnie Rafael po niego posłał, ale w dobie ostatnich wydarzeń nie śmiał mu odmówić. Wysłuchał do końca nieskładnej opowieści młodszej z córek, a starszą pogładził po głowie na pożegnanie, po czym zniknął, jak sen znika tuż nad ranem, bo obowiązki wobec rodu stawiał zawsze na pierwszym miejscu - a przynajmniej odkąd podjął decyzję, że rodzina była jego nadrzędnym celem, organem-matką, i strukturą, której zdecydował się poświęcić. Był czas, kiedy nie miał tej pewności, ale z dzisiejszej perspektywy wydawał się tak odległy, że równie dobrze mógł wydarzyć się w innym życiu.
Wszedł do salonu, zastając Rafaela innego, niż przywykł. Zwykle irytująco pogodny, teraz przypominał mu raczej ponuraka, co na tle świeżej żałoby wydawało się w zasadzie na miejscu. Przeszedł przez pokój powoli, bez słowa, za sugestią kuzyna nalewając do szklanki bursztynowego alkoholu i bez pośpiechu zajmując miejsce w fotelu. Cisza była wymowna, ale nie przerażała Evandera - cokolwiek miało za chwilę nadejść, pozostawał niewzruszony, jakby ktoś stworzył go z kamienia i ożywił, zapominając nadać cech ludzkich. Kiedy młodszy Crouch wyciągnął w jego kierunki list, ostrożnie wziął pergamin w dłoń, studiując równo skreślone litery zanim jeszcze padły wyjaśnienia. Nie powiedział nic, wertując tekst linijka po linijce i racząc się schłodzoną whisky. Śledził słowa uważnie, analitycznie, rozkładając na czynniki pierwsze słowa, za którymi kryły się prawdziwe motywacje autora. Przeczytał tekst dwa razy, po czym oddał list Rafaelowi, nie zdradzając najdrobniejszej emocji. Byli swoimi przeciwieństwami. Rafael wydawał się żyć lekko i beztrosko, chodził z głową w chmurach, a w oczach Evandera nigdy nie wydawał się człowiekiem odpowiedzialnym. List gruntował to przekonanie, choć wcale nie potrzebował aprobaty postronnych dla własnej opinii. Gdyby nie nagła śmierć żony kuzyna i związane z nią uroczystości pogrzebowe, zapewne dziwiłoby go, dlaczego tak długo zwlekał z poruszeniem tego drażliwego tematu, ale Evander miał w sobie wystarczająco poczucia godności, by odpuścić, kiedy okoliczności temu sprzyjały.
- Zakładam, że nikt z rodziny jeszcze nie widział tego listu, skoro mnie tutaj wezwałeś - zauważył, podnosząc przenikliwy wzrok na kuzyna. W jego głosie nie było gniewu, a jedynie chłodna ciekawość i prawnicza dociekliwość w ustalaniu faktów. Ciekawiło go, dlaczego wybrał akurat jego - a z drugiej strony był niemal pewien, co kierowało Rafaelem. - I zanim zacznę rzucać subiektywnymi opiniami, chciałbym się wpierw dowiedzieć, dla jakiej ważnej sprawy naraziłeś naszą rodzinę - nie oceniał go - jeszcze nie. Zastanawiał się jedynie, czy młodszy kuzyn miał świadomość, że nie pozostawał oderwanym od nazwiska bytem, a jego akcje sprowadzały konsekwencje na cały ród. Tak jak teraz. Trudno było nie odczuć z tonu przemyconego między wierszami skreślonymi przez Vane’a, że jego celem nie był jedynie Rafael, a każdy, kto od pokoleń nosił nazwisko Crouch jak pieczęć władzy.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#16
Rafael Crouch
Czarodzieje
Wiek
32
Zawód
Dep. Międzynar. Współpracy Czarodziejów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
13
0
OPCM
Transmutacja
13
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
5
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
15-03-2026, 13:53
Ministerialne biurka, sterty raportów, oschły ton urzędowych notatek i rozmowy z ludźmi, którzy uważali się za ważnych tylko dlatego, że potrafili odpowiednio długo siedzieć na krześle: wszystko to było dla mnie równie pociągającą i atrakcyjną rzeczą jak wizyta u magicznego patologa na sekcji zwłok. Irytacja, która pulsowała w moich skroniach, zaczęła rozlewać się po całej głowie, przechodząc powoli w gniew na ten przeklęty list i jego autora.
- Mieliśmy w ostatnim czasie dość smutków, bym niepokoił starszyznę tymi kalumniami i potwarzą. - Poza tym nie czułem się winny, a jedynie prawdziwe poczucie winy mogło mnie skłonić do tego, aby poruszyć ten problem na łonie rodziny zaraz po śmierci mojej żony. Cała ta sprawa mogła poczekać, a nawet w jakimś stopniu musiała dojrzeć, bo byłem pewien, że to nie będzie jedyny atak na Crouchów.
- Nie naraziłem naszej rodziny – żachnąłem się, rzucając mu z lekka oburzone spojrzenie, że w ogóle podejrzewał mnie o coś takiego. - Zapewniam cię, że wbrew temu, co o mnie sądzicie, mam wystarczająco rozumu, żeby nie kompromitować rodu Crouchów z powodu jakiejś biurokratycznej głupoty. - Nawet jeśli nie robiłbym tego dla nazwiska, to doceniałem bezpieczeństwo, jakie dawała ministerialna posada i ochronę, jaką dzięki temu miałem. Nie naraziłbym swojego spokojnego życia dla głupiego wyskoku. - Wręcz wyręczyłem w zadaniach kontrolnych urzędasów, którzy się obijali, zamiast sprawnie wykonywać swoje obowiązki i ruszyłem do przodu sprawę, która utknęła w biurokratycznej machinie. - Długie westchnienie pełne krzywdy wyrwało się z mojej piersi. Człowiek chce zrobić dobry uczynek, pchnąć do przodu kilka spraw, które utknęły w formalnościach i stercie papierów, a w zamian spotyka go taka potwarz. - Robiłem to wcześniej i nikt nie miał zastrzeżeń. Te pojawiły się dopiero w chwili, gdy wuj Hector zrezygnował, a w departamencie zaczęły panoszyć się podnóżki Leacha – powiedziałem ze skargą w głosie, której nawet nie musiałem udawać, bo byłem autentycznie urażony i oburzony tym, jak takie byle co jak Vane mnie potraktował.
Zmiana władzy, ministra, nowe twarze przy biurkach, nowe nazwiska na tabliczkach na drzwiach gabinetu. Zawsze w takiej sytuacji pojawiał się jakiś ambitny idiota, który pozjadał wszystkie rozumy i uważał, że najlepszym sposobem na rozpoczęcie rządów będzie kopnięcie w dupę jakiegoś starego rodu. Rzadko który był świadomy konsekwencji, jakie to ze sobą niosło. Ministrowie przychodzili i odchodzili, władza falowała, a błękitna krew zawsze pozostawała na miejscu.
- To nie jest upomnienie dla mnie jako urzędnika, kuzynie – powiedziałem po chwili, unosząc nieco szklankę z alkoholem i obserwując, jak przy delikatnym ruchu nadgarstka złocisty płyn w środku rozlewa się po ściankach. - To próba ustawienia naszej rodziny w szeregu. Protekcjonalna, bezczelna i żałosna. - Praca w Ministerstwie Magii nigdy nie była moim marzeniem, ale zamierzałem z niej zrezygnować w odpowiedniej chwili i na własnych warunkach, nie pod wpływem groźby jakiegoś obrośniętego w piórka, zakompleksionego frajera. - Dlatego uważam, że powinno cię to zainteresować. Może jestem jedynie ostrzeżeniem, że Crouchowie po odejściu Hectora będą tłamszeni, a może to początek zmian, które Leach pragnie zaprowadzić pod swoim butem... jak Shacklebolt. - Wzruszyłem ramionami, pozostawiając w kwestii niedopowiedzenia wszystko to, co kryło się między moimi słowami. Nie chciałem robić z siebie kozła ofiarnego, ale tak właśnie się czułem; Vane dorwał ofiarę, do której miał najłatwiejszy dostęp, aby nadepnąć na odcisk całemu rodowi.
Jakiś podrzędny urzędnik uznał za stosowne zasugerować, że stanowiłem problem, wysyłając list podszyty pogardą dla mojego nazwiska, napisany z niedbałym lekceważeniem dla rodu, któremu angielska polityka i dyplomacja zawdzięczała największe lata swojej świetności. I najwyraźniej uznał, że nie poniesie za to żadnych konsekwencji.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#17
Evander Crouch
Akolici
You don’t become a monster. You discover you always were one.
Wiek
35
Zawód
urzędnik SAW
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
10
3
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
9
10
9
Brak karty postaci
17-03-2026, 20:43
Nie przerwał mu ani razu. Pozwolił, by słowa kuzyna wybrzmiały do końca, rozciągnięte gdzieś między gniewem a poczuciem krzywdy, które mijały się z odpowiedzialnością. Dopiero gdy zapadła cisza, Evander przeniósł na niego spojrzenie, pozbawione równo współczucia co zniecierpliwienia.
- Hector i tak się dowie. Prędzej czy później - urwał na moment; w ciszy słowa wybrzmiewały z większym ciężarem. W ich rodzinie prawda zawsze znajdywała swoją drogę, zwykle w najmniej wygodnym momencie. Pogrzeb małżonki Rafaela był jego osobista tragedią, ale w oczach Evandera nie urastał do rangi, która dawała usprawiedliwienie na zatajanie tak istotnej politycznie - w jego mniemaniu - zagrywki. Żałoba miała swoją hierarchię, jak wszystko w ich świecie. Wątpił, by starszyzna przeżywała utratę kobiety pochodzącej z obcej rodziny, która przez lata nie była w stanie spełnić małżeńskiego obowiązku - z pewnością nie bardziej niż przesunięcia na Ministerialnej szachownicy. A zwłaszcza, gdy dotykały ich nazwiska. - A im później się to stanie, tym w gorszym światle cię to postawi - uniósł lekko szklankę, obracając ją bezwiednie w palcach. Zastanawiał się, czy gdyby Hector wiedział, rzeczywiście czekałby na lepszy moment. Szybko zwątpił w tą myśl. - Jeszcze gorszym, jeśli ta informacja dojdzie do niego kanałami Miniserialnymi - nie moralizował kuzyna, a raczej w dobrej woli ostrzegał go o konsekwencjach. Hector nie był człowiekiem, który tolerował zatajanie prawdy, zwłaszcza w sprawach, które dotyczyły całego rodu. Obaj nie mieli wątpliwości co do tego, że list Vane’a nie był policzkiem wymierzonym jedynie w Rafaela, a testem granic całek rodziny. - Powinieneś mu o tym powiedzieć - skończył ostro, ale nie władczo. Miał alergię na wymówki, tysiąc powodów dlaczego. Zasłony dymne można było odpuszczać dzieciom, ale nie dorosłym. Tych zawsze rozliczał z odpowiedzialności, a w tej materii Rafael wydawał mu się bankrutem. Upił łyk zimnej whisky, słuchając dalszych wyjaśnień kuzyna. Miał dobry dryg do alkoholi, to musiał mu oddać - ale fatalny jeśli chodziło o biegłość w politycznych zawiłościach. 

- To, co ty uznałeś za sprawne wykonywanie obowiązków, Vane wykorzystał jako precedens, by cię upokorzyć - nie musiał podnosić głosu i rzadko to robił. Już sam jego tembr - ponury, matowy, trochę chropowaty i trochę zimny - niósł w sobie jakąś niepokojącą moc. Nie był to głos, który przekonywał, a raczej taki, co zamykał dyskusję. Coraz częściej słyszał, że brzmi jak własny ojciec, i pewnie coraz mocniej sam przypominał Theseusa. Kiedyś jeszcze walczył o to, by nie być synem swojego ojca, ale coraz wyraźniej widział, że jego opór niczego nie zmieniał. - Nie ma oczywiście racji, że nasza rodzina przestała się liczyć - podkreślił. - Ale twoje działania pokazują, że nie jesteś do końca świadomy, że każde uchybienie jest teraz oliwą na ogień - nie zgodził się ze stanowiskiem kuzyna, obdarzając go surowym spojrzeniem. Swoimi wyjaśnieniami sam ukręcił na siebie bat. To, co Rafael postrzegał jako biurokratyczną głupotę, nie mieściło się w Evanderowym pojęciu świadomości i odpowiedzialności za rodzinę. W jego świecie nie istniały drobne uchybienia - były tylko błędy, które prędzej czy późnej ktoś mógł wykorzystać. Rafael obnażył się ze swojej nieznajomości zasad gry, utwierdzając niewiele starszego kuzyna w przekonaniu, że po Ministerialnej sieci poruszał się niczym pijane dziecko we mgle, lub - co gorsza - jak ktoś przekonany, że w tej mgle mógł się schronić. Nieświadomość potrafiła być równie szkodliwa jak celowość. - Najbliższe miesiące to czas przetasowań politycznych. Nie możemy pozwalać sobie na omijanie procedur, na działanie obok prawa, nawet jeśli to tylko kwestia papierologii. I akurat ty, nosząc nazwisko Crouch, powinieneś to wiedzieć. Że papier w urzędzie to świętość - rzadko się denerwował, ale egzaltacja, z jaką Rafael podchodził do sprawy, podniosła mu puls. Odstawił whisky na stolik, sięgając po srebrną papierośnicę, która nosił przy sobie nieodłącznie jak różdżkę. Płynnym ruchem uchylił wieczko, wsuwając papierosa do ust, jednocześnie podsuwając rząd równo ułożonych w eleganckiej kasetce petów w kierunku kuzyna. Musiał zapalić. Nikotyna pomagała przetrawić to, co właśnie usłyszał: wyznanie głupoty i skrajne niechlujstwo wobec struktury, w której obaj funkcjonowali - zarówno tej rodzinnej, jak i zawodowej. Nie znajdował uznania dla podejścia, które reprezentował Rafael - roszczeniowego i nieprzemyślanego, wychodzącego z założenia, że coś mu się po prostu należy. Bo i owszem, tak było z tytułu nazwiska, ale samo w sobie stanowiło raczej kapitał niż gwarancję. Rafael zaś zdecydował się nim rozporządzać jakby był niewyczerpalny. Jakby nie rozumiał, że nawet największe rody kapitulowały, jeśli zaczynały zbyt pewnie wierzyć we własną nietykalność. Mógł stać ponad prawem - obaj mogli. Ale nie na tupnięcie nóżką i nie na grymas, a w przemyślanej, politycznej grze. Hector zaszedł daleko nie dlatego, że coś mu się należało, a dlatego, że potrafił interpretować prawo na własną korzyść. 

Evander by taki sam. A przynajmniej do tego dążył. Z konsekwencją, która nie znosiła błędów. 
Zaciągnął się papierosem, pozwalając, by toksyczny dym rozlał się ciepłem po wnętrznościach, a następnie uniósł ku wysokiemu sufitowi. 

- To oczywiste, że problemy pojawiły się dopiero teraz - kontynuował myśl, opierając się w fotelu wygodniej, jakby cała ta sytuacja była dla niego do bólu przewidywalna. - Leach wysyła jasny sygnał, że nie chce naszego nazwiska w Ministerstwie. Ale swoją postawą dałeś mu amunicję, na którą tylko czekał - gestykulacja Evandera zwykle była oszczędna, ale tym razem wskazał na Rafaela dłonią, w której tlił się papieros. Krótko, nieco niedbale, ale wystarczająco wymownie. - Więc albo jesteś nierozsądny, albo próbowałeś coś zataić - skonstatował, mierząc go chłodnym spojrzeniem nieco dłużej, niż wymagała tego chwila, jakby zaglądał wprost w jego duszę. Nie szukał odpowiedzi. Sprawdzał, czy Rafael w ogóle ją miał. 

- Widzę, czym jest ten list - odepchnął oschle próbę odwrócenia sytuacji przez kuzyna. Nie mógł znieść jego narzekania, które urągało się od przyznania do własnych uchybień. Drażniło go jak Rafael robił z siebie ofiarę. Miał rację, to był test dla ich rodziny, ale nie wydarzyłby się, gdyby był ostrożniejszy. - I widzę, że poplecznicy Leacha tylko czekali na ten moment - przyznał z niesmakiem. - Tak samo jak widzę to, że moją złość próbujesz przekierować na nowego Ministra - obnażał kuzyna z argumentów, którymi wycierał sobie ręce. Szybko zderzał wyznania kuzyna a rzeczywistością, tym samym jasno dając mu do zrozumienia, że w tym pokoju, w tej rozmowie, nie było miejsca na manipulacje. Nie, jeśli mieli dojść do konsensusu i zrobić to, co słuszne - obrócić się przeciwko wspólnemu wrogowi. Ale bez refleksji Rafaela nad własnymi czynami nie było to możliwe. - Zapewniam cię, że ona od początku obiera ten kierunek - pies Dumbledore’a był w oczach Evandera przeszkodą odkąd tylko pojawił się na horyzoncie. - Ale nie zamgli to błędu, którego się dopuściłeś. I to uchybienie rzuca się cieniem na całą rodzinę - podkreślił, zaciągając się mocnej papierosem. Nie wiedział, czy kuzyn go zrozumie, ale chciał podjąć te walkę. Dzielili jedną krew, jednych przodków i - jak wierzył - podobne wartości. W rodzinie, jak to w rodzinie, bywało różnie, ale wszystkie największe rody trwały dlatego, że w czasach kryzysu nie pozwalały, by ktoś mógł im zaszkodzić - nie poprzez sentyment, a dyscyplinę. W tym organizmie istotna była jedność; każdy przejaw entropii niszczył ją od środka.
Nie był pewien, czy Rafael spoglądał równie szeroko co on.
Milczał przez chwilę, w spokoju dopalając papierosa i porządkując rozbiegane myśli. Odwrócił wzrok od kuzyna, na chwilę zdejmując z niego ciężar własnego osądu, analizując to, co właśnie się wydarzyło. Jego umysł działał szybko, precyzyjnie. Łączył wątki, których przeciętna jednostka nie odnotowywała - i zawsze był o krok do przodu. Przewidywał. Nie dlatego, że odziedziczył w genach wyjątkowy dar. Życie było lepszym nauczycielem, doświadczenie potrafiło odkryć więcej kart niż mętne sny na jawie.
- Ten list zdradza coś jeszcze - odezwał się w końcu, gasząc papierosa w kryształowej popielnicy. - Vane nie działa w próżni - przerwał na moment, na powrót kierując czujne i skupione spojrzenie na kuzyna - Czuje, że posiada przyzwolenie na umniejszanie naszej rodzinie. Pytanie brzmi: kto nauczył go tej pewności. 

Polityka była grą, a Vane nie grał w pojedynkę.
Rafael również nie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): « Wstecz 1 2


Skocz do:

Aktualny czas: 20-03-2026, 08:23 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.