• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Organizacja > Akta postaci > Zaakceptowane > Czarodzieje > Evander Crouch
Evander Theseus Crouch
Obrazek postaci
Dusza
Personalia rodziców
Theseus i Medea Crouch (née Lestrange)
Aspiracje
kontrola, miejsce w Izbie Lordów lub Wizengamocie, zapewnienie ciągłości rodu
Amortencja
stęchły pergamin, ziemia po deszczu, wosk, grujecznik
Różdżka
11 cali, orzech, pióro abraksana
Hobby, pasje
polityka, prawo, historia, jazda konna, polowanie
Bogin
rodzina zwrócona do niego plecami
Umysł
Data urodzenia
5 listopada 1927
Miejsce urodzenia
Manchester, Lancashire
Miejsce zamieszkania
Manchester, Lancashire
Język ojczysty
angielski
Genetyka
Czarodziej
Ukończona szkoła
Hogwart, Slytherin
Zawód
urzędnik w Służbach Administracyjnych Wizengamotu
Czystość krwi
Błękitna krew
Status majątkowy
Bezdenna sakiewka
Ciało
35
184
80
Wiek
Wzrost
Waga
błękitny
ciemny brąz
Kolor oczu
Kolor włosów
Budowa ciała
proporcjonalna, o lekko zarysowanych mięśniach, jednak daleka od atletycznej
Znaki szczególne
przeszywające spojrzenie, mocny, niski głos, sygnety srebrzące się na palcach - w tym jeden z rodowym symbolem, ciągnąca się za nim woń ciężkich perfum o drzewnych nutach, zmieszana z papierosowym dymem
Preferowany ubiór
eleganckie garnitury szyte z drogich materiałów, noszone z kamizelką, biel koszuli kontrastująca z granatami, bordo, lub butelkową zielenią; skórzane rękawiczki, za wyjątkiem ciepłych dni, szaty z bogatym haftem na specjalne okazje; przez wgląd na żałobę obecnie przywdziewa czerń
Zajęty wizerunek
Cillian Murphy
Obrazek postaci

Z dzieciństwa pamięta twardą rękę ojca i szaleństwo matki, niezmierzone połacie wrzosowisk, łagodne wzgórza i kurhany otulone mgłą gęstą niczym śnieg. Pamięta też wiatr niosący zapach wilgotnej ziemi, rozgrzebanej przez wieki wojen, schowków i rytuałów, dębowe gaje i mech porastający kamienie tak stare, że pamiętały przedwieczne przysięgi. Natura nie kwitnęła tu radośnie - raczej trwała, ugięta pod ciężarem historii, cierpliwa i surowa. Mury posiadłości Crouchów bieliły się niczym kości pradawnych gigantów, a strzeliste okna i kamienne kolumny przytłaczały skalą oraz chłodem, czyniąc serca domowników zimnymi oraz monumentalnymi jak otulająca je materia. We wnętrzu królowało bogactwo detalu i elegancja formy, stanowiąc manifest materialnego statusu rodziny, za którym nie szło ciepło domowego ogniska. Taki był ten dom, niemy powiernik rodzinnych sektorów, azyl dla błękitnej krwi i zrąb rodowej dumy. Żaden szept się przez te mury nie przebijał - twierdzę sekretów chroniła żelazna kurtyna, stanowiąca fundament rodziny. Jedność. Lojalność. Trwanie. Długo tego nie rozumiał, długo chciał się przeciwko tym strukturom buntować. Wierzył, że jest bystrzejszy od utartych schematów, że nic tak nie zabija rozwoju jak stałość. Że mógł być ponad rodziną, nie tracąc nazwiska.

Mylił się - ale o swej omylności musiał się dopiero nauczyć.



1927 - narodziny

Był pierwszym synem, wyczekiwanym po narodzinach starszej o dwa lata Cressidy. Przyszedł na świat zdrowy i silny, tak jak zamyślono. Od zarania hartowano w nim poczucie wyższości i przyuczano do przyszłej roli. Historia, heraldyka, matematyka, ale i strzelectwo czy jazda konna. Dzieje magii recytował płynną francuszczyzną zanim jeszcze poszedł do szkoły. To nie była wyłącznie zasługa wychowania. Wydawało się jakby z natury został naznaczony do rzeczy większych. Poruszał się inaczej niż dziecko, z niewymuszoną powagą, mówił czysto, sięgając po słowa niebanalne. Erudycję i oszczędność w mowie wyniósł od ojca, wpierw urzędnika, później sędziego Wizengamotu, cichego architekta struktur, człowieka chodnego jak marmury sali rozpraw.  Za tą palisadą krywał porażkę o moście budowanym między nim a synem, który runął w otchłań, zanim zdołał go ukończyć. Evander wcześnie nauczył się zarówno naśladować jak i obserwować. Rozpoznawać nastroje po krokach niosących się echem po korytarzu, po sposobie, w jakim zamykano drzwi. Był dzieckiem posłusznym, ale nie naiwnym. Takim, które słucha, zapamiętuje i wyciąga wnioski. Chwalono go za dojrzałość, nie pytając, ile go kosztowała.




 1932 - objawienie magii

To on, jako pierwszy z rodziny, stał się świadkiem zalążka szaleństwa matki. Miał pięć, może sześć lat. Pamiętał rzęsisty deszcz, który wygrywał melancholijną melodię stukając w blaszany parapet i nieobecne spojrzenie piastunki, która bez ostrzeżenia, bez powodu, podniosła krzyk, bełkocząc o ścianach, które zaciskały się niczym pas. Ale nic takiego naprawdę się nie działo - był tam, pamiętał to wyraźnie, choć był wtedy dzieckiem. Nie pobiegł po pomoc. Instynkt podpowiedział mu trzeźwo - musisz działać sam, teraz. Ujął matkę za dłoń, próbując ją uspokoić. Wyrywała się, a jej drżący głos łamał się coraz głębiej, brnąc w rozpacz. Nie mógł na to pozwolić, a jego wola uderzyła jak fala podczas przypływu, z donośnym hukiem rozrywając wszystkie szyby w popołudniowym saloniku. Odłamki szkła poszybowały w ich kierunku, jednak zamiast ostrych kryształów tnących skórę do krwi, o ich ciała rozbiły się krople wody, do złudzenia przypominające zacinający za oknami deszcz. Naraz przemokli do cna, osłupieni, już spokojni. Ten pierwszy raz wyrwał matkę od szponów szaleństwa, i choć wtedy tego nie rozumiał, objawienie magii było symbolem głęboko zakorzenionej potrzeby kontroli, która z czasem stała się jego megaupiorem. 

Jej choroba postępowała powoli i początkowo była epizodyczna, by z czasem, z czarownicy elokwentnej oraz wpływowej, uczynić ją postacią marginalną, niechętnie widzianą na salonach. Evander i Cressida pamiętali ją jeszcze jako tą bystrą, przenikliwą - ich młodszy brat, spłodzony już w gniewie ojca do szalonej małżonki, poznał jedynie cień kobiety, jaką niegdyś była, u której momenty absolutnej jasności były wyłącznie gorzkim refleksem przeszłości. Evander nigdy nie odsunął się od matki, a jeszcze jako dziecko zawsze miał na uwadze jej stan. Czuwał. Pamiętał. Pilnował. Z niechęcią i obrzydzeniem spoglądał na ojca, który znikał wieczorami, by w późniejszym wieku zrozumieć znaczenie ciągnącego się za nim zapachu obcych, kobiecych perfum. O tym wiedzieli tylko oni - rodzina, na zewnątrz przykładna, w środku toczona powolną zgnilizną. Lśniące futra i połyskujące sygnety skutecznie odwracały uwagę od istotnych spraw, których głębi w tamtym czasie nie do końca pojmował.



 1939 - Hogwart

Kiedy rozpoczął naukę w Hogwarcie, w barwach domu węża, z roku na rok ta fasada uwierała go coraz mocniej. Obowiązek szkolny wypełniał sumiennie, uczył się ponadprzeciętnie, na szóstym roku został wybrany prefektem domu, rok później obejmując pieczę jako prefekt naczelny. Na obrazku - syn idealny. W jego duszy jątrzyła się jednak rana, która przez długie lata zatruwała jego organizm. Tylko nikt jej nie widział, nikt jej nie dotknął, nikt jej nie zaleczył. Crouch pozostawał zdystansowany zarówno wobec rodziny jak i rówieśników. Uchodził za inteligenta, ale i cynika. Był niebezpiecznie przenikliwy. Rzadko się mylił, jeszcze rzadziej przyznawał rację innym, nie tolerował głupoty - zarówno tej, którą widział w szkolnych murach, jak i tej, o której czytał w prasie. Śledzenie wydarzeń politycznych wyniósł z domu, gdzie był to naturalny temat wybrzmiewający podczas popołudniowej herbaty. Mało kogo uważał za godnego siebie rozmówcę, przez co większość szkolnej gawiedzi odbierała go jako gbura. Nie zawiązywał głębszych więzi. Do czasu, aż pojawiła się ona. Marla. Bystra prefekt Krukonów, o nazwisku blednącym przy jego rodowodzie, z wątpliwymi korzeniami, którymi chciał gardzić - ale nie potrafił. Jej umysł pracował jak jego własny: szybko, ostro, bez litości dla uproszczeń. Rywalizacja przerodziła się w dyskusje, dyskusje w konfrontacje, a te - w uczucie, którego żadne nie chciało nazwać. Wakacje po szóstym roku ciągną się w jego wspomnieniach jak gęsta, lepka maź. Nie dlatego, że tamto lato było niemiłosiernie upalne, zupełnie odstając od łagodnego, angielskiego klimatu. A może wcale nie było upalne, tylko ogień, który w nim wrzał, spędzał mu sen z powiek i zalewał skórę słonym potem. Ukojenia nie znajdował ani w stajniach, ani w salach treningowych ze szpadą u boku, ani podczas polowań, gdzie zawsze czuł, ze ma kontrolę. Z dzieciństwa wyniósł naukę, że władza nad czymkolwiek przynosiła spokój. On jednak nie potrafił opanować własnych emocji, własnych myśli - i ten stan entropii był zaprzeczeniem wszystkiego, co znał. Zaczął więc pisać do niej listy. Nie miłosne, nie - to było za proste, to nie było w jego stylu. W enigmatycznych frazach ukrywał akronimy przeznaczone tylko dla niej. Bo tylko ona była w stanie je rozszyfrować. Wpuszczał Marlę do swojego świata coraz głębiej. I pierwszy raz miał wrażenie, że jest widziany. 

Matka jakby zdawała się dostrzegać jego stan - ale nie potrafił do niej dotrzeć. Była nieobecna, rozmawiała z cieniami - ale wierzył, że pod tą fasadą dalej więził się umysł, który był protoplastą jego własnego geniuszu. Kiedy przebywał w domu pilnował z pedantyczną dokładnością, by brała eliksiry zmniejszające ryzyko wystąpienia urojeń, choć wiedział, że ceną za ich skuteczność było otępienie i powolne wygaszanie jej światła. Rozmawiał z medykami, a czasem zwyczajnie dotrzymywał jej towarzystwa, którego skąpił ojciec. W tamtym okresie jego gniew wobec rodzica pogłębiał się. Nie rozumiał - nie chciał rozumieć - mechanizmu ucieczki od słabości, którą stanowiła chora umysłowo żona. Dopiero znacznie później miał pojąć, że nie była to pogarda, lecz strach, niesiony w schedzie po przodkach. Ostatni rok nauki w Hogwarcie utwierdził go w przekonaniu, że nie chce iść w jego ślady Z przejrzystą jasnością widział układankę, w jaką wpychały go ramy nazwiska, a im więcej rozmawiał z Marlą, tym szerzej dostrzegał szachownicę, na której przeznaczono mu rolę pionka. Na siódmym roku stali się nierozerwalni. Można ich było spotkać patrolujących razem korytarze lub w bibliotece, pochylonych nad zwojami pożółkłych pergaminów, przy wątłym, drżącym świetle świec, jakby czas wokół nich zwalniał. Ostatecznie byli jedynie nastolatkami, którzy sumiennie wypełniali obowiązki szkolne i nie dawali rodzinie otwartych powodów do interwencji, choć po szkolnych korytarzach krążyły plotki, podsycane głównie przez rażący kontrast ich statusów społecznych. Obiecali sobie, że razem dostaną się na wyższą uczelnię. Marla musiała pracować ciężej. Jej rodzina nie posiadała zasobów, by bez stypendium zapewnić jej możliwość dalszej edukacji w Evershire College. Była jednak równie ambitna co Evander, a może nawet bardziej - dla niej stawka była wyższa. Egzaminy zdane na wybitny nie były dla nikogo zaskoczeniem. Koniec szkoły nie był zamknięciem rozdziału. Był głębokim wdechem przed tym, co miało nadejść.



 1946 - Lex Magica

Theseus Crouch nigdy nie wywierał na starszym synie presji w sposób otwarty. Nie unosił głosu, nie moralizował. On oczekiwał - a to nieme oczekiwanie ciążyło na barkach jak niewygodny płaszcz, który uwierał przy każdym ruchu i którego nie dało się zdjąć ani odłożyć. Lex Magica było wyborem sprzecznym z wizją Evandera, a jednak nie potrafił wybrać inaczej. Czasy studiów rządziły się już innymi prawami niż okres Hogwartu. Zniknęło pobłażanie, narastały zobowiązania względem nazwiska, a jednocześnie otwierały się drzwi do świata, który zawsze obserwował z boku, a który jawił mu się jako system, który przejrzał. Teatry, wystawy, opery, wyścigi. Przestrzenie władzy ubrane w sztukę i pozory swobody. Nie mógł pokazywać się tam z Marlą, nie w miejscach, w których brylowała śmietanka towarzyska. Gdzie nazwiska ważyły więcej niż idee, a każde spojrzenie było inwestycją albo ostrzeżeniem. Spotykali się więc tam, gdzie oko jego świata nie sięgało. W zadymionych kawiarniach, słuchając jazzu, który brzmiał jak bunt bez adresata, albo na alternatywnych spektaklach, gromadzących nieliczną publiczność; na wernisażach niszowych artystów rozpaczliwie poszukujących mecenasów; i zawsze gdzieś pod osłoną nocy, w obskurnych mieszkaniach, w iście dekadenckim stylu, gdzie mogli pozwolić sobie na złudzenie wolności. Przez półtora roku ten dziwny układ zdawał się działać. Był kruchy, ale funkcjonował, oparty na niedopowiedzeniach i przemilczeniach. Lecz im dłużej trwali w tej nierealnej bańce, którą sami stworzyli, tym wyraźniej rysowały się jej granice, a pęknięcie było tylko kwestią czasu. Napięcie gęstniało, aż osiągnęło stan, w którym przestrzeń między nimi można było ciąć nożem. To wtedy matka - nie wiadomo, czy w fazie majaczenia, czy w jednym z tych rzadkich, bolesnych przypływów jasności, wypowiedziała do niego słowa, które wypaliłyby się w jego sercu, gdyby jakieś posiadał. „Kochasz ją, synku, wiem, że ją kochasz. Miłość bywa nierozsądna. A ty… ty nie jesteś nierozsądny. Ty zawsze wybierasz mądrze”. Nie miała prawa wiedzieć, a mimo tego słowa lądowały dokładnie w momencie życia, w jakim się znajdował. Jej głos nie trącił oskarżycielską nutą, a w oczach żal przeplatał się z troską i obłędem, i może dlatego właśnie wyrok matki wydał mu się bardziej okrutny. On nie nakazywał, on porządkował świat. Układał go w znaną, bezpieczną hierarchię, w której uczucie było luksusem, a rozsądek obowiązkiem. Zrozumiał wtedy coś, czego dotąd nie chciał przyjąć. Marla nie była azylem. Była wyjątkiem. Przyjemnym snem, którego nie pamiętało się już chwilę po przebudzeniu.

Oddalił się od niej dokładnie tak samo, jak się zbliżył - po cichu, w niedopowiedzeniach, niewybrzmianych wyznaniach, z precyzją godną nazwiska. Ciążyła mu świadomość, że on sam podjął tę decyzje. O ile łatwiej byłoby zrzucić odpowiedzialność na karb ojca. Tymczasem Theseus Crouch nie mógł wiedzieć, choć był niemym obserwatorem, niewzruszony i zimny jak posąg, i zza kulis, w pozornej bierności, kierował synem dokładnie tak jak zaplanował. Uniesiony głos czy moralizowanie nie były jego taktyką. Działał po cichu, w symbolach, w kontrastach, w kuszeniu, ale nigdy groźbą. Syna mial przecież inteligentnego. Nigdy w niego nie wątpił. I nie zawiódł się. Była to bolesna, ale konieczna nauka, ironiczna realizacja rodowej dewizy, którą doświadczył na własnej skórze. Evander nie potrafił przyjąć, że w rzeczywistości skuteczność ojca mu imponowała. Że spokój i kontrola były narzędziami, które sam zawsze wykorzystywał, a jedynie młodzieńcza buta kazała mu działać poza systemem, udowadniając, że jest od wszystkich mądrzejszy. W gruncie rzeczy był. Musiał jedynie zrozumieć, że ta mądrość funkcjonowała lepiej wewnątrz struktury rodzinnej, której płaszcz ochronny sięgał dalej, niż potrafił sobie wyobrazić. Na kampusie zaczął pojawiać się rzadziej, ograniczając obecność do absolutnego minimum. Otworzył się na innych, podobnych sobie, nauczył się też nabierać wody w usta. Nie złagodniał nigdy - po prostu nauczył się trzymać swój krytycyzm na wodzy, wiedząc, że przysparzał mu więcej wrogów niż sprzymierzeńców. Czuł złość, kiedy jego stalowe spojrzenie przecinało się z głębokim brązem ciepłych oczu Marli. Wywoływała w nim poczucie wstydu, stanowiąc żywą pamiątkę zdrady własnych ideałów i przeszłości wypełnionej błędami. Unikał jej. A później przyszedł test. Zanim jeszcze ukończył naukę, w murach rodowej posiadłości podsłuchał rozmowę o niewygodnym uzdrowicielu, który gromadził dowody mogące zesłać do Azkabanu jego kuzyna. To imię. To nazwisko. Wiedział natychmiast, kogo chcieli usunąć. Ojciec Marli. Choć rodzina posiadała koneksje w Wizengamocie, samo postawienie Croucha przed sądem nie miało prawa się wydarzyć. Nie, jeśli można było temu zapobiec. Wiedział, że to złamie Marlę. Wiedział, jaki wyrok zapadł w kuluarach, w marmurowej sali - ale nie tej w Ministerstwie Magii, tylko w rodzinnej posiadłości. Wszedł w zmowę milczenia, stanął za żelazną kurtyną. Wybrał interes rodzinny, a Marla miała zginąć w mętnym oceanie przeszłości, nieświadoma intrygi, która kryła się za lodowatym spojrzeniem Croucha. Wiedział, że inaczej wybrać nie może. Mógł jednak co innego. Mógł sięgnąć władzy. Nie z zachłanności. Z konieczności. I kierować światem lepiej niż ci wszyscy nieudacznicy, którymi dotychczas pogardzał. 

Do tej roli pisano mu życiorys.

Zawsze przykładał się do nauki, nie było zaskoczeniem, że ukończył collage z ponadprzeciętnym wynikami. Pasjonowały go historia, zarówno ta, która opiewała o pradawnych mitach, jak i ta, która uczyła o mrocznych dziejach czasami krwawej polityki. Analityczny umysł z łatwością przyswajał akty kodeksu prawa, nawet jeśli spisane były gęstym, bezduszny, językiem urzędowym. Wiedza o ekonomii dopełniała kluczowych umiejętności - obrót pieniądzem, prawo podatkowe czy giełda zwyczajnie go fascynowały, bo wszystko, co pozostawało uporządkowane lub działało na powtarzalnych schematach, natychmiast zyskiwało uwagę Evandera. Z różdżką w ręku czuł się równie dobrze, co w nosem w księgach. Uczelnia zadbała nie tylko o wiedzę, ale i praktyczne umiejętności, które szlifował w pojedynkach. Nabyte talenty przybliżały go do celu, jednak droga do magicznego parlamentu była daleka. Jego nazwisko otwierało wiele drzwi, ale to on sam przez nie przeszedł - wbrew temu, co powtarzał będąc jeszcze młodym. Koneksje były kluczowe, ale bez zasobów w postaci umiejętności nie otwierały przed nim drzwi do wyższych stanowisk. Podjął karierę w służbach administracyjnych Wizengamotu. W swojej pracy był sumienny, działając w zgodzie z kanonem prawa - ale wiedział jak to prawo interpretować na czyjąś korzyść, i wiedział też, komu ten przywilej przysługiwał. Struktury rządowe nie tolerowały sprawiedliwych. Tolerowały tych, którzy postępowali zgodnie z procedurami, i w tych ramach potrafili wyjść na swoim. Evander szybko dowiódł swoich zdolności - aż w końcu przyszła pora na test lojalności. Poprowadzić sprawę w sposób, który sprzyjał interesom jego rodu, mimo, że skutkiem było skazanie niewinnego człowieka na Tower. Wahał się. Jego moralność balansowała na granicy, by szala przeważyła się tam, skąd nie było już odwrotu. Dowiódł na co go stać. Zbrukał swoje ręce, zbrukał wszystkie idee, które kiedyś szumnie nazywał wielkimi. I odkrył, że jego świat trwał dalej, niewzruszony. Zrozumiał, że władza polegała na kontroli. A tak długo, jak mógł coś kontrolować, nie słyszał wołania z przeszłości, które głosem Marli krzyczało „przegrałeś”.



 1953 - małżeństwo z Isolde Rosier

W wieku dwudziestu sześciu lat poślubił Isolde Rosier. Małżeństwo z sześć lat młodszą czarownicą nie było dyktowane ani miłością, ani rozsądkiem. Decyzja zapadła bez jego udziału, była politycznym paktem, a on nie zamierzał sprzeciwiać się woli nestora. Wiedział od dawna, że prędzej czy później przyjdzie mu wypełnić obowiązek rodzinny - i tak dostał więcej czasu niż się spodziewał. Nie darzył jej uczuciem, choć nie powiedziałby, że byli nieudanym małżeństwem. Przypominał raczej własnego ojca z czasów, gdy matka była jeszcze zdrowa; traktował ją z szacunkiem, może nawet podziwiał, podczas bali tańczył tylko z nią, a w otulonej mrokiem operze ujmował drobną dłoń, opuszkami ust muskając jej palce, i z pewnością potrafił rozpalić w niej iskrę namiętności. Ale było w tym dziwne poczucie pustki, której nie potrafiła wypełnić. Jakaś machinalna nonszalancja, która wybudzała go w środku nocy i wiodła do strzelistych okien, gdzie stawał z papierosem w ustach, zawieszony w jakimś letargu, zupełnie jak jego otępiała od leków matka. Już wiedział więcej i więcej rozumiał. W myślach coraz rzadziej przeklinał ojca, nie będąc jeszcze pewnym, czy to przebiegunowanie mu smakuje.



 1954 - narodziny Cosette

Po roku małżeństwa pojawiła się córka. Cosette Crouch, delikatna i silna zarazem. Wiedział, że chciał być lepszym ojcem niż jego własny; ale narodziny wnuczki zdawały się zmiękczyć i samego Theseusa. Czuł złość i ulgę jednocześnie. Jego córka otrzymała coś, czego sam nigdy nie miał - i była to pierwsza i być może jedyna lekcja bezinteresowności jakiej doświadczył.  Jego małżonka brylowała w towarzystwie, otworzyła go na świat. O ile podczas studiów wyższych nauczył się ogłady, teraz zyskał w tej ogładzie płynność. Byli uwielbiani przez elity - o nieskalanej reputacji, potrafili błyszczeć w towarzystwie. On swoim spokojem, cennymi uwagami i rozległą wiedzą o czasach zamierzchłych i teraźniejszych, ona - obyciu ze sztuką, z ludźmi, z emocjami. Wiele się od niej nauczył, a Isolde z pozoru wydawała się dla niego żoną idealną. Gdzieś pod skórą czuł jednak, że chciał więcej. Tylko jeszcze nie potrafił temu „więcej” nadać właściwego imienia.

Brał na swoje barki wiele. Do późnych godzin studiował ciężkie wolumeny prawne, interesował się rodzinnymi finansami, szukając kolejnych dróg do pomnażania majątku. Inwestował w przedsięwzięcia trudne, ale lukratywne, jak skupowanie nieruchomości obciążonych sporami prawnymi. Uczestniczył w życiu rodu, a obowiązki zawodowe łączył z opieką nad matką i córką, bezskutecznie starając się o kolejnego potomka. Do tego jego młodszy brat powoli wchodził w dorosłe życie, przysparzając problemów, które często tuszował przed ojcem, a liberalne nastroje rozgaszczające się w strukturach władzy coraz mocniej destabilizowały państwo. Nie był zwolennikiem niczego, co wprowadzało entropię. Lubił porządek i kontrolę, a jego ambicja pchała go coraz głębiej w ministralną machinę. W system, w którym kolejni aparatczykowie odstawiali danse macabre, by przypodobać się tym, którzy zajmowali najwyższe stołki. Czy stał się jednym z nich? Być może. Ale miał przewagę. Znał zasady gry. I co więcej - wiedział kiedy i jak mógł je łamać. Dążył po trupach do celu, szybko zaczął rozstrzygać sprawy trudniejsze, ocierające się o wyższą instancję. W ryzach departamentu ceniono jego opanowanie i rozległą wiedzę, zazdroszczono nazwiska. Ale on nie miał wyłącznie rodowodu, miał realne kompetencje. I specyficznie giętki kręgosłup moralny.

Wyspecjalizował się w przestępstwach o charakterze ekonomicznym i gospodarczym. W sprawach, w których magia nie manifestowała się błyskiem zaklęć, a śladem przesunięć na kontach, fałszywymi strukturami własności, zaklęciami maskującymi przepływ kapitału i długami tak starymi, że zdawały się żyć własnym życiem. Znał mechanizmy Czarodziejskiej Giełdy Londyńskiej nie tylko z teorii. Potrafił rozpoznać moment, w którym odpowiednio podsycona plotka powodowała fluktuacje wartości, rozumiał, jak drobna zmiana w podaży magicznych surowców wpływała na ceny artefaktów i nieruchomości. Dostrzegał jak półlegalne interesy potrafiły zapełniać całe skarbce Gringotta w sposób, który nie budził podejrzeń. Nie u niego. Nie prowadził procesów widowiskowych, raczej stanowił narzędzie w systemie, który większość uważała za nudny. Jego dni nie pachniały krwią ani popiołem, aż do momentu, w którym ktoś postanowił wziąć odwet za jego decyzję. Karę pod osłoną nocy wymierzyły różdżki trzech napastników. Stawił im opór, ale jego tarcza słabła, aż w końcu prysnęła, by grad zaklęć powalił go na ziemię. Jeden z czarów nosił w sobie znamię klątwy, czuł potworne kąsanie, ból tak przeszywający, że trudny do porównania z tym, co znał. Tamtego wieczoru przegrał, a rodzina zagrała odpowiednie karty, by sprawców odnaleźć. Znalazł sprawiedliwość, dwoje skończyło w Tower, trzeci - w Azkabanie. Od tamtej pory praktykował magię ofensywną, ale w szczególności obronną regularnie - z konieczności. Władza nie była w stanie ochronić go przed zemstą, jednak odpowiednie przygotowanie potrafiło ją oswoić. Oswoić nie mógł jedynie wstydu, który ciągnął się za nim w długim, niewygodnym ogonie. Choć dopiął swego, tamta porażka była jak połknięta gula wymiocin, kwas, który wrócił do trzewii i mierził go od środka.



 1956 - narodziny Fantine

W domu wyczekiwał narodzin syna. Cieszył się obecnością córki, ale trudności ze spłodzeniem drugiego dziecka budziły jego obawy. Jednocześnie pogarszał się stan jego matki, która zapadała się w sobie, i z którą dawno nie dało się nawiązać kontaktu. Była skorupą, bezwiednie trzymającą wnuczkę na kolanach, pustymi oczami przez całe dnie spoglądającą na spowite we mgle ogrody. I lilie, białe lilie dryfujące po zielonkawej tafli stawu niczym zagubione dusze. Dwa lata po narodzinach Cosette na świecie pojawiła się Fantine. Druga córka była zawodem - nie w znaczeniu dosłowym, ale w strukturach rodzinnych, gdzie sukcesja nazwiska spadała z ojca na syna. Presja rodziny była ogromna. Czuł ją Evander i czuła ją też Isolde. Z jednej strony nie zawiedli jako małżeństwo, z drugiej odkrywał gorzką prawdę, że choć wszystko uczynił zgodnie z przykazem, na końcu nikogo nie czekała nagroda. Nie potrafił pogodzić się z myślą, że istniały w świecie rzeczy, których nie był w stanie kontrolować, a jednocześnie nie chciał znać prawdy, po czyjej stronie leżała wina. Czuł się ponad trywialnymi osądami, jako ten lepszy, ten bystrzejszy. Nie odtrącał żadnej z córek. Pamiętał jakie lubiły książki, jakie melodie je uspokajały, poznał ich lęki, zanim same były w stanie je nazwać. Dzielił uwagę na obie po równi, był uważnym i obecnym ojcem, ale brakowało w tym wszystkim spontaniczności, jakby ojcostwa nigdy nie doświadczył, a jedynie przeczytał o nim w swoich pożółkłych zwojach pergaminu. Przez kolejne lata trwał w tej roli z konsekwencją, z porankami podporządkowanymi rytuałom, wieczorami spędzanymi na czytaniu oraz rozmowach, w których uczył córki świata takiego, jaki sam rozumiał. Cosette była cicha i uważna, jakby instynktownie wyczuwała wagę słów; słuchała, zapamiętywała, mieściła się w ramach, które znał i akceptował. Fantine przeciwnie - żywe srebro, impulsywna, z łatwością wchodząca w emocje. Śmiała się głośniej, zadawała trudniejsze pytania, potrafiła bez ostrzeżenia zerwać się i pognać na kucyku przed siebie, zostawiając za sobą ślad chaosu i zachwytu. Patrząc na nie odczuwał jednocześnie dumę i niepokój: jedno dziecko potwierdzało porządek, w który wierzył, drugie wymuszało naukę akceptacji rzeczy, których nie dało się ani przewidzieć, ani kontrolować. 



 1961 - śmierć małżonki

Los postanowił się w końcu do niego uśmiechnąć - ale nie wiedział, że był to uśmiech ironiczny. Isolde, po latach starań, znów była przy nadziei, a na świat w końcu miał przyjść chłopiec. Kiedy magomedycy obierali poród, nastąpiły komplikacje - żadna magia nie była w stanie pozwolić żyć im obojgu. Kazano mu wybrać - syn lub małżonka. Bez wahania wskazał na syna, by dwa dni później okryć całunami dwa ciała. To należące do żony oraz do ledwie narodzonego, jego pierworodnego. A to, co uczynił po jej śmieci, było czystym wyrachowaniem. Bezbłędną precyzją umysłu, który zawsze był o kilka kroków do przodu. Rodzinnemu uzdrowicielowi, który postawił go przed moralnie wątpliwym wyborem postawił ultimatum. Nie wniesie oskarżenia względem jego kompetencji tylko jeśli ten pod pieczęcią krwi, ręcząc własnym życiem, dochowa tajemnicy o wyborze Evandera. Uzdrowiciel nie miał wyboru, a przysięgą wieczystą związał ich ojciec. Ruch ten był konieczny, aby Rosierom nie pozostawić pola do roszczeń. Zamknąć wszystkie usta dla utrzymania sojuszy, pozorów, więzi wątłych niczym pajęcza sieć. I on był w tej sieci, w samym jej środku - napawając ojca dumą, co zwykło go przerażać. Ale teraz? Teraz smakowało jak zimna whisky w pękatym szkle. Cierpko i wyrachowanie. 

Żałobę obiecał nosić przez rok. Bardziej z poczucia obowiązku i szacunku do zmarłej żony niż z wyrzutów sumienia. Te bywały coraz cichsze, tłumione przez lata straciły na mocy. Wraz z żałobą przyszedł awans na wyższe stanowisko oraz pieśń o nowej przyszłości. Nigdy nie był fanatykiem - ale sztandar nazwiska, choć był przywilejem, niósł za sobą pewne konsekwencje. Nie miał szans zasiąść w Izbie Lorów tak długo, jak długo Hector Crouch pozostawał głową rodu, nie miał też dostępu do klubów politycznych, za kulisami których podejmowano kluczowe decyzje. A on chciał wpływów już teraz, bo kontrola była przeciwieństwem chaosu, który był jego zmorą. Zawsze szukał odpowiedzi, aż te znalazły go same. Zaczęło się od tekstu. Stary esej Grindelwalda, krążący w kopiach wśród elit, nie jawny manifest, lecz analiza upadku struktur władzy. Natknął się na niego przypadkiem, podczas przeglądania domowych archiwów. Czytał go w nocy, przy wątłym świetle świecy, z papierosem tlącym się leniwie w kąciku ust. Nie zgadzał się ze wszystkim. Ale rozumiał tok myślenia. Później przyszła rozmowa z jednym z wyżej postawionych urzędników, aż w końcu, po nitce do kłębka, dowiedział się, że idee owianego niechlubną sławą czarodzieja żyły dalej, przyciągając podobnych do Evandera. Grindewald był synonimem porządku. Analitykiem upadku świata, który miał odwagę nazywać rzeczy po imieniu. Chciał być częścią tego systemu. Nie został zaproszony z dnia na dzień, nie został wprowadzony przez nazwisko. Najpierw był rozmową, potem powtarzającą się obecnością - kimś, kto rozumiał, zanim zadano pytanie i nie zadawał tych niewłaściwych. Akolici dostrzegli w nim nie ideologa, lecz narzędzie: umysł przyzwyczajony do pracy w ramach systemu, zdolny przesuwać jego granice bez ich jawnego naruszania. Powierzano mu sprawy, które wymagały dyskrecji i wyczucia. Analizę przepływów, ocenę ryzyka, porządkowanie chaosu w sposób, by wyglądał na naturalny bieg zdarzeń. Z czasem zetknął się z magią zakazaną. Nie przejmowała go strachem, ani też nie fascynowała. Widział jej konieczność - działała tam, gdzie nie sięgała litera prawa. I była skuteczna. Sięgał po nią oszczędnie, z dystansem właściwym komuś, kto wie, że każda ingerencja zostawia ślad. Był tym, który przygotowywał grunt, stabilizował fundamenty i dbał o to, by świat pogrążony w chaosie gotów był przyjąć porządek, gdy nadejdzie czas. 

Nowozaprzysiężonego Ministra postrzega jako przeszkodę, a postawienie Shacklebolta w miejsce, które należało się Hectorowi Crouchowi uważa za policzek wymierzony jego rodzinie. Najbliższe miesiace na arenie politycznej jawiły się mu w barwach czerwieni.

0
Pozostało PP
mixed
10
Pozostało PM
20
10
3
OPCM
Uroki
Czarna magia
0
0
0
Transmutacja
Magia lecznicza
Eliksiry
9
10
9
Siła
Wytrzymałość
Szybkość
Ścieżka VIII — Historia i kultura magiczna
Historia cywilizacji
Znajomość obyczajów i etykiety
Mitologia i folklor
Ścieżka X — Polityka i prawo
Znajomość prawa i regulacji
Śledztwa i dochodzenia
Taktyka przesłuchań
Retoryka sądowa
Strategia i zarządzanie kryzysowe
Ścieżka XI — Ekonomia i handel
Zarządzanie finansami
Rozpoznawanie wartości przedmiotów dotyczących profesji postaci
Inwestowanie w ryzykowne przedsięwzięcia
Znajomość prawa handlowego i nielegalnych praktyk
Ścieżka XVI — Społeczeństwo i wpływy
dyplomacja
odczytywanie emocji i czujność
manipulacja i zastraszanie
Ścieżka XVIII — Sport
jeździectwo
strzelectwo
taniec
Ścieżka XX — Poliglotyzm
język francuski

drzewko

Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
03-02-2026, 22:31

Witamy na forum Serpens!

Mistrz Gry utworzył dla Ciebie osobisty dział, w którym została umieszczona Twoja skrytka bankowa. Udaj się do niego i opublikuj temat z sowią pocztą oraz umieść tam swój prywatny kuferek. Na start otrzymujesz też od nas skromny prezent – znajdziesz go w swoim ekwipunku.

Możesz już rozpocząć zabawę na forum! Zachęcamy, abyś sprawdził, co Ci się przyśniło, rozeznał się w aktualnych wydarzeniach oraz spytał, kto zaczyna.

Odtąd Twoje słowa, decyzje i sojusze mają znaczenie. Uważaj, komu zaufasz — wężowe języki są zdradliwe. Dobrej zabawy!

Karta zaakceptowana przez: Philippa Moss

    Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
07-02-2026, 23:22

Evander Crouch

Ekwipunek

pozostałe przedmioty spoza automatycznego ekwipunku

darmowa sowa pocztowa

Historia rozwoju

[07.02.2026] zatwierdzenie karty postaci, +1 wytrzymałość [prezent powitalny]
    Odpowiedz
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 18:20 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.