Sztuka legilimencji była niebezpieczna grą - i nawet jeśli Drusillę i Medeę łączyła jedna krew, nawet jeśli jego ciotka działała w słusznej intencji - każda ingerencja była też ryzykiem. Ale ryzyko było czymś, co rozumiał.
Zanurzył usta w zimnym alkoholu, pozwalając myślom płynąć leniwie jak powolna, melancholijna melodia jazzowa sącząca się w tle. Odpalił papierosa, trwając chwilę w letargu, pogrążony w myślach, ze wzrokiem zawieszonym w próżni. Porządkował chaos minionego dnia, z chirurgiczną precyzją odtwarzając wszystko, co dziś usłyszał, i jakie miało to dla niego znaczenie.
Długie, wąskie i pomarszczone palce goblina sięgnęły po rękojeść. Mruknął coś niezrozumiale o procedurach tonem, który sugerował świętość stojącą ponad prawami ustanowionymi przez ludzi. I o ile sam Crouch był chodzącą procedurą, tak na tle goblinów wydawał się dopiero raczkować w tej dziedzinie.
W planach miał zakup kilku kolejnych gruntów musiał je jednak zobaczyć, zbadać potencjalne ryzyko wynikające nie tylko z pożółkłych papierów i liczb, ale i tego, co kryło się - lub nie - w trzewiach ziemii. Miał swoje podejrzenia. W Lancashire istniało wiele starych, zapomnianych żył magicznych, a takie miejsca bywały urodzajne w niepospolite surowce.