• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Kumbria, Rosthwaite, Chata pry rzece Derwent > Kuchnia
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
13-01-2026, 12:19

Kuchnia
Niewielka, dość wysłużona już przestrzeń. Widać, że sprzęty, które ją wypełniają są zbieraniną zdobyczy z pchlich targów. Na darmo szukać tu dwóch takich samych talerzy czy łyżek. Stary piecyk służy jako główne źródło ciepła w zimie. Tykanie zegara wypełnia przejmującą ciszę jaką można tu na ogół zastać.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
16-02-2026, 15:45
21 maja 1962


Ziemia w Kumbrii była tania. Domy w Kumbrii były tanie.
Może nie powinien się dziwić, że ktoś zechciał zamieszkać na końcu świata. Może nawet trochę mu zazdrościł. Może właściwie nie miało znaczenia, gdzie się mieszkało, tak długo jak znajdowało się pasję i wewnętrzny spokój?
Harrison obawiał się jednak, że Leffingwell nie zamieszkał tu z miłości czy pasji. Środek rezerwatu to dobra pustelnia – miejsce, w którym zadawano mniej pytań.
Tite wspomina jego młodszą twarz – wspomina kiedy przedstawili się sobie, kiedy przekazywał mu teczkę z dokumentami, kiedy zaproponował, by ten odwiedził go któregoś razu w Edynburgu, ale do spotkania nigdy nie dochodzi – magipolicjant po roku wraca już do stolicy, gdzie przecinają się częściej. Przekazuje raporty ze spraw, które ostatecznie zdecydowanie wykraczają poza kompetencje jego zawodu mundurowego. Raporty wyglądają dobrze dopiero w Londynie – dopiero kiedy przechodzą profesjonalną redakcję drugiego, blond czarodzieja.
Idąc wzdłuż drogi, z której powinni zauważyć zajmowane przez wilkołaka domostwo, mijają stado owiec, ganiane poboczem przez wielkiego mieszańca – owczarka rasy podwórkowej – zwyczajnie dobrego i pracowitego kundla. Harrison mówi, by nie zbliżać się do psa, a pies sam daje o tym znać – sam trzyma magipolicjantów na odpowiednią odległość, szczekając głośno i jednocześnie przeganiając owce na odpowiednią odległość od dwóch obiektów o nieznajomym zapachu. Titus zwraca się do partnera, podziwiając mądrość psów pasterskich. Moglibyśmy takiego mieć – mówi, ale to kolejna z propozycji, których nie należy brać na poważnie. Nie mieli gdzie trzymać tak wielkiego zwierzęcia. Day i tak nie lubił tego, co przesadnie duże – i tak nigdy nie zgodziłby się na tak masywnego najlepszego przyjaciela człowieka.
Wilków w Wielkiej Brytanii nie było. Były za to wilkołaki.
A sprawa dla której budzono ze snu jednego z nich miała pięć lat, chociaż zaczęła się i pewnie osiem lat temu. Jesse musiał ją pamiętać – mężczyzna zatrzymany w tamtym czasie w ogóle nie przyznawał się do winy. Ale proszę was – kto z wielką chęcią przyznałby się do dokonania porwań tak licznych, by podejrzenia padały z początku nie na jedną osobę, a na zorganizowaną grupę przestępczą?
Porywanych kobiet nie znajdowano – po dwóch latach poszukiwań znaleziono dopiero jedną, martwą i wypływającą z Tamizy. Arsene Laurent został połączony ze zdarzeniem tylko dlatego, że jako pracownik portowy mówił kiedyś o amuletach z blond włosów, a w jego mieszkaniu w suterenie znaleziono kilka zębów trzonowych. Miejsce zdarzenia też się zgadzało – śluzy w okolicy to idealne miejsce zrzutu.
Czarodziej mugolskiego pochodzenia nie przyznawał się, bo albo był niewinny, albo na tyle zepsuty, by kłamstwo na ten temat brzmiało w jego głosie niezwykle wiarygodnie.
Gdy jednak po tak wielu latach podobnie okaleczone ciało ponownie wypływa na powierzchnię – raport z interwencji w tej sprawie podpisał Day, a liczba zgłoszonych zaginięć rośnie znacznie, gdy Arsene wciąż pozostaje więźniem Azkabanu.
Sprawa rusza. Znowu. Znowu początkowo trafiając w ręce magipolicji. Znowu, nim trafi – oczywiście – w ręce aurorów. Do aurorów, którzy wiedzieli więcej o każdej ofierze, o znalezionym wtedy ciele, o możliwych motywach… A którzy nie dzielili się wiedzą tak po prostu.
Day i Harrison pukają. To bardzo uprzejme, ale odpowiedź nie nadchodzi od razu. Niższy magipolicjant naciska klamkę, chyba dla zasady – chyba spodziewając się, że były otwarte, a w środku znajdował się ktoś, kto podpisał się pod kilkoma aktami sprawy sprzed kilku lat. Wiedzieli gdzie go szukać, a komisariat w Kendal pozwolił londyńskim policjantom na prowadzenie jednorazowej działalności na terenie ich jurysdykcji – po podpisaniu odpowiednich papierów, rzecz jasna.
Kuchnia wydaje się przedziwnie cicha, zimna, wilgotna. Noc po pełni była ciężka – Harrison rozumiał to na swój sposób, widząc luźne powiązania intensywności wizji sennych i faz księżyca – nie umiał jednak wyobrazić sobie, jak wyczerpująca musiała być dla kogoś dotkniętego klątwą.
– Leffingwell? – rzuca w przestrzeń, nie zbliżając się jeszcze do drzwi sypialni. Chyba chce upewnić się, że mężczyzna pozostawał w czterech ścianach swojego domu, nawet jeżeli podświadomie wie, że spotkają się właśnie tu i właśnie dzisiaj. – Drzwi były otwarte.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Jesse Leffingwell
Czarodzieje
You'll never get a second chance Plan all your moves in advance
Wiek
30
Zawód
Były auror, praca dorywcza
Genetyka
Czystość krwi
wilkołak
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
18
0
OPCM
Transmutacja
18
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
5
Brak karty postaci
18-02-2026, 22:42
Pierwsze chwile po pełni, a właściwie dni, nie były ani dobre ani też litościwe. Czuł się podle za każdym razem. I choć z czasem jego organizm przyzwyczaił się, osiągając względną równowagę szybciej, to i tak nie mógł powiedzieć, że zapomina o przemianie już na drugi dzień. Obolałe kości są znamieniem pełni, szum w uszach nie pozwala zebrać myśli, a to wszystko jedynie ułamek skutków ubocznych likantropii. Czuje ulgę jedynie dzięki temu, że jak zwykle budzi się w wilgotnej piwnicy, skrytej przed ewentualnymi gośćmi. Czuje ulgę, kiedy rozpina łańcuchy i zdejmuje zaklęcia ochronne. Czuje ulgę, kiedy widzi, że w domu panuje względny porządek i nic nie świadczy o tym, że schronienie zawiodło.
Swoją przystań w Kumbrii wybrał nieprzypadkowo — szukał miejsca na tyle odosobnionego, aby nikt go nie znał, ponadto z takim zapleczem, by mógł każdą pełnię spędzać z pewnością, że nikogo nie skrzywdzi oraz że i jego nie wytropią. Chata przy rzece jest naprawdę bliska ideału; należąc niegdyś do mugoli, nigdy specjalnie czarodziejów nie interesowała i żaden z nich nie odkrył tajemnic podpiwniczenia, które posiadała. Niewielki właz skryty za pierwszą częścią wilgotnego pomieszczenia jest na tyle wąski, by sam Jesse z trudem się przezeń przeciskał i miał dzięki temu pewność, że tym bardziej Wilkołak nie zdoła sforsować go w prosty sposób. Podejrzewa, że pomieszczenie powstało jeszcze za czasów wojny, choć ciężko mu określić, co w sobie niegdyś skrywało. Był jednak wdzięczny, że trafił na taką okazję, przez co odzyskał choć namiastkę kontroli nad swoim losem. Było mu tu dobrze. Było. Czas przeszły. Wszystko uległo zmianie zeszłej jesieni.
Po pełni śpi niemal cały dzień, jedynie co jakiś czas otwiera oczy, kiedy słońce przeciska się przez kożuch chmur. Na łóżku leży w kłębowisku poszarzałej pościeli, w oknie wisi kilka koszul na żyłce rozciągniętej od klamki do niewielkiej szafki. Równie wysłużona bawełna porusza się lekko pod wpływem powietrza wciskającego się do pomieszczenia przez pękniętą szybę. Pękniętą, a właściwie wybitą. Usilnie zastawia brakujący fragment flakonem bez kwiatów, bo nie ma głowy do reperacji. Musiała powstać jakiś tydzień temu, może więcej? Nie pamięta, bo przestał liczyć te wszystkie akty wandalizmu. Przestał też kogokolwiek za nie ścigać, bo zwyczajnie czuje pod skórą, że to wcale mu się nie przysłuży. Póki co, musi przetrwać. Musi znaleźć dla siebie inne miejsce, nim opuści gniazdo, które ledwo dwa lata temu zdołał dla siebie uwić.
Obraca się z boku na bok, wreszcie przyciska twarz do poduszki i trwa tak przez kilka chwil. Bezruch zaczyna go denerwować: unosi się i zsuwa na skraj łóżka, sięgając po butelkę z wodą. Wybija go stukot, który słyszy. Dochodzi od drzwi frontowych. On sam spina się momentalnie, bowiem nikogo nie zapraszał. Nikt też nie odwiedzał go na przestrzeni ostatnich miesięcy. Nawet ministerstwo milczy, szczególnie po jego ostatniej wizycie w Rejestrze. A może to jednak Draganova? — przechodzi mu przez myśl. Nie. Nie. Prewencyjnie wygrzebuje spod poduszki różdżkę. Zaciska palce na rączce, odkłada butelkę. Wstaje po cichu lecz jeszcze nie przesuwa się w kierunku drzwi. Nie chce zdradzać się z obecnością tak od razu.
Ktoś naciska na klamkę, zamek rzęzi, a on przeklina bezgłośnie własną głupotę. Decyduje — przesuwa się bliżej, krok za krokiem, choć w głowie pulsuje mu niemiłosierny ból rozchodzący się od samego środka czoła w stronę oczodołów po skronie. Obraz rozmazuje się lekko w pierwszym momencie.
Dźwięk własnego nazwiska zdaje się abstrakcyjny.
Co do chuja?
Nie jest w stanie rozpoznać właściciela głosu, nie przypomina sobie nikogo konkretnego. Postanawia zaczaić się obok zamkniętych drzwi, liczy że tym zyska odrobinę przewagi, bo jest w kiepskiej kondycji. Szybko liczy odgłosy — dwie osoby. Dwie osoby, które z jakichś powodów znają jego nazwisko i czegoś chcą. Chwyta się za skroń. Zdrętwiałe kończyny poruszają się w sposób niezborny, czuje się tak jakby ktoś kazał sterować mu własnym ciałem będąc zupełnie poza nim.
Nadal nie odpowiada, czeka.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
01-03-2026, 01:11
O wiele bardziej od Leffingwella i jego miejsca zamieszkania i losów interesuje go śledztwo.
Tak, tak, to strasznie smutne - odpowiedział Titusowi machinalnie w pracy, gdy ten mówił coś o likantropii; rozrysowywał w tym czasie linię powiązań osób zamieszanych w sprawę morderstw i Laurenta, wściekły, że przed laty coś przegapili.
Mhm, mhm... - skwitował, gdy Titus pożalił się, że przez pełnię nie mógł spać; i zauważył, że idą do Jessego po pełni. Rozrysowywał w tym czasie listę drużyn Quidditcha w Anglii, Szkocji i Irlandii (wszyscy wiedzieli, że Walia tak naprawdę się nie liczyła) i typował, ile meczy musi wygrać każda z nich by znaleźć się w finale Ligi.
Rozgląda się po okolicy. Strasznie pusta. Do najbliższego stadionu wiele mil. Nie pociąga go zupełnie nic w mieszkaniu na takim pustkowiu, ale odruchowo studiuje mimikę Harrisona. Wraca myślami do jego marzeń o hodowli koni i do o wiele bardziej pragmatycznych słów, że na takim zadupiu mniej osób zwróciłoby uwagę na dwóch współlokatorów. Z drugiej strony, jak znaleźć dobre zadupie? Dolina Godryka też jest zadupiem, a jego matka ciągle plotkuje o wszystkim i wszystkich, czułby się tam mniej bezpiecznie niż w bardziej anonimowym Londynie. Nie jest pewien, jak czuje się teraz. Odkąd obchodzili niedawno urodziny—więcej myśli o przyszłości. Czasem chciałby ją znać. Wierzyć, że wszystko się ułoży, że...
- Przecież będą zamknięte. - kwituje pod nosem, gdy Titus sięga po klamkę. Unosi brwi, bo drzwi są otwarte. Partner zgrywa dobrego policjanta i zwraca się do Leffingwella uprzejmie, pewnie wciąż traktuje go jako kolegę po fachu. Titus ma wielu kolegów. Ambrose nie miewa wielu kolegów i bywa irracjonalnie zazdrosny o tych Titusa. Próbuje sobie przypomnieć, czy Tite i Leffingwell byli kiedyś na piwie, bez niego (bo nie pijał alkoholu, więc nie chodził na piwo). O pełni już dawno zapomniał. Współczucia chyba w sobie nigdy nie miał.
Ku jego szczeremu zaskoczeniu, drzwi okazują się otwarte.
- Czekaj. - stopuje Titusa zanim ten zbliży się do sypialni. Nie podoba mu się ta cisza. - Może to pułapka? - irracjonalne byłoby nakładać pułapkę na dwóch funkcjonariuszy wykonujących bez zapowiedzi swoje obowiązki, ale śledztwo było spierdolone, może ktoś wie, że odkopują sprawę Laurenta? A może likantropi po prostu są szaleni, trzepnięci, nieprzewidywalni? Sporo się o nich nasłuchał, najwięcej od własnej mamy. Zabiłaby go, gdyby wiedziała, że idzie do domu kogoś takiego i to tylko z Titusem, a nie z całym oddziałem.
- Homenum Revelio. - mruczy, choć niedawno wykładał Titusowi, że na akcjach nie ma na to czasu. Ale teraz jest czas, tak uznał. Marszczy brwi i unika spojrzenia Titusa, gdy magia nic nie pokazuje. Przecież ktoś musi tu być, prawda? Nie wyszedłby z domu, nie po pełni (ha, jednak zapamiętał). - Homenum Revelio. - uśmiecha się niemiło, kierując się w stronę drzwi. - Leffingwell! - staje przed zbiegiem z uniesioną różdżką (jakoś tak, ostrożności nigdy za wiele). - Magipolicja, funkcjonariusze Day i Harrison, mamy do ciebie kilka pytań w sprawie bieżącego śledztwa. - no, przeszłego, ale już znowu stało się bieżące.

Homenum Revelio nieudane & udane
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
03-03-2026, 13:48
Czasami wie czy będą otwarte, nie musi tego tłumaczyć i nie umie tego wytłumaczyć. Czasami wie też czy czeka na nich pułapka, a dziś wie, że porozmawiają z Jesse.
Nie do końca umie wyobrazić sobie warunki, ale wie, doskonale wie, że usłyszy jego głos, nawet jeżeli rozmowę ta będzie prowadzona jedynie przez drzwi, krótko i bez wpływu na sprawę.
Rozumie jednoczesne rozterki Day’a. Rozumie, że martwi się o ich bezpieczeństwo, a podobna postawa jest elementem niemal niezbędnym w pracy magipolicyjnej, w której wspierali, zabezpieczali i kontrolowali się wzajemnie. Rozumie też jak przerażająca musi być likantropia – sam drętwiał na myśl o spotkaniu z wilkołakiem w zwierzęcej formie, a Jesse’go… Nie widział od momentu przeniesienia ze spisu aurorów, do ewidencji dotkniętych klątwą. Zresztą, i wcześniej widywał go sporadycznie.
Nie byli sobie szczególnie bliscy, ale był ciekawy. Jak do tego doszło? Jak sobie radził? Znał go w dobrym czasie, a wtedy mężczyzna był towarzystwem do zniesienia – może nawet osobą, którą nazwałby kolegą, gdyby los dał im szansę. Na podstawie nędznej wiedzy nie mógł przewidywać jednak jak zachowywał się po przemienie – jak bardzo się zmienił? Czy postarzał się? To musiało być męczące.
Czy faktycznie miał oczy bestii? Czy faktycznie odczuwał jakąś żądzę krwi? Czy w związku z przebytą pełnią będzie posłuszny i zmęczony? Czy może zmęczony i sfrustrowany? Czy będzie chciał współpracować z wymiarem sprawiedliwości? Czy może był obrażony na organizację, z której… No właśnie? Odszedł? Został wyrzucony? Plotki były wtedy różne, chociaż znaczna część głosów mówiła o tym, że wypisał się honorowo – na własną rękę. Ale z zasady o nim nie gadali.
Widocznie dziś Ambrose znalazł czas na Homenum Revalio… Harrison porusza się po śladzie swojego partnera, ale kiedy ten otwiera drzwi, doskonale wiedząc już kogo tam spotka, podnosi spojrzenie na różdżkę. Chciałby złapać za nią i zabrać z widoku… Ale chyba już się stało. Pewnie Day nie jest ani pierwszą, ani ostatnią osobą, która potraktuje byłego aurora… Ostrożnie. Może tylko dlatego, że trzymał ją przed sobą, nie oberwał od razu po wejściu do pomieszczenia?
– Jesse, jak się czujesz? – mówi, kiedy Day przedstawia już ich i ich zamiary. Chyba to szczere pytanie, szczera ciekawość i szczery… Cień strachu przebiegający przez twarz Harrisona. Nie muszą chyba grać dobrego i złego gliny – Leffingwell musi i tak znać te zagrywki na pamięć i przejrzy je gołym okiem. Chyba po prostu… Titus bywał milszy od Ambrose’a. Tak zwyczajnie, codziennie.
Przesuwa się przed partnera. Leffingwell wygląda fatalnie, głównie przez zmęczenie. Zapamiętał go inaczej.
– Ambrose, nie musisz być taki oficjalny, to przecież nasz dawny kolega po fachu – mówi, patrząc szeroko otwartymi oczami na jego różdżkę. W razie potrzeby znajdzie chyba w sobie refleks do dobycia jej… Prawda? Ale zrobi co będzie chciał… – Nie dostalibyśmy informacji o tym, gdzie jesteś i czy w ogóle żyjesz, gdyby nie wznowione śledztwo – mówi, tłumacząc ich obecność. Zmącenie spokoju samotni wilkołaka… Widocznie wymaga jego zdaniem jakichkolwiek słów wyjaśnienia. – Arsene Laurent, kobiety w Tamizie, zęby, włosy, Azkaban. Pamiętasz? Sprawa przeszła z magipolicji do aurorów w 1956 – próbuje streścić, ale kiedy to robi, zauważa pozycję ciała mężczyzny. – Usiądź może, co? Zagrzać ci wody, zrobić coś do picia? Papieroska?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Jesse Leffingwell
Czarodzieje
You'll never get a second chance Plan all your moves in advance
Wiek
30
Zawód
Były auror, praca dorywcza
Genetyka
Czystość krwi
wilkołak
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
18
0
OPCM
Transmutacja
18
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
5
Brak karty postaci
10-03-2026, 21:20
W uszach mu szumi. Kości bolą niczym w kulminacyjnym momencie pełni. Wie dobrze, że to ból jedynie fantomowy, bo każda część ciała jest idealnie ułożona; na twardych powierzchniach piszczeli, miednicy czy mostka próżnoby szukać złamań lub czegokolwiek co świadczyłoby o zaburzonej w sposób nieludzki architekturze. Skóra skrupulatnie naciągnięta na mięśnie też, poza bladością, nie zdradza koszmaru nieodległej nocy. Wszystko na swoim miejscu, a jednak nie. Przykłada nadgarstek do czoła. Może to kiepski posiłek? Wie, że to nie jest bez znaczenia dla jego kondycji. Może brak wody. Za mało whisky. Cokolwiek. Czuje się źle i wie, że nie ma formy, aby się bronić w pełni zaciekle. Od kilku miesięcy odlicza tylko, kiedy ktoś odważy się przejść przez próg, gdy będzie w domu. Skończą się pieszczoty podrzucanego truchła i rzewna pieśń wybijanych kamieniami szyb. Co dalej? Do czego się posuną, aby wypędzić go z własnego domu za coś, czemu nie był nawet winien?
A jednak trzyma się kurczowo swojej przystani, nie chcąc zupełnie porzucić jedynego miejsca, w którym zaznał choć odrobinę spokoju. Może to błąd? Może tym sobie właśnie szkodzi?
Opiera się ramieniem o ścianę, nadal nasłuchuje uważnie. Nie — nie rozpoznaje w głosie charakterystycznej melodii tutejszych. Rzecz subtelna, a jednak daje mu do myślenia. Ktoś pofatygował się tu z daleka, na pewno mając jasno sprecyzowany cel. Znając go, wyraźnie czegoś chcą. Właśnie dlatego między innymi postanowił dwa lata temu opuścić Londyn.
Mimo, że jego towarzysze wyrzekli się go, to wciąż czegoś oczekiwali, wciąż wyciągali złaknione szpony, by uchwycić go za kołnierz i wmawiając wzniosłe ideały, grając przy tym jego własną niedolą, oczekiwać współpracy, informacji, czegokolwiek, co było przydatne. W pewnym momencie zaczął się nimi brzydzić, twierdząc, że więcej jest szlachetności w tych, którzy nie próbują udawać. Są szujami i kanciarzami, ale robią to otwarcie, godząc się z reputacją. Może dlatego łatwiej było mu odnaleźć ludzką twarz w ludziach pokroju Daniela, nie zaś aurorów czy urzędników stojących na straży ładu.
Homenum Revelio.
Cisza. Nic.
HOMENUM REVELIO.
Wie, że tym razem zaklęcie odnalazło prawidłowy tor, a jego obecność nie jest już dłużej tajemnicą. Czy kiedykolwiek nią była?
Staje wreszcie przed nim mężczyzna — wyższy, choć pobieżna ocena zdaje się wskazywać na to, iż siłowo mają porównywalne zasoby. Próbuje ustalić czy lepsze będzie zaklęcie czy też szybki cios wymierzony w grdykę. Problemem okazuje się jednak miękkość, którą nadal czuje w rękach oraz nogach. I po sprawie…
Day i Harrison… Znów trafia do niego impuls, który skłania do zastanowienia. Zna ich? Harrisona zdaje się pamiętać — kiedy wreszcie dostrzega go zza rosłego towarzysza. Wreszcie kieruje spojrzenie na twarz blondyna.
— Szczekaj dalej, śmiało — uśmiecha się zjadliwie i unosi własną różdżkę. Może dzień dobry? Może proszę? Zaczyna sądzić, że niektórym naprawdę mocno się odkleja, kiedy czują choć odrobinę przewagi. — Skoro już się pofatygowaliście, to może wypadałoby bardziej uprzejmie, bo gwarantuję, jeszcze chwila i jedyne, co będziesz mógł, panie Day — zatrzymuje się na moment — to napomknąć Claggowi o walorach estetycznych Rosthwaite i jej gościnności… nad wyraz szczodrej, zapewniam… Chętnie zademonstruję. — Oblizuje wargi nadal wykrzywiając twarz w nieprzyjemnym i zarazem nieprzejednanym grymasie. Błyska zębami, prostując się na moment, by zetrzeć wrażenie słabowitości zakorzenionej wciąż w ciele. Ta jednak nie umyka uwadze Titusa, co kwituje sykiem. Nie potrzebuje troski, ani krztyny nawet, zwłaszcza od któregokolwiek z nich. To go nie zmiękczy, Merlinie... (A może jednak?) Sam nie wie, który z magipolicjantów podąża lepszą ścieżką. Zbywa więc pytanie o samopoczucie z taką samą lekkością jak i stwierdzenie, że przecież są kolegami po fachu.
— Pewne rzeczy się nie zmieniają, co? Kiedy gówno się wylewa albo grunt zaczyna się palić pod waszymi nogami, to nawet trupa wygrzebiecie i spróbujecie wskrzesić, nie? — To jasne. Oprócz tego incydentu mógłby oczywiście gnić sobie w spokoju i nikogo by to nie obeszło. Na swój sposób rozumie, przecież nie był jako auror w takim postępowaniu wyjątkiem. Teraz jednak nie zamierza się przyznać.
Mięśnie szybko się męczą, nie może długo trwać w niewzruszonej pozie, pochyla się lekko, końcówka różdżki, trzymanej dość pewnie, drży przez moment.
Pamięta sprawę. Takich rzeczy nie umie wyprzeć. Nawet po tylu latach. Kiwa głową.
— Aż tak kiepsko wam idzie? — pyta retorycznie. Bez uprzedzenia, przepycha się przez otwarte drzwi, zahaczając zupełnie celowo o bok Day’a. — Doceniam, ale nie odwracajmy ról, chociaż fajkę możesz podrzucić — rzuca w kierunku Titusa. — Usiądźcie sobie, panowie, śmiało, czym chata bogata, skoro już postanowiliście tak bez zapowiedzi. Opowiedzcie coś więcej, chętnie posłucham. A ja się zastanowię… — Opiera się rękoma o blat kredensu. Rozciera kciukiem skroń. — Ja się zastanowię czy to mi się w ogóle opłaca.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 20-03-2026, 07:48 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.