• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Londyn, Clink Street 4/27 > Salon
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
22-11-2025, 14:41

Salon
Bilardowy stół-zawalidroga od razu rzuca się w oczy: zarówno przez swój rozmiar, jak i nietypowe, panterkowe obicie. Zwierzęce motywy obecne są w całym [/i]dużym pokoju[/i], rozłożyste poroże łosia na ścianie, skóra renifera rozciągnięta na dywanie, poduszki w zeberkę na wysiedzianych kanapach (rozkładają się - Sandy czasami eksmituje Danny’ego na noc do salonu) - wszystko się ze sobą gryzie, ale nieoczekiwanie - idealnie do siebie pasuje. Oprócz bilarda (traktowanego sprytnym zaklęciem zmniejszającym w porach odwiedzin gości) królem salonu jest telewizor marki Bush w drewnianej obudowie. W czasie telewizyjnym w domu panuje bezwzględny zakaz używania czarów.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Fintan Farley
Czarodzieje
do you have enough love in your heart to go and get your hands dirty?
Wiek
25
Zawód
przedsiębiorca (diler i złodziej)
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
żebracza
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
8
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
10
15
Brak karty postaci
6 godzin(y) temu
1 kwietnia 1962
Niczym film wyświetlany na wielkim, kinowym ekranie, wrażenie błyskawic przecinających nocne niebo mąciło mu w głowie. Nie, to nie było nocne niebo, to była jego skóra. Wyciągnięte przed siebie dłonie, w których aż buzowało od mocy. Elektryczność biegnąca drogami żył, kumulująca się gdzieś za mostkiem i błyszcząca, błyszcząca tak bardzo, że rozganiał wieczne mroki. A może to wcale nie były mroki, może gromy, które biły z rytmem jego serca i tchnienia tak naprawdę niszczyły wszystko wokół prędzej niż dosięgało tam światło? Niszczycielska potęga zamknięta w jego zaciśniętych palcach, która jednak sprawiała że czuł się tak żywy. Czuł się... dziwnie. Jakby coś chciało mu się wyrwać z piersi.
Nienawidził takich dni. Dłonie, które nie mogą nawet na moment znieruchomieć, które potrzebują zajęcia. Nogi, na których nie może ustać w bezruchu, które cały czas gdzieś go gnają do przodu. Miał wrażenie, że przy każdym mrugnięciu pod powiekami przemykały mu powidoki tego dziwnego snu.
Jako istota bez swojego miejsca na świecie nie potrzebował tego sabotażu, w którym nawet jego ciało zdawało się niedopasowane do żyjącej w nim duszy. W takie dni zawsze potrzebował się czymś zająć, odciągnąć myśli od niewygody własnego istnienia, nadać życiu sens. Dziś jednak wszystko, do czego się zabierał, zdawało się sprzysięgać przeciwko niemu. Próbując pozmywać naczynia, zbił Willow kubek i dwa talerze: nic, czego nie był w stanie naprawić szybkim zaklęciem. Złożenie w całość pobitych ceramik było jednak ostatnim, co zrobił, bo frustracja z plującej przy tym wyładowaniami różdżki zmusiła go do całkowitego porzucenia czekających w zlewie kuchennych utensyliów. Wyszedł, dochodząc do wniosku, że to może poczekać — zmierzy się z konsekwencjami później, czy coś.
Po wyjściu od Weasley wcale nie było lepiej. Do klientów nie miał cierpliwości. Ich twarze, a czasem i przebrzydłe gęby, irytowały go na tyle, że miał dla nich tylko kąśliwe słowa i oferty składane w nieprzyjemnej atmosferze. W końcu z jednym się pobił i z limo pod okiem i rozwaloną wargą Farley przemierzał gniewnie ulice Londynu, kopiąc po drodze śmieci i wbijając sobie paznokcie we wnętrze dłoni na tyle mocno, by go to bolało. Nie przynosiło to jednak ulgi. Prawie odwiedził Frankiego i chłopaków, bo rzeczy, które czasem z nim robili sprawiały, że zapominał o wszystkim innym. Czasem czuł się po tym dobrze, zupełnie jakby nie wstydził się siebie i w jakiś sposób przyznawał do tego, kim jest. Czasem jednak miało to skutek całkowicie odwrotny, a późniejszy nieudolnie hamowany wstyd — bo czemu nie może być normalny chociaż w jednym aspekcie swojego życia — skutecznie wciskał go na powrót w objęcia rzeczywistości. Teraz miał wrażenie, że nie zaznałby ulgi, tylko pogorszył sytuację i może jeszcze powiedział o parę słów za dużo. A zależało mu na pozostaniu z nimi w dobrych stosunkach. Dlatego, tak samo jak wcześniej ewakuował się z mieszkania Willy, tak teraz unikał znalezienia się w przybytku Molly.
Był już późny, trochę podgryzający chłodem wieczór, kiedy Fintanowi coś się przypomniało. Był pierwszy kwietnia, czyli urodziny Daniela. A Fintan właśnie kręcił się po Soho. I z Danielem mieszkała Sandy, która może by trochę posklejała fintanową facjatę, żeby Willow nie zadawała mu później zbyt wielu pytań. Nogi same poniosły go szybkim krokiem na właściwą ulicę i pod właściwy numer. Energicznie zapukał do drzwi i czekał. I czekał. I czekał, jak mu się wydawało przez przynajmniej wieczność. Oparł się czołem o framugę, z myśli zaklinając ich, żeby otworzyli. Chyba, że ich nie ma? Hm. To byłoby niefortunne. Ale chyba sienie obrażą, że wpuściłby się sam i skorzystał z łazienki, nie?
Jak pomyślał, tak zrobił. Wyłowił z wewnętrznej kieszeni płaszcza swój wieloklucz i ostrożnie, pomału wsunął go do dziurki, zaczynając z wyczuciem majstrować nim przy zamku. Pytaniem pozostawało, ile delikatności, cierpliwości i wspomnianego wyczucia było dziś w niezwykle nabuzowanym energią Fintanie?

1 - Wieloklucz grzęźnie w zamku, skutecznie blokując mechanizm
2 - Drzwi pozostają zamknięte, narobiłem rabanu
3 - Drzwi pozostają zamknięte, ale jestem dyskretny
4 - Otwieram zamek, ale bynajmniej nie było to ciche
5 - Jak rasowy włamywacz bezszelestnie otwieram zamek wielokluczem
1x k5 (Próbuję wpuścić się sam do mieszkania):
4
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
15 minut(y) temu
Możemy się teleportować i ryzykować rozszczepieniem. Możemy, ale po co, kiedy alternatywą jest wsiąść do Marlenki, trzasnąć drzwiami, pomknąć po krajowej, a trzy i pół godziny później być już na miejscu. Całym, zdrowym, zadowolonym, a w moim przypadku, również oporządzonym. Sandy funduje mi traktowanie, które sprawia, że już teraz jestem gotów przyznać, że uwielbiam mieć urodziny, a zdmuchując świeczki zażyczę sobie obchodzić je cały miesiąc - naprawdę jest wspaniała. Zabijamy czas słuchając radia, przeskakując kompulsywnie ze stacji na stację, kiedy znudzi nam się piosenka albo spiker zacznie nadawać o zanieczyszczeniach powietrza i ostrzegać przed paleniem w kominkach plastikiem i gumą. Przypomina 1952 rok i Wielki Londyński Smog, ale ani mnie, ani tym bardziej Sandy nie interesuje to ględzenie, więc jesteśmy zdani już tylko na Normana Robinsona i jego gust muzyczny. Później okazuje się, że to jedyny kanał, który łapiemy w trasie.
Zabijamy czas, grając w skojarzenia, wymieniając miasta na “F” i zwierzęta na “M”: kategorie wybieram celowo, ja wygrywam w kategorii geograficznej, ona lepiej zna się na faunie. Tak, robię to dla jej przyjemności, ale mimochodem; nie ucieszyłaby się tak bardzo, gdyby zdawała sobie sprawę, że podkładam sobie nogi i potykam się celowo. Własnemu dziecku nie dałbym wygrać ani wyścigu, ani grzybobrania, ani chińczyka - niedoczekanie, gówniarzu. Dla tej pindzi zaś jestem skłonny oszukiwać w papier-kamień-nożyczki i podmieniać swoje gesty na te przegrywające, jeśli tylko mam dobry humor. Albo kalkuluję na bieżąco, że jej radość pokapie procentem na moje konto. Krótkoterminowa lokata z wysokim ryzykiem i proporcjonalnie wysokim zyskiem; happy wife, happy life, a żeby przekonać się na własnej skórze o prawdziwości tego powiedzonka, nie muszę wcale być żonaty.
W Bath jest słonecznie i uroczo i to, co psuje idealną pocztówkę z krótkiej ucieczki za miasto, to ludzie. Ludzie, którzy perfidnie i złośliwie wpadli na ten sam pomysł co ja i zamiast pooglądać telewizję, wypełzli ze swoich domów, by kultywować tradycję wspólnego odmaczania tyłków, na którą wpadli Rzymianie - z których myśli technicznej aktualnie czerpiemy - a przed nimi na pewno jeszcze jakieś inne, światłe, starożytne ludy. Zupa z Anglików nie może popsuć mi nastroju: nie, kiedy widzę Sandy w kostiumie kąpielowym w kolorze, który dla niej jest baby blue, a dla mnie po prostu niebieski. Chyba się ślinię, a może ktoś tylko mnie ochlapał, muszę ochłonąć, więc zanim ewakuujemy się z łaźni na dobre, korzystam jeszcze z zewnętrznego basenu, tego dla zuchów, którzy naprawdę pływają i nieźle znoszą niskie temperatury. Bądź co bądź mamy dopiero kwiecień.
W domu lądujemy po ósmej, tak zmachani, że idziemy prosto do łóżka - Sandy zahacza jeszcze na chwilę o łazienkę. Nie wiem, czy szykuje się na obiecane wyjście do tancbudy czy może na jutrzejszą szychtę w zakładzie fryzjerskim, ale wraca do mnie we włosach ciasno zwiniętych w papiloty, jutro jej głowa dwukrotnie zwiększy swoją objętość. Słodka.
Na razie mamy co robić - wszystko z listy moich marzeń. Niunia jest tą spełniającą życzenia gwiazdką i pracuje ciężko, by ziszczały się po kolei, jedno za drugim. Zacznę do niej mówić Pani Mówisz-Masz, Pani Chwilo Trwaj, Pani Proszę Nie Przestawaj - ale jak na złość, przestaje.
– Słyszałaś to? – pytam, wstając z wyrka tak gwałtownie, że prawie ją z siebie zrzucam. O tyle (tu masz odległość typu ziarnko ryżu pokazaną na rozsunięciu kciuka i palca wskazującego) jestem od olania piekielnego zgrzytu dochodzącego z korytarza, ale ktoś musi być mężczyzną. A jej cipka przecież mi nie ucieknie. – Lepiej pójdę sprawdzić, co tam się wyprawia – narzucam na siebie ten sam śliski szlafrok w tygrysie pasy, wciągam gacie i na boso wynurzam się z sypialni uzbrojony w różdżkę. Skradam się jak ten kot, a za moimi plecami posuwa się Sandy, odrobinę wolniejsza i odrobinę głośniejsza. Pacnąłbym się w czoło, ale wystarczy nam tego absolutnie niedyskretnych dźwięków. Jej pantofle z futerkiem na małym koreczku wydają z siebie soczyste klap-klap-klap. Obcasik stuka o podłogę, a jej odkryte  pięty mlaszcząco ocierają się o buta. – Ty się dobrze czujesz? Ciszej, no! - musztruję ją szeptem, co rujnuje cały efekt reprymendy, do diaska. Odesłałbym ją co najmniej do pokoju a najchętniej do kąta, ale jak już zawędrowała tak daleko - nie mam siły. – Schowaj się za mną i się nie wychylaj - instruuję ją, bo za cholerę nie wiem, czego się spodziewać. Kasy nikomu nie wiszę - więc nie są to Żydzi, przysłani by w ramach ostrzeżenia odciąć mi uszy. Bo takie próby już były.
– Levicorpus – wychylam się zza węgła i na oślep mierzę różdżką w… Fintana. – Ty – celuję w niego, już nie różdżką, a palcem. – Słyszałeś o czymś takim, jak dzwonek?! – pytam kwaśno, przyglądając się szczylowi. Ktoś mu obił mordę i to zupełnie niedawno. – Co ty tu mi w ogóle… – spoglądam to na chłystka, to na małe, sprytne urządzonko w jego dłoniach, jednocześnie kompletnie ignorując fakt, że nie zdążyłem przewiązać szlafroka, więc stoję przed nim w tak zwanej pełnej gotowości. – Chciałeś nas okraść?! – artykułuję oburzony. I to w moje urodziny! Też ma czelność. No co za smród. – Dalej Farley, masz trzy sekundy, tłumacz się – zarządzam, kładąc dłoń na ramieniu Sandy. – Celuj w łydkę – mała sprytnie zabrała spluwę z szafki nocnej. Da radę pociągnąć za spust? Się okaże. Nie życzę Fintanowi źle, ale jestem ciekawy.
1x k100 (Levicorpus):
3
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 11-01-2026, 22:30 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.