• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Suffolk, Dunwich, Przeklęta Warownia > Stół w jadalni
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
14-03-2026, 20:40

Stół w jadalni
Na środku jadalni stoi masywny, ciemnobrązowy stół wykonany z ciężkiego, starego drewna. Już na pierwszy rzut oka widać, że przetrwał wiele lat - jego blat nosi ślady czasu: drobne zadrapania, przetarcia i nierównomierne odcienie drewna, które nadają mu surowego, autentycznego charakteru. Powierzchnia stołu jest szeroka i solidna, jakby stworzona do długich uczt, spotkań i rozmów przy blasku świec. Blat spoczywa na potężnych, rzeźbionych nogach z grubego, ciosanego drewna. Każda z nich ozdobiona jest głębokimi żłobieniami i ornamentami. Stół otoczony jest wysokimi, drewnianymi krzesłami z rzeźbionymi oparciami, które niemal wtapiają się w jego ciężką, dostojną formę.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Lucinda Macnair
Śmierciożercy
Hope for the best, but prepare for the worst.
Wiek
28
Zawód
łamacz klątw i uroków, poszukiwacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
15
1
OPCM
Transmutacja
30
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
15-03-2026, 14:02
13 maja '62

Dzieci liczą dni z niecierpliwością. Śpieszą się ku przyszłości z nadzieją, że ta przyniesie im więcej. Biegną ku kolejnym dniom, marzą o wielkości, a nocami nie mogą zasnąć, pogrążone w ekscytacji nad tym, co przyniesie kolejny poranek. Czasem doświadczają frustracji, gdy kolejne zakazy i nakazy wypływają z ust dorosłych, bo przecież one już pragną - same. Same o sobie decydować, same kreować swoją przyszłość, robić wszystko, co chcą i kiedy chcą. Tak właśnie postrzegają dorosłość i ku niej tak mkną. Bo przecież dorosły może wszystko. Wstawać z łóżka, o której tylko zapragnie, wracać do domu pod osłoną nocy, a nie przy dźwięku podniesionego głosu zmartwionej matki - albo jeszcze bardziej zmartwionej opiekunki. Dorośli przecież mają pieniądze - choć dziecku każdy galeon wydaje się wystarczająco wielki, by ułożyć za niego całe życie. W dziecięcej naiwności pieniądze muszą przecież rosnąć na drzewach, bo trudno przyjąć do siebie myśl, że dorośli muszą… pracować. Nie, oni mogą podróżować, gdzie tylko zechcą, przyjaźnić się z kim chcą i uczestniczyć w poważnych rozmowach, które dla dzieci brzmią jak coś niezwykle ważnego. To pragnienia małych głów, które tak bardzo śpieszą się, by doświadczać. Dorośli liczą jednak lata inaczej. Czasem z uśmiechem, czasem z nostalgią, a czasem kryją się przed upływem lat, nie chcąc dopuścić do siebie myśli, że wszystkie ich dni na ziemi są policzone.
Znów jako dziecko urodziny traktowała raczej jak nieprzyjemny obowiązek. Znaczyły niewiele więcej niż kolejną okazję do rodzinnych konszachtów. Były dniem wyjątkowym tylko dlatego, że wszyscy powtarzali, że taki właśnie jest. Z czasem zrozumiała jednak, że to tylko umowna granica pomiędzy zmieniającymi się dniami. Przypomnienie, że czas naprawdę nie stoi w miejscu, że z każdym dniem coś się zmienia - jakby przez pozostałe trzysta sześćdziesiąt cztery dni nie robił dokładnie tego samego. Dorosłość dała jej jednak przyzwolenie, by zacząć się tym cieszyć. By w tym jednym dniu móc otoczyć się ludźmi, którzy życzyli jej tylko dobrze. By sama mogła zdecydować, czy stół uginać się będzie od słodkości, czy toast wznoszony będzie kieliszkiem wina; czy muzyka porwie ich ciała do tańca, czy może do rana przyjdzie im po prostu pogrążyć się w zabawie w gargulki. Nie istniały ograniczenia, a jedynie pragnienia, którym mogła ulec, jeśli tylko tego chciała.
I tak dziś mogli zgromadzić się przy jednym stole. Elegancki obrus otulał stare drewno, a ciężkie, zdobione świeczniki ustawione wzdłuż całej jego długości rzucały na ściany ciepłe, przytłumione światło. Wielkie patery pełne parujących potraw kusiły zapachem, mieszając w powietrzu aromat świeżo przygotowanego mięsa, przypraw i słodkich dodatków. W kieliszkach cicho musował szampan, gotowy, by za chwilę wznieść nim pierwszy toast. Rozmowy jeszcze nie zdążyły wypełnić pomieszczenia na dobre, ale wiedziała, że za moment wieczór zacznie żyć własnym życiem i to całkowicie bez jej ingerencji. Nawet jej ubiór zdradzał, że była to dla niej chwila szczególna. Dopasowana, wieczorowa kreacja układała się na sylwetce z elegancją, ale to drobne detale - starannie upięte włosy czy biżuteria - dopełniały obrazu.
Skłamałaby jednak mówiąc, że w tym wszystkim prócz ekscytacji nie ogarnia jej jeszcze pewnego rodzaju niepokój. Choć wszyscy zgromadzeni przy stole ludzie - ci znani i ci całkowicie obcy - przyszli tu w jednym i tym samym celu, odnosiła wrażenie, że niektóre towarzystwa są sobie całkowicie obce, a niektóre przypominać mogą rzuconą w popłochu bombardę. Wyczekiwała wybuchu, tylko nie wiedziała kiedy ten nastąpi.
Nigdy nie odnajdywała się w sytuacjach, gdy uwaga skupiona była tylko na niej. Nigdy nie pragnęła brylować w towarzystwie, nie miała w sobie tej iskry, która przyciągałaby wzrok każdej osoby przy stole. Wręcz przeciwnie. Wolała się skrywać, skradać - nie bez kozery swoje zajęcie ułożyła właśnie pod te konkretne cechy. A więc obserwowała. Spoglądała na zgromadzonych przy stole gości, wiedząc, że są tu dla niej i czuła swego rodzaju wdzięczność. Bo jej życie zmieniło się na tak wielu płaszczyznach, że czasem mogłaby wręcz pomyśleć, iż jest to już całkowicie nowe i całkowicie inne życie.
Uśmiech zdobił jej twarz, gdy z ust wypłynęły pełne wdzięczności słowa. - Naprawdę bardzo się cieszę, że ten wieczór pragniecie spędzić razem ze mną. Pamiętajcie jednak, że kobiet o wiek pytać nie należy i zauważę, jeśli przyjdzie wam liczyć świeczki na torcie - rzuciła w żartobliwej kąśliwości, choć przecież sama w posyłanych zaproszeniach zdradziła się ze swoim wiekiem. Nie był to jednak dla niej temat tabu. - Liczę, że jedzenie przypadnie wam do gustu, alkoholu w kieliszkach nam nie zabraknie, a ten wieczór sprzyjać będzie nowym i starym znajomościom - dodała jeszcze, wciąż z szerokim uśmiechem na ustach.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Rodric Carrow
Śmierciożercy
Wiek
28
Zawód
Służby Administracyjne Wizengamotu
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
10
17
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
3
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
3
Brak karty postaci
20-03-2026, 15:20
Drugi weekend maja okazał się wyjątkowo gorący, albo kołnierzyk koszuli wpijał mi się w szyję z nietypową upartością powodując jakąś puchnące wrażenie wzbierającej temperatury. Coś na pewno było na rzeczy, bo chociaż byłem tu na własne życzenie, z każdym kolejnym łykiem aperitif smakował mi bardziej gorzko.
Swoją obecność potwierdziłem niedawno, bo równo dwadzieścia godzin temu. Powód był jeden, ale jakże ważny.  Musiałem mieć pewność, czy mam potwierdzać jedynie siebie czy również Leopoldine Flint, a przecież ona dowiedziała się o tym wydarzeniu dopiero wczoraj. Może byłoby roztropniej uprzedzić ją, a nie zadawać pytanie znienacka podczas niewinnej przechadzki po londyńskim parku. Musiała być chyba pod wielkim moim wrażeniem, skoro zgodziła się bez większych oporów. Może też być tak, że zignorowałem znów jej wszystkie sygnały, które machały flagami i błyskały czerwonym światłem, dając mi sygnał, że Flintówna nie chce być dziś moim plus jeden, wszak mam skłonność do tego, by ignorować jej subtelne sygnały. Dociera do mnie zazwyczaj jedynie to, co mówi mi bez ogródek jak wtedy w windzie. Swoją drogą, wciąż nie wiedziałem co skłoniło ją do zmiany zdania na mój temat. A jednak stała obok mnie teraz i trzymała w ręku szklaneczkę z Aperitifem. - Przyszliśmy za wcześnie - mówię jej w sekrecie na tyle cicho, by usłyszała to tylko ona. Chociaż musiała sama to wyczuwać, bo zamiast błyszczeć jako lekko i modnie spóźniona para ze szczytów śmietanki, staliśmy jak te meble, czekając na wszystkich innych. Co za tym szło, przyszło nam dość długo rozmawiać z Lucindą oraz jej mężem. Leopold twierdził, że Macnair jest nic niewartym nowobogackim pomiotem, który zmusił Lucy do mezaliansu. Ciekaw byłem, co też ten pomiot ma ciekawego do powiedzenia. A na pewno miał wiele, skoro był politykiem. W rozmowie byłem jednak powściągliwy, odsłaniając przed przyszłą żoną kolejną kartę mojej osoby, mianowicie to, że nie jestem specjalnie towarzyskim jegomościem. Umoczyłem usta w drinku, szukając spojrzeniem ponad głowami, jakiegoś miejsca w którym mógłbym zaczerpnąc więcej powietrza.
Wkrótce mieliśmy już komplet gości, cieszył mnie widok większości z nich, drugiej połowy zupełnie nie kojarzyłem. Kiedy w końcu przeszliśmy do jadalni, co oznaczało, że to tyle jeżeli chodzi o spędzenie wieczoru z Lepoldine. Z rozczarowaniem odkryłem, że dziś zdążyłem jedynie dowiedzieć się o niej tyle, że musiała zrezygnować z dzisiejszego występu, by tu być.
Może to jednak nie  był tak świetny pomysł, jak mi się wydawało.
Usiadłem, wpierw sadzając obok siebie Iris Nott, którą znałem może równie długo co jej starszego brata. Przysuwając jej krzesło do stołu nie omieszkałem pochylić sie i powiedzieć jej do ucha: - Znam Twój sekret lady Nott - co na pewno wywołało w niej jakieś emocje, natomiast niestety nie miała szansy zająć mojej uwagi odrazu, bo nagle obok mnie pojawiła się Anastasiya Trubetskoya i długo po tym, kiedy odsunałem jej krzesło,, głowa moja nie mogła odwrócić się od podziwiania blond piękności, która siedziała po mej prawicy. Czułem jakby jakaś nieziemska energia podpowiadała mi, bym patrzył dziś tylko na nią. Przełknąłem kęs jedzenia i popiłem winem, wznosząc toast zaproponowany przez Lucindę i wtedy zobaczyłem, że Leopoldine siedzi naprzeciwko mnie. No dobrze, może jednak to nie był taki zły pomysł, żeby tu przyjść.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Augustus Rookwood
Śmierciożercy
paint me as a villain
Wiek
32
Zawód
właściciel pubu, przestępca, oszust
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
5
16
OPCM
Transmutacja
7
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
15
10
Brak karty postaci
20-03-2026, 23:06
Nadarzała się doskonała wręcz okazja.
Sposobność ku temu, aby sprawdzić, czy Anastasiya Trubetskoy potrafiła właściwie zachować się w towarzystwie i będzie godnie prezentować się u jego boku. Nie chodziło jedynie o to, aby wyglądała ładnie. W to nie miał wątpliwości. Obojętnie co by nie założyła, nawet brudny worek na kartofle, a byłaby najbardziej olśniewającą czarownicą w każdej komnacie - choć z grzeczności powiedziałby, że jest nią naturalnie gwiazda zbliżającej się imprezy: solenizantka. Przez minione pięć lat zdążył się jednak przekonać, że silne emocje (niekiedy z byle powodu) doprowadzały jej rosyjską krew do wrzenia, a półwili temperament bywał więcej niż ognisty. A mimo upływu tego czasu - z jego winy - nie mieli jeszcze sposobności ku temu, aby zadebiutować razem w towarzystwie i to nie byle jakim towarzystwie, a na kolacji u Namiestnika Suffolk i jego małżonki, wywodzącej się z magicznej elity Wielkiej Brytanii. O zbliżających się urodzinach pani Macnair słyszał już wcześniej kilkakrotnie, lecz dopiero w ciągu minionych dwóch tygodni podjął decyzję, że będzie towarzyszyć mu Anastasiya; odkąd na jej palcu zalśnił zaręczynowy pierścionek, to nie wyobrażał sobie tego inaczej.
A może powinien to jeszcze przemyśleć.
- Zamierzasz wyjść tak ubrana? - spytał ostro, z powątpiewaniem, przekraczając próg jej londyńskiego mieszkania, które miała lada chwila opuścić. On sam miał na sobie czarną szatę wyjściową z dobrej jakości wełny i szmaragdową koszulę, a dłuższe włosy zaczesał do tyłu. O poranku odpowiednim zaklęciem skrócił zarost, aby nie prezentować się niechlujnie. - Przebierz się - zażądał. Nie prosił i nie przyjmował do wiadomości odmowy. Odkryte plecy pieściły jego oczy i to powinien być widok zarezerwowany wyłącznie dla niego. - Przypominam ci, ze to kolacja u namiestnika - rzekł surowo, rozsiadając się w fotelu, skąd nie miał zamiaru się ruszyć, dopóki półwila nie nałoży na siebie czegoś bardziej stosownego. Nie chciał przedstawiać jej towarzystwu, kiedy wciągnęła na siebie coś, co równie dobrze mogłaby nosić lampucera polująca na bogatego frajera. Niecierpliwie spoglądał na zegarek, ciesząc się, że Charliego nie było już w pobliżu. Wciąż miewał... trudności z wykrzesaniem z siebie szczerego entuzjazmu w towarzystwie dziecka, nie wiedząc od czego powinien zacząć, aby... Nawiązać z nim relację. Jakkolwiek to brzmiało. Nie odrywał od Nastyi wzroku, a kiedy przebierała się, zaczął rozważać, czy nie warto byłoby się spóźnić w imię kilku chwil przyjemności... Z trudem odtrącił od siebie te myśli.
Przymknął powieki i myślał o gumochłonach, aby pożądanie nie przejęło władzy nad jego myślami, a kiedy wreszcie była gotowa - zerwał się z miejsca jak oparzony, łapiąc ją za łokieć, zanim jeszcze wyruszyli w drogę.
- I nie mów do mnie inaczej niż po imieniu - przypomniał jej z lekkim westchnieniem. Naprawdę zależało mu na tym, aby wywrzeć na innych dobre wrażenie. Chociaż istniała szansa, że mężczyźni i tak nie zwrócą uwagi na nic innego, poza jej olśniewającą urodą. Lucinda może mu to przebaczy.
Niespełna kilkanaście minut później, dzięki teleportacji, zmaterializowali się z cichym trzaskiem u bram Przeklętej Warowni; Augustus podał Nastyi ramię i poprowadził ją drogą wiodącą ku drzwiom wejściowym, a później, kiedy znaleźli się w środku i poinformowano go, że przyjęcie odbyć ma się w sali jadalnej - właśnie tam. Nie mógł powiedzieć, że znał to miejsce jak własną kieszeń, lecz był gościem Drew nie raz i nie dwa.
- Lucindo, moja droga, wyglądasz przepięknie. Czyżbyś kończyła dziś dwadzieścia lat? Nie dałbym ci więcej - zwrócił się do pani domu jako pierwszej, wręczając jej prezent; obwiązaną czerwoną wstążką drewnianą szkatułkę, która kryła w sobie starą księgę traktującą o klątwach pochodzących z odległej Ameryki Południowej (wcale nie łatwo było ją zdobyć) i srebrną bransoletkę będącą wyborem Anastasiyi, znacznie lepiej od niego orientującej się w kobiecych gustach. Zaraz później uścisnął rękę Drew, obdarzając go znaczącym uśmiechem; powiódł spojrzeniem po zebranych już gościach, a prawą ręką objął sylwetkę półwili, przyciągając ją bliżej siebie. - Augustus Rookwood - przedstawił się tym, których twarze były mu obce. - Pozwólcie proszę - zwrócił się do wszystkich - że przedstawię wam moją narzeczoną, Anastasiyę Trubetskoy - wyrzekł z dumą, spoglądając na jej twarz z uśmiechem tak szerokim, jakby był w niej szaleńczo zakochany i absolutnie nią zachwycony - a to drugie było najszczerszą prawdą.
Na jedną chwilę pogrążył się w krótkiej rozmowie z Drew, a jakiś obcy mężczyzna już zdążył nadskakiwać jego pólwili, odsuwając jej krzesło. Nie miał własnej partnerki? Rookwood obdarzył (Rodrica) zirytowanym spojrzeniem, podchodząc do nich bez zbędnej zwłoki, aby zająć miejsce obok Nastyi. Nie wyrzekł jednak ani słowa, zwracając spojrzenie ku Lucindzie, a jego wargi znów wygięły się w uśmiechu.
- Twoje zdrowie, Lucindo - podjął Augustus, kiedy uniosły się kieliszki. Elegancko zastawiony stół prezentował się więcej niż dobrze. Jedzenie pachniało wyśmienicie, a on poczuł lekki skurcz w żołądku, przypominający, że ze względu na tę okazję pominął obiad. Dyskretnie powiódł spojrzeniem po zebranych przy stole, ciekaw tego, kto tego wieczoru został zaproszony do wspólnego świętowania, choć wzrok sam uciekał ku pólwili obok niego raz po raz.
Wygramy, a jak nie, to przynajmniej rozwalimy kilka łbów
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Iris Nott
Czarodzieje
jesienne róże, róże smutne herbaciane; jesienne róże są jak usta twe kochane
Wiek
25
Zawód
historyk; badacz starożytnych run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
3
Siła
Wyt.
Szybkość
5
12
6
Brak karty postaci
21-03-2026, 12:49
Majowe powietrze miało w sobie coś zdradliwego - miękkość, która obiecywała ukojenie, a zamiast tego osiadała ciężarem na skórze i myślach. Uchylone okno wpuszczało do środka ledwie wyczuwalny ruch powietrza, lecz nie przynosiło ulgi. Zasłony poruszały się powoli, niemal ospale, jakby sam dom oddychał w rytmie, który nie miał nic wspólnego z jej własnym.
Stała przed lustrem dłużej, niż było to konieczne. Nie poprawiała już niczego - nie włosów, nie linii sukni, nie biżuterii. Patrzyła.
Wybrała suknię w kolorze butelkowej zieleni. Była odpowiednia. Góra opinająca sylwetkę nadawała jej ostrości, niemal surowości, której oczekiwano od nazwiska, jakie nosiła. Narzutka o wyraźnie zarysowanych ramionach porządkowała sylwetkę w coś niemal architektonicznego. A jednak tiulowy dół łagodził tę formę, przypominając, że wciąż była młoda.
Włosy upięła nisko, starannie, bez wysiłku widocznego na pierwszy rzut oka. Srebrne, długie kolczyki poruszały się przy każdym, nawet najmniejszym ruchu głowy, łapiąc światło świec i zatrzymując je na moment.
Wszystko było zgodne. A jednak nic nie było na swoim miejscu. Patrząc na własne odbicie, miała wrażenie, że widzi kompozycję złożoną z elementów, które kiedyś do siebie należały - lecz teraz zostały zestawione na nowo, w sposób niemal niezauważalnie obcy.
Poprzedni dzień nie pozwalał o sobie zapomnieć.
Leopold Flint.
Imię powracało, uporczywe, choć jeszcze nieoswojone. Spotkanie było dokładnie takie, jakim powinno być - uprzejme, wyważone, pozbawione uchybień. Nie dał jej powodu do sprzeciwu. Nie pozostawił przestrzeni na odmowę. Był uważny, wystarczająco inteligentny, wystarczająco spokojny. Wszystko się zgadzało. I właśnie to było najtrudniejsze. Bo nie miała się czego uchwycić, by powiedzieć nie - a przecież całe jej wnętrze zdawało się cicho, uparcie temu sprzeciwiać.
Wyrwana z sideł uporczywych myśli zerknęła na stolik, na którym spoczywał list Lucindy. Zaproszenie, zapisane w tonie, który próbował przywrócić coś, co dawno wymknęło się między nimi. Nie traćmy go. Czasu. Bliskości. Możliwości. Jakby to jeszcze zależało od nich.
Zamknęła oczy tylko na moment, pozwalając, by ciemność przysłoniła obraz lustrzanego odbicia.
Nie pomogło.
Dlatego wyszła, zanim zdążyła wsiąknąć w te myśli.
Korytarze Corfe Castle emanowały znajomym chłodem i uporządkowaną ciszą. W drodze do wyjścia napotkała brata - jego obecność była jedyną rzeczą, która nie wymagała od niej kontroli.
Przeklęta Warownia wyłoniła się przed nimi ciężka i nieporuszona, jakby od lat trwała w tej samej formie, odporna na czas i wszystko, co próbowało się w nim zmieniać. Kamień pochłaniał światło, a powietrze wokół zdawało się gęstsze. Wnętrze przyjęło ich ciepłem świec i półgłosem rozmów, które dopiero zaczynały nabierać kształtu. Niemal od razu poczuła przyjemną mieszankę zapachów - potraw i wina.
Gdy weszli do jadalni, Iris pozwoliła, by jej spojrzenie przesunęło się po zgromadzonych twarzach. Nie zatrzymywała się na żadnej zbyt długo, a jednak widziała wszystko. Układy. Powiązania. Oczekiwania, które istniały niezależnie od niej - a mimo to zawsze prowadziły do niej. Lucinda sprawiała wrażenie naturalnie poruszającej się w roli gospodyni, co - z nieudawanym zadowoleniem - Iris przyznała, że jej pasuje. Odwzajemniła uśmiech w kierunku kuzynki, podziwiając jej kreację i to, jak wszystko ze sobą idealnie współgrało. Ewidentnie była gwiazdą tego wieczoru, a Nott miała nadzieję, że faktycznie czuła się dziś wyjątkowo.
Przez krótką chwilę wydawało jej się, że wieczór może upłynąć w miłej atmosferze - że zdoła odciągnąć myśli od zaręczyn, wścibskich spojrzeń i rozmów nakierunkowanych wobec tego, że niebawem miała zostać żoną - jakby w związku z tym miała zatracić siebie.
Wszystko zmieniło się, gdy podeszła do jednego z krzeseł, by położyć na nim swoją torebkę. Gdy Rodric Carrow pochylił się ku niej.
Znam Twój sekret, lady Nott.
Nie poruszyła się. To była pierwsza myśl, którą przekuła w decyzję - natychmiastowa, niemal instynktowna. Ciało pozostało spokojne. Dłoń nie drgnęła. Oddech nie zmienił rytmu. Wszystko, co mogłoby zostać zauważone, pozostało nienaruszone. Tylko myśl zatrzymała się na chwilę - sekret. Nie wiedziała, czy blefował. Nie wiedziała, czy wiedział. Ale wiedziała, że nie może pozwolić mu dać dostrzec, że wywarł na niej jakiekolwiek wrażenie.
Powoli uniosła spojrzenie. Zatrzymała je na nim tylko na moment a kącik jej ust powędrował do góry. Spojrzeniem jasnych tęczówek powiodła w stronę kobiety (Leopoldine), która zajęła miejsce po drugiej stronie stołu - mogłaby przysiąc, że doszukała się w jej twarzy podobieństw do mężczyzny, który został jej przeznaczony na męża. Albo wzrok ją zawodził i umysł płatał figle. Wolałaby, żeby tak faktycznie było.
— Nie mogę doczekać się aż zechcesz mi go wyjawić — Błysnęła zębami w uśmiechu i skinęła głową; nie skorzystała z jego dżentelmeńskiego gestu, gdy odsuwał jej krzesło. Odwróciła się w stronę Amodeusa. Poczuła jak krew odpływa z jej twarzy i wiedziała, że brat domyśli się, że coś jest nie tak. Dlatego zamrugała parokrotnie powiekami i odchrząknęła, chwytając brzeg tiulowej spódnicy.
— Okropnie tu duszno — Kłamstwo. Ale mimo to zdecydowała się posłać bratu krótkie spojrzenie. — Chodźmy dać Lucindzie prezent. Jestem okropnie głodna, a nie wypada rzucać się na jedzenie przed oficjalnym powitaniem gospodyni.
Pamięć jest jedyną formą władzy, której naprawdę się boję.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Anastasiya Trubetskoy
Czarodzieje
si tu n'existais pas déjà
je t'inventerais
Wiek
29
Zawód
utrzymanka i matka
Genetyka
Czystość krwi
potomkini wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
16
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
5
15
Siła
Wyt.
Szybkość
10
5
10
Brak karty postaci
24-03-2026, 22:11
W lustrze oglądała samą siebie z nieskrywanym entuzjazmem, błyskając perłą równych zębów, przyciągając uwagę czerwienią pomadki, wreszcie ― niezbyt powściągliwie odkrywając jasne plecy; czarny jedwab o prostej, eleganckiej linii, układał się wytwornie wzdłuż ciała, niemalże jak ta druga skóra, a włosy ― zakręcone w loki opadające na zabudowane ramiona i dekolt ― zdawały się jej niejednoznacznym przedłużeniem.
I tak wydawała się imponującą figurą kontrastów ― zarazem to jasną oraz błyszczącą, zarazem to ciemną, zgoła nawet eteryczną; jednocześnie szczupłą, co miejscami też krągłą, choć nie objawiającą nadal ciąży. Tę ukryła skrzętnie w ciasnym gorsecie, z subtelnym półuśmiechem recytując w myślach jestem kobietą, wodą, ogniem, burzą, perłą na dnie. Bo tak się właśnie czuła, dumnie nosząc w końcu ten prawdziwy pierścionek zaręczynowy, nie atrapę przerobioną z kolczyków w zgodzie z jej iluzją; bo tak się właśnie czuła, oddając małego w zaufane ręce, by móc zrobić się na bóstwo, przypodobać Augustusowi, a przede wszystkim ― zrobić dobre pierwsze wrażenie na jego znajomych i przyjaciołach. Do tej pory nie zwykł jej nikomu przedstawiać, do tej pory utrzymywał ją w jakimś nieznośnym sekrecie, jakby niegodna była zamajaczyć u jego boku; móc to wreszcie zrobić ― z tym szczerze uszczęśliwiającym ją uczuciem, że wreszcie była dlań wystarczająca ― wydawało się największym prezentem od losu, a z nim igrać nie należało.
Nie ukrywała więc niezadowolenia, gdy nakazał się jej przebrać; kapryśność natury podpowiadała wybuch, awanturę, a może i nawet niezłomną kontestację ― ale tej się bynajmniej dziś nie podjęła, jakby oddechowi towarzyszył lęk, że na złość nie zabierze jej ze sobą wcale. Milcząco spojrzała więc nań błagalnym wzrokiem, milcząco liczyła wymusić na nim zmianę zdania, ale to nie przynosiło żadnego skutku; wkrótce więc tkanina spłynęła z ciała, odsłaniając nagi gors, którego odbicie zachłannie podglądał w zwierciadle ― i tymże chociaż miała poprawić sobie humor.
Tym, że jej własny mężczyzna naprawdę uwielbiał na nią patrzeć.
Alternatywna kreacja widniała wiązaniem na plecach, nim pozwoliła więc sobie uwypuklić bodaj wcięcie w talii; czarny krój miękkiego materiału mniej rzucał się w oczy od satyny, ale może tak właśnie należało ubierać się tutaj, w Anglii ― skromnie, elegancko, nieimponująco. Może zaś wymagała tego okoliczność, nie sposób powiedzieć; o jubilatce dowiedziała się nie tak zupełnie wiele, bo Rookwood więcej do powiedzenia miał o jej mężu, swoim wieloletnim przyjacielu. Wierzyła jednak, że obydwoje przyjmą ją w swoich progach z życzliwością, skoro i sam jej narzeczony był tam mile widziany. Zasłyszawszy, że Lucinda też jest blondynką, z zaangażowaniem wybrała dla niej zaś chociaż prezent, kierując się swoim gustem, najsilniej warunkowanym przez wieloletnie życie w Paryżu, potem ― zupełnie dla mężczyzn niezrozumiałą intuicję. Miała głęboką nadzieję, że to wystarczy.
W każdym razie, bądź co bądź, musiało wystarczyć ― bo choć zwyczajowa przebojowość drżała niezmiennie we krwi, mieszając się ze złością, nagle sparaliżował ją jakiś zaskakujący stres, więc najpierw uśmiechała się tylko łagodnie, potem wydukała coś niepewnie w kierunku gospodyni przyjęcia, ściskając jej dłoń w formalnym, choć niewyrażającym wcale dystansu, geście:
― To piękny wieczór, dziękuję, że mogę być jego częścią... I oby każdy kolejny był równie przyjemny. ― A potem już zasiadali przy jadalnianym stole; niespodziewanie krzesło odsunął dla niej po dżentelmeńsku jakiś nieznajomy mężczyzna (Rodric), którego bez skrępowania obdarzyła szerokim, bezgłośnym, wdzięcznym uśmiechem. Ten nie schodził jej właściwie z twarzy, nawet jeśli stres paraliżował ją od środka; wkrótce więc, gdy nadeszła wreszcie chwila toastu, pozwoliła sobie sięgnąć po lampkę z szampanem.
Na rozluźnienie, na odwagę, na przypieczętowanie dostojeństwa tej chwili; pod stołem złapała Augustusa za dłoń, jakby liczyła na dozę pokrzepienia, a przy okazji sygnalizowała, że niezmiennie przy nim czuwa. Tymczasem jednak postanowiła odezwać się do towarzysza z drugiej strony (Rodric), zachowując się wreszcie nieco swobodniej, ale i zgoła kokieteryjnie:
― Dziękuję za uprzejmość... Zawsze jest pan tak opiekuńczy przy stole? ― zagadnęła Carrowa siedzącego obok, by wkrótce dodać konspiracyjnym tonem: ― Jeśli tak, to już chyba zawsze przy podobnych okazjach będę zabiegać o miejsce w pana bezpośrednim sąsiedztwie ― zachichotała cicho, krótko, nim nie dostrzegła na sobie wymownego spojrzenia młodego dziewczęcia (Leopoldine) z naprzeciwka.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Leopoldine Flint
Czarodzieje
if i was the moon, would you still look for the stars?
Wiek
23
Zawód
wschodząca gwiazda baletu
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
13
16
20
Brak karty postaci
25-03-2026, 21:39
Babcia zawsze mówiła, że rolą kobiety było odnajdować się w wywoływanym przez mężczyzn chaosie. Im starsza się stawała, tym bardziej Leopoldine się z nią zgadzała. Bo jak inaczej opisać spadające na nią znienacka zaproszenie do wspólnego udania się na urodziny Lucindy Macnair? Zgodziła się. Oczywiście, że tak, nie stawiała nawet widocznego oporu, a to wszystko w dużej mierze (choć niewyłącznie) dlatego, że była tą propozycją do tego stopnia zaskoczona. Z jednej strony bowiem wszystko w ich znajomości, wciąż jeszcze znajdującej się w powijakach, działo się tak szybko. Z drugiej strony myśl, że chciał spędzić kolejny czas w jej towarzystwie (i to tak szybko!) przyjemnie łechtał ego baletnicy. Z jeszcze innej - nie miała pojęcia, kim tak naprawdę była Lucinda Macnair: cały skandal z jej zamążpójściem poniżej stanu urodzenia ominął przebywającą za granicą Leopoldine, wcześniej nie miały nawet najmniejszej przestrzeni na kontakt, a o tym, że kiedyś poważna obietnica łączyła ją z Rodricem panna Flint dowiedziała się dopiero na kilka chwil przed pojawieniem się w Przeklętej Warowni. Odwrotu zatem nie było. Pozostał tylko chłód szklaneczki z aperitifem, którą wspaniałomyślnie podarował jej Carrow, pełzająca pod skórą mieszanka idealnie kobiecych emocji - niepewności, wyczekiwania, zazdrości i złości - oraz za mało czasu, aby jednak dyskretnie teleportować się do Tir Eilean.
Uśmiechnęła się więc, wcale nie zajadliwie, wcale nie jadowicie (odbierane codziennie lekcje aktorstwa i etykieta, z którą zapoznawana była odkąd tylko pamiętała przynosiły widoczne efekty), na uwagę Rodrica o tym, że przybyli za wcześnie. Silna wola, która pozwalała jej przesuwać granice wytrzymałości ciała, dziś została wystawiona na zupełnie inną próbę. Trzymanie języka za zębami, aby nie odpowiedzieć pytaniem prostym, ale celnym:
A czyja to wina, panie Carrow?
Na szczęście dla niej, dla niego i dla solenizantki z mężem, pytanie nie wybrzmiało. Zamiast tego, chwilę przed pojawieniem się tych ostatnich, poprawiła jeszcze ułożenie długich, plisowanych rękawów o luźnym kroju i barwie jasnego lila. Rzadko wybierała kolory wychodzące poza jej stereotypowo baletową paletę. Ale skoro okazja była odpowiednia, chciała nie tylko czuć się dobrze - a przede wszystkim i w ten sposób oddać należny świętującej urodziny szacunek.
- Bardzo się cieszę, że mamy przyjemność się poznać, w dodatku w tak szczególnym dla was dniu - zaczęła, wręczając w dłonie Lucindy niewielkie pudełeczko ze skromnym, przynajmniej w oczach Leopoldine, prezentem. Para prostych, praktycznych (bo krótkich!) kolczyków w złotej oprawce. Coś, co nie zwracało dużej uwagi, jeżeli nosiło się je z opuszczonymi włosami, pozostawały po prostu niezauważone - wyszła bowiem z założenia, że biżuteria była bezpiecznym wyborem dla kobiety, a taka, która nie ociekała na pierwszy rzut oka bogactwem nie musiała otworzyć potencjalnych ran związanych z utratą wcześniejszego dostępu do fortuny rodziny. Ile właściwie mógł zarabiać taki zasiadający w Izbie Gmin polityk? Właściwie nigdy się nad tym nie zastanawiała. Rodric był zbyt dobrze wychowany, by pytać. Zresztą, był również zbyt powściągliwy w rozmowie, aby to zrobić. Cóż, do portfela zaglądać się nie powinno, więc zapewne kwestia finansów Macnairów pozostanie jej niewiadoma już na zawsze.
Gdy Rodric wybrał się zająć miejsce naprzeciwko niej, po drugiej stronie stołu, poczuła się... Dziwnie samotna. To nie fakt, że była w nowym miejscu działał na nią aż do tego stopnia, nigdy nie miała problemów z wchodzeniem w nowe role, z poznawaniem ludzi, brylowaniem w towarzystwie. Męczyło ją to, owszem, później potrzebowała długiego czasu samotnej rekonwalescencji, ale nagły brak stoickiej wręcz, wysokiej figury przy jej boku odczuła dość znacząco i z wyraźnie malującym się w jej duszy niezadowoleniem. Nie mogła być jednak zła - tak nakazywał obyczaj. Choć zjawili się na przyjęciu wspólnie, nie byli jeszcze małżeństwem. Musieli więc zasiadać naprzeciw, a nie obok siebie. Z drugiej strony czuła kolejną falę irytacji na Rodrica. Zaprosił ją w nieznane jej miejsce i decydował się postępować zgodnie ze zwyczajem (!) pozostawiając ją samą sobie.
... Niezupełnie, bowiem zasiadając przy stole, skorzystała z kurtuazji jednego z dżentelmenów, którzy zajęli miejsce obok. Ba, zajęłaby się rozmową z nimi jak najprędzej, gdyby nie zachowanie Rodrica. Nie spuszczała z niego spojrzenia, gdy szeptał coś do ucha ciemnowłosej, eleganckiej damy niewiele starszej od samej Leopoldine. Co mogło ich łączyć? Czy wypadało tak szeptać w towarzystwie? Ale dopiero pojawienie się blondwłosej piękności sprawiło, że baletnica wstrzymała na chwilę oddech, a jej silna wola znów została wystawiona na wielką próbę. Uśmiech. Jak najbardziej naturalny. Radosny i może lekko tylko nieśmiały. 
Ależ była głupia. Przecież do tej pory Rodric Carrow dawał jej więcej powodów do złości i irytacji niż do uśmiechu. Dlaczego więc w ogóle przejmowała się tym, z kim rozmawiał, o czym i jak długo? Niech folguje sobie do woli! Jeżeli przyprowadził ją tutaj tylko po to, aby upokorzyć przez uwielbienie innej, czcze nadzieje! Nie złamie się, nie da mu powodu do satysfakcji. Ba, zaierzała bawić się tego wieczora do sko na le, z nim lub bez. Dlatego gdy siedzący obok nieznajomej piękności mężczyzna (Augustus) rozpoczął toast, uniosła kieliszek z szampanem, spojrzeniem szukając solenizantki.
Twoje zdrowie, Lucindo Macnair.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Amodeus Nott
Czarodzieje
well fed devils behave better than famished saints
Wiek
32
Zawód
Łamacz klątw; badacz run i artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
22
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
9
8
Brak karty postaci
26-03-2026, 20:08
Szklanka okupowała konsolę w korytarzu, jakby w te kilkanaście minut zdążyła wrosnąć w ciemne drewno i przejąć nad nim cichą kontrolę. Amodeus sięgnął po nią bez cienia pośpiechu — ruchem oszczędnym, niemal niechętnym nadmiarowi, jakby nawet w tak drobnym geście nie widział potrzeby ujawniania czegokolwiek ponad absolutne minimum.
Gdy uniósł szkło, po drugiej stronie korytarza lustro przechwyciło jego sylwetkę z bezwzględną uczciwością. Ciemna koszula układała się gładko na ramionach, przecięta linią dopasowanej kamizelki, która podkreślała szczupłość sylwetki bez cienia przesady. Spodnie, równie ciemne, opadały prosto, bez załamań, jakby materiał sam wiedział, gdzie kończy się ruch, a zaczyna bezruch. Włosy pozostawały w lekkim nieładzie, jak po niedbałym geście dłoni, a spojrzenie — uchwycone w odbiciu — nosiło w sobie ślad zmęczenia, który nie tyle osłabiał, co raczej wygładzał ostrość jego rysów.
Odstawił szklankę, zanim zdążył opróżnić ją do końca i powiódł wzrokiem w kierunku nadchodzących kroków — miał szczerą nadzieję, że nie pomylił ich z żadnym innym domownikiem, którego twarzy nie miał ochoty teraz oglądać.
Gdy weszła w zasięg wzroku, podniósł się z fotela.
Przesunął po niej spojrzeniem pozbawionym ostentacji, lecz z uwagą, która nie pomijała niczego. Suknia w kolorze głębokiej zieleni podkreślała urodę Iris, prowadząc wzrok dokładnie tam, gdzie powinna — fakt, który odnotował bez przyjemności,.
A jednak jego uwaga nie zatrzymała się na materiale.
Zakotwiczyła wyżej.
Na jej twarzy, która zamiast naturalnej lekkości, jaką zwykle przywdziewała w podobnych okolicznościach, nosiła w sobie spokój zbyt gładki, zbyt dopracowany, by był prawdziwy.
Wczorajsze spotkanie z Flintem nie pozostawało bez śladu.
— Gotowa? — zapytał, nie oczekując odpowiedzi.
Nie był to moment na rozbieranie myśli na części. Nie teraz.
Teleportacja przecięła przestrzeń krótkim napięciem, ułamkiem sekundy zawieszenia i nagłym powrotem ciężaru pod stopami.
Przeklęta Warownia przyjęła ich ciepłem świec i cichym, rozproszonym gwarem rozmów, który unosił się pod sklepieniem jak coś niemal naturalnego. Światło załamywało się nieśmiało na powierzchniach blacie stołu, krawędziach kieliszków, fragmentach twarzy, zostawiając resztę w półcieniu.Zapach jedzenia był wyraźny, lecz nie przytłaczający — mięso, przyprawy, coś słodkiego w tle, wszystko zmieszane z alkoholem, który zdążył już zostać rozlany do kieliszków.
Objął salę spojrzeniem w jednym, płynnym ruchu, który nie zdradzał wysiłku, a jednak nie pomijał niczego.
Twarze układały się w znajome i obce konfiguracje, dystanse między ludźmi zdradzały więcej niż ich słowa, spojrzenia przecinały się i cofały — niektóre zbyt szybko, inne przeciągnięte o ułamek sekundy za długo. Jedni udawali, że nie widzą. Inni liczyli na to, że zostaną zauważeni.
Chętnie podparłby tę obserwację kieliszkiem czegoś mocniejszego, lecz zanim pozwolił sobie na tę przyjemność, powinien był odnaleźć gospodynię wieczoru. Kiedy w końcu wyłapał ją wśród zebranych, już miał ruszyć w jej kierunku, gdy ruch po lewej stronie zatrzymał jego uwagę na dłużej.
Rodric Carrow.
Nachylony zbyt blisko Iris. Z tą charakterystyczną dla siebie swobodą, która nie wynikała z uprzejmości, lecz z utrwalonego nawyku przekraczania granic, które nigdy nie należały do niego.
Spojrzenie Amodeusa stężało, przybierając ostrzejszy kontur. Nie było w nim jednak zaskoczenia — raczej znużenie, podszyte czymś znacznie starszym niż ta konkretna chwila. Wieczór nie zdążył się jeszcze na dobre rozpocząć, a Carrow już zachowywał się tak, jakby należał w całości do niego.
Podszedł bliżej, stając obok Iris w sposób, który nie pozostawiał zbyt wiele pola do manewru dla niespełnionych adoratorów, skutecznie zamykając przestrzeń, którą Carrow zdążył sobie przywłaszczyć. Tamten jednak zdawał się już być gdzie indziej. Jego uwaga przesunęła się ku blondwłosej kobiecie, (Anastasiya) której uroda przyciągała spojrzenia z łatwością, jakiej nie trzeba było się uczyć — ku wyraźnej irytacji mężczyzny  (Augustus) stojącego nieco dalej.
Myśl, że ktoś w końcu mógłby przywrócić Carrowowi właściwe proporcje, przemknęła przez umysł Amodeusa z niemal obojętną satysfakcją, lecz odłożył ją na później — być może na moment, w którym kilka kieliszków zdejmie z innych potrzebę zachowywania pozorów.
— To nie duchota — powiedział cicho. — To brak manier.
Kącik jego ust drgnął niemal niedostrzegalnie, gdy podał Iris ramię, gestem naturalnym, pozbawionym teatralności.
— Masz racje, nie każmy jej czekać.
Ruszyli razem w kierunku solenizantki, zatrzymując się przed gospodarzami dopiero wtedy, gdy dystans przestał być formalny. Spojrzenie Amodeusa zatrzymało się na Lucindzie na moment dłużej, by uchwycić to, co zmieniło się od ich ostatniego spotkania.
— Mam wrażenie, że czas działa jedynie na Twoją korzyść — powiedział spokojnie. — To zaczyna robić się podejrzane.
Nachylił się, muskając jej policzek w krótkim, pewnym geście, który nie potrzebował większej oprawy. Potem odsunął się o pół kroku i podał dłoń Drew, ściskając ją z wyczuwalną, lecz nieprzesadną stanowczością.
— Dobrze Cię w końcu widzieć.
Zatrzymał się jeszcze na ułamek chwili, jakby naprawdę chciał ich zobaczyć, a nie tylko odnotować obecność, po czym sięgnął do wnętrza marynarki i wyciągnął z niego niewielkie pudełeczko, obwiązana zieloną wstążką.
— Uznaliśmy z Iris, że nazwisko zobowiązuje — przerwał na moment, a kącik jego ust drgnął — a praktyczne prezenty bywają bardziej lojalne wobec czasu.
Podał jej opakowanie — niewielkie, eleganckie, pozbawione ostentacji.
— Wszystkiego najlepszego, Lucindo.
W środku spoczywała płynna mapa, zamknięta w przezroczystym flakonie z cienkiego, a jednak wyjątkowo odpornego szkła. Przy każdym poruszeniu jej powierzchnia ożywała — linie rozsuwały się i układały na nowo, a punkty pojawiały się i gasły, jakby przestrzeń sama szukała właściwego kształtu pod spojrzeniem właściciela.
Po wymianie uprzejmości, odwrócił się w kierunku stołu, prowadząc Iris ze sobą.
Odsunął dla niej krzesło bez słowa, pozwalając, by zajęła miejsce, po czym sam usiadł obok. Drewno odezwało się cicho pod ciężarem, jakby przypominało, że każda obecność zostawia po sobie ślad.
Gdy uniesiono kieliszki, sięgnął po swój. Szkło było chłodne, stabilne, pewne w dłoni.
— Za Lucindę — powiedział, unosząc kieliszek w górę.
Znajomy smak rozlał się po języku i opadł niżej, porządkując napięcie w ciele. Kryształ odbijał światło świec, rozbijając je na drobne refleksy drgające na powierzchni stołu. Gwar rozmów rozlał się miękko po sali, przetykany cichym stukiem sztućców i szelestem materiału przy poruszanych krzesłach. Amodeus przesunął spojrzeniem po liniach sylwetek, zatrzymując je na ułamek sekundy nakobiecie  (Leopoldine) siedzącej naprzeciw Carrowa. Jej twarz wydała mu się znajoma, lecz w zakamarkach pamięci nie potrafił znaleźć dla niej miejsca. Nie zatrzymując się przy tym dłużej, pozwolił tej myśli opaść.
Zamiast tego przekierował swą uwagę w stronę siostry.
— Jak się czujesz, wszystko w porządku? — Zapytał ciszej, zatrzymując na niej swe spojrzenie. — Wczorajsze spotkanie zaprząta ci głowę, czy to Carrow palnął coś nieodpowiedniego?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Mitch Macnair
Śmierciożercy
Wiek
27
Zawód
Architekt i budowniczy
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
8
10
Brak karty postaci
26-03-2026, 20:34
W normalnych warunkach cały by się rwał aby tylko wziąć udział w dzisiejszej uroczystości. Przebywanie w towarzystwie nigdy nie stanowiło dla niego problemu, lubił obcować z ludźmi, nawiązywać nowe znajomości, a przyjęcie urodzinowe szwagierki było przecież idealną do tego okazją. Od kilku dni jednak coś było nie tak, czuł to w kościach i nie tylko. Zwykle towarzyski, zaczął unikać ludzi, a w ich towarzystwie, kiedy już przyszło mu się z kimś spotykać, czuł się niekomfortowo. Nie widział za bardzo z czego to wynika, ale doskonale zdawał sobie sprawę, że zaczęła się to zaraz po tym kiedy wybudził się z tego dziwnego snu o pajęczynie. I to właśnie przez to wszystko, wieczór, który miał być przyjemny i radosny, jawił mu się jako niewygodny obowiązek, który musi spełnić. Pozytywną stroną tego wszystkiego było to, że wszystko miało odbyć się w domu, więc gdyby coś się działo, w razie czego zawsze może zawinąć się na górę i nikt nawet nie zauważy.
Poranek i większość dnia spędził jednak zamknięty w swojej pracowni. Z początkiem miesiąca zrobił sobie kilka dni wolnego, aby złapać oddech i dać odpocząć zmęczonemu umysłowi, przez co teraz nagromadziło mu się sporo spraw. Projekty stały, chociaż termin ich oddania był jeszcze odległy, to teraz musiał nadrabiać. Zwłaszcza, że wychodził z założenia, że im szybciej się z tym upora, tym szybciej będzie mógł łapać nowe zlecenia. Wywietrzona głowa gromadziła w sobie wiele nowych pomysłów, które szczegółowo zapisane były również w notesie, leżącym teraz obok niego na biurku. Ołówek przesuwał się po pergaminie, kreśląc nowe linie, wyznaczając kolejne granice oraz zapisując wyliczenia potrzebne di tego, aby konstrukcja była jak najbardziej stabilna. Co jakiś czas zerkał na zegarek aby nie daj Merlinie nie spóźnić się na uroczystość. Co prawda daleko nie miał, ale jednak nie wypadało mu wpaść spóźnionym na przyjęcie organizowane pod własnym dachem. Kiedy więc tarcza wskazała, że została mu raptem godzina, zamknął okno w pracowni, po czym odszedł od biurka. Nigdy nic nie składał, nie chował do szuflad, bo lubił wracać następnego dnia do tego samego co zostawił, do tego samego momentu w pracy. Z resztą, rzadko kiedy miewał tu gości, a wszyscy domownicy zdążyli przywyknąć do faktu, że zawsze panował tutaj chaos. Dla nich był to burdel, jak to kiedyś ładnie określił Drew, dla niego było to kontrolowane środowisko.
Wziął szybki prysznic, a potem odpowiednio przystrzygł zarost, aby prezentować się w miarę porządnie. Kiedy nakładał na siebie czarne spodnie i koszulę, z tyłu głowy majaczyła mu dziwna myśl o ucieczce, o wyjściu i powrocie kiedy to wszystko się skończy, ale odgonił ja szybko, wypijając naprędce szklaneczkę ognistej, która stała już przygotowana na komodzie w sypialni. Skórzana opaska jak zwykle widniała na jego prawym nadgarstku, a zegarek na lewym. Włosy pozostawił tak jak zawsze, na całe szczęście był niedawno u fryzjera i prezentował się całkiem całkiem. W końcu, słysząc już gwar rozmów prowadzonych na dole, chwycił małe pudełeczko, z wcześniej przygotowanym prezentem i wyszedł z sypialni.
W zasadzie nie wiedział ile osób zostało zaproszonych i normalnie, widząc tyle ludzi byłby zadowolony, dzisiaj jednak coś go stopowało. Wszedł do jadalni kiedy goście powoli zasiadali do stołu. Spojrzał po twarzach i doszedł do wniosku, że w zasadzie nie zna praktycznie nikogo oprócz członków swojej rodziny. No może nie do końca nikogo, bo kiedy jego wzrok padł na kobietę (Leopoldine) w liliowej sukience, lekki uśmiech pojawił się na jego ustach. Nie spodziewał się, że jeszcze kiedykolwiek się spotkają, wychodził z założenia, że niezwykły taniec jaki dane im było dzielić podczas zjazdy absolwentów będzie ich jedynym spotkaniem. Wychodziło na to, że los miał jednak inne plany. Może jednak ten wieczór nie był dla niego stracony.
Pierwsze kroki jednak skierował ku solenizantce.
- Jak zwykle olśniewasz swoją urodą. - zwrócił się do niej - Wszystkiego najlepszego Lucindo. - uśmiechnął się do niej, po czym złożył na jej policzku delikatny pocałunek wręczając jej nie wielkie pudełeczko w kolorze butelkowej zieleni przewiązane złotą wstążką, które skrywało w sobie delikatne srebrne kolczyki z osadzonym w nich niebieskim kamieniem.
Wiedząc, że Lucinda, jako gospodyni i główna gwiazda dzisiejszego wieczoru, musi zająć się innymi goścmi, po chwili skierował się już do stołu by zając miejsce. Oczywiście nie byłby sobą gdyby nie podszedł właśnie do swojej niedawnej tanecznej partnerki (Leopoldine).
- Znów się spotykamy. - odezwał się z uśmiechem, odsuwając jej krzesło by mogła spokojnie usiąść, po czym sam zajął miejsce obok niej - Coś mi mówi, że to nie był nasz ostatni taniec. - dodał po chwili, delikatnie ujmując jej dłoń i muskając powietrze nad jej skórą.
Sięgnął po szklaneczkę z whiskey, po czym przez moment wodząc wzrokiem po gościach zgromadzonych przy stole. Po prostu nie mógł nie zatrzymać go dłużej na blondwłosej piękności siedzącej na przeciwko niego (Nastyi). Nie był ślepy, a chyba tylko ślepiec nie poświęciłby chociażby chwili na kontemplowanie jej urody. Nie przedłużał jednak tego spojrzenia w nieskończoność aby nie wyszło na to, że się bezceremonialnie gapi, zwłaszcza, że dotarło do niego jak pan Rookwood przestawia ją jako swoją narzeczoną. Tym bardziej nie wypadało mu się przyglądać zbyt długo kobiecie, która obiecana jest już komuś innemu. Najwyżej popodziwia ją sobie potem z oddali.
- Jak ci się podobają nasze skromne progi? - na nowo poświęcił swoją uwagę siedzącej obok niego damie, posyłając jej delikatny uśmiech - Nie ukrywam, że nie spodziewałem się dzisiaj tutaj ciebie spotkać, jest to bardzo miłe zaskoczenie. - dodał puszczając jej oczko, jednocześnie lekko odchylając sie na krześle i unosząc szkło w geście toastu.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#10
Violet Macnair
Czarodzieje

her lips were soft like winter

Wiek
21
Zawód
wróżbitka
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
5
OPCM
Transmutacja
0
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
19
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
10
Brak karty postaci
30-03-2026, 15:38
Niemal zapiszczała z radości, gdy przeczytała list z zaproszeniem, spisany ręką Lucindy Macnair, której nie miała jeszcze okazji spotkać, lecz niezwykle ucieszyła ją wiadomość, że ona sama pragnęła ją poznać i życzy sobie widzieć ją przy rodzinnym stole w tak ważnym dla siebie dniu. Wciąż oswajała się z myślą, że ma rodzinę, było to dla niej nowe i dziwne; matka miała jedynie bardzo dalekie kuzynostwo i wujostwo, z którymi właściwie nie utrzymywały kontaktu. Przez całe życie Violet miały tylko siebie, kiedy więc Marjorie zmarła - miała poczucie, że została sama jak palec, choć w jej głowie wciąż majaczyło wspomnienie wizji, którą miała w dzieciństwie. O odnalezieniu ojca. Nie stało się dokładnie to, lecz temu również się nie dziwiła; jako dziecko mogła się przecież mocno pomylić w interpretacji swojej wizji, to nic dziwnego. Pojawił się w jej życiu jednak syn ojca, starszy brat, którego nigdy nie miała i nie sądziła, że ma. To było dziwne uczucie, lecz nie wzbraniała się przed tym; była go ciekawa, rodziny, w której płynęła ta sama krew co w niej. Ciężko było wróżbitce wciąż o sobie myśleć jako Violet Macnair, wciąż nie czuła się częścią tej rodziny i oficjalnie posługiwała innym nazwiskiem; nie była nawet pewna, czy dziś zostanie przedstawiona jako ich krewna, lecz dopóki Drew miał nie wyjść sam z podobną inicjatywą, zamierzała pozostać po prostu Violet. Nie chciała przyciągać do siebie niepotrzebnej uwagi w dniu, kiedy najważniejsza powinna być jego żona. Długo dumała więc nad tym jak powinna się ubrać. Nigdy nie była na kolacji u ważnego polityka, salony towarzyskie były dla Violet jak dotąd dość nieosiągalne, choć wyobrażała sobie siebie przy nich wielokrotnie. Matka przygotowywała ją do tego, ucząc dobrych manier; sama miała chrapkę na towarzystwo wysoko urodzonych i zamożnych. Wśród nich bywali czarodzieje przesądni i spragnieni tajemnic przyszłości. Szczególnie czarownice. Z listu nie wynikało jednak, aby Lucinda zaplanowała przyjęcie, a kameralną kolację; odrzuciła więc suknię, którą miała na sobie na zjeździe. Ostatecznie wyciągnęła z kufra lejącą się, czarną spódnicę z lśniącej satyny, a w nią wciągnęła jedną ze swych najlepszych koszul - o barwie jasnego fioletu, z bufiastymi rękawami i bogatym żabotem, zakryła się od stóp do głów, sądząc, że powinna ubrać się skromnie. Wahała się, czy sięgać po swój najnowszy nabytek; czarny kapelusz miał niezwykłe właściwości, uznała jednak, że lepiej wiedzieć więcej niż nie wiedzieć. Gdyby ktoś szeptał o jej braku manier, będzie mogła się poprawić. Oczywiście włożyła na głowę kapelusz plotkarski z dobrymi intencjami.
Starannie przygotowała się do wyjścia; wyczesała ciemne włosy i splotła je w gruby warkocz, który opadał przez prawe ramię, cienie pod oczyma przypudrowała, a powieki i rzęsy przyciemniła węgielkiem, w wargi wklepała odrobinę malinowej pomady opuszkami palców, by dodać im zdrowszego koloru. Wyruszając w podróż do Przeklętej Warowni, do odległego Suffolk, nie zapomniała o prezencie. Zastanawiała się nad nim jeszcze dłużej, niż nad kreacją. Co mogła bowiem dać kobiecie, której nigdy wcześniej nie widziała na oczy, a z jaką - jak się okazalo - łączyło Violet nieoczekiwane powinowactwo? Biegała po ulicy Pokątnej i Horyzontalnej kilka godzin, nim wreszcie trafiła na coś odpowiedniego. Wyłuskała z sakiewki kilkanaście zarobionych niedawno galeonów, aby nabyć piękny zestaw do herbaty z granatowej porcelany, którą zdobił motyw gwiezdnych konstelacji. Składał się z niewielkiego imbryczka i sześciu filiżanek. Wydawał się jej doskonały na popołudniowy podwieczorek i zerknięcie na fusy po nim. Dołączyła do zestawu spis najczęstszych symboli z wyjaśnieniem, co mogło to dla Lucindy oznaczać. Do pudełka włożyła również spersonalizowany horoskop na najbliższy miesiąc, który ułożyła dla czarownicy urodzonej pod znakiem Byka. Gdy podeszła nieśmiało do Lucindy i Drew, witając się z nimi raczej powściągliwie, co było zasługą stresu, poza pudełkiem z zestawem do herbaty wręczyła blondynce także egzotyczną, magiczną paproć, która wzdychała głośno, gdy zapomniało się jej podlać i piszczała, kiedy została postawiona w zbyt ostrym słońcu.
- Witajcie, jestem bardzo wdzięczna za zaproszenie, cieszę się, że mogę współdzielić z wami radość tego dnia - rzekła oficjalnie, z poważną miną; nie była pewna, czy powinna uściskać Lucindę, czy może to za dużo jak na pierwszą interakcję, dlatego po wręczeniu jej prezentu splotła dłonie przed sobą. - Chciałabym życzyć ci, Lucindo, wszystkiego co najlepsze. Spełnienia wszystkich marzeń, oby los to dla ciebie zaplanował, niech przeznaczona będzie ci wyłącznie pomyślność, zdrowie i dostatek - mówiła, uśmiechając się przy tym tajemniczo. - Niech gwiazdy i fortuna zawsze ci sprzyjają! - zakończyła i drgnęła lekko, jakby chciała ją uściskać, lecz powstrzymała się. Nie zajmowała jej więcej czasu, komnata była pełna gości, nie spodziewała się ich aż tylu.
Podeszła do stołu i nie dostrzegła winietek, które zasugerowałyby jej, gdzie ma usiąść. Wahała się chwilę, nie chcąc popełnić faux pas, dlatego obeszła stół i zajęła miejsca dalej od ślicznej, bardzo eleganckiej blondynki (Leopoldine), zauważywszy, że jak dotąd goście siedzieli naprzemiennie. Nie chciała też pchać się blisko solenizantki, nie uznawała się za tak ważnego gościa. Krzesła po jej lewej, jak i prawej pozostały puste, ale to chyba nie był koniec gości. Nie była więc pewna, czy może zacząć już próbować pysznych potraw, pod którymi niemal uginał się stół. Sięgnęła za to po kieliszek szampana, aby wraz z innymi wznieść toast. Obserwowała za to twarze gości, a jedna z nich wydała się jej znajoma. Z panem Carrow miała sposobność tańczyć na balu maskowym w czasie Zjazdu Absolwentów w Hogwarcie, nie sądziła jednak, aby ją pamiętał. Nie była - jeszcze - nikim ważnym. Kobieta obok niego (Nastya) była zresztą tak piękna, że nie zdziwiłaby się, gdyby wszyscy mężczyźni patrzyli dziś tylko na nią. W tej urodzie było wręcz coś nienaturalnego, Violet łypnęła więc na nią wręcz podejrzliwie, pochylając się lekko nad stołem i poprawiając kapelusz plotkarski. Ciekawe co tam mamrotała pod nosem.
I have three eyes. Two to look, one to see.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 02-04-2026, 11:45 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.