• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Szkocja > Hogsmeade i okolice > Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie > Wielka Sala
Wielka Sala
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
09-10-2025, 17:55
Wielka Sala
Wielka Sala to największe pomieszczenie w całym zamku Hogwart. Jak sama jej nazwa sugeruje - jest naprawdę wielka. Długa na kilkadziesiąt stóp, szeroka na kilkanaście i o bardzo wysoko, łukowato sklepionym suficie, którego zazwyczaj nie widać, bo dzięki czarom uczniowie Hogwartu spoglądając ponad głowy dostrzegają zazwyczaj niebo podobne temu, które widać za oknem. Pod sklepieniem wieczorami unoszą się setki świec, za dnia zaś światło dziennie wpada przez wysokie i wąskie okna. Wielka Sala ma kamienną posadzkę i takież ściany, zawsze wypolerowane i zadbane przez domowe skrzaty pracujące w kuchni. Każdego dnia stoi tu kilka stołów - cztery najdłuższe przeznaczone są wychowankom domów w Hogwarcie. Po drugiej stronie od wejścia zaś, na podwyższeniu, stoi stół nauczycielski, gdzie zasiada grono pedagogiczne. Po środku tego stołu stoi krzesło przywodzące na myśl tron, należące do dyrektora szkoły. Dekoracje Wielkiej Sali zmieniają się w zależności od okoliczności.
Na lewo od stołu nauczycielskiego znajdują się drzwi prowadzące do bocznej komnaty z portretami.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (16): « Wstecz 1 … 14 15 16
 
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#151
Leopoldine Flint
Czarodzieje
if i was the moon, would you still look for the stars?
Wiek
23
Zawód
wschodząca gwiazda baletu
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
13
16
20
Brak karty postaci
04-03-2026, 18:32
Odpowiedź dla Mitch Macnair

— Dlatego uważam, że musimy sprawić, aby kolejka była odpowiednio długa — w niebieskich oczach Leopoldine zabłysły iskierki ekscytacji, na ustach zaś wykwitł typowy, chochliczy uśmiech. Choć dalej wiele w jej usposobieniu pozostawało ściśle związanego z jej statusem kobiety urodzonej w bogatej, konserwatywnej rodzinie, może zaskakująco dla Mitcha, a może wcale nie — z każdą minioną chwilą zyskiwała więcej elementu ludzkiego. Zupełnie tak, jakby była ożywioną postacią z płótna wielkiego malarza, której udało się przedostać do świata żywych, za plecami pozostawiając dwuwymiarowy świat, do którego należała. Dalej pewnie mógł widzieć w niej elementy prawie nierealne, ale granice powoli i sukcesywnie się zacierały. Sama panna Flint cieszyła się z takiego stanu rzeczy i gdyby tylko Mitch próbował udawać tego, kim nie jest, chować się za maską niepasujących konwenansów, utraciłby w jej oczach to, co czyniło go wyjątkowym.
Bo pomimo tego, że jej partner już w pierwszych taktach zdradził, że nie miał zbyt wiele wspólnego z tańcem, gołym okiem widać było, że czerpie z niego równie dużą przyjemność, co ona sama. A jeżeli uda jej się, może przez jakieś drobne, instynktowne poprawki, jeszcze poprawić jego humor, będzie mogła uznać wieczór za zupełnie udany. Ktoś mógłby stwierdzić, że zapewne takie drobne demonstracje własnego talentu czyniła z powodów innych, niż dostrzeżenie uznania w obcych oczach, jednak nie do końca tak było. Uśmiech na twarzy jej partnera, to, że nie odrywał od niej wzroku, było dla niej bardzo ważne. Lubiła czuć się doceniana, jak każda artystka, jak każda młoda kobieta. Dalej pozwalała już prowadzić się mu w tańcu, nie znajdując na szczęście żadnych powodów do interwencji. Stopy Mitcha nie zbliżały się niebezpiecznie blisko ani do sukni, ani do pantofelków Leopoldine, dzięki czemu mogła w całości skupić się na czytaniu ze swego partnera. Z jego głosu, spojrzenia i tych wszystkich fragmentach twarzy, których nie zakrywała imponująca maska.
— Wszystko — powtórzyła, podbijając tym samym swoje wcześniejsze słowa. — Bo tańca nie można się nauczyć. Taniec trzeba czuć. Trzeba nim żyć — kontynuowała ściszonym głosem, ciekawa reakcji, którą dojrzy w swoim partnerze. Gdzieś kątem oka dostrzegła zbliżającą się ku nim parę; w tamtym momencie nie wiedziała jeszcze, czy wybrali sobie ich dwoje zwyczajnie jako parę gotową do zabawy w odbijanego, czy nieświadomie obrali sobie na parkiecie kurs kolizyjny. Nie czekała jednak na moment, w którym to los miał rozdawać karty i mieli się przekonać o tym osobiście. W pewnym momencie, gładkim ruchem zsunęła dłonie z ramion Mitcha, aby chwycić jego dłonie. Nie przerywając kontaktu wzrokowego, intensywnego w swej nagłości, ułożyła dłonie mężczyzny nie na swojej talii, a na biodrach. — Tak jak żyje się i czuje magię — dokończyła myśl, pozwalając jednemu kącikowi ust unieść się wyżej. Miała swój plan na odstraszenie nadciągających natrętów. — Spróbuj mnie podnieść — mężczyźni, jeżeli nie byli zupełnymi słabeuszami, zazwyczaj nie mieli problemu z uniesieniem ważącej przecież ledwo czterdzieści kilogramów baletnicy. Gdy jej stopy oderwały się od ziemi, sama rozłożyła ręce, szeroko, niczym skrzydła. Towarzyszyło temu odrzucenie głowy w tył, wygięcie kręgosłupa oraz zgięcie nóg w kolanach. Była ciekawa, czy Mitch pójdzie za jej wskazówką, czy pozwoli sobie na odrobinę fantazji, już bez jej wyraźnego wskazania. I co ważniejsze — czy obróci się wokół własnej osi, unosząc ją jak płonącą pochodnię.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#152
Mitch Macnair
Śmierciożercy
Wiek
27
Zawód
Architekt i budowniczy
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
8
10
Brak karty postaci
09-03-2026, 20:36
Odpowiedź dla Leopoldine Flint

Doświadczając niesamowitych umiejętności tanecznych swojej partnerki, był wręcz przekonany, że kolejka wdzięcznych obserwatorów ustawi się bardziej do niej niż do niego. Nie rozumiał dlaczego do tej pory stała pod ścianą, dlaczego nikt nie zdecydował się zaprosić jej do tańca. Przez chwilę pojawiła się myśl, że może nie tyle co byli onieśmieleni jej urodą, co może zdawali sobie sprawę z jej nieprzeciętnych umiejętności i nie chcieli się ośmieszyć. Chcąc nie chcąc sam sobie podbudował tym samoocenę. Nie tylko nie cofnął się przed piękną kobietą, bojąc się odrzucenia, a nawet podjął wyzwanie, nie do końca wiedząc na co się piszę. Wychodziło jednak na to, że, pomimo swoich ograniczonych umiejętności, jak na razie nie zbliżał się nawet do poziomu ośmieszenia się.
Wyglądało na to, że ta nieznana tancerka, jak na razie, nie dostrzegła jakiś specjalnie karygodnych błędów podczas ich tańca, a nawet jeśli dostrzegła, to postanowiła zachować je dla siebie. Chociaż z drugiej strony, kiedy tak obserwował ją w tańcu, jej swobodne ruchy, dochodził do wniosku, że nawet jeśli popełniłby jakiś błąd, rozwiązałaby to bez problemu, bez alarmowania nikogo, a już na pewno jego samego. Bawiła się tańcem, żyła nim i w nim tkwiła. Było to w pewnym stopniu niesamowite. Chyba nigdy dotąd nie miał sposobności by obserwować kogoś kto, raz była tak niesamowitym tancerze lub tancerką w tym przypadku, a dwa, komu dawało to tak wiele radości. Bo chociaż nie widział jej twarzy, do czuł to bardzo wyraźnie. Poruszała się wręcz naturalnie, jakby muzyka towarzyszyła jej cały czas, jakby była przedłużeniem jej duszy, jakby była z nią jednością. On musiał się na niej bardziej skupić, dopasować się do jej rytmu, wyjść kilka kroków do przodu aby nie popełnić błędu. Złapał sie jednak na tym, że z każdą chwilą coraz mniej się na tym wszystkim skupiał. Zaczął rozumieć, że z odpowiednia partnerką można zatracić się w tańcu na tyle, że przestaje się zwracać uwagę na wszystko inne.
- Powoli zaczynam rozumieć co ma pani na myśli. - odparł zgodnie z prawdą, posyłając jej łagodny uśmiech.
Obrócił ją ponownie, na nowo ją do siebie przyciągając. Nie za blisko, nie za daleko, ale tak by nie wytworzyła się między nimi żadna sztuczna bariera. Bo w tym wszystkim nie było żadnej sztuczności, była tylko dwójka ludzi ciesząca się nie tyle co swoim towarzystwem, co przede wszystkim możliwością bycia po prostu sobą. To był ten moment, kiedy żadne z nich nie musiało udawać, mogło cieszyć się chwilą, nie zastanawiając się tym co pomyśli ktoś inny. To był moment wyzwolenia, okraszany nutką tajemniczości i anonimowości. Bawił się tą chwilą i wiedział, że przez dłuższy czas tego nie zapomni, tego uczucia, które mu w tym momencie towarzyszyło. Swoistej wolności, magii chwili.
Nie zwracał uwagi na otoczenia, jednak zarejestrował moment kiedy zsunęła dłonie z jego ramion. Jednak brew powędrowała ku górze w momencie kiedy złapała jego dłonie i ułożyła je sobie na biodrach. Było to co najmniej niespodziewane i początkowo nie do końca wiedział do czego to wszystko zmierza. Słysząc jednak jej słowa, uśmiechnął się pod nosem. Nie miał zamiaru próbować, miał zamiar to zrobić. Moment później złapał ją pewniej w biodrach, po czym zaparł się mocniej na nogach, by po chwili unieść ją do góry. Ćwiczył, w miarę regularnie, nie chcąc w żaden sposób zaprzepaścić wyrobionej kondycji i sylwetki, więc podniesienie jej nie stanowiło problemu. Był lekka niczym piórko i początkowo sam był tym faktem zaskoczony. Po chwili jednak uniósł ją wyżej, praktycznie prostując ręce i dając się ponieść chwili, jednocześnie będąc pewnym, że trzyma ją wystarczająco mocno i stabilnie, obrócił się kilka razy w około własnej osi. Nawet nie zdawał sobie sprawy, że szeroki uśmiech zawitał na jego ustach, a przez moment nawet zaśmiał się cicho, dając się ponieść chwili. Po trzecim obrocie, w końcu delikatnie odstawił ją na ziemię, a kiedy jej stopy dotknęły posadzki, na nowo ułożył dłoń w jej talii.
- Było to niecodzienne i niesamowite zarazem. Jak powiew świeżości. - odezwał się starając się przejrzeć przez lustrzaną maskę, niezmiernie ciekaw wyrazu jej twarzy.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#153
Drew Macnair
Śmierciożercy
the only way to get rid of temptation is to yield to it
Wiek
32
Zawód
zaklinacz, namiestnik Suffolk
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
0
40
OPCM
Transmutacja
14
2
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
12
2
Brak karty postaci
11-03-2026, 22:09
Odpowiedź dla Lucinda Macnair

Za fasadą fałszywej elokwencji i wzmacnianej od lat pewności siebie wciąż na politycznym polu czułem swego rodzaju zagubienie. Daleki byłem od nadawania temu rangi wątpliwości, aczkolwiek wychowanie oraz środowisko, w jakim przyszło mi dorastać, a później kreować plany na przyszłość, było niejako przeciwieństwem cech i czynów, jakie przyświecały parlamentarnej sali. I choć nie łudziłem się, że podobnych mi – nie w brzmieniu nazwiska, ale w podejmowanych decyzjach, którym daleko było do zgodności z literą prawa – było wielu, lecz ich chronił nie tylko parasol rodzinnych konszachtów, ale przede wszystkim obycie. Umiejętność lawirowania w świecie pełnym kłamstw i obłudy, gdzie nietrudnym było wmówić, iż czarne było białe, a honor oraz moralność zależały od wygody, nie hierarchii wartości. Z przymrużeniem oka patrzyłem na osoby niemające własnego zdania, bez krzty zrozumienia obserwowałem, jak lojalność ważona była na szalkowej wadze korzyści i strat, ostatkami cierpliwości ignorowałem typowe chorągiewki. Jednak i tego musiałem się nauczyć, bowiem jeszcze przeszło dwa lata temu skwitowałbym podobne zachowanie niewybrednym epitetem, który strąciłby mnie ze stołka szybciej, niżeli zdążyłbym wytłumaczyć to gorszym dniem tudzież zwykłą niechęcią. Lucinda i w tej kwestii była mi oparciem wszak jej doświadczenie było zgoła większe przez wzgląd na własną historię; na miejsce, w jakim tłamszono jej prawdziwą naturę, na rodziców wymagających bezwzględnego posłuszeństwa i respektowania przekazywanych z pokolenia na pokolenie tradycji. Wiele widziała, choć widzieć nie powinna i z pewnością również słyszała, więc gdybym skrył wszelkie rozterki za murem egoistycznej pewności własnej wyższości tylko bym stracił. Być może nawet nigdy nie znalazłbym się w tym miejscu. Wątpliwa – rzecz jasna w męskich oczach obecnego społeczeństwa – hipoteza o kobiecej sile zyskiwała kolejny argument i choć nie prawiłem o tym głośno, ona doskonale znała moje podejście. Nigdy nie ignorowałem inteligencji oraz umiejętności płci pięknej – a zwłaszcza jej.
-Oczywiście, tego nie zamierzałem nawet podważać. Chodziło mi o to, że z pewnością nie pałają do siebie jawną nienawiścią- odparłem z lekkim uśmiechem, po czym upiłem ognistej. Przeczuwałem, że zanudzałem ją kolejnym powrotem do ostatnich wyborów, ale nie mogłem się powstrzymać. Strasznie mierzwił mnie widok jego usatysfakcjonowanej facjaty. -Słucham?- ściągnąłem brwi powracając do niej spojrzeniem. -Pan maruda?- cicho prychnąłem pod nosem. -Z kim przystajesz, takim się stajesz- mruknąłem w odpowiedzi pozwalając, aby w kącikach ust pojawił się cień ironicznego uśmiechu. -Może Igor rzeczywiście miał rację, że mnie zmieniłaś?- rzuciłem udając zamyślenie, jakby rzeczywiście słowa odnośnie marudzenia padły w piwnicznych kuluarach. W istocie wypowiadał się o niej nadzwyczaj ciepło, ale tego nie mogła wiedzieć, bowiem podczas ostatniej wyprawy nie zdradziłem jej żadnych szczegółów.
-Nie pozostaje mi nic innego- odparłem, bowiem szczerze jej ufałem. Jak nikomu innemu.
Zatrzymałem spojrzenie na jej tęczówkach, gdy padło pytanie o Vincenta – od dawna wiedziałem, że był to dla niej trudny temat i być może dlatego powracałem do niego wyłącznie w humorystycznym akcencie. Świadomość ich zażyłości kończyła się na współpracy, ale przeczuwałem, iż kryła się za tym czysta sympatia, co tylko potwierdziła przywołując – co do zasady – krępujące wspomnienie szorowania brudnych podłóg. W chwili podjęcia tej najtrudniejszej decyzji zdawałem sobie sprawę, że tematy z przeszłości najlepiej było porzucić i zdać się na przychylność losu wszak to wszystko było zbyt kruche i świeże, aby móc podejmować istotne ryzyko. -Musisz to usłyszeć od Augustusa, nie chcę zepsuć tej historii- zaśmiałem się pod nosem, po czym delikatnie obróciłem ją w tańcu i zatrzymałem na moment plecami do siebie. -Opowiem ci w domu, musisz mi zaufać- szepnąłem do jej ucha, by zaraz ponownie ujrzeć jej twarz. I uśmiechnąć się – może nieco zgryźliwie, może bardziej nostalgicznie. Nastrój ten udzielił się i mi.
Trudno było zaprzeczyć, że wyjątkowo dobrze szło nam wymienianie się tytułami, a nasza przyjaźń była solą w oku każdego nauczyciela Hogwartu. Zapewne, gdyby tylko mogli, to ponownie nakazaliby tiarze przydziału wybrać nam dom – z warunkiem, iż odwiedzany przez nas pokój wspólny będzie w innych barwach. Czy jednak ta restrykcja cokolwiek by zmieniła? Wątpliwe. Częściej byśmy wymieniali się niepochlebnymi epitetami o przydziale; ja bym kpił z jego żółtej szaty oraz szlamowatych kolegów, a on obrzucał przekleństwami pseudointelektualistów i dopisywał błędy w moich esejach, aby tylko nie okazało się, że niebieskie barwy okazały się słuszne. Rookwood w Hufflepuffie – mimowolnie zacisnąłem wargi na tą abstrakcyjną myśl. -Zawsze chciał być profesjonalnym graczem, osiągnął to- odparłem, mimo że finał sportowej kariery był zdecydowanie przedwczesny. -Ja zaś- zamilkłem w zamyśleniu. -Wtedy jeszcze nie miałem na siebie większego planu. Wiedziałem tylko, że chce uciec stąd jak najdalej- rzuciłem siląc się na cień uśmiechu. -I uciekłem- dodałem.
-Nie drążyć?- spytałem, licząc na twierdzącą odpowiedź, gdy w naszej rozmowie znów powrócił jego temat.
-Promieniejesz- odparłem pewnym tonem. Znałem ten błysk w oku, lubiłem tę dziecięcą radość. -Może ostatnia podróż i dzisiejszy bal to zapowiedź czegoś nowego, a jednocześnie tak starego i nam znanego? Wierz lub nie, ale coraz częściej dopada mnie tęsknota pogoni za nieznanym. Stos dokumentów i skrojony na miarę garnitur nie są dla mnie- szepnąłem. Ale ona o tym wiedziała. Poznaliśmy się na szlaku i to właśnie tam chciałem już na zawsze pozostać - przeczuwałem, że ona także.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#154
Lucinda Macnair
Śmierciożercy
Hope for the best, but prepare for the worst.
Wiek
28
Zawód
łamacz klątw i uroków, poszukiwacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
15
1
OPCM
Transmutacja
30
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
13-03-2026, 21:53
Odpowiedź dla Drew Macnair

Od momentu, gdy Drew został wybrany na namiestnika, Lucinda szybko pojęła, jak czuć się mogą żony polityków. Choć właściwie nie - tamte kobiety zwykle nie były dopuszczane do głosu. Nie trafiały do nich wszystkie przemyślenia, mężowie nie słuchali ich rad, bo w końcu był to jedynie kobiecy, mało znaczący głos. Nie była to celowa ujma wobec mężczyzn, a raczej wiedza zebrana z faktów i doświadczeń wielu kobiet, które znała. Zdarzeń, których była świadkiem niejednokrotnie, gdy w jej rodzinnym domu odbywały się spotkania biznesowe. Jeśli któraś z kobiet odważyłaby się wysunąć choćby drobną uwagę, albo zostawała obśmiana, albo szybko spotykała się z krytyką. W takim świecie przyszło im żyć - i dlatego czuła ogromną wdzięczność, że jej własne doświadczenia wyglądały inaczej. Drew był inny. Chciał jej słuchać, zawierzał jej słowom, nawet jeśli czasem brał je w wątpliwość, nauczony raczej pracy w pojedynkę niż prawdziwej współpracy. Dlatego nawet gdy narzekała, że przy kolejnym obiedzie, przy kolejnym kieliszku wina, czy gdy głowa dotykała poduszki wciąż rozmawiali o sprawach żywych w ich społeczeństwie - tak naprawdę wcale jej to nie przeszkadzało. Bo jeśli z nią rozmawiał, to jej ufał. Jeśli dzielił się tym, co spędzało mu sen z powiek, znaczyło to, że czuł się przy niej wystarczająco bezpiecznie. A ona nie mogła i nie chciała mu tego odbierać.
Na jego słowa wzruszyła tylko ramionami. Nie widziała sensu, by dywagować nad życiem starych dziadów. Oczywiście to, o czym ci rozprawiali w tamtym pokoju, w jakiś sposób dotyczyło również ich. Ale żyła w przekonaniu, że mogą zostawić to na później. Na jedną chwilę. Na jeden wieczór.
Uniosła ręce w górę, gdy już kolejny raz usłyszała z jego ust, że go zmieniła. - Ale jesteś teraz zaskoczony? - zapytała, a na jej ustach pojawił się szeroki uśmiech. - Przeczuwam, że ta zmiana zaczęła się na długo przed tym, gdy na moim palcu pojawiła się obrączka, ale może Igor został oficjalnie twoim wieszczem albo ambasadorem, skoro nagle to do ciebie dotarło? - dodała z lekką kąśliwością w głosie, choć uśmiech wciąż nie schodził z jej ust. - A jeśli chcesz przypisać mi, kochany, swoje marudzenie, to od razu się z tego wycofaj. Marudą stałeś się sam, a ja jestem tą zabawną drugą połówką. – doskonale rozumiała przesłanie jego słów, ale nie wiedziała czy to kwestia tego, że ktoś pierwszy raz powiedział mu o tym głośno, czy może po prostu ten fakt zwyczajnie go bawił. Bo czy kiedykolwiek przyszłoby mu to do głowy? Że kobieta, błękitnokrwista czarownica, zdoła zmienić to, co zakorzenione i wymodelowane?
Uśmiechnęła się, gdy wspomniał, że historię o uszczerbku na zdrowiu Vincenta najlepiej opowie jej Augustus. Już mogła przygotować się na opowieść pełną szczegółów, które niewiele miały z samym zdarzeniem wspólnego, ale idealnie je ubarwiały. - Pozwól, że zapytam go o to przy najbliższej okazji - zaśmiała się. Historii święta leszcza do dziś nie poznała w całości, a przecież swego czasu żywo się nią zainteresowała.
Szept, który dotarł do jej uszu, wzbudził jednak w niej znacznie większą ciekawość. Uniosła brew w pytającym geście. - Ach, tak? - to, że miał talent do sprawiania kłopotów, wiedziała nie od dziś, ale czy aż takich? - Nie pozostaje mi nic innego - odpowiedziała, używając tych samych słów, które on wcześniej skierował do niej.
Czuła nostalgię powoli wypełniającą jej ciało. Może faktycznie przyjemnie było wrócić do tych murów. Może lata spędzone w tym miejscu zostawiły ślad, którego po prostu nie dało się wymazać ani odrzucić - nie dało się przejść obok niego obojętnie. Gdy przybyli na błonia, jej serce znów zabiło żywszym rytmem, tym samym, którym biło w dniu, gdy pojawiła się tu po raz pierwszy. Korytarze były znajome, ludzie - choć zmienieni przez lata - wciąż pozostawali znajomi. Wszystko zdawało się takie, jakie zapamiętała z dnia, gdy pakowała swoją szkolną szatę do kufra i wsiadała do pociągu, który miał zawieźć ją do domu. Na stałe.
Na słowa o ucieczce skinęła tylko głową. Wiedziała to przecież. Chciał zniknąć, znaleźć swoje miejsce na świecie. Nie być dłużej częścią rodziny, która zostawiła w nim tyle żalu, złości i krzywdy. - To mieliśmy to samo marzenie - skwitowała z lekkim uśmiechem, a jej dłoń mocniej zacisnęła się na jego dłoni. Bo ona także pragnęła uciec. Wyrwać się z okowów szlacheckiej etykiety. Zajęło jej to jednak znacznie więcej czasu niż jemu. Dwukrotnie zaręczona, dwukrotnie zmuszona oddać pierścionek. Finalnie to właśnie stało się jej szansą na ucieczkę. Ale co wydarzyłoby się, gdyby Prewett nie umarł? A Carrow… no właśnie - co właściwie zrobił?
Skinęła głową. Nie chciała wracać do przeszłości. Nie dziś - tak samo jak nie chciała wracać do polityki. Były tematy, których nie poruszało się w chwilach, gdy mogli po prostu cieszyć się momentem, który przyjdzie im zapamiętać. - Uważaj, mój drogi. Ostatnim razem, gdy tak promieniałam, zostałeś ojcem - odparła i przez chwilę próbowała utrzymać uśmiech w ryzach. Może chciała mu coś przekazać… a może był to tylko kolejny sposób, by wzbudzić w nim tę odrobinę adrenaliny, której oboje tak potrzebowali. - Też tego potrzebuję. Też tego pragnę. - ale to były tylko marzenia. Bo Walden był jeszcze zbyt mały, by mogli żyć na szlaku. Bo nie wyobrażała sobie zostawić go w domu na dłużej. Bo on miał obowiązki, które - wiedziała o tym - spełni bez względu na wszystko. Dziś byli tutaj. Ale przecież nie mogli wiedzieć, co jeszcze przyszykuje dla nich los.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#155
Freddy Krueger
Czarodzieje
zawsze budzę się za późno, nawet jeśli nie spałem
Wiek
21
Zawód
rybak, diler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
2
0
OPCM
Transmutacja
4
4
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
11
Siła
Wyt.
Szybkość
15
15
10
Brak karty postaci
16-03-2026, 21:37
Odpowiedź dla Varya Borgin
Coraz śmielej poruszałem się na parkiecie, pozwalając ponieść się muzyce - czy to prowadząc partnerkę w wolnym obrocie, czy w podpatrzonym kroku, który mimo swej niezdarności sprawiał mi dużo radości. Bawiłem się tym tańcem; zapomniałem o otaczającej nas rzeczywistości, o dziesiątkach niezainteresowanych nami twarzy, a w końcu także o nieśmiałości, jaka towarzyszyła mi od samego wejścia do Wielkiej Sali. I nawet wzrok, zwykle wbity w podłogę, zdawał się skupiać na partnerce tej małej przyjemności - jej maska hipnotyzowała, niwelując dyskomfort i obawę, iż wyjdę na kompletnego głupka. Przestało mieć to znaczenie, liczyła się tylko kolejna melodia i uśmiech, który na stałe przylgnął do mojej dotąd przygnębionej twarzy.
I może właśnie w tym kryła się cała osobliwość tego doświadczenia - w zabawie, która mimo swej lekkości nie była dziecinna i pozwalała odetchnąć od wszystkiego, co dotąd zbyt mocno wpływało na ponure myśli. W każdym kolejnym kroku było coś niepokojąco przyjemnego, jakaś trudna do nazwania miękkość, która wymykała się chłodnej rozwadze i zamiast budzić zawstydzenie, wygaszała je zupełnie, jakby muzyka potrafiła uciszyć to, czego nigdy sam nie potrafiłem stłumić. Zatracałem się więc nie tylko w tańcu, ale i w tej kruchej zmianie, jaka zachodziła między nami - z każdym brzmieniem nuty mniej obco, z każdym spojrzeniem jakby odrobinę naturalniej. I choć rozsądek podpowiadał, że to ledwie moment tego wieczoru, że zaraz wszystko znowu wróci na swoje miejsce, nie potrafiłem odmówić sobie tej drobnej radości, jaką dawała myśl, że przez chwilę naprawdę byliśmy tu tylko dla siebie.
-Tak?- spytałem z zaciekawieniem, unosząc na nią spojrzenie, jakby w tych dwóch krótkich słowach kryło się coś więcej, niż chciała powiedzieć na głos. -Uprawiasz jakiś sport?- dodałem po chwili, zastanawiając się czy była to kwestia pasji, czy może codziennego zajęcia. Wiele profesji wymagało fizycznej sprawności i może to właśnie w pracy odnajdowała spełnienie. Kiedy jednak przyznała, że zwykle jest wtedy sama, jeszcze bardziej skradła mą uwagę, bowiem być może nie łączyła nas tylko nieumiejętność lawirowania na parkiecie, a społeczna izolacja, która – wbrew wszelkim komentarzom – nie zawsze była czymś złym. Samotność bywała prostsza. Bezpieczniejsza. Nie wymagała tłumaczenia własnych działań, spojrzeń, czy myśli. Przy kimś innym zawsze istniało ryzyko, że zauważy za dużo. -To prawda- odparłem z zadziwiającą, jak na siebie, szczerością. I nie wiedziałem już co na mnie tak działało, co mnie tak ożywiło nakłaniając do swego rodzaju działania, a nie stania z tyłu; może była to magia muzyki, może zaś bijąca od niej aura. Nieistotne, tak było mi dobrze.
Wystarczyła ledwie chwila nieuwagi – choć nieśmiało zrzuciłbym to na karb rosnącego napięcia – i wylądowała wprost w moich ramionach. Czar wcale nie prysnął, choć cienka granica przypadkowo została przekroczona, przynosząc swego rodzaju otrzeźwienie. W pierwszym momencie chwyciłem ją nieco mocniej i dopiero, kiedy upewniłem się, że nic poważnego się nie stało, odsunąłem ledwie o krok. -Maskę?- spytałem nieco zaskoczony, że to w nich doszukiwała się źródła potknięcia. Zsunęła jej się na oczy? -Chcę- odparłem obracając głowę w kierunku suto zastawionych stołów. Czy gdyby nie to coś byłbym skory do tak szybkiej, a zarazem szczerej deklaracji? Trudno było mi się nad tym rozwodzić, gdy w głowie wciąż brzmiała muzyka, gdy przed oczami wciąż połyskiwały pastelowe kolory skrywające dziewczęce lico.
-Co masz na myśli?- zdziwiłem się. -Myślisz, że to przez nie prawie upadałaś?- szukałem wytłumaczenia, choć przecież sam odczuwałem nietypowe emocje i miałem wrażenie, że świat stał przede mną otworem – pozbawiony strachu, lęku i nieśmiałości, która wcześniej zamykała przede mną wiele dróg. Ale przecież… to nie było nic złego? Może tak właśnie miało być?
-Eee- zamyśliłem się na moment rozglądając po rozstawionych trunkach. -Z alkoholem, czy bez?- zerknąłem na nią licząc, że jednak wybierze pierwszą z opcji, bo głupio było pić samemu. -Kremowe piwo, ale to bardziej w Hogsmeade. Tutaj podawali sok dyniowy, ale nieszczególnie mi smakował- odparłem zgodnie z prawdą. -A u ciebie coś innego? W sensie no- przerwałem przygryzając nieznacznie policzek od środka. Miała inny akcent, nie mogła urodzić się w Wielkiej Brytanii - a jeśli jednak?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#156
Drew Macnair
Śmierciożercy
the only way to get rid of temptation is to yield to it
Wiek
32
Zawód
zaklinacz, namiestnik Suffolk
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
0
40
OPCM
Transmutacja
14
2
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
12
2
Brak karty postaci
18-03-2026, 13:20
Odpowiedź dla Lucinda Macnair

Krótkie wzruszenie ramion zamiast odpowiedzi było aż nadto czytelnym sygnałem, że nie miała ochoty dłużej ciągnąć tej rozmowy, co postanowiłem uszanować — nie było sensu na siłę wracać do tematu. Zresztą nie chodziło o nic szczególnie istotnego, ledwie o ponury komentarz dotyczący politycznej rzeczywistości, która od czasu wyborów pozostawała dla mnie solą w oku. Widziała moją złość; sama nie potrafiła pojąć, dlaczego właśnie ten wybór wydał się większości najlepszy, więc moja reakcja nie powinna była jej dziwić. Mnie natomiast zaskoczył przytyk dotyczący mojej rzekomej marudności, bo choć o sobie samym mógłbym powiedzieć wiele złego, tak nigdy nie nazwałbym marudzeniem słów, za którymi kryło się coś więcej niż puste biadolenie. Choćby były powtarzane po wielokroć i rozkładane na czynniki pierwsze, wciąż niosły za sobą działanie i zamiar, zamiast jałowego narzekania bez cienia pokrycia. -Nie ukrywam, że trochę tak- odparłem szczerze, powracając do niej spojrzeniem. -Słyszałem na swój temat wiele różnych uwag, ale nikt mi nie zarzucił malkontenctwa- pokiwałem wolno głową, po czym upiłem trunku. W krew weszły nam rozmowy na pograniczu kpiny, lecz tym razem odniosłem wrażenie, że na próżno było szukać takowej – zdawała się prawić poważnie, mimo że na jej twarzy niezmiennie widniał promienny uśmiech. -Dobrze, że chociaż ty. Pewnie nigdzie by nas nie zapraszano, gdyby nie twoje poczucie humoru- odparłem nie kryjąc w głosie ironii. Zwykle ignorowałem niepochlebne opinie obcych osób, jednak ona do nich nie należała – była mi najbliższa.
Zmiana tematu wyszła nam na dobre, bo chwilowa złość odeszła w niepamięć; nie zamierzałem dąsać się i psuć jej tego wieczoru. W pewnym sensie uderzyły mnie jej słowa bardziej niż chciałem okazać, bo nigdy nie stawiałem się w jednym szeregu z ludźmi, którzy najchętniej rozprawialiby godzinami, a gdy przychodziła pora działania, nie potrafi zdobyć się na nic poza kolejnym cierpkim komentarzem. Jeżeli coś budziło mój sprzeciw, naturalnym odruchem nie było bezczynne krążenie wokół problemu, lecz próba nadania sprawom właściwego biegu, choćby wymagało to wysiłku, uporu i odrobiny ryzyka, a nawet wejścia tam, gdzie inni woleli poprzestać na marudzeniu.
-Nie krępuj się, będzie zachwycony, że znów może o tym opowiedzieć- zaśmiałem się pod nosem. Rookwood miał to do siebie, że lubił wracać do swoich występków i nadawać im charakterystycznego, sarkastycznego tła. Nierzadko dziwiłem się, iż był w stanie te wszystkie sytuacje dokładnie zapamiętać, niczym zdarzyłyby się raz może dwa – wszyscy natomiast wiedzieliśmy, że była ich masa. Pozostawało pytanie czy z równie wielkim zaangażowaniem przychodzi mu obrazować je kobietom?
-A więc oboje musimy sobie zaufać- skwitowałem, gdy posłużyła się tym samym zwrotem i uniosłem szkło w geście niemego toastu.
-I obydwoje je spełniliśmy- odparłem prowadząc ją w wolnym tańcu, który mimo początkowej niepewności, okazał się wyjątkowo dobrym pomysłem. Niósł on za sobą nie tylko radość, ale i powracającą nostalgię, która wydała się o wiele przyjemniejsza, niż mogłem przypuszczać; w miękkim rytmie kolejnych kroków pobrzmiewały wspomnienia szkolnych korytarzy, zielonych barw pokoju wspólnego i tych dawnych dni, gdy świat wydawał się prostszy, choć wcale nie mniej gorzki. -Nie żałujesz, że już nie masz tej alternatywy ucieczki?- szepnąłem na jej ucho sunąc dłonią wzdłuż pleców, by ponownie poprowadzić ją w obrocie. Tak naprawdę znałem odpowiedź; w Suffolk miała nie tylko swój dom, ale przede wszystkim rodzinę, która daleka była od wyznaczania wąskich granic i obarczania oczekiwaniami niosącymi korzyści wyłącznie dla jednej strony. Była wolna; jakkolwiek to brzmiało przez cień kryjącej się nań klątwy.
Trudno było mi ukryć zaskoczenie, gdy napomknęła o ostatniej sytuacji, gdy równie bardzo promieniała. Podważyłbym to niemal od razu, wszak podobne emocje zdawały się towarzyszyć jej chociażby w trakcie ostatniej wyprawy, lecz bijąca z oczu i wyrazu twarzy powaga zbiła mnie z pantałyku. Dopiero charakterystyczny uśmiech sprawił, że pojąłem ironię i spięte mięśnie ramion rozluźniły się. -A jakbym ci powiedział, że wolałbym, aby nie był to żart?- uniosłem pytająco brew. Poniekąd odbiłem piłeczkę, bo choć nie myślałem o tym, tak podobny obrót spraw nie byłby dla mnie w żaden sposób zły czy problematyczny – wręcz przeciwnie, może i nawet szczęśliwy. Zależało mi jednak na jej samorealizacji i marzeniach, a te nie szły w parze z gromadką dzieci.
-Wytrzymasz jeszcze trochę?- spytałem zupełnie szczerze. -W końcu to nastąpi, chce w to wierzyć- odparłem otulając ją nieco mocniej ramieniem. Trudno powiedzieć kiedy dokładnie, dlatego pozostało jej zaufać mi na słowo – a tych nigdy nie rzucałem na wiatr.

/zt
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#157
Leopoldine Flint
Czarodzieje
if i was the moon, would you still look for the stars?
Wiek
23
Zawód
wschodząca gwiazda baletu
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
13
16
20
Brak karty postaci
Wczoraj, 14:55
Odpowiedź dla Mitch Macnair

W życiu Leopoldine od zawsze pojawiał się pewien problem — w bardzo dużym uproszczeniu wynikał on z tego, że innym ludziom, w szczególności jej obcym, trudno było określić to, jak przebiegnie ich interakcja. Nie było to niczym nowym, że ludzie uwielbiali rzeczy i sytuacje przewidywalne. Gdy coś umykało ich pierwotnym założeniom, czuli się tak, jakby tracili grunt pod nogami. Nikt przecież nie podnosił buntu, gdy stwierdzało się, że to konsekwencje naszych akcji często były najgorszą rzeczą wynikającą z robienia w życiu czegokolwiek. Tak więc widząc Leopoldine stojącą samotnie wśród tłumu, ludzie jej znajomi dostrzegali dwie istotne zmiany co do oczekiwanego jej zachowania — brak bliskiego towarzystwa Leopolda, który zniknął gdzieś zajęty swoimi sprawami, pewnie dający się teraz rozpijać Traversowi lub milcząco brylując wokół swoich znajomych ze szkoły oraz to, że nie była zajęta tańcem. Ci, którzy jej nie znali, również czuli, pewnie podskórnie, pewien dysonans. Piękna, tak jak piękne mogą być kobiety nieposiadające w swych drzewach genealogicznych wilich przodków, a jednak sama. Piękno bowiem lubiło admirację — ale z daleka. Niewielu było na tyle odważnych, by podejść do niej bliżej, by przebić się przez niewidoczny mur nakazujący zachwyt, jakby nie była żywą osobą, a jedynie obiektem do podziwiania.
Mitch Macnair był jednak inny. I tym zdobył nie tylko zaczątek jej zaufania, czy uwagę, ale przede wszystkim uznanie. Nawet gdyby tańczył jak ostatnia pokraka, czas spędzony u jego boku nie byłby czasem straconym. Miał coś w sobie — bo nie była to przecież kwestia założonej przez niego maski, z której emanowało niespotykanie przyjemne ciepło — co sprawiało, że Leopoldine chciała starać się jeszcze bardziej, niż zazwyczaj. Dlatego też tak przyjemnie było słyszeć, że zaczynał rozumieć, jak to było porzucić klasyczne ramy, które wydawały się przecież początkującym tancerzom czymś na kształt kodeksu zasad i reguł, których złamanie skaże ich na wieczne potępienie.
— Taniec, drogi panie, ma sprawiać przede wszystkim przyjemność. To nie kartkówka z historii magii — szepnęła mu pomiędzy jednym obrotem a drugim, pozwalając sobie na odrobinę szelmowskiego uśmiechu. Jeżeli po ich wspólnym tańcu nieznajomy człowiek powinien coś zapamiętać, to właśnie te słowa. Wtedy dopiero sprawi jej największą przyjemność, jaką mógł. Oboje szukali w tańcu jakiejś odskoczni. Od stresów związanych z wybuchowością relacji, od napięcia towarzyszącego podobnym wyjściom, od wspomnień, które nawracały falami, wraz z każdą napotkaną, starszą już, ale znajomą twarzą kogoś, z kim dzieliło się szkolne lata. Taniec był cudownym lekarstwem. Działał na wszelkiego rodzaju wewnętrzne rozterki, w szczególności, gdy towarzyszyło mu odpowiednie towarzystwo.
Dlatego pozwoliła sobie na roześmianie się w głos — dźwięcznie, niestandardowo szczerze, jak na osobę jej pochodzenia — gdy tylko uniósł ją w górę. Był silny, miał mocny chwyt, dlatego Leopoldine pozwoliła swojemu ciału ułożyć się w znajomej, bezpiecznej dla siebie pozie. Rozłożyła ramiona na boki, wystawiła twarz w stronę zaczarowanego sufitu. Cała jej pozycja przypominała zresztą łabędzia płynącego po tafli krystalicznego jeziora. Z wyciągniętą szyją, nogami ułożonymi prostopadle do wyciągniętych ramion Mitcha. Ten zresztą wydawał się czytać w jej myślach; tak, jak chciała, a jak nie zdążyła jeszcze wypowiedzieć, obkręcił się kilkukrotnie wokół własnej osi. Wydawało jej się, że słyszała, jak śmiał się z całej sytuacji. I gotowa była przysiąc, że był to śmiech szczery. Dokładnie taki, jaki chciała mu podarować jako podziękowanie za wyrwanie jej od samotności i nudy.
Gdy poczuła, że zaczyna uginać ręce, pragnąc postawić ją ponownie na parkiecie, zmusiła ciało do powrotu do wcześniejszej pozycji — chociaż Mitch mógł wyczuć, że jej nogi poczęły zwisać swobodnie, a całe napięcie i odpowiedzialność za pozycję ciała skupiała się na tułowiu. Kobieta była niezwykle świadoma swojego ciała, znała je na wylot, ale najczęściej i tak sięgała po wyuczone latami nauki baletu pozy. Kto wie, może taki obrót spraw był dla Mitcha odrobinę niecodzienny. Nie chciała wyrokować już teraz — nie wiedziała przecież, ile kobiet unosił w swoim życiu i ile z nich było profesjonalnymi tancerkami.
— Bardzo cieszę się, że mogłam to panu pokazać — uśmiech, szeroki i niepohamowany, był jedynym indykatorem jej szczęścia nieukrytym pod maską — za wyjątkiem nieustępliwych iskier błyszczących w jej niebieskich oczach. Płynnie powróciła do klasycznego walca. Muzyka zbliżała się ku końcowi, ale mieli jeszcze chwilę dla siebie. Krótką, ale zawsze. — W takim wypadku to tylko sprawiedliwe, że powinien mi pan zdradzić swoje personalia. Nie sądzi pan?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#158
Rodric Carrow
Śmierciożercy
Wiek
28
Zawód
Służby Administracyjne Wizengamotu
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
10
17
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
3
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
3
Brak karty postaci
Wczoraj, 15:48
Odpowiedz dla Violetty

Nie, nie wierzyłem w nic. Nie wierzyłem w karty, we wróżby, w przepowiednie. Nie wierzyłem, więc nazwisko Violet Trelawney niewiele mi powiedziało. Oczywiście powiedziało jedną najważniejszą rzecz, czyli taką, że nie mam do czynienia z kobietą, która należy do śmietanki towarzyskiej i którą można by ewentualnie zaprosić na spotkanie towarzyskie, czyli tak zwaną randkę. Odkrycie to - druzgocące - ostudziło niedawny zapał z którym wszedłem w ten bal maskowy. Irytacja, którą poczułem już przy pierwszym zerknięciu się naszej skóry - kiedy ująłem jej dłoń, wzrasta. Czułem, że powinienem postawić się wobec zaistniałej sytuacji. Chociaż w zgodzie z muzyką mam po obrocie znów przyciągnąć ją do siebie, rozważam całkiem trzeźwo, czy nie puścić jej w odpowiednim momencie pozwalając by wypadła z mojej ręki. To czy upadnie na posadzkę niewiele mnie w tym momencie interesowało. Miałem jakieś drażniące wrażenie, nie dające się przepędzić. Nie pomagała jej uroda, czy dystans w mowie, którą utrzymywała przez wyuczoną uprzejmość. Nagle irytowało mnie nawet to, że nie mówi do mnie per "ty", ale zwraca się jak do starego kawalera. Nie byłem aż tak stary. Chociaż w porównaniu z nią...
- W takim razie zgaduję, że nie zdążyłaś jeszcze zatęsknić za tymi murami, panno Trelawney. Takie osoby nie powinny pojawiać się na balach Absolwentów - podnoszę pierwszą tezę, która z założenia ma zaognić konflikt pomiędzy mną a partnerką. Jej nazwisko również przeze mnie wypowiedziane zostało raczej z wyuczonej przyzwoitości, niż z szacunku. Nieco obawiałem się, czy nie mam w tym momencie w ramionach czarownicy najniższego sortu, ale staram się odpychać te myśli - wciąż pewny, że jest to niemożliwe, bo one nie rodzą się piękne, a przecież ta która ze mną tańczyła przykuła moją uwagę właśnie urodą. -Tak, ja skończyłem szkołę dziesięć lat temu. Ze zdumieniem odkrywam, że nie zmieniła się ani odrobinę - spoglądam po ścianach, jakby przybity tą świadomością, że te dziesięć lat nie zaowocowało w spektakularne zmiany, na przykład usunięciem wszystkich szlam. Muzyka zmienia się nieco i każe nam sunąć po parkiecie wolno i nawet jeżeli piękna nieznajoma mi dotąd Violet Trelawney poruszałaby się niczym moja ulubiona baletnica, miałem nieodparte wrażenie że z jej powodu wglądamy na parkiecie śmiesznie. Zwykle pomyślałbym, że to z mojego powodu, co było zresztą przyczyną mojej rzadkiej obecności na imprezach tańczonych, natomiast rzeczywiście dziś obarczam ją wszystkimi winami, które wpadają mi do głowy. Może przy kolejnym spotkaniu będę nieco mniej zniesmaczony więc jej obecnością, ale dziś z każdym kolejnym ruchem żałuję, że wstąpiłem na ten parkiet. Nagle moja głowa obraca się prawie o sto osiemdziesiąt stopni, kiedy przy obrocie widzę nie kogo innego tylko właśnie Leopoldine Flint, która śmieje się i odrzuca głowę a później zostaje PODNIESIONA przez swojego partnera. Ten widok robi mi coś w kiszkach i w klatce piersiowej, bo nagle zniesmaczenie obraca się w (jeszcze nie-)jawną potrzebę zwrócenia obiadu. Co niby panna Flint robi tutaj, na Zjezdzie Absolwentów, przecież nie należy do grona absolwentów. Zresztą, dopiero co widziałem ją w teatrze... wczoraj. Widok jej poza ciasnymi ramami sceny jest równie abstrakcyjny jak wizja tego, że ja i Violet moglibyśmy się dziś dobrze bawić. Wracam spojrzeniem do mojej własnej partnerki, wpatrując się w pomarańcz jej maski, zdaje mi się, że jej oczy chcą przejrzeć mnie na wylot.
- Nie znamy się, ale nie wydajesz się zaskoczona tym, że wybrałem Cię do tańca pann Trelawney. Czy jest coś co powinienem wiedzieć albo przede mną ukrywasz? - mrużąc oczy, staram się nie zwracać uwagi na to, jak piórka przy jej oczach zdają się płonąć niby żywym ogniem. Podnoszę tezę numer dwa? Zależy, która mocniej rozpali ten konflikt, który już się żarzy w moim ciele.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (16): « Wstecz 1 … 14 15 16
 


Skocz do:

Aktualny czas: 20-03-2026, 04:25 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.