• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Szkocja > Hogsmeade i okolice > Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie > Wielka Sala
Wielka Sala
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
09-10-2025, 17:55
Wielka Sala
Wielka Sala to największe pomieszczenie w całym zamku Hogwart. Jak sama jej nazwa sugeruje - jest naprawdę wielka. Długa na kilkadziesiąt stóp, szeroka na kilkanaście i o bardzo wysoko, łukowato sklepionym suficie, którego zazwyczaj nie widać, bo dzięki czarom uczniowie Hogwartu spoglądając ponad głowy dostrzegają zazwyczaj niebo podobne temu, które widać za oknem. Pod sklepieniem wieczorami unoszą się setki świec, za dnia zaś światło dziennie wpada przez wysokie i wąskie okna. Wielka Sala ma kamienną posadzkę i takież ściany, zawsze wypolerowane i zadbane przez domowe skrzaty pracujące w kuchni. Każdego dnia stoi tu kilka stołów - cztery najdłuższe przeznaczone są wychowankom domów w Hogwarcie. Po drugiej stronie od wejścia zaś, na podwyższeniu, stoi stół nauczycielski, gdzie zasiada grono pedagogiczne. Po środku tego stołu stoi krzesło przywodzące na myśl tron, należące do dyrektora szkoły. Dekoracje Wielkiej Sali zmieniają się w zależności od okoliczności.
Na lewo od stołu nauczycielskiego znajdują się drzwi prowadzące do bocznej komnaty z portretami.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (15): « Wstecz 1 … 13 14 15
 
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#141
Leopoldine Flint
Czarodzieje
if i was the moon, would you still look for the stars?
Wiek
23
Zawód
wschodząca gwiazda baletu
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
13
16
20
Brak karty postaci
15-02-2026, 19:41
Odpowiedź dla Mitch Macnair

Tej nocy, a w szczególności na parkiecie, miało nie liczyć się to, kto nosił jakie nazwisko, czy do jakiej szkoły chodził. Ideą maskowego balu było zjednoczenie się pod pozorem tajemniczości, które nawet zapoznanym już ze sobą parom dawało przestrzeń na rozpoczęcie od zera. Proszący o jej zgodę i partnerstwo w tańcu mężczyzna sprawiał naprawdę dobre wrażenie, co tylko sprzyjało jego prośbie i jej pozytywnym rozpatrzeniu. Ba, nawet gdyby nosił się z mniejszą uwagą, a wykazywał się dalej manierami, zgodziłaby się na taniec, chociażby z grzeczności. Na szczęście dla niej i Mitcha, temu drugiemu nie brakowało nic ani z niezobowiązującej elegancji, ani stylu bycia.
Odpowiedziała mu więc chętnie uśmiechem na uśmiech. Cóż za orzeźwiająca okazja, w której nie musiała ostrożnie haftować swojego wizerunku, aby przypaść w gusta tego lub innego jegomościa. Miała wrażenie, że niewiele osób cieszyło się z jej towarzystwa. Jej, Leopoldine, nie panny Flint, nie gwiazdy brytyjskiego baletu, nie bogatej panny na wydaniu. Mitch natomiast wydawał się szczerze zadowolony z tego, że mógł z nią zatańczyć, nie robił tego z przymusu, czy innej równie złej intencji. Szanował ją. Tyle jej wystarczyło.
— Wszyscy powinni zatem panu dziękować za uratowanie mnie od biernej roli obserwatorki — odbiła słowną piłeczkę z lekkością oraz chichotem rozbawienia, który czaił się gdzieś na skraju wypowiadanych przez nią głosek. Pozwoliła mu poprowadzić się do skraju parkietu, dłoń w dłoń. Miał rację, obierając przy tym bardziej naturalny dla siebie, nieprzesadnie pompatyczny sposób zachowania. Gdyby na siłę próbował postępować tylko według zasad savoir-vivre, wypadłby przy tym tak sztucznie, jak było to fizycznie możliwe i samym tym ściągnąłby na siebie niezadowolenie panny Flint. Oczekiwała ona od tego wieczoru czegoś... prawdziwego. Bezkompromisowego, jak bezkompromisowe były dzieci. W Durmstrangu nie marnowano czasu na piękne bale, wszystko przekuwano w szkołę charakteru, lekcję, że to silniejsi powinni podporządkowywać sobie słabszych. Przyjemnie było więc zagrać odrobinę na nosie dyrektorowi Instytutu i bawić się na modłę angielsko—francuską, tak dla odmiany.
Nie miała pojęcia, że maska, którą przywdziała na twarz działała jak lustro i że zamiast jej samej, Mitch miał widzieć swoje odbicie. Ona bowiem doskonale widziała te fragmenty jego twarzy, które odsłonięte zostały przed maską przywodzącą na myśl pióra ognistego ptaka. Musiało być w niej coś niezwykłego, bowiem jej ciało od razu przystosowało się do dotyku obcego, bądź co bądź, partnera w tańcu. Pozwoliła mu prowadzić, samej dostrzegając, że jej humor poszybował znacząco w górę, czyniąc z niej prawdziwą pannę w skowronkach.
— Proszę mi uwierzyć, nie dam panu nawet momentu, aby stanął mi na stopie — odparła lekko, jakby na potwierdzenie swoich słów przejmując na chwilę kontrolę nad ich tańcem. Przeskoczyła z lekkością nad stopami Mitcha, lądując po drugiej jego stronie i od razu przechodząc w pełen obrót. Jej balowa suknia nie krępowała ruchów, zamiast tego pracowała z jej ciałem, dzięki czego materiał podążał za nią, jak powidok wcześniejszej pozycji. Uniosła nieco wyżej głowę, rzucając mu zaciekawione spojrzenie. Takie sztuczki, choć proste, zazwyczaj stanowiły łatwy sposób na zachwycenie mniej doświadczonego partnera. — Czy już mi pan wierzy? — dopytała ściszonym głosem, noszącym w sobie nutkę przekory. Tak właśnie zapraszała go do wspólnej zabawy, odrobiny szaleństwa i oderwania się od sztywnych form, w które mogli popadać początkujący tancerze tańców balowych. — Jeżeli nie ma pan doświadczenia na parkiecie, w pierwszej kolejności radzę zapomnieć o wszystkim, co do tej pory myślał pan o tańcu.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#142
Violet Macnair
Czarodzieje
her lips were soft like winter
Wiek
21
Zawód
wróżbitka
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
5
OPCM
Transmutacja
0
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
19
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
10
Brak karty postaci
15-02-2026, 21:01
Odpowiedź dla Rodric Carrow

Głęboko wątpliwe, aby mieli szansę kiedykolwiek wcześniej się spotkać, chyba że przed laty został zaciągnięty (wątpiła bowiem, by uczynił to z własnej woli) przez matkę, ciotkę lub inną krewną, wierzącą we wróżby i jasnowidzów, na Czarcie Uroczysko, kiedy panią domu była tam jeszcze Marjorie Trelawney. Istniały na to jednak niewielkie szanse. Violet nie miała wielu znajomych wśród czarodziejów błękitnej krwi, obracała się w zupełnie innym towarzystwie, choć jej aspiracje sięgały daleko - miała nadzieję wkrótce ich poznać. Na pewno byli wśród nich tacy, którzy nie bagatelizowali trudnej i wyrafinowanej sztuki jaką było wróżbiarstwo. Z pewnością chociaż kilkoro miało dość otwarte umysły, by potrafić dostrzec więcej, niż tylko to co widać.
- Jeśli woli pan pozostać tajemniczy... - zaczęła Violet, lecz nie zdążyła dokończyć.
Właściwie pozostanie anonimowym mogłoby być nawet ekscytujące. Wzdłuż pleców przebiegł jej jakiś dreszcz, a usta wygięły się w uśmiechu. Mężczyzna zaraz jednak zmienił zdanie, a brzmienie jego nazwiska było Violet znajome. Oczywiście, że kojarzyła jego rodzinę. Trudno było nie znać wielkich rodzin ze Skorowidza cieszących się krwią najczystszą z możliwych, wielkim majątkiem i wspaniałą historią. Może nie mieli szansy, aby poznać się wcześniej, lecz Międzynarodowy Zjazd Absolwentów dawał im wspaniałą, aby to zmienić. Miał wszak łączyć i integrować nie tylko różne narodowości, ale i Brytyjczyków, których dzieliły waśnie, poglądy i upodobania. Z tego co kojarzyła, Carrowowie nie pałali miłością do mugoli i nie mogli być zadowoleni z wyboru nowego Ministra Magii. Przynajmniej to mogło być ich punktem wspólnym - jak podejrzewała. - Violet Trelawney, sir - odrzekła, uśmiechając się przy tym czarująco. Szczerze jednak wątpiła, by on znał to nazwisko, o ile nie interesował się wróżbiarstwem i przyszłością. Jej matka cieszyła się dość ograniczoną sławą i popularnością.
Z radością poddała się muzyce i ruchom mężczyzny, którego obecność z jakiegoś powodu jawiła się Violet fascynująca i podniecająca zarazem, choć jeszcze nie dał jej nawet powodów, aby naprawdę poznanie go było przyjemnością. Taniec zaś był czymś więcej niż wyłącznie umiejętnością fizyczną. Był zarazem sztuką i rozrywką, mógł być elegancki i wyrafinowany, a także swawolny i nieobyczajny. Mógł opowiadać historię, przedstawić bohatera i czarodzieja lepiej, aniżeli uczyniłyby to słowa. Czynił muzykę widzialną dla oka, był sposobem, aby melodia zmaterializowała się w powietrzu; właściwa choreografia podkreślała jej piękno, jeszcze bardziej oddawała zawarte w niej emocje. Dla Violet taniec był nie tylko sposobem, aby wyrazić siebie, lecz zarazem instrumentem magicznym, teatrem i czystą przyjemnością. Miała do tego dryg, miała doń talent, płynęła więc po parkiecie lekko i z wdziękiem, choć nigdy nie dostąpiła zaszczytu bywania na tak eleganckich salonach jak pan Carrow.
- Przed trzema laty, proszę pana, byłam wychowanką domu kruka - odpowiedziała ciemnowłosa, bez wysiłku dotrzymując mu kroku we właściwym rytmie. Miała wrażenie, że nieco ją przy tym ciągnął, lecz w tamtym momencie ten pokaz siły nawet jej się podobał - i nie rozumiała dlaczego. Chyba udzieliła jej się atmosfera tego balu, aż zbyt mocno. Zwracał się do niej per ty, lecz nie wyszedł z inicjatywą, aby uczyniła to także i ona, wolała więc zachować grzeczny dystans wobec czarodzieja błękitnej krwi. To nie wypadało, by pominąć zwroty grzecznościowe ot tak. - Obawiam się, że pana nie kojarzę. Uczył się pan w Hogwarcie? Był pan kilka roczników wyżej?
Błękitnokrwiści nierzadko wybierali wszak zagraniczne szkoły, jakby to miało uczynić ich lepszymi, bardziej światowymi, kiedy powrócą na Wyspy Brytyjskie. Violet, obserwując tego popołudnia i wieczoru, absolwentów Akademii Magii Beauxbatons i Instytutu Magii Durmstrang, nabierała przekonania, że mogłaby się wśród nich nie odnaleźć.
I have three eyes. Two to look, one to see.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#143
Freddy Krueger
Czarodzieje
zawsze budzę się za późno, nawet jeśli nie spałem
Wiek
21
Zawód
rybak, diler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
2
0
OPCM
Transmutacja
4
4
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
11
Siła
Wyt.
Szybkość
15
15
10
Brak karty postaci
16-02-2026, 18:03
Odpowiedź dla Varya Borgin

Szukałem źródła tej odwagi; rozglądałem się za magicznymi drobinkami, analizowałem każdy opróżniony kielich zakładając, że może Loretta dolała coś, do któregoś z nich, próbowałem przypomnieć sobie wszystkie przekąski i przede wszystkim moment, gdy ta śmiałość i wolność zdawała się mną zawładnąć. Wszystko na nic. Żaden element układanki nie składał się w sensowną całość, nie mogłem nawet pojedynczej sytuacji pozostawić w kręgu niepewności, bowiem byliśmy tu zbyt krótko, abym nie mógł zliczyć ich na palcach jednej ręki. Tartaletki, owoce, ledwie trochę wina – po wszystko sięgałem sam, nikt mi tego nie przynosił, a więc założenie, iż siostra mogła maczać w tym palce było błędne. Trudno było mi jednak zrozumieć własne zachowanie, choć poniekąd… podobało mi się to i chyba mógłbym do tego przywyknąć. Jeśli pokonanie wewnętrznego strachu było kluczem, to może naprawdę dobrym wyjściem było w końcu stawić mu czoła? Bawiłem się, uśmiechałem, trzymałem w ramionach piękną kobietę i nic się nie działo, kompletnie nic. Nie dostrzegłem wrogich spojrzeń, nie słyszałem kpiących komentarzy tudzież jeszcze bardziej drażniących śmiechów. Cała ta złośliwość… może ona istniała już tylko w mojej głowie? Może była wyłącznie blizną, a nie otwartą raną?
Napięcie zdawało się odejść w zapomnienie, podobnie jak kiełkująca złość na Lorettę oraz Igora, którzy bez zapowiedzi zdecydowali się nas zostawić. Kołysanie na parkiecie okazało się wyjątkowo przyjemne w swej prostocie, nawet jeśli odbiegaliśmy płynnością ruchów od towarzyszących nam w Wielkiej Sali czarodziejów. -Tak?- spytałem zaskoczony, ale najpewniej miała rację. Marny był ze mnie tancerz, więc mimowolnie rozejrzałem się po otaczających nas parach i wnet nabrałem pewności, że się nie myliła. Śmielej niż zwykle zmniejszyłem dzielącą nas odległość wykonując niewielki krok w przód. -Wspominałaś, że nie potrafisz tańczyć- rzuciłem skupiając spojrzenie na masce przywodzącej na myśl motyla. -Musisz uwierzyć mi na słowo, że mam na ten temat inne zdanie- dodałem wyginając wargi w lekkim uśmiechu. Komplementy nie były moją mocną stroną, zwykle od nich stroniłem, w przeciwieństwie do swego rodzaju otuchy i właśnie taką łatkę przypiąłem ostatniemu stwierdzeniu. Doskonale wiedziałem czym był brak wiary w siebie, jak bardzo potrafił ograniczać oraz zaburzać zdolność trzeźwej oceny sytuacji i – choć mogłem być w błędzie, lecz takie odniosłem wrażenie – dziewczyna również się z tym mierzyła. Widziałem to w jej niepewnych ruchach, w drżeniu delikatnej dłoni i oczach, które ledwie na krótką chwilę gotów były skupić się na moich. Ale… jak w ogóle do tego doszedłem? Przecież sam zwykle wybierałem ucieczkę nie mogąc wydusić z siebie choć jednego, złożonego zdania.
-Ja też nigdy tak nie tańczyłem- odparłem i o dziwo nie poczułem zawstydzenia. Być może ledwie jego cień – gdzieś głęboko i bardziej z przyzwyczajenia, niżeli rzeczywistych emocji. Zamiast jednak się nad tym rozprawiać i głowić w pełni oddałem się muzyce starając się przy tym prowadzić towarzyszkę – z pewnością zbyt wielką jak na normlanego siebie.
-Dobry?- pokręciłem głową nieco zakłopotany. -To eee- zaciąłem się na moment. -Miłe, bardzo miłe, ale no jak ty, ja też nigdy wcześniej nie miałem okazji- mruknąłem wpatrując się, niczym zahipnotyzowany, w pastelowe skrzydełka jej maski. -Mi też- dodałem, po czym posłałem jej promienny uśmiech.
-Jasne- rzuciłem starając się złapać jej palce tak, aby mogła wykonać obrót. Zdążyłem podpatrzyć to u innych, wszak ten taneczny krok wykonywali nieopodal nas niemal co chwilę; że też nikomu nie zawróciło się od tego w głowie.
-Masz ochotę się czegoś napić?- spytałem, kiedy głośność muzyki traciła na swej sile. Piosenka dobiegała końca. -Czy może chcesz tu jeszcze zostać ze mną lub- rozejrzałem się dookoła. -Kimś innym?- spytałem.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#144
Lucinda Macnair
Śmierciożercy
Hope for the best, but prepare for the worst.
Wiek
28
Zawód
łamacz klątw i uroków, poszukiwacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
15
1
OPCM
Transmutacja
30
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
17-02-2026, 11:11
Odpowiedź dla Drew Macnair

Wątpiła, by spotkania polityków przy kieliszku mocniejszego trunku bardzo różniły się od spotkań głów rodów czy szeroko pojętej arystokracji. Był czas, gdy rozmowy toczone przy stołach miały charakter czysto biznesowy - napędzany konsumpcjonizmem, potrzebami, wielkim celem. Były też takie, które pod zawoalowanym pretekstem wykwintnych uczt, bali i innych okazji do świętowania stanowiły idealny moment na polityczne dyskusje, choć prowadzone w o wiele bardziej wyczekany i delikatny sposób. Znów można było rozmawiać o umowach i celach, o potrzebach - a za tym wszystkim mógł stać wielki konsumpcjonizm - lecz wszystko było tak wyszukane, tak subtelne i tak na miejscu, że nikt nie miał w sobie potrzeby podważać słuszności prowadzonych rozmów. Ona to widziała. Z czasem zaczęła to rozumieć, wyczuwać momenty, gdy temat stawał się poważniejszy, choć w otoczeniu niewiele się zmieniało. Z czasem zaczęła też dostrzegać, jak łatwo jest się zdradzić, powiedzieć o słowo za dużo, gdy atmosfera wciąż wydaje się lekka i przyjemna, a tak naprawdę kryją się za nią prawdziwe deklaracje. Choć w polityce obracał się już od jakiegoś czasu, nie miał jeszcze okazji poznać wszystkich tych kruczków, wszystkich narzędzi szlifowanych latami. Nie mogła odmówić mężowi sztuki manipulacji, umiejętności łamania konwenansów, ale też dopasowywania się do otoczenia. Nie mogła zarzucić mu braku zdolności odczytywania ludzi i emocji. Wręcz przeciwnie - zdawał się w tym przewyższać nawet ją. Wiedziała jednak, że w tym świecie są ludzie, którym przychodzi to z jeszcze większą wprawą. I dlatego chciała mu w tym pomagać. Dlatego cieszyła się, gdy ze swoimi troskami potrafił przyjść do niej. Tak po prostu.
- Właśnie tak myślę - odparła w lekkim zamyśleniu, widząc niesmak malujący się na jego twarzy. - To pewnie bardzo grzeczne, bardzo miłe rozmowy o niczym i o wszystkim, podszyte konkretnymi celami. -jej ojciec zawsze tak robił. Najpierw zapraszał gości do wspólnego stołu, pokazywał im dom i rodzinę, dawał namiastkę ciepła, częstował najlepszym jedzeniem, do szklaneczek wlewał najstarszy trunek. A gdy przychodziło do rozmów - tych toczonych już za zamkniętymi drzwiami gabinetu - wszystko stawało się prostsze.
Pokręciła głową w udawanym rozdrażnieniu, gdy wspomniał, że za zamkniętymi drzwiami na pewno jest weselej. - Zaczynam naprawdę w to wierzyć. Nie sądziłam, że przyjdzie mi spędzić ten dzień z Panem Marudą - odparła z lekką kąśliwością. Oczywiście doskonale rozumiała jego frustrację. Podzielała ją. Były jednak dni, takie chwile, w których chciała znów być zwykłą czarownicą o niezwykłej pasji, oddającą się radości zwyczajnych chwil z ukochanym mężczyzną u boku. Prawda była taka, że naprawdę jej tego brakowało. Normalności, która dla innych mogłaby wydawać się całkowitym zaprzeczeniem tego słowa. Była wdzięczna za nowe role, które przyszło jej w życiu nosić, ale nie chciała pozbywać się starych - bo nie o to chodziło. Nie o zastępowanie jednego drugim, lecz o umiejętność znalezienia w tym zgody. Kompromisu. - Chyba będziesz musiał mi po prostu zaufać -mruknęła, gdy padło pytanie o obietnicę.
Wzmianki o tańcu właściwie nie skomentowała, jedynie przewróciła oczami. Wiedziała, że trudno mu odmówić sobie choćby drobnej uszczypliwości, nawet jeśli miała niewiele wspólnego z prawdą. Ucieszyła się jednak, że w końcu mogą pójść zatańczyć - nawet jeśli robił to tylko po to, by jak zawsze udowodnić jej swoją rację.
Na wspomnienie Vincenta wzruszyła ramionami. Choć dziś nie łączyła ich żadna relacja, choć ich drogi rozeszły się w naprawdę złych okolicznościach, wtedy właściwie stali się przyjaciółmi - a ona nie chciała tego wyrzucać z pamięci. - Najpierw go za to nie cierpiałam - wspomniała z lekkim uśmiechem. - Potem jednak się dogadaliśmy. Czemu właściwie rozwalił mu nos? Pamiętam to, ale nie pamiętam powodu - dodała z autentyczną ciekawością. To, że Vincent i Drew nienawidzili się w szkole, było jej wiadome. To, że Augustus darzył Rinehearta tą samą antypatią - również. Cała ta historia jednak jakoś umknęła jej wspomnieniom. Zaśmiała się na myśl o najgorszej karze, gdy przesuwali się po parkiecie w rytm muzyki. - Za jakie przewinienia były takie kary? Nigdy takiej nie dostałam. – dodała znów zahaczając się o nostalgię.
Gdy zapytała o przyjaźnie, to właśnie z Augustusem widziała Drew. Tego rodzaju relacji nie dało się zbudować na fundamencie dorosłości. Choć czasem, gdy na nich patrzyła, miała wrażenie, że daleko im do jakiegokolwiek pojęcia dorosłości czy dojrzałości. - Myślę, że przez te wszystkie lata nawzajem wymienialiście się tytułami - odparła z lekko złośliwym uśmiechem. - Ciekawe, jak widzieliście siebie jako dzieci. Czy któreś z waszych przewidywań na przyszłość się spełniło? - człowiek, mając niewiele, albo marzył o świetności, albo wręcz przeciwnie - pocieszał się własną małością. Chyba wypierała ze świadomości, jakim nastolatkiem był Drew, choć to mogłoby dać jej choć odrobinę wglądu w to, jaki w przyszłości będzie Walden. - Tak - odpowiedziała na jego pytanie. - Może jestem masochistką, ale mycie podłogi jakoś nas do siebie zbliżyło. Choć to już echo przeszłości - dodała, jakby nie chciała wracać do tego, co się popsuło. Niektóre relacje przynosiły komfort na określonym etapie życia, a później - gdy ten etap się kończył - traciły na znaczeniu. Zmieniały się.
Zaśmiała się, gdy z zaskoczeniem spojrzał na swoje buty. - Już mnie nie prowokuj, bo dla własnej satysfakcji cię podepczę - dodała, unosząc prowokacyjnie brew. Wzruszyła ramionami na kolejne jego słowa. - Tak? Dlaczego tak uważasz?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#145
Henry Teyssier
Zwolennicy Dumbledore’a
there's no man as terrified as the man who stands to lose you
Wiek
22
Zawód
auror, poczatkujący klątwołamacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
16
0
OPCM
Transmutacja
19
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
13
10
Brak karty postaci
18-02-2026, 11:51
Odpowiedź dla Lizzy Evans

Od kiedy zobaczył ją po raz pierwszy, Lizzy nie opuszczała jego myśli. Nie była zwykłą dziewczyną, jedną z tych wcześniejszych, dla których i owszem, jego serce zabiło mocniej, ale uczucie nie zagnieździło się w nim najdłużej. Ona działała na niego inaczej — pociągała go nie tylko fizycznie, ale niemal natychmiast poczuł z nią głęboką, nierozerwalną więź. Więź, która mogła wydawać się abstrakcją. Bo pochodzili z dwóch zupełnie odległych światów. Bo ona dopiero od kilku lat odkrywała magię, którą on znał od kołyski. Bo ona ze swobodą obracała się w świecie mugoli, a on ledwo odnajdywał się we wszystkich technologiach i wynalazkach, o których mu opowiadała. Słuchał jej opowieści z rozdziawionymi ustami, dochodząc do wniosku, że magia nie kryła się jedynie w umiejętnie rzucanych zaklęciach, ale mogła istnieć niejako ponad nimi. Bo to, o czym opowiadała mu Lizzy wydawało się niekiedy naprawdę do tego stopnia złożone, że aż trudno było uwierzyć, że powstało bez ingerencji żadnej inkantacji. Co tylko utwierdziło go w przekonaniu, że świat, który wielu traktowało z bezczelną pogardą, krył w sobie o wiele więcej niż można było przypuszczać. Kryła się w nim nieokiełznana wartość.
To jednak nie miało dla niego znaczenia. Chociaż sam wychował się pośród względnych luksusów, kursując między Anglią i Francją, nie stał się z tego powodu ani narcyzem ani kimś przeświadczonym o tym, że poznał kawał świata. Teraz liczyło się tylko to, że panna Evans podzielała jego uczucia, to właśnie z nią pragnął odkrywać kolejne zakręty życia. podążać własną ścieżką dalej, razem stawiając czoło wszystkim przeciwnościom losu jakie miały przed nimi stanąć.
— Na ciebie — odpowiedział cicho, odważnie, z tym swoim spokojem, którym zawsze pragnął rozbroić ją bardziej niż najbardziej brawurowym gestem. — Zdecydowanie na ciebie.
Uśmiechnął się łagodnie, ale w jego spojrzeniu nie było już ani krzty żartu. Kciukiem przesunął po grzbiecie jej dłoni, jakby chciał upewnić się, że naprawdę tu jest, że nie zniknie jak miraż po źle rzuconym zaklęciu.
— Możemy iść gdziekolwiek zechcesz. Balkon, wieża, schody, nawet najnudniejszy korytarz — jeśli będziesz tam ze mną — dodał ciszej. — Nie chcę posunąć się dziś ani krok dalej niż pozwolisz. Ale nie chcę też udawać, że to tylko zwykły bal… i kolejny taniec.
Pochylił się odrobinę, tak że ich czoła prawie się dotknęły. Znowu musnął jej wargi swoimi ustami.
Delikatnie uniósł splecione palce do wysokości serca.
— I jeśli zaraz powiesz, że chcesz wrócić na parkiet — wrócimy. Ale jeśli zapytasz, czego naprawdę chcę… Chyba najbardziej chciałbym, żebyśmy zakończyli ten wieczór tak jak zwykle — z kubkiem gorącego napoju w dłoni, wyglądając przez twoje okna na Pokątną i mocując się, kto pierwszy zamknie oczy i zupełnie odpłynie.
Chciał czegoś więcej, chyba to zrozumiała, wydawało mu się, że i dla niej wieczór nie miał skończyć się tak jak to właśnie opisał, ale nie bardzo wiedział jak wypowiedzieć swoje największe pragnienie na głos. Nie chciał naciskać. Był przecież dżentelmenem. Cały wieczór spędzony w jej towarzystwie był już największym spełnieniem,
Gdy dostrzegł w jej oczach niemą zgodę, gdy poczuł, że prowadzi go w stronę wyjścia. spuścił niżej ich splecione dłonie i poprowadził ich przez tłum par. Wspólnie przemierzyli trasę dzieląca ich od miejsca, w którym dozwolona już była teleportacja.
Każde z nich rozpłynęło się w powietrzu, Tylko po to, aby po paru minutach znowu spotkać się w Londynie.

zt x2
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#146
Antonia Borgin
Śmierciożercy
I can resist everything except temptation
Wiek
28
Zawód
zaklinacz, pracuje w Ministerstwie Magii
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
14
OPCM
Transmutacja
6
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
11
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
8
Brak karty postaci
18-02-2026, 14:55
Odpowiedź dla Cassius Avery

Wewnętrzne potyczki nie przypominały przepaści, nad którą należało budować mosty z wielkich słów i jeszcze większych deklaracji. Były raczej rachunkiem - chłodnym, przejrzystym zestawieniem, w którym emocje stanowiły jedynie jedną ze zmiennych. Istotną, owszem, ale nigdy dominującą. Rozsądek nie toczył z namiętnością jałowych wojen. Uczył się ją prowadzić na smyczy. Albo przynajmniej sprawiać wrażenie, że to on trzyma ją w dłoni. Nie wierzyła w upadki, które przychodziły znienacka. W przypadkowe potknięcia. W chwile, w których człowiek „zapominał” o sobie. Każdy krok - nawet ten pozornie nierozważny - był wyborem. Czasem podjętym szybciej, czasem pod wpływem impulsu, ale wciąż wyborem. Ciało nie było wrogiem umysłu. Było jego przedłużeniem. Reakcją, którą można było zdusić, jeśli wymagała tego sytuacja, albo spożytkować, jeśli rachunek wypadał korzystnie. Ich relacja nie przypominała więc desperackiego mostu przerzuconego nad przepaścią samotności. Nie była też ucieczką. Istniała w przestrzeni pozbawionej zbędnych nazw i jeszcze bardziej zbędnych obietnic. Zrodzona z kalkulacji, utrzymywana w ryzach obopólnej wygody. Nie potrzebowała jej definiować - definicje domagały się przyszłości, a przyszłość bywała roszczeniowa. Wystarczało, że mechanizm przynosił obopólną przyjemność. Przypadki zostawiała ludziom, którzy lubili zrzucać odpowiedzialność na los. On dla niej był wyborem świadomym. Nie dlatego, że reagował w przewidywalny sposób ani dlatego, że spełniał estetyczne kryteria, które mogłaby odhaczyć w myślach jak kolejne punkty na liście. Bo ją też osobowości potrafiły nudzić. Te, które można było rozłożyć na czynniki pierwsze po dwóch rozmowach i jednym spojrzeniu. Nie szukała łatwości.
Wiedziała, że samą sobą potrafi wywoływać w ludziach dyskomfort. Może przez sposób, w jaki na nich patrzyła - odrobinę zbyt długo, odrobinę zbyt uważnie. Może przez to, że własny komfort odnajdywała w milczeniu i wycofaniu, zamiast w uprzejmych słowach rzucanych na podtrzymanie rozmowy. A może jej uniesiony wyżej podbródek był nie tyle oznaką wyniosłości, co zapowiedzią zbyt długiej i mozolnej pracy - takiej, która wymagała więcej zaangażowania, niż większość była skłonna z siebie dać. Nie łagodziła tego wrażenia. Nie czuła takiej potrzeby. Jeśli ktoś odbierał ją jako chłodną, trudno. Kontakt z nią rzadko bywał bezwysiłkowy. Wymagał czasu. Skupienia. Dlatego w pewien sposób radował ją fakt, że w tym wszystkim znajdowali się ludzie, którzy traktowali to jako wyzwanie, nie jako nieprzyjemny obowiązek. Którzy nie wycofywali się przy pierwszym zgrzycie. Bo przecież każdą zagadkę można było rozwiązać, jeśli tylko poświęciło jej się wystarczającą ilość czasu i cierpliwości. Nie wszystkim jednak przychodziło to z łatwością i chwała Merlinowi za to.
Kącik ust drgnął jej w delikatnym uśmiechu, gdy usłyszała jego słowa. Tak, czysto retoryczne. - Jeśli tak możemy nazwać sytuację, z której musiałeś mnie ratować - odparła z lekkim powątpiewaniem w głosie. - Choć pamiętaj, że nawet mucha czasem wpada w pajęczynę. - bo może wyjątek faktycznie jedynie potwierdzał regułę. Nawet najlepiej wyćwiczony instynkt miewał moment zawahania. Niektórzy jednak zdawali się nie posiadać go wcale - co widać było w ich działaniach, w słowach rzucanych bez cienia namysłu, w uporczywym kontynuowaniu rozmowy, gdy druga strona była nią już całkowicie niezainteresowana. - Może po prostu pozwoliłam ci się uratować?
Łatwo było przekroczyć granicę - szczególnie przy kimś, kogo znało się aż nazbyt dobrze. Gdy każdy dotyk był znajomy, gdy ciało drugiej osoby przestawało być tajemnicą. Choć potrafiła bez większego trudu odnaleźć w sobie pokłady kontroli, czasem celowo sprawdzała, co stanie się, jeśli ją odpuści. Jeśli popuści odrobinę nić, która ją więziła - tę cienką, napiętą strukturę, utrzymującą wszystko w ryzach. Jego reakcja była natychmiastowa. To przyniosło jej cichą, niemal chłodną satysfakcję. Pomimo otaczających ich ludzi. Pomimo spojrzeń. Te zresztą traciły na znaczeniu, gdy w grę wchodziła chęć i potrzeba. Wiedziała jednak, na co może sobie pozwolić, a na co nie. Nawet jeśli własne granice bywały przez nią samą celowo ostudzane, przesuwane o krok dalej niż podpowiadał rozsądek.
Na kolejne pytanie wzruszyła jedynie ramionami. Nie ciągnęła tematu zwiedzania dalej, bo nie miało to dla niej właściwie żadnego znaczenia. Muzyka wygrywała ostatnie rytmy, a taniec dobiegał końca. - Nie do odrzucenia, a jednak odrzucasz? - brew poszybowała w górę, a w jej głosie pobrzmiewało wyraźne rozbawienie. - Więc może teraz ty będziesz miał dług u mnie. - dodała to celowo, nie odpowiadając na pytanie, czy znajdzie dla niego czas w maju. Skłoniła się lekko na moment i mocniej ścisnęła jego dłoń w formie pożegnania. Nie podziękowała, choć ze wszystkich ludzi to jemu ten taniec naprawdę chciała oddać.

z.t
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#147
Cassius Avery
Śmierciożercy
Haunted spirits in my head, the thoughts themselves are the thinkers
Wiek
32
Zawód
badacz umysłów, pracownik MM, zaklinacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
0
25
OPCM
Transmutacja
11
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
5
Brak karty postaci
22-02-2026, 10:39
Odpowiedź dla Antonia Borgin

Ona nie wierzyła w upadki, które przychodziły znienacka. On nie tyle w nie wierzył, co sam do nich doprowadzał, a w oczach tych, których poddawał swoim próbom, dostrzegał moment pęknięcia — nagłe, bezbronne zdumienie, jakby dopiero wtedy dostrzegali cień zagrożenia, który od dawna kroczył tuż za nimi. Może nawet pragnęli upadku — słabość nie pozwalała im utrzymać się na nogach, bo nie rozumieli, że żadna emocja nie jest tyranem, lecz jedną z liczb w szeregu chłodnego rachunku potrzeb. Porzucali rozsądek dla nagłych namiętności, nie umiejąc wypracować w sobie przewagi rozumu nad tym, co gwałtowne i uczuciowe. Aby ciało stało się przedłużeniem umysłu, potrzebna była praca nad samym sobą, a na to niewielu się decydowało. Właśnie dlatego tak łatwo było ich podejść. I złamać. Gdyby nie to, przebieranie w ludzkich umysłach nie byłoby dla niego takie proste — było jak grzebanie wśród rupieci na targu staroci: przedmiotów bez liku, lecz prawdziwe osobliwości trafiały się rzadko. Los z rzadka stawiał przed nim prawdziwe wyzwanie — umysł splątany i wielowarstwowy, nie do końca podatny na jego manipulacje, nie łatwy do rozłożenia na części — lecz gdy już na nie trafiał, nie wypuszczał go z rąk.
Podejrzewał, że jej chłód, który inni odczytują jako dystans, w istocie był przejawem wewnętrznie dokonywanej selekcji. Milczenie nierzadko bywało wyborem, nie koniecznością. Miała rację, nie każdy gotów był znieść długich spojrzeń ani rozmowy, która nie karmiła się uprzejmościami. I dobrze. Bo trudność działa jak sito: zatrzymuje tych, którzy potrafią zostać mimo pierwszego zgrzytu, mimo chwili niewygody, mimo ciszy, w której trzeba utrzymać myśli na wodzy i nie wypowiadać ich na głos. Bo nie jest to odpowiedni moment.
Uniósł lekko brew, jakby rozważał jej słowa nie tyle z niedowierzaniem, co z cichą przyjemnością, że w ogóle je wypowiedziała.
— Pozwoliłaś? — powtórzył spokojnie, smakując to słowo, jakby sprawdzał jego ciężar. — To brzmi mniej jak przypadek, a bardziej jak decyzja podjęta z wyprzedzeniem. Muchy zwykle nie planują spotkań z pajęczyną.
Przez moment przyglądał się jej tak, jak obserwuje się zjawisko, które nie daje się łatwo sklasyfikować — bez pośpiechu, bez nachalności.
— Ale przyznaję, to wygodna wersja. Zakłada, że nic nie wymknęło ci się spod kontroli. Że to ty rozdajesz karty. Będę dżentelmenem i pozwolę ci w to wierzyć. — Kącik jego ust drgnął ledwie zauważalnie. Cicha, kolejna tego wieczoru prowokacja zawisła między nimi jak cienka nić — nie ta z pajęczyny, lecz taka, którą zrywa się dopiero wtedy, gdy naprawdę chce się odejść, nie podejmując rękawicy.
Nie cofnął dłoni od razu, choć uścisk wyraźnie sygnalizował pożegnanie. Zamiast tego pozwolił, by ich palce rozplotły się powoli, jakby sprawdzał, czy to ona pierwsza przerwie kontakt.
— Jeśli to rzeczywiście ja mam teraz dług, to powinienem przynajmniej wiedzieć, czy zamierzasz go kiedyś odebrać… — odparł z rozbawieniem. - Kto wie, może sam się do ciebie zgłoszę, żeby go spłacić.
Puścił jej dłoń dopiero wtedy, gdy skończył mówić, jakby to właśnie ostatnie słowo było sygnałem końca — nie tańca, lecz rundy, w której żadne z nich nie chciało naprawdę wygrać. Skłonił się lekko, przez chwilę podążając za nią wzrokiem.
Brzęczenie cudzych myśli splatających się pod kopułą Wielkiej Sali wybrzmiewało mu w głowie. Poczuł nagłą potrzebę wciągnięcia w płuca świeżego powietrza.

// zt
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#148
Mitch Macnair
Śmierciożercy
Wiek
27
Zawód
Architekt i budowniczy
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
8
10
Brak karty postaci
23-02-2026, 18:09
Odpowiedź dla Leopoldine Flint

Wychodziło na to, że dopiero w tym momencie miał okazję w pełni skorzystać z tego wieczoru. U boku obcej, ale jakże interesującej persony. Chociaż nie był mistrzem w czytaniu ludzi, to coś mu mówiło, że owa dama przy jego boku, również miała ochotę na trochę zabawy. Na oderwanie się od norm i oczekiwań narzuconych przez społeczeństwo, na bycie sobą bez maski, mimo pięknych i finezyjnych masek sprawionych im przez organizatorów. Jemu to było jak najbardziej w tomi graj.
Fakt, że przyjęła jego zaproszenie do tańca już sam w sobie dobrze zwiastował. Chociaż może początkowo trochę się stresował, że może nie sprostać jej wymaganiom co do zachowania i swoich manier, finalnie doszedł do wniosku, że nie ma sensu robić nic na siłę. Wystarczyło być sobą, a reszta sama się potoczy swoim torem. Nie zmieniało to jednak faktu, że nie chciał się przed nią zbłaźnić i starać się jak najlepiej wypaść na parkiecie.
- Będą musieli się w takim razie ustawić kolejce, ponieważ jakby nie patrzeć, nie będę przyjmował żadnych podziękowań dopóki nasz taniec trwa. - powiedział uśmiechając się lekko rozbawiony pod nosem.
Ta gra słów była ciekawą i miłą odmianą od tego czego doświadczył kilkanaście minut wcześniej. Wydawało się, że w żadnym razie nie jest wymuszona, że oboje dobrze się bawią, jednocześnie czerpiąc garściami z możliwości bycia pod wieloma względami anonimowymi w tłumie ludzi. Anonimowość dużo dawała, z całą pewnością po wspólnym czasie spędzonym na parkiecie, mieli się już nigdy nie spotkać, co jedynie skłaniało bardziej do zrzucenia kajdan codzienności i pozwoleniu sobie na swobodę.
W Hogwarcie były organizowane bale, gdzie uczniowie mogli sprawdzić sobie umiejętności taneczne, chociaż z tego co pamiętał nie szło im to jakoś wybitnie. Zwłaszcza w momencie kiedy muzyka poważna w pewnym momencie balu była zmieniana na tą nowocześniejszą, a wtedy uczniowie całkowicie zapominali o tym jak powinno się tańczyć i przechodzili do różnych pląsów, dając się po prostu ponieść muzyce. Tego wieczoru nie wchodziło to jednak w grę. Nie przewidywał aby dyrektor pozwolił na zmianę tempa muzyki, należało się więc całkowicie podporządkować muzyce klasycznej. Ale to wcale nie oznaczało, że mieli się przy tym dobrze nie bawić.
Mimowolnie uśmiechnął się słysząc, że nie pozwoli mu się podeptać po nogach. Co prawda nie planował tego zrobić, ale jeśli ona dodatkowo tego dopilnuje, to oboje finalnie będą zadowoleni z czasu spędzonego wspólnie na parkiecie i zejdą z niego z całymi nogami. Z zaciekawieniem i pewnego rodzaju zachwytem obserwował jak zwinnie i bez najmniejszego problemu przeskakuje jego nogi, po czym wprowadza się w bardzo zgrabny obrót. Nie puszczał jej dłoni nawet przez moment, nie odrywając od niej wzroku, a kiedy na nowo znalazła się przy nim, po tym jakże zjawiskowym obrocie, spojrzał na nią uśmiechając się pod nosem.
- Nie śmiałem w to wątpić nawet przez chwilę. - odparł spokojnie, a uśmiech w zasadzie nie schodził mu z twarzy - Taniec z tak zdolną tancerką to sama przyjemność i coś czuje, że przy pani moje umiejętności również pójdą do góry. - dodał kiwając głową, a po chwili, kierując się melodią, poprowadził ją kawałek w tańcu, by moment później znów obrócić ją delikatnie - Ale tak wszystko? - uniósł brew ku górze - Obawiam się, że jeśli zapomnę o wszystkim co wiem, będę miał dwie lewe nogi. - pokręcił głową z nieskrywanym rozbawieniem.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#149
Conrad Bones
Zwolennicy Dumbledore’a
it's hard to enjoy practical jokes when your whole life feels like one
Wiek
36
Zawód
auror
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
24
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
9
10
10
Brak karty postaci
23-02-2026, 23:39
Dziwnie było stać na skraju Wielkiej Sali w eleganckim stroju, który zdawał się nad wyraz mocno kontrastować z młodzieńczymi wspomnieniami. Czający się gdzieś z tyłu jego głowy Conrad Bones, ten młodszy o ponad dwadzieścia lat, ceniący sobie luz i dowcipy, śmiało szydził ze sztywnej formy takiego ubioru. Dorosły Conrad Bones, prezentujący się obecnie, również nie przepada za dopiętym przy szyi kołnierzem koszuli, ale to właśnie ten ostatni guzik przypominał mu jak ważna jest prezencja. Spoglądając na wszystkich wokół wcale nie żałował decyzji o przebraniu się w strój odpowiedni do okoliczności. Czarny garnitur, śnieżnobiała koszula, jasnobłękitny krawat oraz poszetka w zbliżonym odcieniu błękitu lekko wychylona z brustaszy.
Pamiętał o kolorze niebieskim, o którym Thalia wspomniała w liście, łaskawie odkrywając przed nim rąbek tajemnicy. Rozglądał się, spojrzeniem szukał tej jednej znajomej sylwetki, żywo pamiętając o wymienionej przed miesiącem obietnicy spędzenia tego zjazdu absolwentów wspólnie. Podczas ceremonii otwarcia na błoniach Conrad nie zdołał pośród tłumu wypatrzeć burzy rudych fal, tym samym nie mieli okazji zamienić ze sobą kilku zdań, nawet zwykłego powitania. Domyślał się, że Thalia, tak jak on sam, rozprawia z przyjaciółmi ze szkolnych lat, nie mogąc nadziwić się ile już lat minęło od opuszczenia szkolnych murów. Potem jego myśli już całkowicie pochłonął turniej pojedynków, który jawił się jako długa seria drobnych potknięć i skromnych zwycięstw, co nad wyraz szczęśliwie doprowadziła go do samego finału. Ostatnie starcie przegrał, mimo to był dumny ze swojego występu. Był ciekaw jak finał wyglądał z perspektywy rudowłosej czarownicy; był prawie pewien, że w którymś momencie kątem oka dostrzegł ją pośród widowni.
W końcu dostrzegł ją także przemykającą pomiędzy roztańczonymi parami. Ruszył ku niej odważnie, nogi niosły go same, a wszystko w imię spędzenia reszty wieczoru w doborowym towarzystwie. Przystanął przed nią, uśmiechnął się odrobinę cwaniacko, wypinając pierś do przodu, aby wyeksponować błękitne elementy garderoby. Na zaczarowanym suficie pełno było gwiazd, powietrze wibrowało od splecionych z sobą fal ciepła i dźwięku, bo oto muzyka łączyła wszystkich w pary.
– Potrzebujesz może szampana? – zaproponował wesoło, niby niedbale, a jednak zaraz z dozą ostrożności spojrzał na boki, jakby w obawie, że ktoś zarzuci mu próbę rozpicia pięknej damy. I taki zarzut byłby w pełni logiczny, ponieważ Thalia wyglądała niesamowicie. To chyba przez tę wzniosłą atmosferę zjazdu, po prostu wszystko prezentowało się w innym świetle.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (15): « Wstecz 1 … 13 14 15
 


Skocz do:

Aktualny czas: 02-03-2026, 20:50 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.