• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Manchester, Palatium Librae > Pokój gier
Pokój gier
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
02-11-2025, 01:59

Pokój gier
Pokój gier jeszcze nie tak dawno był pokojem szachowym, jednak wraz z postępem społecznym i pojawianiem się nowego typu rozrywek, zaczął ewoluować. Obecnie to głównie męska część rodziny spędza tu czas na relaksie, grach i zabawach, których nie wypada kultywować publicznie. Oprócz zachowanych z sentymentu szachów, główną rozrywką stają się tu karty, ruletka, bilard oraz oczywiście doskonale zaopatrzony barek z alkoholem i tytoniem z całego świata. Skórzane fotele i sofy, niewielka biblioteczka, antresola dookoła pomieszczenia i wielkie okna zasłaniane kotarami towarzyszą bywalcom tego miejsca.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (3): « Wstecz 1 2 3
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#21
Evander Crouch
Akolici
You don’t become a monster. You discover you always were one.
Wiek
35
Zawód
urzędnik SAW
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
10
3
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
9
10
9
Brak karty postaci
28-03-2026, 23:28
Nie był w stanie jednoznacznie wskazać, co tak naprawdę łamało człowieka. Sam cios, czy może refleksja przychodząca nieco później, z towarzyszącą jej wiarą o niesprawiedliwości. W takich chwilach świadomości gniew przychodził naturalnie, ostro. Rozlewał się po ciele, ofiarując złudne poczucie kontroli, jakby sama intensywność emocji mogła zastąpić realną sprawczość. Fałszywy prorok, dający nieme przyzwolenie na wygodną narrację o byciu ofiarą, zwalniającą z obowiązku myślenia. Nie kupował tego. Dla niego gniew był pokłosiem strachu, momentem niewygodnego zrozumienia, że ktoś był już o krok do przodu.
Dziś gniewem był Rafael.
Dym przesunął się przez jego usta jak cień, oczy zwęziły do wąskich szczelin, a zimne spojrzenie, które posłał kuzynowi, przywodziło na myśl śnieżną zamieć. Przerzucali się niewypowiedzianymi klątwami, ale nikt jeszcze nie broczył krwią.
- Na razie zachowujesz się dokładnie tak, jakbyś nią był - wypunktował, energicznie strzepując popiół, jakby odrzucał sprzeciwy. Opieszałość Rafaela malowała obraz człowieka nieporadnego, a on nie znosił bumelanctwa. Czy ich dziedzictwo i miejsce w świętej dwudziestce ósemce byłoby zasadne, gdyby ich przodkowie hołdowali niechlujstwu, obrażalstwu i wybiórczej ślepocie? Nazwisko nie było wyłącznie nobilitacją. Było nieustanna pracą, zwłaszcza nad wizerunkiem. Władza butwiała jak drewniane mosty. Gniła powoli od środka, pod wpływem drobnych zaniedbań. Jedno można było ukryć. Drugie zatuszować. Trzy świadczyły już o wzorze, stającym się pożywką dla drapieżników, którzy wyczekiwali najlepszego momentu na atak. Nazwisko Crouch niosło wiele luksusów, ale z pewnością nie luksus bycia niezauważonym. Jeśli wśród reprezentacji rodowego ciała pojawiała się chora jednostka, cały organizm niszczyła entropia.
Evander nie obawiał się odcięcia zainfekowanej kończyny.
- Niezwykle… przydatne - sięgnął po pochwalę, w której wybrzmiała raczej pobłażliwa pogarda niźli poklask. Rozwiązywanie sporów przy użyciu siły fizycznej uważał za coś poniżej godności czarodziejów. W świecie, do którego należeli obaj, konflikty rozstrzygano z precyzją i chłodną kontrolą w pojedynkach na różdżki, lub w marmurowych salach Wizengamotu. Pięści były domeną mugoli, narzędziem prymitywnym i niegodnym dziedziców nazwiska o historii starszej niż świat. Nie widział powodu do dumy, która wypływała z prezencji kuzyna. Ich sposób postrzegania rzeczywistości był tak różny, że aż trudno było uwierzyć, że posiadali wspólne korzenie i zostali wychowani pod jednym dachem. - Teraz mówisz o drobnej przysłudze, a przed chwilą wspominałeś, że wielokrotnie działałeś poza procedurami. Zdecyduj się, którą z tych wersji mam traktować poważnie - łypnął na niego przenikliwie, zaciągając się ostro, po czym z impetem zgniótł drugiego papierosa w kryształowej popielniczce. Rafael wydawał się kimś, kto sam podcinał sobie gałąź na której siedział. - Przysługę robi się dla kogoś - zauważył. Wcześniej przypuszczał, ale teraz był już niemal pewien, że kuzyn kogoś krył. Brak transparentności mu śmierdział, i był zwyczajnie za bystry, by dać się wciągnąć w pomaganie komuś, kto skrywał się z prawdziwymi intencjami. Nawet jeśli nosili jedno nazwisko stanowiące o ich wspólnym interesie. - Kogo chronisz, Rafaelu?
Jeśli miał się wykrwawiać, to dla rodu Crouchów - ale ta sprawa nie wyglądała mu do końca na taką, czym próbował opakować ją Rafael.
- Żądasz współudziału w odwecie, mijając się z prawdą i nie przyjmując do wiadomości, że pewne czyny mają konsekwencje. Nawet dla nas. I zwłaszcza teraz - moment przetasowania w strukturach władzy był czasem, kiedy spoglądano im na ręce. Byli silnymi przeciwnikami politycznymi, obawiano się ich. Atak nie był zaskoczeniem, ale nie był jeszcze jawną deklaracją wojny. - Chcę, żeby to wybrzmiało raz jeszcze. Uważam, że Vane posunął się za daleko, ale nie będę przymykał oka na to, że dałeś mu powód.
To była próba - próba, podczas której Rafael poległ. Nie potrafili się zgodzić - i być może nie musieli. Zgoda była przeceniana, częściej prowadząc do rozmycia niż realnej konkluzji. Nie potrzebował jednomyślności, by działać skutecznie. Wystarczyło mu zrozumienie układu sił - i choć dla niego był aż nazbyt czytelny, nie był pewien perspektywy Rafaela. Pokój na chwilę wypełnił się ciszą pełną napięcia, ciężką jak ołowiane figurki. Sięgnął po whisky. Błyszczała bursztynem w pękatej szklance, a jej gorycz wydała mu się niemal kojąca. Myślał. W istocie sprawa nie dotyczyła tego, czy mu pomoże, ale ile będzie to Rafaela kosztowało.

A może raczej - co.
- Jeśli chcesz się mścić, rób to sam - postawił granicę jasno, obserwując jak w złocistym alkoholu załamuje się światło. - Ale jeśli chcesz wygrać, mogę ci pomóc. Na moich zasadach - miał plan. Bardziej subtelny i wyrachowany, z konkretną strategią, której Rafael teraz potrzebował. Nie zapraszałby go tutaj, gdyby uważał inaczej. Jedyne, co musiał zrobić kuzyn, to porzucić myślenie obrażonego chłopca, któremu zabrano zabawkę. - Nazwisko daje ci miejsce przy stole, Rafaelu. Ale to jeszcze nie oznacza, że ktokolwiek zamierza cię słuchać.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#22
Rafael Crouch
Czarodzieje
Wiek
32
Zawód
Dep. Międzynar. Współpracy Czarodziejów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
13
0
OPCM
Transmutacja
13
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
5
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
02-04-2026, 08:39
Jeśli będę się wpatrywał w ścianę za plecami kuzyna, to nie dam mu w pysk, powtarzałem sobie na przemian z nuceniem w myślach melodii Marsylianki. Do momentu, w którym Evander nie zaczął podważać istnienia mojego zdrowego rozsądku, nawet nie byłem świadomy, że znam w ogóle francuski hymn i potrafię zaśpiewać refren. Zanucić, poprawiłem się od razu, bo byłem pewien, że gdybym zaczął teraz śpiewać qu'un sang impur abreuve nos sillons, kuzyn tylko utwierdziłby się w fałszywym przekonaniu o moim szaleństwie. Nie miałem pojęcia, skąd w mojej głowie te francuskie naleciałości; może to kwestia asystenta ambasadora, z którym wszedłem w bardzo bliską polemikę, kiedy pojawił się na zaprzysiężeniu Leacha, ale nie miało to i tak większego znaczenia.
Znaczenie miał fakt, że francuskiemu hymnowi zawdzięczałem to, że wciąż nie wywołałem bójki między kuzynami, chociaż Evander coraz bardziej mnie irytował swoją niesprawiedliwością. Czułem się p o k r z y w d z o n y jego oceną i dałem upust swojej frustracji, rzucając mu mało sympatyczne spojrzenie znad coraz bardziej pustej szklanki. Docierały do mnie jego słowa, każde jedno, ostre i chłodne jak ostrze noża, który wbijał mi w serce i kręcił nim jak podczas autopsji, mały psychol, ale dotąd udawało mi się ignorować ich znaczenie na tyle, by chociaż zachować wewnętrzny spokój. Im bardziej próbował mnie przygwoździć do podłogi swoją logiką i punktowaniem moich błędów, tym większą miałem ochotę wstać i wyjść, trzaskając przy okazji drzwiami, skoro nie mogłem trzasnąć go w gębę.
Najgorsze było to, że w jego słowach mogła być jakaś część prawdy, ale podawał ją w taki sposób, jakbym to ja był winny i nie miał prawa do ewentualnych błędów. A przecież nie po to poprosiłem o spotkanie, by bawił się w głos mojego sumienia, które wygasło już dawno temu, a w ostatnich dniach przysypałem je dodatkową warstwą ziemi spadającą na trumnę z ciałem mojej żony. Może właśnie dlatego byłem taki drażliwy; chciałem wsparcia, a przynajmniej poczucia, że ktoś stoi po mojej stronie, nie konieczności tłumaczenia się z rzeczy, które i tak miałem prawo zrobić, które nie podlegały żadnej ocenie a już na pewno żadnej kontroli.
- Można wielokrotnie czynić komuś drobne przysługi, kuzynie. - Wydobyłem z siebie dźwięki z grubsza przypominające słowa, bo zaciśnięte zęby nie ułatwiały mówienia. Jakimś cudem udało mi się jednak nimi nie zazgrzytać; bardziej w obawie o koszty magicznego dentysty niż ze strachu, że Evander mógłby poczuć się urażony moją irytacją. - Patrząc na to, jak opieszale i żałośnie działają niektóre tryby ministerstwa, to dość oczywiste. - Powstrzymałem się od przewrócenia oczami wiedząc, że taki gest tylko utwierdziłby go we własnej narracji o mojej głupocie. Usilnie starałem się opanować falę negatywnych emocji, które zaczęły do mnie spływać jedna po drugiej. I jeszcze śmiał zadrwić z mojej chęci przywalenia Vane'owi! Ciekawe, czy dalej z taką ochotą analizowałby moje błędy i zachowanie, gdybym wylał mu whisky prosto na tę równiutką grzywkę. Musiałem szybko oddalić od siebie tę wizję, zanim bym uznał, że jest warta realizacji.
- Nikogo nie chronię – sapnąłem za to z wyraźną irytacją, o dziwo ani trochę nie mijając się z prawdą. Nie traktowałem tej sytuacji jako ochrony Daniela; jego osoba niewiele mnie obchodziła, póki dostarczał mi wszystko, o co go prosiłem. - Jeśli już mam kogokolwiek chronić to samego siebie przed impertynenckim wtrącaniem się w moje sprawy – burknąłem, dolewając sobie whisky i tym razem nie zatrzymując się na jednej czwartej szklanki. Palce zacisnęły mi się mocniej na szkle w obawie, że jednak uniosę je w górę i wyleję zawartość na kuzyna. Zamiast tego upiłem kolejny łyk, pozwalając, by ciepło alkoholu na moment zagłuszyło resztę uczuć i zatopiło rozdrażnienie w palącym ogniu.
Myśl o Nathanielu pojawiła się niespodziewanie, gdy moje spojrzenie padło na planszę do szachów. Ile czasu minęło, odkąd ostatni raz go ograłem? Młodszy kuzyn może i nie miał talentu do gry, ale byłem pewien, że nie patrzyłby na mnie tak oceniająco. Jeśli zadawałby pytania, to tylko po to, aby westchnąć nad kolejnym rodzinnym pożarem, ale w głowie już rozważałby dziesiątki scenariuszy do zrealizowania. I nie krzywiłby się na wspomnienie tego, jak łatwo można wybić Vane'owi zęby.
Może mógłbym zrobić z jego kła wisiorek jak Indianie?
Wyjechać do Stanów, żyć z naturą, rozmyć ostre krawędzie rzeczywistości, w którą mnie wrzucono, choć wcale nie tego nie chciałem. Zapomnieć o nazwisku, obowiązkach, wkurzającym kuzynie. Na do widzenia wyciągnąłbym mu kij z dupy, pewnie łatwiej byłoby mu oddychać. Przymknąłem na moment oczy, pozwalając, by ta wizja przemknęła przez głowę, zanim szybko ją wyrzuciłem, kiedy do mnie dotarło, że to mało roztropne myśleć o tyłku kuzyna.
- Konsekwencje powinny być współmierne do czynów. Nie zabiłem ministra, ani nie naplułem do zupy ambasadorowi Laosu, tylko postawiłem pieczątkę na kilku dokumentach, na których i tak byłaby postawiona, jedynie kilka tygodni później. - Odpowiedziałem na jego zarzut, powstrzymując się od stwierdzenia, że nie jest moim ojcem ani nawet bratem, by rościć sobie prawo do zamykania oka. Puszył się tak, jakby przywłaszczył sobie prerogatywy zarezerwowane dla kogoś, kto naprawdę miał wpływ na moje życie i chyba właśnie to odpaliło ze mnie wszystko, co do tej pory tłumiłem. - Evander, do kurwy nędzy – warknąłem w końcu, gdy ukrywanie swojej irytacji zaczęło mnie przerastać. - Doskonale wiesz, że jeśli sam się tym zajmę, to wybuchnie pierdolona polityczna pożoga, której nie ugasisz swoimi – wyciągnąłem przed siebie dłonie i zacząłem poruszać palcami w symbolicznym geście cudzysłowu – dyplomatycznymi subtelnościami. - Wstałem ze swojego miejsca, nie wypuszczając szklanki z ręki; drgała niebezpiecznie blisko jego głowy. - A jakbyś nie pamiętał, zmarła mi żona, więc mogę być w tym czasie nieco niestabilny emocjonalnie. Wiesz, nie panować nad swoimi czynami i naprawdę nie dbać o konsekwencje. - Poczułem jak spływa na mnie rozczarowanie; już nawet nie gniew i irytacja, ale świadomość, jak bardzo się myliłem, bo mimo wszystko liczyłem, że stanie po mojej stronie szybciej, bez tego swojego evanderowania.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#23
Evander Crouch
Akolici
You don’t become a monster. You discover you always were one.
Wiek
35
Zawód
urzędnik SAW
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
10
3
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
9
10
9
Brak karty postaci
05-04-2026, 21:48
Chciał prawd obiektywnych. Czystych, nieskalanych filtrem pragnień, który wypaczał rzeczywistość, czyniąc z niej twór pokraczny, już nie przejrzysty, a dziwnie połamany, wygięty i trudny do zrozumienia. Surowość przerażała jak brutalistyczne gmachy z betonu i stali. Łamała człowieka, który był za słaby, by się z nią mierzyć, bo trzeba było mieć szkielet zbudowany z tytanu, by nie ugiąć się od naporu świata. Nie znajdował szacunku dla nieprzemyślanych, wątłych konstrukcji, ani też dla tych, które zmieniały geometrię przy byle podmuchu wiatru. Cenił stałość i wytrwanie, a Rafael chciał transmutować się w ciecz, przepływać przez palce, wypełniając naczynia o dowolnych kształtach i rozmiarach. Podobna umiejętność mogła być zaletą, ale niewłaściwie ukierunkowana sprowadzała się do manifestu tchórzliwej sofistyki.
Nie był pewien, czy kuzyn go słuchał. Jeszcze mniejszą wiarę pokładał w tym, że go rozumiał. Że chciał wziąć jego słowa, obejrzeć je od spodu, ponosić je przez chwilę - nie. Nie spasowały mu te surowe formy i ciasne kroje, i był jak oburzony pięciolatek, który w manifestacji i nadąsaniu rzuca wszystkim w kąt. Nie próbował z nim dłużej pertraktować. Trafił nie tyle na opór materii, co zwyczajną arogancję, niewartą jego energii.
Nawet sześcioletnia Fantyna nie okazywała takiego zacietrzewienia.
Cierpki smak whisky wgryzał się w język, gdy spijał ją powoli, obserwując wyginające się w tłumionych ruchach ciało kuzyna, byleby nie wykipieć ze złości, która w nim wzbierała. On pozostawał spokojny. Opuścił gardę i już tylko obserwował, bo przestał inwestować emocje w miejscu, gdzie nie było to opłacalne. Prawda nie podlegała inflacji.
- Przysługa czy nie, ktoś to wykorzystał - skomentował oszczędnie, gdy Rafael na moment urwał głos. W zasadzie to nie interesowały go już jego intencje, bo wiedział, że cokolwiek za nimi nie stało, prawdopodobnie nie miało żadnego sensu. Był tylko żal, poczucie niesprawiedliwości świata i infantylne skomlenie szczenięcia, które chciało być wilkiem. 
Emocje, z którymi obnosił się młodszy Crouch nie poruszały go. Były materializacją tego, co już przewidział - strachu wiodącego ku zatraceniu w gniewie. Przyglądał mu się z lodowatym spokojem. Siedział, chłodny jak marmurowy posąg, z surowością świdrując swojego rozmówcę wzrokiem, którym mógłby go ukrzyżować. To, co Rafael brał za kontrolę - prawo wyłączne komuś, kto rzeczywiście go kształtował - było co najwyżej krytyką i praktyką stawiania granic. Nie zamierzał mu dłużej tego tłumaczyć.
- Skończyłeś? - podjął po chwili ciszy, która wypełniła pomieszczenie po sam sufit. Uniósł spojrzenie na Rafaela, który stojąc nad nim wydawał się, jakby balansował nad przepaścią, spoglądając w otchłań, w której czekało go wyłącznie szaleństwo. Nie obawiał się go - nie teraz, kiedy obnażył przed nim wszystkie swoje słabości, podejmując się żałosnej próby odzyskania kontroli poprzez wycieranie twarzy zmarłą małżonką. A zanim doczekał odpowiedzi, po krótkiej pauzie podjął dalej. - Masz rację w jednym. Jeśli sam się tym zajmiesz, wybuchnie pożoga.
Ergo, Rafael potrzebował go.
On zaś potrzebował kontroli. Vane był zagrożeniem - nie sam w sobie, ale jako precedens. Zignorowany stawał się pęknięciem zionącym w murze, a te zwykle wystarczały, by rozebrać konstrukcję aż do fundamentów. Solidna fasada była tym, co teraz mieli obowiązek zaprezentować jako rodzina. Dlatego nie odmawiał. Kontrolując przebieg, kontrolował rezultaty.
- Zakładam, że nie chcesz sprawdzać jakie będą tego konsekwencje - na moment opuścił zasłonę milczenia, jakby dawał słowom przestrzeń, by osadziły się w rzeczywistości. - Pomogę ci, jeśli dasz działać mi wedle ustalonych przeze mnie zasad. Będziesz współpracować. I słuchać - powiedział z powagą, w której dało się wyczuć, że drugiej propozycji nie będzie, ucinając tym samym drogę do dalszych negocjacji. To była jego ostateczna oferta. - Jesteś w to zaangażowany emocjonalnie, a to najkrótsza droga do kompromitacji. Kiedy ty myślisz o reakcji, ja planuję jej rezultat - pozwolił słowom zawisnąć między nimi ciężko, a cisza wydawała się wyrokiem. Myślał szybko, działał powoli. Czy Rafael wolał mieć w nim sprzymierzeńca, czy może wroga? Nie pytał go wprost, ale ten niemy wybór krążył nad nimi złowrogo jak jakiś drapieżny ptak. - Więc zdecyduj. 

On już to zrobił.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#24
Rafael Crouch
Czarodzieje
Wiek
32
Zawód
Dep. Międzynar. Współpracy Czarodziejów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
13
0
OPCM
Transmutacja
13
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
5
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
08-04-2026, 17:17
Żadne uczucie nie znikało tak po prostu od pstryknięcia palcami. Gniew we mnie też musiał się wypalić swoim tempem, bo nie dało się go ugasić i odczarować jednym zaklęciem z odpowiednią inkantacją. Wpatrując się w kuzyna starałem się jednak ze wszystkich sił nad sobą zapanować; ujarzmić te drobne wybuchy szaleństwa, które podsuwały mi kuszące wizje jedna za drugą. Wizje świata, w którym nie musiałem dbać o nazwisko, nie musiałem troszczyć się o dobre imię rodu, nie musiałem przejmować się tym, co sądzą o mnie inni. Wystarczyło tak niewiele, aby się ziściły; wstać z miejsca i wyjść. Iść przed siebie. Poza Palatium Librae. Poza granice błękitnego świata. Poza klatkę, której drzwiczki nigdy się nawet nie uchylały.
Pomyślałem o tym, jak daleko mam stąd na Pokątną.
I nagle cała ta irytacja, całe znużenie, cała chęć ucieczki zaczęły się mieszać z czymś innym. Z nadzieją, że zawsze mam wyjście awaryjne. Szalone i nie do zaakceptowania przez moją rodzinę, ale dlaczego miałem się tym przejmować, skoro z chwilą, gdybym z niego skorzystał, to i tak nie miałbym już rodziny, o którą powinienem się martwić?
Evander siedział naprzeciwko spokojny, opanowany, niemal niewzruszony. On pasował do tej rodziny o wiele bardziej ode mnie; ze swoją kamienną powściągliwością, chłodem, sztywnym kijem w odwłoku na pewno nigdy w życiu nawet nie pomyślał o tym, aby uciec. Zrezygnować z tego wszystkiego, co nas otaczało, co otrzymaliśmy w spadku z racji swojego urodzenia. Opuściłem powoli rękę ze szklanką, zanim rzeczywiście zrobiłbym coś, czego nie dałoby się potem cofnąć.
- Miło, że dochodzimy do konsensusu – powiedziałem spokojniejszym tonem, choć nadal nie wróciłem na swoje miejsce. Stojąc miałem wrażenie, jakbym chociaż częściowo odzyskał kontrolę nad tym, co tak brutalnie chciano mi odebrać kilkunastoma skreślonymi w liście słowami. Bo jeśli ktoś taki jak Evander był gotów się zaangażować, to znaczyło, że widział w tym coś więcej niż tylko mój błąd i właśnie to było warte podjęcia przez niego pewnych działań. - Chyba żaden z nas nie chciałby się od tej pożogi poparzyć. - Pytanie tylko, ile mnie będzie kosztować udział w niej na jego zasadach.
Mogłem, o c z y w i ś c i e rozegrać wszystko sam, po swojemu, z szaleństwem w głowie i brakiem kontroli nad czymkolwiek. Nie byłoby to iście poetyckie spalenie świata, ale na pewno spalenie za sobą wszystkich możliwych mostów. Spłonęłaby nie tylko moja przyszłość wśród arystokratycznej śmietanki, ale i potężnie nadwątliłoby się samo nazwisko Crouch. A na to, póki co, nie mogłem pozwolić. I choć widziałem już oczami wyobraźni, jak rzucam wszystko w cholerę i pozwalam, by konsekwencje spadły na wszystkich dookoła jak lawina, póki co pozostawało to wyłącznie niespełnioną fantazją.
Wciąż tkwiło bowiem we mnie przekonanie o tym, jak ważna jest rodzina i jak wiele jej zawdzięczam; nie umiałbym tak po prostu wszystkiego tego zaprzepaścić. Udawać, że mi nie zależy. Zależało i to było chyba moim największym przekleństwem w tej chwili, blokując egoistyczne pragnienie, aby pozbyć się całego ciężaru odpowiedzialności.
Wróciłem na swoje miejsce, a w głowie pulsowało mi echem każde z wypowiedzianych przez kuzyna słów. Nie chciałem sprawdzać konsekwencji, a jednocześnie kusiło mnie, by przekornie go sprowokować stwierdzeniem, że na tym etapie wybuchowej mieszanki emocji, która we mnie siedziała, wszelkie konsekwencje miałem bardzo głęboko w poważaniu. Nie podobało mi się, że Evander stawia mnie pod ścianą, jakbym był kukiełką, którą można poruszać wedle własnego uznania; że zmusza do podjęcia wyboru, jakbym nie miał własnej woli i musiał przyjąć wizję świata, którą on sam wykreował dla siebie i ludzi w swoim otoczeniu. Westchnąłem głęboko, niemal w geście kapitulacji.
- Więc jakie są twoje warunki? - zapytałem, nie patrząc wprost na niego, ale gdzieś ponad ramieniem i analizowałem, ile na tym wszystkim stracę. Croichowie nigdy nie robili niczego z dobrej woli; nie byliśmy instytucją charytatywną i zawsze za swoje działania, za swoją pomoc oczekiwaliśmy czegoś w zamian. Przysługi. Wdzięczności. Uzależnienia. - Wedle jakich zasad mam współpracować? - Bo jeśli oczekiwał, że pójdę do gabinetu Vane'a i go zacznę przepraszać, może jeszcze obiecując poprawę, mogłem od razu trzasnąć drzwiami. Wiedziałem, że i tak będę musiał iść na poważny kompromis, ale i on miał w końcu swoje granice. Nie było szans, abym oddał Evanderowi pełną kontrolę.
Nazwisko Crouch, ciężkie jak kajdany, które nałożono na mnie przy urodzeniu, ale których mimo wszystko nie chciałem jeszcze zrzucać, a na przeciwnej szali pustka, którą dopiero musiałbym zapełnić. Przesunąłem palcem po krawędzi szklanki, skupiając się na tym drobnym, mechanicznym ruchu, aby nie dać się ponieść pragnieniu ruszenia w nieznane. Byłem ciekaw, co zaproponuje Evande r. Nie musiałem go w końcu słuchać.
Zawsze istniało wyjście awaryjne.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (3): « Wstecz 1 2 3


Skocz do:

Aktualny czas: 16-04-2026, 22:59 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.