• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Wschodni Londyn > Doki przy Isle of Dogs
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
09-07-2025, 20:50

Doki przy Isle of Dogs
To miejsce pełne industrialnego zgiełku, surowej atmosfery i cieni przeszłości imperialnego Londynu. Ogromne magazyny z czerwonej cegły ciągną się wzdłuż rdzewiejących nabrzeży, gdzie jeszcze niedawno cumowały statki z towarami z całego świata — przypływały z angielskich kolonii, zabierając surowce i metalowe kontenery. W powietrzu unosi się zapach oleju, mokrego drewna i soli morskiej. Pojazdy rozjeżdżają wąskie, brukowane uliczki, a dźwigi portowe skrzypią nad pustoszejącymi dokami, świadcząc o powolnym zmierzchu tej części miasta. Choć miejsce tętni jeszcze życiem, czuć, że złoty wiek portu dawno przeminął. Zostali tylko robotnicy, samotni rybacy poszukujący rybiego okazu i łatwego zarobku. Blaszane magazyny straszą zbłąkanych wędrowców. Służą jako schronienie, tanie, obskurne noclegownie dla zagubionych wędrowców, osób poszukujących sensu życia.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Irina Macnair
Śmierciożercy
Wspomnienia są jak zwłoki. Po wydobyciu nigdy nie są takie same.
Wiek
45
Zawód
kostucha, matka i rzeźbiarka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
wdowa
Uroki
Czarna Magia
0
30
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
6
5
Brak karty postaci
10-08-2025, 15:11
9 marca 1962 r.

Po zmroku wędrowali przez opustoszałe doki. Smolista spódnica ciągnęła się, wycierając zapaskudzony bruk z resztek dziennego gwaru. Palce wiedźmy, dość sztywne, uginały się w poczuciu kreacji, niecierpliwości i podniecenia. To, co wkrótce miała ujrzeć, okazać się miało prawdziwym ucieleśnieniem pragnienia. Pragnienia, które spędzało jej sen z powiek od kilku miesięcy. I nie mogłaby powierzyć tej sprawy nikomu innemu. Tylko Macnairowi, krwi z jej krwi, gwarancji rzetelnego spełnienia życzenia, gwarancji najwyższej jakości. Istnienie, którego oczekiwała, miało być doskonałe. Potwór żerujący na trupich resztkach, omen śmierci, prorocze ptaszysko. Wprost nie mogła doczekać się ujrzenia go, zanurzenia dłoni w piórach, podejrzenia głodu i chęci mordu w czujnym spojrzeniu zwierzęcia. Pod skórą gromadziły się iskry, w jej oczach topiły się blaski nieposkromionej fantazji. Wkrótce na własne oczy miała dojrzeć to, co dla niej sprowadził. O zgrozo, ależ to było wszechpotężne uczucie. Emocja może nie tak obezwładniająca, jak to, co czuła, gdy mordowała, ale pokrewna. Chciała tego. A kiedy czegoś chciała, to musiała to otrzymać. Cillian nie mógłby jej odmówić. Zresztą to była jego działka. Dobrze wykonaną robotę honorowała złotem. I wymagała ogromnego profesjonalizmu i zaangażowania. Liczyła, że on nie mógłby jej zawieść w tym względzie.
- Zdradź mi. Skąd go przywiozłeś? – spytała przyciszonym głosem, kiedy przedzierali się przez labirynty rozładunków i kontenerów. Wokół było spokojnie, nie mijali ludzi, w tle majaczył gdzieś odgłos obijającej się o betonowe płyty portowe delikatnej fali. Statki zacumowane niemal nieruchomo lokowały się w wodzie. Morze spało. Pod kapturem, na twarzy wiedźmy malowała się tłumiona nieco ekscytacja. Potrzebowała zapoznać się z najmniejszym szczegółem tej zdobyczy. Wiedziała, że nie dało się stworzenia sprowadzić tak szybko, jak mogłaby tego oczekiwać. Żądała okazu niesamowitego, zdrowego, w doskonałej formie, silnego, o drapieżnych, niestłumionych instynktach. Chciała karmić go trupem i pozwolić mu latać. I jednocześnie nakłonić go do powrotów. Mnożyły jej się w głowie wizje tego, co ze zwierzęciem uczyni. Był towarzyszem symbolicznym, był towarzyszem, którego nie powstydziłaby się śmierć. Chciała się z nim zjednoczyć i spodziewała się, że nie osiągnie tego bez właściwego przyuczenia i odpowiedniej wiedzy. Oczekiwała, że Cillian powie jej o wszystkim, co powinna wiedzieć. Poprowadzi ją przez drogę, nauczy odpowiedniego obchodzenia się z ptaszyskiem. Wszak jawił się w jej oczach jako profesjonalista, który nie ugnie się przed takim zadaniem. To nie był chimera o przerażająco morderczej magii w oczach. Zamówiła stworzenie, którego próżno było wyszukiwać w przyrodniczych atlasach. Ale dla niej posiadało bardzo pożądany pierwiastek. Pokrewny temu, co czuła i kim była. – Który to statek? – spytała nieco zniecierpliwiona. Kilkanaście metrów od nich, gdzieś z boku, przechodził jakiś człowiek. Zignorowała go. Nikt nie mógł zmącić tej chwili – a jeśli spróbuje, to zginie. A sęp posili się już pierwszego dnia, pożerając podarek od swej nowej pani. Jakże nęcąca wizja. Powstrzymała jednak te obrazy, skupiając się na rozciągającej się przed nimi ścieżce. A kiedy wreszcie stanęli przed właściwą łodzią, zatrzymała się. Pierś nabrała mocno powietrza, a palce zacisnęły się na ramieniu Cilliana. Złowieszczy uśmiech ozdobił twarz czarownicy. Coś zadudniło mocno pod ciasnym gorsetem sukni. Wreszcie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Cillian Macnair
Śmierciożercy
Wiek
33
Zawód
Łowca magicznych stworzeń, szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
11
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
10
5
Brak karty postaci
24-08-2025, 22:02
Londyn po zmroku od długiego już czasu stał się dla niego bardziej naturalny niż za dnia. To o tej porze, a najchętniej późną nocą kończył zlecenia. O tej porze nieproszonych gości było mniej, magicznej policji również, bo sowicie opłacani omijali doki w których nocne życie kręciło się wokół legalnych i nielegalnych transportów. Statki cumowały równie licznie, jak za dnia, lecz towar był już zgoła inny. Część wykazana w ładunku, a część nigdy nie zaistniała na żadnej liście. Jednak to, co dziś chciał odebrać, było częścią jego codzienności, a równocześnie stało się specjalnym zleceniem. Nie zamierzał czekać na sowitą zapłatę za zawyżoną cenę zwierzęcia i procent, który zawsze szedł do jego kieszeni. Nie wiedział jeszcze, czy spodziewa się czegokolwiek w zamian, czy stanie się to tylko i wyłącznie prezentem z dobrej woli, której wcale nie posiadał.
Spojrzał na idącą obok kobietę, uważny wzrok prześlizgnął się po jej sylwetce. Był gotów uwierzyć, że naprawdę dostrzegał w jej zachowaniu zniecierpliwienie i ekscytację, które łamały maski, jakie w jego oczach przywdziewała ciągle i ciągle. Nie powiedział tego jednak na głos, pozostawiając swoje myśli samemu sobie, bezpieczne tam, gdzie jego opinie i przekonania.
- Z Półwyspu Arabskiego.- odpowiedział lakonicznie, błękitne tęczówki znów kierując na drogę przed sobą. Szukał wzrokiem znajomego statku, łajby, która po części pływała dzięki niemu, opłacana sowicie, aby wszystko było bezpieczne i całe po transporcie.- To sęp płowy, który występuje tam całkiem licznie w okresie lęgowym.- dopowiedział, chociaż czy Irina miała jakieś pojęcie o gatunkach sępów? Czy wymienione możliwe gatunki cokolwiek by jej powiedziały? Nie miał pojęcia, ale również nie zamierzał dopytywać o to. Miał do wyboru różne kierunku i gatunki, był prawie zdecydowany na inny, lecz w ostatnim momencie przeczucie pokierowało go w inną stronę. Sęp płowy i ten konkretny okaz przekonały go, upewniły, że będzie idealny.
Spojrzał ku mężczyźnie, który kręcił się po porcie. Nie znał go, nie kojarzył, a to źle. Spokojnym gestem objął Irinę ramieniem, nie był to gest opiekuńczy ani troskliwy. Wiedział, że poradziłaby sobie w razie kłopotów, ale ten gest niósł za sobą coś zgoła innego. Kontrolę. Kontrolę nad sytuacją, położeniem kobiety, gdy nie chciał odwracać głowy ku niej.
- Zemsta Salem.- padła nazwa statku, kiedy już zatrzymali się przed nim. Gestem zachęcił ją, aby weszła pierwsza na pokład. Zerknął w bok, gdy na moment powstało poruszenie i pomruk oburzenia załogi, że kobieta weszła na pokład. Marynarze byli okropnie przesądni, nie lubili kusić losu. Poprowadził ciotkę do kajuty, która należała do kapitana, ale na jego prośbę i skuteczną zachętę, umieszczono wewnątrz zwierzę. Pozwolił, by drzwi zamknęły się za nimi z cichym kliknięciem zamka. W środku znajdowała się spora klatka, a w niej na żerdzi siedział On.
- To samiec, jeszcze nie jest dorosły, ale to idealny moment byś przyzwyczaiła go do siebie. Gdyby był dojrzałym samcem, miałby już poziom agresji, której nie dałoby się łatwo skorygować, a sądzę, że chcesz w nim kompana, a nie złamane zwierzę.- wyjaśnił, sięgając po miskę w której znajdował się martwy królik. Wyglądał, jakby przed chwilą dopiero ktoś przetrącił drobny karczek.- Daj mu.- polecił. Ptak musiał być głodny, a martwe stworzenie musiało już pachnieć mu wystarczająco.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Irina Macnair
Śmierciożercy
Wspomnienia są jak zwłoki. Po wydobyciu nigdy nie są takie same.
Wiek
45
Zawód
kostucha, matka i rzeźbiarka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
wdowa
Uroki
Czarna Magia
0
30
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
6
5
Brak karty postaci
30-08-2025, 17:19
Miał w swoich spostrzeżeniach słuszność, wyciągał wnioski trafnie i wcale nie zamierzała się przed nimi bronić. Ekscytowało ją to. W końcu od dawna pewne pragnienie przewijało się przez znużoną rutyną codzienność. To posiadanie prosiło się o rangę wyjątkowości, żywy symbol i jednocześnie śmiertelny majestat. Z każdym krokiem ten stan się w niej umacniał, nawet nie czuła potrzeby udawania obojętności. Trzymane na wodzy emocje mogły odczuć swoiste rozluźnienie. Po drugiej stronie doków dojrzeć miała dostojnego drapieżnika, ptaszysko stworzone przez naturę do zajadania się tym, co zostało z istnienia po przejściu kostuchy. W wyobrażeniach pozwalała sobie błądzić tam, gdzie już nie widywała siebie już od dawna. Usta zlizywały opary półmroków, nogi zagnane do triumfalnej wędrówki wydawały się wciąż ją przyspieszać. Nie miała oporów, by hojnie wynagrodzić bratanka za dostarczenie jej tego ptaszyska.
– Doskonale – skwitowała dostarczone przez niego informacje. Znał się na tym, był specjalistą, nie mógł się mylić. Jeśli dopasował tego ptaka dla niej, trudno było wyobrazić sobie rozczarowanie. Wiedza Iriny w tym zakresie nie była imponująca, ale skoro Cillian mieszkał z nią pod jednym dachem, liczyła, że pomoże jej szybko nadrobić niezbędne braki. Pragnęła czym prędzej, oczywiście zgodnie z możliwościami, oswoić ptaszysko, lecz wciąż nie na tyle, by odebrać mu zupełnie jego pierwotne instynkty. Właściwie to kilka konceptów brała pod uwagę i nie podjęła jeszcze finalnej decyzji. Najpierw należało zapoznać się ze zwierzem, ujrzeć czający się pod piórami temperament. Pokłonić się strażnikowi śmierci.
Gdy wreszcie stanęli przed statkiem, uniosła wyżej brodę i objęła całą konstrukcję zaintrygowanym spojrzeniem. U progów ziszczonego pragnienia, każdy oddech smakował absolutnie wyjątkowo. Rześkie, nadmorskie powietrze nie ochładzało rozgrzanego w uniesieniu ciała. Dreszcz przemykał wzdłuż kręgosłupa, tuż pod ramieniem krewnego. Już za chwilę miała wejść na pokład i ujrzeć stworzenie. Z ochotą pierwsza wstąpiła na kładkę. Mocniejszy zryw wiatru wzbił w powietrze materiały czarnego stroju. Nie interesowała się tym, jak zostanie przyjęta i czy komukolwiek wadziła jej obecność na statku. Ona była prowokatorką ich zlecenia i to dzięki niej posiadali dobrze płatną robotę. Ktokolwiek śmiał krzywo spojrzeć? Kobieca duma bez wahania przechodziła przez pokład, ani na moment nie zwalniając roku. Pod podeszwą pantofla skrzypiały wysłużone deski, cała konstrukcja lekko skrzypiała, bujając się w wodzie, lecz ona zdawała się wcale tego nie dostrzegać.
– Jesteśmy tu sami? – spytała podejrzliwie, gdy tylko za plecami zamknęły się drzwi kapitańskiej kajuty. – Jestem pełna podziwu dla twej organizacji, Cillianie – przyznała z aprobatą, po raz ostatni muskając jego ramię dłonią. Spisał się, ale nim dane jej będzie ofiarować mu kolejne honory, musiała wreszcie przyjrzeć się ulokowanemu w klatce zwierzęciu. – Ach, tak, jest i on – przemówiła nasyconym głosem i podeszła bliżej, nieco wolniej, by nie sprowokować sępa. Ostrożnie wirowała spojrzeniem po całej posturze, na dłużej zatrzymała się przy drapieżnych oczach, nieco bardziej zainteresowały ją mocno zaciśnięte na podstawie pazury. Wreszcie. – Ależ on jest doskonały, absolutnie wyjątkowy – przyznała, nie odrywając jednak oczu od klatki. Cały czas jednak słuchała mężczyzny, dobrze wiedząc, że bez jego wsparcia nie będzie mogła zapewnić należytej opieki dla stworzenia.
– Nie mylisz się. Lecz nie chcę zabijać w nim tego, co leży najgłębiej w jego naturze. Jak bardzo da się to pogodzić? Będzie miał odpowiednią wolierę w warowni, niczego mu nie zabraknie – mówiła, pierwszy raz od wejścia do kajuty przenosząc oko ku bratankowi. Liczyła, że i w tym względzie zaoferuje on stosowne wsparcie. Zresztą przecież już poczynili odpowiednie kroki, rozmowy nie toczyli od dzisiaj. Znów widziała przenikliwe, sępie oczy. Zastanawiała się, jak bardzo może przywiązać do siebie ptaka, nie wygaszając całkowicie jego czystych instynktów. Odebrała od Cilliana martwe zwierzę. Zdjęła blokadę i odsunęła kraty na tyle, by móc wsunąć dłoń z nęcącą, zdechłą przekąską. Nie odczuła choćby krztyny lęku, nie zamierzała nigdy stawiać się w roli ofiary. I ona była przecież drapieżnikiem. Obydwoje chwilę później stali się świadkami gwałtownego pożarcia króliczych resztek. Irina obserwowała to z szeroko otwartymi oczami. Szeroko rozwartą dłonią przesunęła lekko po metalowych kratach, wyraźnie rozkoszując się zastaną ilustracją. – Dokonałeś odpowiedniego wyboru. Jestem o tym przekonana, Cillianie. Znakomita robota – zwróciła się do krewnego, gdy zwierzę kończyło moczyć dziób w ostatkach mięsa. – Opowiedz mi o nim więcej. Może zabijać, czy będą go pociągały tylko trupy? Jak bardzo jest niebezpieczny? Jak silny? Co jeszcze potrafi? – Pozwoliła sobie na kilka pytań, nagle obracając się, by stanąć przed bratankiem. Uniosła wyżej brodę, szukając na jego twarzy interesujących odpowiedzi.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Riven Thorne
Akolici
Feel the rain on your skin. No one else can feel it for you. Only you can let it in. No one else.
Wiek
24
Zawód
Barmanka, kochanka kapitana Fernsby
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
10
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
11
Brak karty postaci
18-02-2026, 19:49
| 2 maja 1962r.

Wybrałam się do Londynu. Musiałam uciec z Cardiff, nie byłam w stanie spędzić tam ani minuty dłużej. Gdy ciocia Boyle zobaczyła mnie z opuchniętą lekko wargą od ugryzienia i siniakiem na czole, powiedziała, że nie wpuści mnie taką na bar. Pomijając fakt, że mój nastrój nadal był grobowy, w głowie miałam mętlik i nie potrafiłam się na niczym skupić. Dała mi urlop. Po pierwsze bezpłatny, po drugie taki, który będę musiała odpracować, ale przystałam na to. Gdy wróciłam Kennetha nie było w domu, zostawiłam mu tylko list w kuchni, że prawdopodobnie nie wrócę na noc. Nie wiem po co, ale dzień wcześniej mówił mi, że ten naszyjnik to również oznaka tego, że bierze mnie pod swoją opiekę. Poczułam się dziwnie zobowiązana do tego, by dać mu znać. Nie wiem czy by się martwił czy nie, w sumie mało mnie to teraz obchodziło. Jak wszystko zresztą.
Cały wieczór krążyłam po Londynie od pubu do pubu. W jednym piłam piwo, w innym słabej jakości rum, gdzieś indziej sięgnęłam po wódkę. Wiedziałam co robię. Wiedziałam, że jutro będę cierpieć i wiedziałam też, że alkohol sprawi, że na chwile przestanie boleć. Alkohol działa znieczulająco.
Krokiem wskazującym odpowiedni stan ruszyłam w stronę doków. W ręce trzymałam butelkę rumu, którą zwinęłam barmanowi kiedy nie patrzył. Na swojej drodze mijałam ludzi, którzy nie zwracali na mnie zbytniej uwagi. Widocznie dziewczyna idąca bez celu o zamglonym spojrzeniu nie robiła na nich wrażenia. A może nie było jeszcze wystarczająco późno, abym zwróciła na siebie uwagę. Nie byłam jeszcze pijana. Nie aż tak, ale alkohol już odpowiednio zaczął działać. Upijałam się na wesoło, mój humor od razu był lepszy. W trakcie swojej podróży po dokach Londynu trafiłam niespodziewanie na znajomą twarz. Axel był młodym chłopakiem, mniej więcej w moim wieku, którego poznałam przez Kennetha. Dobrze się dogadywaliśmy, był naprawdę fajny. W dodatku w moim wieku. Widzieliśmy się już nie raz i nie dwa, czasem wpadał do Cardiff. Częściej niż ja do Londynu. Widziałam jak się zdziwił na mój widok, a mnie zdziwił fakt, że chciał mi towarzyszyć. Przyjęłam to jednak z radością, mogłam mu chyba zaufać, rozluźnić się i wydudlić tę butelkę jeszcze nie otwartego rumu. Gdy szliśmy obok siebie gadałam głupoty. O olbrzymie, którego ostatnio widziałam, pomijając w ogóle fakt tego kto mi przy tym towarzyszył. Opowiadałam o druzgotkach, przed którymi uciekałam z jeziora. O ostatnich historiach jakie usłyszałam od gości w tawernie. Pytania o moje zasiniaczone czoło i rozciętą dolną wargę zbywałam machnięciem ręki. Byłam zbyt mało pijana, by o tym opowiadać.
Było ciemno gdy dotarliśmy do doków przy Isle of Dogs. Ulice były puste, w niektórych oknach paliły się jakieś światła, a ja z bananem na twarzy i machając butelką kierowałam się tylko w sobie znanym kierunku. Axel chyba nie spodziewał się, że tak skończy się nasza wyprawa. Chociaż gdzie indziej mogła trafić portowa panna jak nie do portu? Cardiff czy Londyn, jeden pies. Port to port. Nie różnią się między sobą zbytnio.
- To tutaj - stanęłam nagle i machnęłam wolną ręką w kierunku starych drewnianych pomostów. - Tam chcę iść.
I nie czekając na nic poszłam, sama nie wiem jak w tej ciemności udało mi się zejść bez większego problemu ze schodków. Ruszyłam w stronę wody, w pewnym momencie niemal podbiegając w stronę pomostu. Zatrzymałam się na jego skraju i zapatrzyłam się przed siebie w głąb ciemnej wody Tamizy.
- Na pewno chcesz ze mną zostać? - Upewniłam się siadając na chłodnym drewnie. - Otwieramy butelkę?
Może i byłam barmanką, ale to nie oznaczało, że zawsze bez problemu radziłam sobie z zamknięciem butelek. Siłowałam się przez chwilę, jakoś nie wpadłam na to by może użyć różdżki? Wyciągnęłam dłoń z butelką w stronę Axela uśmiechając się szeroko. Jemu pójdzie to na pewno lepiej. Nogi zwisały mi z pomostu, daleko miałam jeszcze do wody. Na nagich nogach pojawiła się lekko gęsia skórka, ale ogólnie wieczór był raczej z tych cieplejszych. Miałam na sobie spódnicę, na ciele koszulę i sweterek. Naszyjnik od Kennetha zbierał i odbijał najmniejsze światło jakie do nas docierało.
- Masz fajkę? - Zapytałam nagle, szukając po swojej torebeczce, którą miałam przerzuconą przez ramię. - O, jest! Zampal - wymamrotałam, wsadzając końcówkę papierosa do ust i obracając się w stronę Axela.
Mój wzrok przyzwyczaił się już do ciemności. Utkwiłam w nim swoje spojrzenie wyczekująco. Alkohol i fajka to było coś co było mi teraz potrzebne. I jeszcze dymorośl, fajka już czekała skręcona na odpowiedni moment.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Axel Devereaux
Czarodzieje
Je est un autre.
Wiek
25
Zawód
Tancerz, Złodziej, Kelner w Białej Wiwer
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
5
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
12
16
Brak karty postaci
24-02-2026, 18:29
Wycieczka do Hogwartu była niespodziewanym, nieplanowanym i jakże spontanicznym przedsięwzięciem w rozkładzie dnia Axela. Zamek był ciekawy, nie przypominał w ogóle Akademii Beauxbatons, był mniej piękny i z tego co się wywiedział, to najwieksza rozrywka uczniów był Quidditch, czego sam Axel nie podzielał. Niby sport, ale taki mocno kontuzyjny i brutalny w swojej naturze. Zobaczył chyba wszystko, o czym słyszał mieszkając przez długi czas w Londynie. Wielka Sala faktycznie była piękna i to magiczne niebo robiło wrażenie, spotkał tamtejsze duchy i zdecydowanie polubił się Sir Nicolasa, który swoim zachowaniem wybitnie się wybijał z całego towarzystwa. Wybrał się również do Zakazanego Lasu i pomimo, że nie widział trolla czy to olbrzyma, to mogl poczuć ciarki na plecach, kiedy takowy był w ich pobliżu.
Na pewno była to mila odskocznia od codzienności, moc tak sobie powędrować po magicznym zamku, poznać kogoś nowego i spotkać kogoś sprzed lat. Chociaż on się nie wychylał za bardzo, trzymając dystans i nie pozwalając się do końca poznać. Myśli wokół panny Warren powróciły do niego i iskra nadziei obudziła się w nim na nowo. A mial nie wracać do przeszłości, obiecał być silny, niezależny i po prostu stać się kimś nowym. I jak to mial zrobić, kiedy przeszłość dreptała mu po piętach?
Z tych myśli wybił go widok znajomej postaci, chociaż jej zachowanie było niecodziennie i zdecydowanie intrygujące. Axel nie powstrzymywał swojej ciekawości, stając na drodze Riven. Jej stan był dziwny, a on doskonale wiedział, że zwykle nie prowadziło to do dobrych skutków, wiec postanowił potowarzyszyć dziewczynie w jej dzikiej wędrówce po Londynie z flaszką w ręce. Kenneth będzie mu wdzięczny, że Riven nie dopadł jakiś zboczeniec czy coś. On sam lubił ją i rozmawiać z nią w pubie w Cardiff, dlatego wolał zadbać aby nic się jej nie stało. Jeszcze wpadnie do kanału pijaniutka i się utopi. Szkoda by było.
- Chodźmy. - Zgodził się z bełkotliwym wyrażeniem woli Riven, kiedy ta została za nim kilka kroków. Obejrzał się spoglądając na pomosty. I jego wzrok musiał powędrować nieco dalej, bo Riven postanowiła iść w kierunku sobie obranym.
- Hej, spokojnie. - Zwinnie zeskoczył ze schodów i zatrzymał się obok niej, kiedy zatrzymała się nagle na skraju pomostu. - Wiesz, że nie znoszę pływać i ratowanie ciebie z brudnej wody Tamizy to ostatnia rzecz na mojej liście atrakcji na dzisiejszy dzień. - Zmarszczył brwi oburzony jej zachowaniem, chociaż mając przed soba pijana pannę mógł się spodziewać wszystkiego.
- A mam inny wybór? Mon amie? - Przysiadł się krzyżując długie nogi i wyciągnął rękę po flaszkę. - Dawaj, bo rozlejesz. I tak wiem, nie jestem barmanem i się nie znam. - Zaśmiał się nie tracąc humoru, odbierając od niej butelkę. Dobrze, że nie wpadła na pomysł rzucać tutaj zaklęć, bo przecież mógł się jakiś mugol napatoczyć. Tancerz poradził sobie z zamknięciem błyskawicznie i sprawnie.
Pannie w tej chwili zachciało się jeszcze palić i nawet nie protestując, sięgnął do kieszeni luźnych spodni po paczkę fajek. Ale znalazła sobie własne, ale to nie było przeszkodą, aby i on zapalił dla towarzystwa. Zanim oddal jej butelkę, wyciągnął zapałki, ktore zawsze przy sobie nosił i odpalił, może trochę to zbyt mugolskie było, ale Axel rzadko wyciągał swoja różdżkę publicznie i czarował.
Nachylił się do niej odpalając z sykiem zapałkę, odpalił jej papierosa i potem własnego. Zaciągnął się dymem unosząc głowę trochę wyżej.
- No to może mi teraz powiesz, co się wydarzyło? - Zagadnął Riven ciekawy jej przygód i co sprawiło, że ma obitą twarz i podły humor. - Dawaj, wyrzuć to z siebie, bo na pewno ten duet nie pomoże ci za bardzo to przetrawić, a kac będzie bezlitosny. - Jeśli kogoś pytać o bolesne skutki nadużycia alkoholu, papierosów i narkotyków, to Axel był bardzo rzetelnym źródłem.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Riven Thorne
Akolici
Feel the rain on your skin. No one else can feel it for you. Only you can let it in. No one else.
Wiek
24
Zawód
Barmanka, kochanka kapitana Fernsby
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
10
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
11
Brak karty postaci
Wczoraj, 10:58
Dla mnie to był standard. Alkohol na odreagowanie emocji. Chociaż nie rozwiązywał problemów i wiedziałam, że po nim będę czuć się jeszcze gorzej, to zawsze w tak trudnych chwilach po niego sięgałam. Taki był mój system, dobry czy zły, nie ważne. Pozwalał mi odreagować, a to się dla mnie liczyło. Na szczęście nie byłam sama, był ze mną Axel więc pewnie będzie mnie pilnować, kiedy mój świat niebezpiecznie zacznie wirować. Musiałam tylko zapamiętać by nie wpaść do wody, jak sam powiedział, raczej mnie z niej nie wyłowi.
Patrzyłam jak próbuje otworzyć butelkę i uśmiechałam się pod nosem. Faktycznie nie był barmanem i szło mu to opornie, nie tak się przecież otwiera rum, ale poradził sobie lepiej ode mnie. Kim więc byłam, aby go krytykować.
- Może powinieneś spróbować? - Zapytałam, odbierając od niego otwarty trunek. - Dobrze ci poszło!
Mając w dłoni otwartą butelkę i już po chwili również zapalonego papierosa, którym zaciągnęłam się mocno wpatrzyłam się przed siebie. Padło pytanie, które od dłuższej chwili wisiało w powietrzu i wiedziałam, że prędzej czy później Axel je zada. Zanim jednak zabrałam się za jakąś odpowiedź wzięłam łyk rumu. Powinnam była być do smaku przyzwyczajona, w końcu w tawernie rum też się leje, ale zawsze wykrzywiało mi twarz przy pierwszych paru łykach. Był to alkohol bardzo mocny, co też było czuć. Ten był ciemny, więc czuć było jego dymny posmak. Podałam butelkę Axelowi, gdyby chciał się napić, zaciągnęłam się papierosem jeszcze raz i cicho westchnęłam.
- Na Merlina, Axel, to jest tak skomplikowane. Spróbuję w skrócie, dobra? - Zwróciłam się w jego stronę nadal dyndając nogami w powietrzu nad wodą. - No więc kiedyś kochałam się w Kennethcie, ale mnie olał. To sobie odpuściłam. Potem się zakochałam w Keithcie, nie wiem czy znasz, on pracuje w “Złotej Krewecie” w Cardiff. Zakochałam się w przyjacielu, idiotka ze mnie, no nie? I on też nic, bo przecież jesteśmy przyjaciółmi. A potem, potem przez przypadek się przespaliśmy i nagle go coś trzasnęło i on coś zaczął do mnie czuć. Ale ja nie wiedziałam i pojawił się Kenneth. Myślałam, że z Croftem nic nie będzie więc poszłam do Kennetha… jak to mówią, stara miłość nie rdzewieje, czy coś takiego. No i na balu w Hogwarcie się o wszystkim dowiedziałam, bo mnie Keith zaprosił do tańca… popierdolona sprawa, Axel.
Cóż mogłam zrobić. Łez mi już zabrakło, więc na płacz mi się nie zbierało. Sięgnęłam po alkohol i upiłam kolejny łyk. Pozostało mi to przeczekać i przecierpieć, ale ciężko było w momencie kiedy się wiedziało, że absolutnie to wszystko było tylko i wyłącznie moją winą. Westchnęłam ciężko, przysunęłam się bliżej Axela i położyłam mu swoją głowę na ramieniu.
- Także straciłam najlepszego przyjaciela, zawodzę Kennetha bo mieliśmy układ i się nie wywiązuje… powinnam być z nim teraz w łóżku, a siedzę i piję nad Tamizą i jeszcze mam potężnego siniaka na czole, bo się wywaliłam na schodach - jęknęłam. - Czy może być gorzej? Sama nie wiem co ja mam właściwie teraz zrobić…
Przestałam machać nogami. Mój dobry humor, który przed chwilą się utrzymywał dzięki wcześniejszej dawce alkoholu prysnął jak bańka mydlana chwilę po tym, jak padły moje pierwsze słowa. I jeszcze mi się zrobiło głupio, bo wciągam w to wszystko Axela. Pociągnęłam dym z papierosa i wypuściłam go z ust z głośnym westchnieniem. W dłoń sięgnęłam naszyjnik, który wisiał na mojej szyi i zaczęłam się nim bawić chcąc zając czymś ręce.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 02-03-2026, 20:53 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.