• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Szkocja > Hogsmeade i okolice > Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie > Balkon
Balkon
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
13-10-2025, 12:48

Balkon
Balkon na czwartym piętrze to jedno z tych miejsc w Hogwarcie, które zdają się istnieć poza czasem. Kamienna balustrada, zdobiona motywem starych liści i herbów, wychodzi ponad dziedziniec, oferując widok na wieże i mgły snujące się nad jeziorem. W samym rogu stoi pomnik kamiennego gargulca – posąg o skrzydłach złożonych jak do lotu, z pyskiem skrzywionym w sardonicznym uśmiechu. Nocą jego oczy podobno błyszczą odblaskiem gwiazd, a czasem słychać, jak chrząka, gdy ktoś przechodzi zbyt blisko. Balkon bywa ulubionym miejscem uczniów szukających spokoju lub podmuchu świeżego powietrza po długich zajęciach.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (3): « Wstecz 1 2 3
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#21
Lucinda Macnair
Śmierciożercy
Hope for the best, but prepare for the worst.
Wiek
28
Zawód
łamacz klątw i uroków, poszukiwacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
15
1
OPCM
Transmutacja
30
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
09-02-2026, 14:46
Odpowiedź dla Rodric Carrow

Nad mogiłą toporu. Te słowa wybrzmiewały w jej myślach dłużej, niż by sobie tego życzyła. Być może przez wzgląd na dawne dzieje, które zdawały się już nie wpływać na jej codzienność w żadnym stopniu, a może przez samą ideę przebaczenia - tę, którą w ostatnim czasie coraz wyraźniej od siebie odrzucała. Oznaczałoby to przecież, że każdy topór - nawet ten niewypowiedziany głośno i nawet ten dawno zapomniany - finalnie dało się zakopać. Nie wiedziała jednak, czy miała w sobie aż tyle wyrozumiałości, by wybaczać również innym. Choć dziś znajdowali się w Hogwarcie, na próżno było w niej szukać nostalgii związanej z tym miejscem. Nie dlatego, że ten czas naszpikowany był wyłącznie złymi wspomnieniami, ale dlatego, że jeden człowiek - jeden profesor, dziś pełniący rolę dyrektora - skrzywdził ją w sposób, którego wybaczyć nie potrafiła. Naturalnie więc, gdy Rodric o tym wspomniał, jej myśli skrzyżowały się z niezgodą na inne rodzaje wybaczania. Może rana była zbyt świeża. Może gdy upłynie tyle czasu, ile upłynęło między tą dwójką, będzie w stanie spojrzeć na podobne sytuacje z większą empatią. Jednak nie teraz. Kącik ust drgnął jej w uśmiechu, jakby na siłę próbowała przegonić z głowy czarne wizje i scenariusze. Jakby po prostu chciała skupić się na tym, co tu i teraz. - Liczę, że już nie będziemy mijać się bez słowa - powiedziała, bo może wcale nie przyjdzie im się już mijać. Na własnej skórze znała te historie. Gdy coś ciążyło między dwojgiem ludzi, los uparcie krzyżował ich drogi, by finalnie zetknąć ich ze sobą w najmniej oczekiwanym momencie. Gdy jednak przysłowiowy topór zostawał zakopany, nagle okazywało się, że świat wcale nie jest tak mały. Wierzyła w los. Wierzyła w jego przekorność. Wierzyła, że i tym razem maczał palce w jej życiu.
Wiedzieli o sobie zbyt mało, by Lucinda w ogóle mogła brać pod wątpliwość jego zaślubiny. Był w wieku idealnym do ożenku, miał też wobec rodu pewne zobowiązania, które aż prosiły się o realizację - a już na pewno prosiła się o to głowa rodu. Gdyby wszystko potoczyło się tak, jak pierwotnie zakładały ich rodziny, byliby już małżeństwem z całkiem długim stażem, ale zdawała się być z tym faktem pogodzona. Odgradzała się od przeszłości, choć prawda była taka, że nie potrafiła całkowicie o niej zapomnieć. Czy sprawiało jej przykrość, że z taką lekkością wypowiadał się o innej kobiecie? Nie nosiła w sobie takich uczuć. Mimowolnie jednak myśli kierowały się ku rozważaniom. Czy ta jedna w końcu była odpowiednia? Czy znów nie skończy się to tak, jak skończyło się w jej przypadku? Oddanym pierścionkiem? - Więc pozostało mi oczekiwać zaproszenia, prawda? - uniosła brew w pytającym geście, bo śluby błękitnokrwistych odbijały się echem po całej społeczności. Były huczne, były głośne i wszyscy o nich mówili. Może naprawdę chciałaby to zobaczyć?
Wypowiedziane przez mężczyznę słowa lekko ją zaskoczyły, bo chyba nie podejrzewała, że będzie w stanie uderzyć się w pierś, a przynajmniej nie tak szybko. To, co działo się w myślach, było jednym, a to, co prezentowało się innym, czymś zupełnie odmiennym. Przyglądała mu się przez chwilę, aż w końcu na jej ustach pojawił się delikatny uśmiech. - Zabrzmiało wystarczająco przekonująco - odparła, skinieniem głowy potwierdzając własne słowa. Może właśnie tego potrzebowała, a może po prostu chciała wypowiedzieć swoje oczekiwania na głos.
Dostrzegła zmianę w jego zachowaniu, ale jej nie skomentowała. Nie obróciła się też, by sprawdzić, co tak bardzo skupiło jego uwagę. Za to przyjęła jego ramię, gdy zaproponował, by wrócili do środka. Tak naprawdę sama również powinna już wracać - ten moment świeżości trwał dłużej niż zakładała. Rozeszli się wkrótce każdy w swoją stronę, jakby nic się nie wydarzyło, jakby nic się nie stało. A jednak jej było jakby lżej. Może faktycznie unikanie potęgowało dyskomfort, zamiast przynosić ulgę, której wszyscy w życiu potrzebowali.

z.t x2
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#22
Oriana Medici
Akolici
niepokorne myśli, niepokoje
Wiek
25
Zawód
magimedyczka, genetyczka, badaczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
4
0
OPCM
Transmutacja
4
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
25
9
Siła
Wyt.
Szybkość
5
6
8
Brak karty postaci
16-02-2026, 11:31
Odpowiedź dla Primrose Burke

To było naprawdę miłe, by posłuchać o uczuciu wśród świata, w którym nie powinno mieć miejsca. Oriana nie znała Bradforda, ale nazwisko... nazwisko Bulstrode znał każdy czarodziej, jak wszystkie pozostałe w dwudziestu ośmiu. I tak słuchała historii Prim z zacięciem godnym właśnie naukowca, wyłapywała szczegóły i szczerze cieszyła się jej szczęściem oraz tym, że ślub, który miał ją czekać, miał głębsze podłoże emocjonalne, do tego ponownie, zakorzenione w mężczyźnie. Atticus także był pierwszym, który opowiadał o miłości.
— To piękne Primrose, brzmi jak opowieść z baśni — na twarzy Włoszki ukazało się wzruszenie, delikatna nuta kołyszącego się zachwytu, który współdzieliły młode dziewczęta słuchając o prawdziwych księciach z bajek. Świat bywał jednak brutalny, książę niekiedy stawał się oprawcą, a bajki opowiadały o regresie. Liczyła, a nawet szczerze wierzyła, że to nigdy nie spotka żadnej z bliskich jej osób.
— Nie obawiam się o swoją wartość, to duży plus tej sytuacji. Moja rodzina, choć nie jest tak wysoko postawiona jak wasze, niesie w sobie tradycję, historię i poglądy, które powinny odpowiadać nestorowi... Nie mniej, to odrobinę... stresujące — westchnęła krótko, ale nie chciała kontynuować tego tematu. W momencie stresu preferowała przenieść się na poruszony temat ślubu Primrose, co momentalnie podłapała, na twarzy klarując delikatny, przyjacielski uśmiech.
—To bardzo miłe, będę zaszczycona... masz już zapewne suknię? Jaką? Macie jakąś tradycję, według której mieć coś po swojej matce lub babci? W mojej rodzinie każda kobieta dostaje na ślub naszyjnik z szafirem, który trzysta lat temu trafił do naszej rodziny. Wędruje po całej Europie, gdziekolwiek kobieta z rodziny Medici wychodzi za mąż... a wesele? Jest w twojej rodzimej posiadłości czy twojego narzeczonego? — Pytań miała wiele i była tym szczerze zaintrygowana. Słyszała, że ponoć rodziny błękitnej krwi mają swoje własne tradycje, ale nigdy z nikim o tym nie rozmawiała, a wszakże nie uczestniczyła też w żadnej ceremonii, na której mogłaby to zobaczyć. Choć bywała na salonach, przede wszystkim we Włoszech, gdzie jej rodzina miała lepiej ugruntowaną pozycję, to nie była zżyta na tyle z tamtejszą arystokracją, aby zostać zaproszoną na jakikolwiek ślub, a i ten mógł się różnić. Wszędzie jednak, nie bacząc na krew i kraj, kobiety, które szczęśliwie wychodziły za mąż, ekscytowały się tym procederem, który niósł za sobą historie godne księżniczek, którymi marzyły, aby być od dziecka. Od młodości zresztą wpajano im piękno zaślubin i życia jako żona i matka, plasując w tym cnoty kobiece. Czy ta rodząca się ekscytacja teraz była związana właśnie z tym faktem? Oriana nie miała jeszcze na to odpowiedzi, po prostu akceptowała to, co było dla niej — uśmiech Primrose, rodzące się powoli odpowiedzi na pytania i wizję, że ona też być może będzie w tej roli szczęśliwa, gdy w oczach mężczyzny zalśni zachwyt nad ciałem w pięknej, białej suknii. Ojciec ucisnąłby wtedy rękę i poprowadził do ołtarza, welon zakrywałby twarz spowitą rumieńcem zawstydzenia, bo wszystkie oczy kierowałyby się na nią. Czy tego właśnie chciała także Primrose?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#23
Primrose Burke
Czarodzieje
Wiek
25
Zawód
Badaczka artefaktów i run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
12
9
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
8
Brak karty postaci
16-02-2026, 21:05
Entuzjazm Oriany powoli udzielał się także jej, choć nie aż tak głośno i z takim błyskiem w oku, ale jednak widać było, że coraz śmielej się otwiera i zaczyna mówić o sobie i najbliższych dniach. -Rzeczywiście, trochę jak z baśni. - Zgodziła się z cichym rozbawieniem w głosie. Zaczytując się w powieściach romantycznych nigdy nie sądziła, że spotka ją coś podobnego. W końcu urodzonym wśród s28 nie zabraniano ślubów z miłości, tak ta miłość miała pewne ograniczenia i ramy. I choć już aranżowane małżeństwa nie były tak powszechne, to nadal wielu nadal decydowało o losie i życiu swoich dzieci. Mogła sobie pogratulować, że ją to ominęło. Xavier zaś, choć nie miał tyle szczęścia w drugim małżeństwie tak zdecydowanie odnalazł wspólny język z żoną i można było mówić, że jemu aranżowane małżeństwo służyło. Jednak był jednym z nielicznych. Nie każdy mógł oczekiwać takiego zbiegu zdarzeń. -Sądzę, że ze swoim bystrym umysłem i śmiałością świetnie dasz sobie radę. -Zapewniła Orianę, choć nadal uważała, że przed nią ciężkie zadanie i nie zazdrościła jej tego. Ją rodzina Bradforda chociaż kojarzyła i wiedziała kim panna Burke jest. Nie musiała im się przedstawiać i opowiadać o swojej rodzinie. Oni z jej rodziną doskonale się znali.
Rozmowa zaraz płynnie przeszła znów na kwestie ślubu i przygotowań, a jakoś nie miała oporów przed mówieniem, choć nadal emocje trzymała dość mocno na wodzy. -Suknia już od jakiegoś czasu jest w szyciu. Ślub za niecałe trzy tygodnie więc czekają mnie ostatnie przymiarki. - Odpowiedziało na jedno z pierwszych pytań. -Nic ekstrawaganckiego, dość prosta, lejąca się. Jedynie co ma mocno odsłonięte plecy. - Kącik ust jej zadrżał, ponieważ Tytania ostro się temu sprzeciwiała, ale córka postawiła sprawę na ostrzu nożna i matka odpuściła kłótnię. Pomógł też fakt, że ta oddała matce swobodę wyboru kwiatów, menu i innych spraw związanych ze ślubem - ku uldze samej Primrose. -W naszej jest tradycja, że panna młoda może z domu rodzinnego zabrać jeden przedmiot, który nie jest w jej posiadaniu, tylko należy do dziedzictwa rodzinnego i nikt nie może jej tego zabronić. Nadal się waham co powinnam zabrać ze sobą. - Spojrzała przyjaźnie na Orianę. -Piękna to tradycja z tym naszyjnikiem. - Jako badaczka historii doceniała takie tradycje i ich kultywowanie, to sprawiało, że budowała się cała opowieść o pokoleniach, która później zostawała w legendach, nawet jak ci, którzy ją zapoczątkowali już dawno opuścili świat żywych. -Wesele odbywa się w posiadłości pana młodego. - Odpowiedziała od razu. -Nic wielkiego, zresztą nie przepadam za dużymi przyjęciami, wystarczy, że tego dnia będę w centrum zainteresowania i to mnie już stresuje. - Wyznała po chwili. Każdy będzie na nią spoglądał. Będą oceniali jej suknię, fryzurę, każdy gest czy grymas twarzy. Jakby sam fakt, że opuszcza dom rodzinny i przybiera inne nazwisko nie było wystarczająco stresujące dla młodej kobiety. Z jednej strony się cieszyła, a z drugiej rosło w niej wiele obaw. -A jak ty wyobrażasz sobie swoje wesele? - Zagadnęła pannę Medici chcąc przekierować rozmowę teraz w jej stronę. -Czy oprócz tradycji z naszyjnikiem, macie jakieś inne? - I teraz ona była żywo zaciekawiona różnicami między angielską, a włoską tradycją.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#24
Leopoldine Flint
Czarodzieje
if i was the moon, would you still look for the stars?
Wiek
23
Zawód
wschodząca gwiazda baletu
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
13
16
20
Brak karty postaci
Wczoraj, 14:49
Odpowiedź dla Willow Weasley

Przez chwilę zastanawiała się, czy nie powinna się zatrzymać. Brak rozpoznania w pierwszej chwili stanowił igiełkę może prostą — ale wymierzoną idealnie w najdelikatniejsze tkanki organizmu Leopoldine. Nakazywał on zatrzymanie się w swoich zamiarach, może płynne skręcenie gdzieś na bok, udawanie, że nie sunęła przez część zamku tylko po to, aby znaleźć się bliżej panny Weasley. Panny Weasley, którą sama mogła pomylić z kimś innym, z jednym z wielu dziecięcych wspomnień, które skumulowały się w pierwszej, przypadkowo spotkanej rudowłosej czarownicy. Serce w piersi Leopoldine przyspieszyło swoje bicie, poczuła przy tym, że jej kończyny — do tej pory pozwalające jej na swobodne sunięcie wśród tłumu, stają się coraz to cięższe i sztywniejsze. Niewiele brakło, aby samym tylko spojrzeniem złączonym ze zmarszczeniem rudych brwi magipolicjantka zatrzymała ją w miejscu. Teraz, w jasnym świetle, które uniemożliwiało Willow odpowiednio szybkie rozpoznanie, Leopoldine była natomiast pewna, że nie pomyliła się nawet trochę z tożsamością rudowłosej. Przez umysł tancerki przemykały myśli podobne do wystrzeliwanych po sobie, raz za razem strzał. Może nie chciała jej widzieć. Może Flintowie uczynili Weasleyom jakiś afront, gdy nie było jej w kraju. Może po prostu ich drogi, splatające się raz za razem w dzieciństwie, odsunęły się od siebie na tyle, że już nigdy nie będzie im dane poczuć takiej samej bliskości, co kiedyś? Nie powinno jej to przecież dziwić. Dorosłość uderzyła je w podobnie mocny sposób, pognała w dwóch przeciwnych kierunkach.
Gdy miała już przyjąć gorzką pigułkę rzeczywistości, w której nie było miejsca na most łączący daleką przeszłość z teraźniejszością, twarz młodej kobiety rozświetliła się nareszcie, porwała ją w objęcia i w górę — na co Leopoldine zareagowała wreszcie radosnym śmiechem, przytulając się bardziej do swojej ulubionej bądź co bądź kuzynki. Pozwoliła jej ułożyć dłonie na swojej twarzy, poddać się każdemu rodzajowi oględzin, czując tylko, jak sama uśmiecha się coraz szerzej, ledwie balansując na granicy śmiechu.
— Już się bałam, że mnie w ogóle nie poznasz! — wtrąciła się w jej słowa, wreszcie pozwalając wszystkim nerwom, które do tej pory rządziły się jej ciałem, na odejście. Willow mogła więc obserwować w czasie rzeczywistym to, jak ciało Leopoldine rozluźnia się, jak mięśnie tracą na napięciu, a jej kuzynka — równocześnie ze wszystkimi gestami czułości otrzymywanymi od rudowłosej — zyskuje na pewności siebie i naturalności. Nie mogła powstrzymać się od krótkiego, jeszcze trochę nerwowego chichotu, gdy Willow skomplementowała jej wygląd. — Podoba ci się? Jeżeli będziesz miała jakąś okazję, może Bal Magipolicjanta, pożyczę ci ją — zaczęła w jeden sposób, w którym potrafiła próbować nawiązać więź z inną kobietą. Wychowanie dwóch kuzynek różniło się od siebie diametralnie, tak bardzo, jak różniły się teraz ich stroje. Leopoldine brakowało tego, co jej rodzina nazywała pierwiastkiem męskim; ten uosabiany był od zawsze przez Leopolda, stanowił dychotomię, która kierowała całym życiem bliźniąt. Obracając się głównie wokół dziewcząt o podobnych upodobaniach i tle rodzinnym do siebie, ciężko było jej nauczyć się tego, jak powinno rozmawiać się z kimś, kto pochodził trochę z innej bajki. Miała naprawdę serdeczną nadzieję, że Willow nie obrazi się za tę propozycję. Że będzie w stanie dostrzec w niej nie kolejną (zapewne) próbę zmienienia tego, co było w niej najbardziej charakterystyczne, a coś zupełnie innego — próbę nawiązania kontaktu, więzi, okazania troski w jedyny sposób, który był pannie Flint znany.
— Hej, nie masz za co przepraszać... — od razu zniżyła głos do szeptu, miękkiego i ciepłego, który miał otulić cokolwiek działo się teraz w sercu rudowłosej kocem bezpieczeństwa. Nie sądziła, że to przypadkowe, jakby nie patrzeć, spotkanie, będzie w stanie uwolnić aż tyle emocji. Nie tylko w Willow, ponieważ niemalże w tej samej chwili i jasne oczy Leopoldine zaszły łzami. Sięgnęła niemal natychmiast do dłoni kuzynki, ściskając je mocno, w niemym wyrazie wsparcia. Nie musiała już mówić nic, ale nie znaczyło to, że baletnica nie zamierzała jej wysłuchać wręcz przeciwnie. — To wcale nie jest głupie — dodała, jeszcze powstrzymując się przed pociągnięciem nosem, ale pozwalając sobie na szerszy uśmiech. Pozwoliła przyciągnąć się bliżej balustrady, samej zajmując miejsce po lewej stronie od Willow. Wolne już dłonie złożyła na zimnym kamieniu balustrady; widoki rozciągające się zza niej kusiły do skupienia się na nich, a jednak nie mogła oderwać wzroku od niewidzianej od lat kuzynki.
— Widziałam cię na turnieju — wypadło z jej ust prędzej, niż zdążyłaby o tym pomyśleć. W każdym słowie wyraźnie wybrzmiewała duma. Leopoldine nie była w stanie opuścić takiego wydarzenia, wszak na widowni obecni byli wszyscy przedstawiciele jej rodziny. Pojedynki i ich turnieje nierozerwalnie wiązały się z linią Flintów, choć dziś wuj Ignatius mógł czuć się niepocieszony, skoro zwycięstwo nie należało do jego krewniaka. — Zrobiłaś niesamowite wrażenie, wiesz? Nie spodziewałam się, że tamta Willow wyrośnie na postrach absolwentów Hogwartu i nie tylko — puściła jej porozumiewawcze oczko, wciąż odciągając od siebie perspektywę odpowiedzi na zadane przez rudowłosą pytania. Wszystko w swoim czasie. — Poza tym, Karkaroffowi jak najbardziej należały się bęcki — szturchnęła ją delikatnie łokciem, pozwalając sobie na krótki śmiech. Nie przepadała za Igorem, uważała wręcz, że jego towarzystwo negatywnie wpływało na Leopolda. Dlatego przegrana Bułgara w starciu z Willow była dla niej niezapowiedzianym, nieplanowanym, acz naprawdę słodkim prezentem. — Co zaś się tyczy mnie... Zostałam pierwszą solistką baletu, tutaj, w Arkadii — kiedyś, gdy obie były małe, opowiadała o tym marzeniu non stop. O zostaniu wielką gwiazdą, o tańczeniu na deskach najlepszych teatrów na całym świecie. I faktycznie, żyła swoim marzeniem. — Wcześniej tańczyłam w Leningradzie, zaczęłam od razu po szkole. Ale musiałam tutaj wrócić, bo... — westchnęła ciężko, ledwo powstrzymując się przed przewróceniem oczami. Willow zapewne znała ten ból na własnej skórze, a przynajmniej tak zakładała sama Leopoldine. — Mój ojciec zdecydował, że pora, żebym wyszła za mąż. Leopoldowi też szukają żony — ta równość w traktowaniu bliźniąt była szczególna, zazwyczaj mężczyznom pozwalano na trochę więcej swobody w kwestii małżeństwa niż kobietom. Flintowie lubili jednak kontrolować swoje latorośle. Baletnica westchnęła ciężko, lecz zaraz uśmiechnęła się ponownie, równie promiennie niż wcześniej. — A co u ciebie, kochanie? Musisz mi wszystko opowiedzieć, ze szczegółami!
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (3): « Wstecz 1 2 3


Skocz do:

Aktualny czas: 02-03-2026, 20:59 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.