• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Inne miejsca > Chiltern Hill (Hertfordshire)
Chiltern Hill (Hertfordshire)
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
23-01-2026, 23:05

Chiltern Hill (Hertfordshire)
To malownicze pasmo wzgórz w południowej Anglii, rozciągające się przez hrabstwa Oxfordshire, Buckinghamshire, Hertfordshire i Bedfordshire. Obszar ten jest objęty ochroną i słynie z łagodnych wzgórz, bukowych lasów i urokliwych wiosek o tradycyjnej angielskiej zabudowie. To idealne miejsce na piesze wędrówki, wycieczki  i obcowanie z naturą, z licznymi szlakami widokowymi, takimi jak Chiltern Way czy The Ridgeway. W regionie można spotkać dzikie zwierzęta, odwiedzić lokalne farmy, winnice i zabytkowe posiadłości.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (2): « Wstecz 1 2
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Rafael Crouch
Czarodzieje
Wiek
32
Zawód
Dep. Międzynar. Współpracy Czarodziejów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
13
0
OPCM
Transmutacja
13
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
5
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
10-04-2026, 11:55
Las wokół nas zdawał się gęstnieć, a światło filtrowane przez korony drzew przybierało miękki, przytłumiony odcień. Gdybym miałem w sobie coś więcej niż nikłą nutę romantyzmu, uznałbym tę scenerię za uroczą; w tej chwili skupiałem się jednak na przetrwaniu, aby nie zlecieć z konia, gdyby spokojna klacz jednak postanowiła pokazać rogi. Ufałem Mortiemu, że nas nie zabije, ale wiadomo przecież, że największym dowodem zaufania była zawsze kontrola...
- Oczywiście, że czerpałem garściami z parsykiej bohemy, zresztą nie tylko z niej – powiedziałem z naturalną lekkością, jakbym mu opowiadał o rzeczach tak oczywistych jak dodawanie do dziesięciu. Byłem nawet nieco zaskoczony, że w ogóle pytał; czy nie dawałem mu dość sygnałów co do swojej przeszłości, aby mógł wyciągnąć odpowiednie wnioski? Bywałem w miejscach, które emanowały swoją różnorodnością, a im bardziej zadziwiające, im bardziej odległe od konserwatywnej natury świata, tym bardziej mnie przyciągały. - To chyba jedyna sensowna zaleta Francji – dodałem po zastanowieniu, przesuwając wzrokiem po okolicy. To miejsce miało w sobie coś kojącego, ale i coś niepokojącego, złudne poczucie samotności, podczas gdy w głębi krzewów, drzew i gałęzi aż tętniło życiem.
Parsknąłem pod nosem na samą myśl o polityce i porównaniu mnie do starych wyjadaczy, którzy na kłamstwie i manipulacji zjedli zęby i sprzedali połowę rodziny. Morty doskonale wiedział, jak daleko mi do takich ludzi i jak desperacko unikam wszystkiego, co polityczne, więc potraktowałem jego pytanie jak ironiczną zaczepkę. Nawet sama wizja mnie samego, który zręcznie lawiruje między prawdą a kłamstwem, kłóciła się z rzeczywistością mojej natury. Może to też był jeden z powodów, dla których tak źle czułem się w Ministerstwie pośród osób, które karmiły się ułudą?
- Owszem, politycy kłamią, ale ze mnie aktor marny. Przynajmniej w tych ważniejszych sprawach. - Odpowiedziałem mu półgłosem, nie próbując zaczarowywać rzeczywistości. - Zdecydowanie bliżej mi do dyplomaty. - Bo dyplomacja była swoistą sztuką przetrwania w świecie, który na każdym kroku nakładał ograniczenia, zasady i nakazy. Uczyła, kiedy milczeć, kiedy zmienić temat, a kiedy pozwolić komuś uwierzyć w wersję wydarzeń, która była dla niego wygodniejsza. Przy Mortim jednak ta umiejętność nigdy nie była mi potrzebna, ani nie czułem potrzeby, by po nią sięgać. Manipulacyjne, dyplomatyczne zabiegi traciły swój sens i całą ostrość uderzenia w obecności kogoś, przy którym można było po prostu zapomnieć.
Jego wizja naszego pierwszego spotkania na dłuższy moment zajęła moje myśli; rozłożona na czynniki pierwsze, przeanalizowana od podszewki, wystawiona na publiczną ocenę. Sala koncertowa, mnóstwo ludzi, refleksy światła; widziałem to wszystko pod powiekami, gdy zamknąłem na chwilę oczy. Blask świec odbijający się od kryształowych żyrandoli i kieliszków, szepczący z zachwytem tłum, dźwięki muzyki, w które tak łatwo byłoby się przenieść.
- Zapragnąłem lepiej poznać artystę. - Tego, który grał, który wydobywał oszałamiającą melodię poruszającą duszę. Artystę skupionego, opanowanego, odgrodzonego od reszty świata, z nieuchwytnym uśmiechem na ustach, który widziałbym tylko ja, choć obok byłyby dziesiątki innych osób. Zastanowiłem się, jaka pasja mogłaby nas połączyć w takiej wersji rzeczywistości. Co mogłoby sprawić, że błękitnokrwisty czarodziej, który rzadko bywał w takich miejscach, celebrując miłość do kultury w bardziej prestiżowych i arystokratycznych miejscówkach, zainteresowałby się nieznajomym grajkiem bez znanego z afiszów nazwiska? - Pasja do muzyki i odnajdywania w niej tego, co ukryte. - Muzyka była najbardziej oczywistą odpowiedzią, bezpieczną i prawdziwą; nie musiałbym kłamać i naginać rzeczywistości.
Wyobraziłem sobie dwa skrajne scenariusze naszego pierwszego spotkania, które moglibyśmy przedstawiać jako prawdziwe; publiczny obraz początków znajomości, którego nie balibyśmy się ujawnić i za którego rozpowszechnianie nie groziły żadne konsekwencje. Spotkań, jakich wiele, jakie nie budziły kontrowersji przez swoją normalność i zwyczajność. Pierwsza wizja zwyczajnej rozmowy, nudnej wymiany uprzejmości zmieniającej się w subtelne zainteresowanie i odkrywanie, że łączy nas pasja do muzyki. Druga wizja gwałtownej wymiany zdań, pęknięć w rozumieniu świata, która przechodziła w znalezienie konsensusu i dojście do porozumienia.
Żadna z nich nawet nie dorównywała jednak temu, co wydarzyło się naprawdę; nie miała nic wspólnego ze spotkaniem na pomoście, z chaosem, niezrozumieniem, desperacją, niepewnością. Brakowało w nich nieprzewidywalności, odrzucenia kontroli, podjęcia ryzyka. Gdybym mógł wybierać, wybrałbym opowieść o prawdzie, w której nie było miejsca na odgrywanie ról i teatralne zabiegi. Uśmiechnąłem się pod nosem i pozwoliłem, by na kilka sekund obraz tamtej nocy przesłonił wszystko inne.
- Nie lubię tłumów, więc przyjęcie byłoby niewielkie, maksymalnie na pięćdziesiąt, może sześćdziesiąt najbliższych osób. Motyw przewodni... wolność. Szybka muzyka, gwałtowne brzmienia strun, jakby każda z nut chciała się wyrwać z pięciolinii. Byłby trzydziesty marca, więc przyjęcie odbywałoby się w środku, ale dźwięki docierałyby nawet na taras, gdzie ukrywałbym się przed upierdliwymi kuzynami. A potem pewnie zaprosiłbym głównego artystę wieczoru na prywatny bis w moich komnatach. - Zacząłem snuć swoje wyobrażenie własnego urodzinowego przyjęcia, ale dość szybko wróciłem do teraźniejszości i rytmicznego ruchu końskich mięśni pod sobą i spiętego Mortiego siedzącego przede mną. Rozluźniłem dłonie na wodzach, świadomie oddając mu więcej kontroli, ale i czujnie obserwując, jak radzi sobie z prowadzeniem.
Radził sobie lepiej, niż mogłem się spodziewać po kimś, kto pierwszy raz prowadzi konia; sama klacz reagowała spokojnie na jego niewprawne ruchy, rzadko zarzucała głową, ale uszy miała uniesione, czujne i nasłuchujące. Kiedy w końcu wyjechaliśmy na polanę, poczułem przyjemne rozluźnienie rozlewające się po ciele; znajome miejsce, w którym swego czasu bywałem na tyle często, by zacząć uważać je za swoje, choć leżało tak daleko od domu. W przeszłości odbywały się tu magiczne rytuały pierwotnych ludów, a posmak magii wyczuwalny był w każdym oddechu.
- Bywałem tu z Thobiasem, ale my też możemy znaleźć swoje własne miejsca, które będą tylko dla nas. - Obiecałem mu cicho. Klacz zwolniła i zatrzymała się, a ja bez zastanowienia zsunąłem się zręcznie z jej grzbietu i rozprostowałem kości. Odwróciłem się, by zapytać Mortiego, czy ma ochotę posiedzieć na polanie czy może przejść się po niej, ale ku mojemu zaskoczeniu on wciąż siedział na koniu. Uniósłszy brwi, przez moment patrzyłem na niego w milczeniu, jakby nie do końca rozumiejąc, co się dzieje. - Aha – mruknąłem sam do siebie, niemal uderzając się w czoło z własnego gapiostwa. Przytrzymałem klacz za uzdę, a wolną ręką sięgnąłem do mężczyzny. - Przełóż drugą nogę przez grzbiet i powoli opuść się na zgiętym kolanie na nodze w strzemieniu – pouczyłem go cierpliwie, asekurując podczas zejścia na ziemię. - Jak upadniesz, to wcale nie jest aż tak wysoko – dodałem z delikatną kpiną w głosie, uśmiechając się jednak przy tym z kontrastową łagodnością.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Morty Dunham
Akolici
Nie pomyl nieba z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
13-04-2026, 23:38
Chociaż wyciągał własne wnioski, lubił zadawać mu pytanie - nawet te najprostsze, najbanalniejsze, gdzie odpowiedź była oczywista. Robił to nie wyłącznie dlatego, że potrzebował wyjaśnień, lecz po to, by wsłuchać się w ton jego głosu. Było w nim coś, co chłonął; miękkość, którą nie mógł nazwać słabością i pewność, której daleko było do arogancki. Każde jego słowo miało swój ciężar, a Dunham słuchał ich tak, jak słuchał muzyki - nie dla samej treści, a tego, co działo się między dźwiękami. W tych przerwach, w tych zawahaniach, w drobnych zmianach tonu, odkrywał, jakim człowiekiem był Rafael. A on był wrażliwy na takie rzeczy, podatny na ton, na spojrzenie, na drobne przesunięcia akcentu.
- Lepsze poznanie artysty brzmi czasochłonnie - mruknął, chociaż jego głos zdawał się być tylko cieniem obecności; echem myśli, jakie podróżowały po korytarzu umysłu. Myślami był obok toczącej się rozmowy, jakby Rafael głębokim tembrem swojego głosu, wysunął go z własnego ciała i zostawił zawieszonego gdzieś kilka mi dalej.
Widział siebie w sali bankietowej - w tej jedynej, w której obecnie chciał się znaleźć. Wysokie sufity, kryształowe żyrandole, światło odbijające się od politurowanych powierzchni jak od tafli jeziora, w której majaczyło odbicie tarczy księżyca. Najpiękniejsza rezydencja, jaką kiedykolwiek dowiedział, ale jednak to ni jej przepych wbijał mu się pod skórę. To świadomość, że wśród kilkudziesięciu gości, wśród rozmów, śmiechów i szelestu wytwornych, jedwabnych kreacji, mógłby ściągać na siebie spojrzenia. W takich chwila jak te lubił myśleć, że ma talent, a ludzie, jacy pojawili się na jego koncertach, lubili słuchać jak w jego dłoniach dźwięk stawał się czymś żywym, może nawet namacalnym.
Ale on w tamtym momencie zapragnąłby tylko jednego spojrzenia. Jednej paru oczu. Jednego człowieka, Rafaela. Wyobrażał sobie, jak tamten stoi gdzieś z boku, może z kieliszkiem w dłoni, z błagającym się na ustach półuśmiechem i błyskiem zachwytu w błękicie oczu. Chciałbyś kiedyś zagrać tylko dla niego. Nie dla publiczności ,nie dla oklasków, nie dla uznania, nie dla komplementów i tanich zachwytów. Po prostu dla niego. I chciałby, żeby Rafael, pomimo publiczności składającej się z kilkudziesięciu osóbw, wiedział, że to dla niego. Żeby czuł od pierwszego pociągnięcia smyczka, że ta melodia nie jest dla nikogo innego. Żeby potraktował każdy dźwięk, jak wyznanie, którego nie wypada wypowiedzieć nagłos. Wyobrażał sobie - nieco głupio, nieco nawinie - jak rezonans wiolonczeli wypełnia salę, jak drży w powietrzu ,jak przecina przestrzeń między nimi i trafia do adresata. Jak przeszywa go na wskroś i zerka do najgłębszych, chronionych przed światem zakamarków duszy. Jakby poprzez muzykę oddawał mu cząstkę siebie. Najbardziej ukrytą. Najbardziej prawdziwą. Melodia wówczas stałaby się pierwszą nieśmiałą spowiedzią, świadectwem uczuć, które dopiero zaczynały się rodzić, ale już miały w sobie pewien ciężar, balast, którego nie mógł z siebie zrzucić.
- Zgaduję, że tak zachwycił cię występ gwiazdy wieczoru, że zapragnąłeś zaprzyjaźnić się bliżej z pasją, jaką czuje do muzyki i właśnie dlatego zdecydowałeś się na żmudne lekcje gry na fortepianie, czyż nie? - snuł dalej wizje ich znajomość, która zaczynała znajdować punkt styczny z prawdą; z tym, co ich do siebie zbliżyło; tych, co sprawiło, że zaczęli spotykać się coraz częściej, wypełniać swój wolny czas obecnością drugiego.
Uśmiechnął się subtelnie, przymykając na chwile powieki. Lubił wracać do współdzielonych z nim chwil. Szczególnie rozmowy na pomoście i wannie. Wydawały się kluczowe.
Zawsze bał się własnych pragnień. Nie z powodu tego, że były niewłaściwie, lecz dlatego, że czasem wydawały się zbyt intensywne, stały zbyt blisko tego, co mógłby stracić, jeśli tylko wypowiedziałby je na głos. I dlatego to muzyka był bezpieczniejsza od słów. W dźwiękach mógł ukryć to wszystko, czego nie potrafił nazwać. W tej wyobrażonej sali bankietowej, nie chciał, aby Rafael poznał go tylko jako artystę. Chciał, aby zobaczył w nim człowieka. Nie jego talent, ani nazwisko, które wreszcie zaczynało coś znaczyć. Tylko jego. Tego, który zadrżał, zanim jeszcze zmusił do tego samego struny. Tego, który potrafił godzinami ćwiczyć, zatracać się w tym, byle nie myśleć o tym, jak bardzo pragnie jednego spojrzenia. Tego, który wcią nie wiedział, czy ma prawo pragnąć czegoś więcej, poza tym, co już otrzymał.
Poczuł, jak w gardle urosło mu coś, przez co przez chwile pograżyłsię w milczeniu - jakby tęsknota pomieszana z lękiem. Lękiem, że, jeśli spełni te pragnienie, Rafael odkryje naiwność jego uczuć. Już kilka razy wytknął mu ckliwość.
- Gdy dźwięki wiolonczeli ustały, artysta znalazł cię na tym tarasie, wcisnął ci do ręki kieliszek szampana, aby jeszcze raz wnieść toast za zdrowie solenizanta - snuł dalej zgrabną wersję ich wspólnej historii pozbawionej na pozór uniesień. – Jestem pewny, że zainteresował się majaczącym w oddali stawem. Istnieje chociaż cień szansy, że zanim zagrał bis w twoich prywatnych komnatach, mógł liczyć na to, że pokazałeś mu pływające w nim łabędzie? Wyobrażam sobie, że to właśnie tam, z dala od wścibskich spojrzeń, ich rozmowa mogła przybrać bardziej intymny charakter.
Nagle zapragnął znaleźć się w prywatnych komnatach Rafaela. Zanurzyć twarz, ciało w przesiąkniętej jego zapachem pościeli. Leżąc w jego łóżku, wędrować opuszkami palców wzdłuż linii zapadlin między żebrami i wsłuchiwać się w głębokie, niekontrolowane westchnienie sprowokowane tym dotykiem. Czy kiedyś będzie mu dane tam zajrzeć? Pobyć chociaż przez chwile w tej ważnej dla niego przestrzeni?
Klacz była dla niego łaskawa. Wykazała się cierpliwością, a może, drogę, którą wybrał, znała na pamięć, dlatego nie zdecydowała się na żaden akt sprzeciwu?
Nie skupił się szczególnie nad naturą konia. Głowę zaprzątałby mu inne kwestie. Wśród niech ważną rolę odgrywała męska obecność za plecami i jego słowa.
Więc bywał tu z Thobiasem, a teraz postanowił pokazać te miejsce Mortiemu. Dlaczego? Aby zastąpić jedno wspomnienia drugim nie?
Nie, mówił mu przecież, że nie szuka w nim namiastki dawnego kochanka. Że chce stworzyć z nim coś nowego, coś równie prawdziwego, coś trwalszego? Ostatnie myśl nieśmiało odbijały się od ścian czaszki, ale nie mógł zapomnieć tego, jak Rafael, z wyczuwalnym napięciem w głosie i godną tego napięcia powagą, powiedział nie umieraj. Jakby bał się ,ze może go stracić.
Zanim zrozumiał co się dzieje, ciepło męskiego ciała, które czul za plecami, zniknęło. Pochłonięty refleksjom, nie zarejestrował momentu, kiedy mężczyzna opuścił koński grzbiet. I poczuł w jednej chwili, jak ogarnia go coś na wzór strachu, że nie będzie mógł liczyć na jego pomoc, lecz Rafael szybko się zreflektował. Złapał konia za uzdę i wyciągnął ku niemu dłoń.
- Zapomniałeś, że to ty dzisiaj przejąłeś rolę nauczyciela? - rzucił niby luźno, niby, żeby poczuć się nieco pewniej, żartem zastępująca powagę, jaka go ogarnęła. – Tylko ty jeden na świecie potrafisz jednocześnie kpić i uśmiechać się w taki sposób.
Zawierzył temu czułemu uśmiechowi i jego słowom; zawierzył jego spojrzeniu i wyciągniętej ku niemu dłoni. Zamknął ją klatce swoich palców, postępując w zgodzie z jego instrukcjami. Najpierw, ostrożnie, przełożył lewą nogę przez koński grzbiet, a potem, a może równolegle do tego ruchu - pozwolił, aby to instykt przejął kontrolę nad jego ciałem w chwili wykonywania tej czynności - opuścił się na zgiętym kolanie, czując jak but ugina się w strzemieniu. Kilka chwil później jedna noga natrafiła na podszycie leśne, druga natomiast przez krótką chwile balansowała w powietrzu, by w końcu dołączyć do swojej prawej odpowiedniczki. Morty zachwiał się przy tym lekko na nodze, która przez jedno uderzenia serca wzięła na siebie cały ciężar ciała i tylko dzięki asekuracji męskiego ramienia nie upadł.
- Wymigałeś się od odpowiedzi na jedno z moich pytań - mruknął wprost w jego ucho, otulając go ciepłem swojego oddechu, gdy już odzyskał równowagę, ale skorzystał z okazji, że Rafael znalazł się tak blisko niego. – Trzydziesty dzień marca jest datą twoich urodzin? - zerkając mu prosto w oczy, myślał o tym, czy wargami nie powinni wyjść na spotkanie jego ust i wykraść mu pełen niezaspokojonej tęsknoty pocałunek, ale w porę się rozmyślił. – Przejdźmy się - zaproponował, odsuwając się od niego nieco, chociaż palce Moritego nadal były zakleszczone w jego dłoni. – Dokąd prowadzi tamta ścieżka? Wiesz? Czy to coś, co musimy odkryć wspólnie? – zapytał, wodząc spojrzeniem po najbliższej przestrzeni. – Czujesz szczególne przywiązanie do tego miejsca?
Chciał, bardzo chciał znaleźć miejsca, które będą należeć tylko do nich, lecz nie wypowiedział tego życzenia na głos. Jakby w obawie, że przez to te marzenie mogłoby się nie ziścić.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#13
Rafael Crouch
Czarodzieje
Wiek
32
Zawód
Dep. Międzynar. Współpracy Czarodziejów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
13
0
OPCM
Transmutacja
13
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
5
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
14-04-2026, 14:16
- Myślę, że gdyby ten artysta zafascynował mnie tak bardzo, że zapragnąłbym go bliżej poznać, mógłbym się nauczyć grać nawet na kawałku drewna, byleby tylko on był moim nauczycielem – zaśmiałem się cicho. Obserwowałem przestrzeń przed nami i wokół nas, ale tak naprawdę skupiałem się na Mortym, na wsłuchiwaniu się w dźwięk jego głosu w regularność oddechów, w najmniejszy ruch w siodle, który mógł sugerować jego zdenerwowanie albo niepewność, jaką należało szybko opanować. Mijane drzewa i krzewy zlewały się w jedno, ścieżka prowadziła tylko w jednym kierunku, ale przed nami istniało tyle odnóg i możliwości podążania w przyszłość, że właśnie to budziło mój największy niepokój a nie fakt, że mogliśmy się zgubić w tym lesie albo spaść z konia.
Przyszłość nie miała dla nas prostej ścieżki, nie było żadnego drogowskazu, który wskazywałby właściwy kierunek, a jakby tego było mało, każdy krok wiązał się z ryzykiem, które było znane, ale trudne do przewidzenia. Zasępiłem się na moment, pozwalając ponurym myślom przejąć kontrolę i zalać mnie szarymi wizjami tego, co mogło nastąpić, a czego za nic w świecie nie chciałem. Dlaczego los nie mógł po prostu pozwolić nam jechać przed siebie i być szczęśliwymi? Dlaczego musiałem przez tyle lat kryć się za fasadą małżeństwa, aby otrzymać chociaż tę namiastkę szczęścia ukrywanego w zakamarkach rezydencji i w pracowni Thobiasa? W zagranicznych wyjazdach, które stawały się okazjami do skosztowania zakazanego owocu, jaki rósł w Anglii, ale zjedzenie go tutaj groziło okropnymi konsekwencjami, na które nie mogłem sobie pozwolić?
- Nie każdego zabieram nad staw, aby popatrzeć na łabędzie. To bardzo wyjątkowe miejsce, więc artysta musiałby się mocniej postarać, by dostąpić tego zaszczytu. - Zazwyczaj to ja prowadziłem rozmowy, nadawałem im kierunek, kontrolowałem tempo i zakres, tymczasem Morty postanowił przełamać ten schemat i wprowadzić swoje zasady. Nie wiedziałem, czy robi to celowo, czy przychodzi mu to z łatwością, bo jest bardziej przyzwyczajony do otwartości w swoim artystycznym środowisku. W ogóle w swoim środowisku, które – co do tego nie miałem wątpliwości – nawet nie otarło się o klasę wyższą. Może dlatego zadawał pytania z naturalnością, która mnie zaskakiwała: nie dlatego, że były trudne, ale dlatego, że w ogóle padały. W moim świecie pytania były ostatecznością. - Musiałby mi obiecać coś wyjątkowego. Może wręczyć niespodziewany prezent z okazji mojego święta? Zaryzykować i wyszeptać – zniżyłem głos, jakbym imitował całą sytuację – swoje bezwstydne pragnienie, by zostać ze mną sam na sam? - Dywagowałem nieśpiesznym tonem, bawiąc się każdym ze słów, jakbyśmy rzeczywiście wrócili na pomost i powoli krążyli wokół siebie z niepewnością, do czego doprowadzi nas to spotkanie.
Wyciągnąłem ręce, aby pomóc mu zejść i złapać w razie jakiegoś nieprzewidzianego ruchu konia, ale starałem się go nie dotykać bez potrzeby, chociaż właśnie dotyku teraz najbardziej pragnąłem; trzymałem tylko jego dłoń dla stabilizacji, aby czuł się pewniej. Wiedziałem jednak, że nauka jazdy wymaga maksymalnej samodzielności, a im wcześniej Morty ją opanuje, tym lepiej dla niego. Dlatego pozwoliłem sobie tylko na przelotne muśnięcie wolną dłonią jego pleców, gdy obserwowałem Mortiego, jak ostrożnie zsuwał się z konia przy mojej asekuracji. Wydawało mi się, że dostrzegłem na jego twarzy wyraz ulgi, gdy w końcu stanął na stabilnej ziemi.
- To się nazywa motywacja, panie Dunham – powiedziałem, uśmiechając się przy tym lekko i spojrzałem wymownie na nasze wciąż złączone dłonie. Las na polanie oddychał inaczej; ciszej, głębiej, jakby wszystko wokół zwalniało, dostosowując się do rytmu naszych kroków, celebrując każdy z nich. Podobała mi się ta swobodna cisza, pustka dookoła nas, która otulała najbliższe drzewa bezpieczną otoczką samotności; życie tutaj biegło całkowicie inaczej od zgiełku Londynu i tłumów ministerstwa. Miałem wrażenie, że nie muszę się nigdzie śpieszyć, a gdybym został tu na długie lata, w prawdziwym świecie oddalonym o dziesiątki mil stąd świat pognałby do przodu o całe stulecia. Pozwoliłem mu pociągnąć się w stronę ścieżki, nie wyrywając dłoni
- Tak – potwierdziłem – trzydziestego marca. - Nie byłem przyzwyczajony do pytań. Na salonach i wśród polityków każde pytanie było albo atakiem albo rozpoczęciem subtelnej gry, która prowadziła do ataku, rzadziej do obrony. Pytało się po to, aby lepiej poznać rozmówcę, ale w tym wypadku był to również przeciwnik, a pytania umożliwiały znalezienie jego słabego punktu. Im więcej pytań, tym więcej odkrytych granic; im więcej odpowiedzi, tym gorsza pozycja negocjacyjna. Pytania w ustach Mortiego pozbawione były ostrożności i dyplomatycznych gierek, ale nadal pozostawały pytaniami, a ja nadal odpowiadałem zgodnie z wyuczonym schematem, odkrywając siebie jak najmniej.
A przecież nie musiałem się bać Mortiego. On jedynie chciał wiedzieć o mnie jak najwięcej, by zrozumieć, jaki naprawdę jestem, ale ja byłem przyzwyczajony do tego, że ludzie nie pytali mnie o tak osobiste rzeczy, a jedynie przyjmowali gotowe odpowiedzi... Może więc problem tkwił w tym, że nie umiałem się do końca otworzyć i chciałem mieć swoje tajemnice? Nawet jeśli i tak otworzyłem się już w malutkich fragmentach życia przed Mortym, nawet jeśli oddałem mu część kontroli, nadal tkwiło we mnie coś, co kazało milczeć, gdy żądał odpowiedzi.
- Nie mam pojęcia, dokąd prowadzi, nie zapędzałem się dalej niż za polanę. - Wzruszyłem ramionami. Z Thobiasem nigdy nie interesowało nas przedzieranie się przez krzaki i podziwianie przyrody; szukaliśmy miejsc odosobnienia, z dala od ludzi a blisko natury, bo tylko tam mogliśmy być naprawdę razem, ale żaden z nas nie zachwycał się ani polaną, ani całym otoczeniem. Las to las. Nie widziałem w tym nic sentymentalnego. - Podejrzewam więc, że doprowadziłaby nas do kolejnej polany, kolejnych drzew i kolejnych powalonych pni. - Ścieżka była wąska, niemal niewidoczna w plątaninie gałęzi i liści. Prowadziła głębiej w las, gdzie światło było jeszcze bardziej rozproszone i tworzyło przeróżną mieszankę cieni rzucanych na wszystko dookoła. - Jak w setkach podobnych lasów – dodałem bez grama romantyzmu czy sentymentalizmu, aby nie miał wątpliwości, że całe otoczenie nie robiło na mnie większego wrażenia. - Więc jeśli mamy odkryć jakieś wspólne dla nas miejsce, to na pewno nie pośrodku... niczego – westchnąłem, mając na myśli coś będącego zdecydowanie bliżej cywilizacji.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): « Wstecz 1 2


Skocz do:

Aktualny czas: 16-04-2026, 21:19 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.