• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Inne miejsca > Chiltern Hill (Hertfordshire)
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
23-01-2026, 23:05

Chiltern Hill (Hertfordshire)
To malownicze pasmo wzgórz w południowej Anglii, rozciągające się przez hrabstwa Oxfordshire, Buckinghamshire, Hertfordshire i Bedfordshire. Obszar ten jest objęty ochroną i słynie z łagodnych wzgórz, bukowych lasów i urokliwych wiosek o tradycyjnej angielskiej zabudowie. To idealne miejsce na piesze wędrówki, wycieczki  i obcowanie z naturą, z licznymi szlakami widokowymi, takimi jak Chiltern Way czy The Ridgeway. W regionie można spotkać dzikie zwierzęta, odwiedzić lokalne farmy, winnice i zabytkowe posiadłości.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Morty Dunham
Akolici
Nie pomyl nieba z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
24-03-2026, 00:21
Niebo dzisiaj nie miała powodu do płaczu, było przejrzyste i bezchmurne. Jego błękit budził skojarzenie z kolorem oczu Rafaela, którego głos dopiero co przycichł. Słońce, które wspięło się na najwyższy punkt widnokręgu, grzało go w odsłoniętą skórę, a mimo to, chociaż czuł przyjemne ciepło oddechu na swoim karku oraz męskie ciało tuż za swoimi plecami, napięcie, które towarzyszyło mu od chwili, kiedy znalazł się na końskim grzbiecie, nie opuściło go nawet na chwile. Pulsowało pod skórą, zmuszało serce do szybszego bicia, próbowało zmusić go do bezdechu.
Zaciągnął się haustem powietrza, gdy zanurzył palce prawej dłoni w miękkiej, końskiej grzywie, której faktura pod opuszkami wydała mu się zbyt miękka i przez to zupełnie nierzeczywista - jak sen, który pojawia się pod powiekami, a nad ranem znika, nie pozostawiając trwałego śladu w pamięci, a jedynie mętne przeczucie, że zapomniało się o czymś ważnym.
Końskie kopyta uderzały rytmicznie o trakt leśny. Wsłuchał się w ich brzmienie, jakby były z dawna zapomnianą melodią, jaką właśnie sobie przypomniał. Przywodziły na myśl partyturę, nad którą ostatnio pracował, bo usiłował nadać jej bardziej ożywczego rytmu; może tempo końskiego kłusu stanowiło remedium na tę zachciankę?
- Jesteś pewny, że wiesz co robisz? - zapytał chwile później, gdy ich sylwetki zostały pożarte przez półmrok lasu, a wrzosowiska, jakie wcześniej znajdowały się w polu ich widzenia, zniknęły spoza zasięgu ich wzroku.
Nie wiedział, jaki diabeł podkusił go, aby znaleźć wygodną pozycje w siodle.
W pierwszej chwili, gdy skonfrontował się z wierzchowcem, podszedł ku niemu, zmierzył go spojrzeniem, chciał się wycofać, powiedzieć, że końskie przejażdżki nie są dla niego, że się do tego nie nadaje, że zaraz spadnie, złamie sobie kość śródręczna, przez co nie będzie mógł utrzymać wiolonczeli w ręce, a to byłaby przecież jego prywatna, mała tragedia, że nabije kilka siników, albo-
Przełknął ślinę. Perspektywa, że mógłby spaść i złamać sobie kark wydała mu się nagle bardzo prawdopodobna. I tak samo przerażająco. Poczuł, jak po linii kręgosłupa spływa nieprzyjemny dreszcz, który scalił mięśnie w jedną bryłę.
Mógł się zgrywać, ale wiedział, czemu na to przystał. Zwyczajnie, tak po ludzku, odnajdując w sobie ostatnie ochłapy człowieczeństwa, chciał sprawić swojemu towarzyszowi przyjemność. Żałoba, jaka byłą obecna w jego życiu od kilku dni, nadal tężą w powietrzu, którym oddychał i wypełniała jego płuca. Czasem przyłapywał go na tym, że wbijał spojrzenie w przestrzeń, a wtedy z błękitu jego oczu - równie przejrzystego, co dzisiejszego niebo - zionęła pustka, którą chciał zapełnić, najlepiej sobą, a więc kiedy Rafael przedstawił mu ten plan, miał w spojrzeniu tę iskrę, która sprawiała, że Morty nie mógł odmówić. Chyba przede wszystkim dlatego, że współdzieli potrzebę wyrwania się poza granice miasta, spędzenia kilka godzin na łonie natury, wśród trelu ptaków. Porzucić troski. Pozwolić, aby czas i przestrzeń ograniczyły się do jednej chwili. I jedyne, co budziło jego wewnętrzny sprzeciw, to stworzenie, jakie niosło ich na swoim grzbiecie.
Koń.
Odczuwał irracjonalny, niczym nieuzasadniony lęk wobec tych stworzeń - taki, który wchodzi głęboko pod skórę i tam zostaje na długie lata, przez większość okresu tego czasu zupełnie zapomniane.
Widywał je w cyrku ojca, ale nigdy nie miał odwagi, aby zmniejszyć odległość kilku metrów, jaka zwykle go od nich oddzielała. Dzisiejszego dnia stworzył ją Rafael, a Morty, w porywie szaleństwa, udał się z nim na jedną z tych wsi, gdzie czas płynął inaczej - wolniej, leniwiej, niepośpiesznie. Pozostawiając za sobą panoramę miasto, wydawało mu się, że znalazł się w zupełnie innej rzeczywistości, takiej, która istnieje poza znajomym monotonnym rytmem wyznaczanym przez rutynę.
- Ile miałeś lat, gdy pierwszy raz usiadłeś w siodle? - zapytał, by przerwać milczenie, bo chociaż cisza czasem była głośniejsza od słów, dzisiaj chciał słyszeć jego głos wśród świstu wiatru i szelestu liści. Dzisiaj chciał go poznać trochę bardziej niż wcześniej. Zerknąć tam, gdzie wcześniej nie zerkał. Rafael przeprowadził krótkie przesłuchanie, Morty swoich pytań nie zadał. Jeszcze nie. - Pamiętasz, co wtedy czułeś? - Musnął palcami jego nadgarstków, kiedy mocniej zacisnął dłonie na lejcach, a chwile później wycofał ręce, odnajdując dla nich podporę u podstawy szyi wierzchowca. . - Pamiętasz chłopca, którym wtedy byleś?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Rafael Crouch
Czarodzieje
Wiek
32
Zawód
Dep. Międzynar. Współpracy Czarodziejów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
13
0
OPCM
Transmutacja
13
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
5
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
26-03-2026, 16:56
Konie rasy shire były jednymi z najbardziej wytrzymałych, hodowanych przez lata jako zwierzęta pociągowe, a wcześniej ich przodkowie zajmowali poczytne miejsca w historycznym kanonie koni rycerskich. Wybierając wierzchowca na dzisiejszą przejażdżkę pierwotnie zamierzałem zdecydować się na dwa różne zwierzęta, ale szybko uświadomiłem sobie, że nie byłby to dobry pomysł. Nawet kucyk w przypadku Mortiego, który nigdy nie jeździł konno, mógłby okazać się zbyt zrywny. Kiedy więc w zaprzyjaźnionej stajni przyprowadzono mi klacz z rasy shire, nie miałem wątpliwości, że to najlepszy wybór na wspólną przejażdżkę.
Koń od początku był wyjątkowo łagodny, nie miał w sobie zawziętości, z jaką często spotykałem się u obcych mi zwierząt, które po raz pierwszy nosiły mnie na grzbiecie. Ze stoickim spokojem przyjął niewprawne wdrapywanie się Mortiego na swój grzbiet i nawet nie zarżał, gdy usadowiłem się za plecami swojego kompana, zwiększając nas wspólny ciężar.
Morty za to był spięty niemal przez całą podróż w kierunku leśnego traktu, który skrył nas od wiejskich zabudowań. Objąłem go mocniej, opierając brodę na jego ramieniu, żeby lepiej widzieć drogę przed nami.
- Oczywiście, że wiem – powiedziałem w pełni poważnie. - Jedziemy przed siebie, gdzie nas kopyta poniosą. - Uśmiechnąłem się pod nosem, czego nie mógł widzieć i mocniej ścisnąłem końskie wodze; nie z obawy, że zwierzę mogłoby ponieść nas w dal, ale dlatego, że łatwiej było zaciskać palce na wyprawionej skórze, niż na udach Mortiego. A na pewno bezpieczniej dla nas obu. Niebo nad nami, przysłonięte teraz pióropuszem z koron drzew, było drażniąco niebieskie i zbyt czyste i niewinne jak na uczucia, które nosiłem w sobie od wielu dni. Ten bezchmurny błękit sugerujący brak jakichkolwiek problemów, zupełnie przeczył chaosowi żałoby i obojętności, które wypełniały mnie od śmierci żony.
W tym kotle emocji bliskość była szalenie niebezpieczna; wciąż nie umiałem się odnaleźć się pomiędzy przeżywaniem straty, a radością z obecności Mortiego. Nadal czułem napięcie ogarniające mnie za każdym razem, gdy go dotykałem albo całowałem, wyrzuty sumienia, że robię coś zakazanego i nieodpowiedniego. Żałoba uczyniła mnie szorstkim, rozproszonym, jakbym nie do końca był obecny we własnym ciele i nie był sobą w taki sposób, w jaki bywałem wcześniej. Ta wyprawa miała mu to wynagrodzić, a mi przypomnieć, jak można czerpać radość z życia.
- Chłopca, którym byłem? - zaśmiałem się nagle. - A skąd pewność, że nadal nim nie jestem? - zapytałem przekornie i puściłem lejce, by sięgnąć po dłoń Mortiego. Na moment splotłem swoje palce z jego palcami, by chwilę później zacisnąć jedną z jego dłoni na skórzanym pasku, dając mu złudne poczucie kontroli. Odwróciłem głowę w kierunku jego policzka; tak niewiele wystarczyło, aby go pocałować, choćby dla kaprysu i zabawy, dla wytrącenia z równowagi, ale czułem, że sztywność i napięcie towarzyszące konnej przejażdżce raczej nie szły z tym w parze.
- Miałem pięć albo sześć lat, gdy posadzili mnie na kucyku, ale w pełni świadomie jeździłem chyba dopiero tuż przed pójściem do szkoły. Mogłem być najwyżej dziesięciolatkiem. - Powiedziałem po chwili zastanowienia, odszukując w pamięci wspomnienie z dawnej przeszłości, do której nie sądziłem, że będę kiedykolwiek wracał. Pamiętałem, że nawet kucyk wydawał mi się wtedy ogromny, a odległość od ziemi z siodła wręcz niewyobrażalna. Gdyby nie obecność ojca, który mnie podtrzymywał i czuwał nad tym, abym nie spadł, uciekłbym z padoku jak najszybciej.
- Rozczaruję cię jednak, jeśli spodziewałeś się jakiegoś wybuchu uczuć i entuzjazmu związanych z pierwszą stycznością z jazdą konną. W rodach takich jak moja pewne umiejętności są obowiązkowe. Jeździectwo, szermierka, taniec, konwersacje... - wzruszyłem ramionami, co przy naszej bliskości skutkowało tym, że niemal całym torsem otarłem się o Mortiego. - Nie było wielkiego wow. Po prostu przyjąłem to jako coś oczywistego. - Spojrzałem przed siebie, a krótki, cichy śmiech, bardziej gorzki niż rozbawiony, wyrwał się z mojego gardła. Tacy jak ja rzadko mieli czas na bycie dzieckiem.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Morty Dunham
Akolici
Nie pomyl nieba z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
29-03-2026, 01:58
Słowa Rafaela musiały mu wystarczyć, jako zapewnienie, że wiedział, co robi, bo przecież mimo wszystko, mimo tego całego stresu, jaki próbował go pożreć na kawałki, zaczął ufać mężczyźnie, którego zaprosił do swojego życia, a perspektywa, aby zaszyć gdzieś z dala od cywilizacji i na chwile pobyć tylko z nim, była wystarczająco upajająca, żeby jej uleć i chociaż na moment się w niej zatracić, jak w dobrej powieści, od której można oderwać wzroku. I budziła skojarzenia ze słowami, jakie wyrzekł tamtego dnia, kiedy niespodziewanie zawitał na progu jego mieszania, doświadczony przez smutek i olbrzymi spoczywający na dnie żołądka ciężar.
- W takim razie zabierz mnie, jak najdalej stąd - cichy pomruk powierzył wiatru, który nieco wzmógł się na sile, chłostając go chłodniejszymi podmuchami w policzki. Mówiąc to, ledwo rozchylił wargi, więc nie miał żadnej pewności, czy jego prośba trafiła do uszu adresata.
Lubił te momenty,kiedy słowa Rafaela przechodziły spontanicznie w śmiech, a zwłaszcza teraz, gdy był pogrążony w żałobie, w tym dziwnym stanie, gdzie obojętność zdawała się być ciągle obecna w jego spojrzeniu, rzadko rodziła się ku temu okazja.
Czy widmo śmierci, jakie rzucało na nich cień, w końcu rozpłynie się w świetle dnia? Chciał wierzyć, że tak, a jednocześnie obawiał się, że ten stan potrwa na tyle długo, że Rafael otoczy się murem zbudowanym na fundamencie dystansu i zacznie się oddalać, aż w końcu zniknie mu z oczu.
- Nie wiem, nie mam pojęcia, czy w mężczyźnie, którym jesteś, nadal tkwi dziecko, którym kiedyś byłeś - przyznał, pozwalając, aby leniwy uśmiech wniósł kąciki warg ku górze, w subtelnym grymasie zadowolenia – i dlatego pytam, bo chce się tego dowiedzieć - dodał, nieco ciszej, bo wówczas palce Rafaela odnalazły jego dłoń, a ten dotyk jak zwykle palił go w skórę, wywołując przyjemny dreszcz, jaki chciał wydusić z jego gardła ciche westchnienie, które zdołał w ostatniej chwili zdusić.
Po chwili, zamiast szorstkiej struktury męskiej dłoni, poczuł pod palcami skórzany pasek. Instynktownie zacisnął na nim palce, chociaż, mając wodze w ręku, nie poczuł, że odzyskuje kontrolę nad sytuacją.
Obrócił głowę, odchylając ją lekko, aby choćby na samej krawędzi wzroku dostrzec zarys linii jego żuchwy. Spodziewał się - chyba siłą nawyku - że zaraz poczuje znajomą fakturę warg na policzku, lecz widocznie Rafael stłumił tę pokusę, lub uznał, że napięcie, jakie towarzyszyło obecnie Mortiemu nie służyło takim frywolnym aktom przyjemności.
Zacisnął mocniej palce na skórzanym pasku, który znalazł się nagle w zasięgu jego dłoni. Jak miał panować nad koniem, jeśli nie panował odruchami własnego ciała? Ciała, które lgnęło do męskiej obecności. I ciała, które obecnie było sparaliżowane lękiem przed tym, że koń zacznie wierzgać i obaj spadną z grzbietu - Morty,bo nie będzie mógł zapanować nad płochliwym stworzeniem, Rafael, bo, znajdując się z plecami Dunhama, asekurował go przed upadkiem.
Rafael kreślił opowieść wyrwaną ze swojego życiorysu, a Morty próbowal wyobrazić go sobie jako odrobinę przerażonego ośmiolatka, którego posadzono nagle, bez wcześniejszego ostrzeżenia na grzbiecie wierzchowca. Wzdrygnął się i był pewny, że ten odruch nie umknął uwadze mężczyzny, coraz bardziej wyczulonego na jego odruchy..
- Nie poczyniłem żadnych założeń, wiec nie mogę czuć się rozczarowany - przyznał; miał ochotę oprzeć głowę na jego barku, ale przezwyciężył w sobie tą pokusę. Zamiast tego, gdy półmrok lasu pochłonął ich sylwetki, wbił mocniej palce w skórzany pasek. Egoistycznie myśl, że Rafael nie czuł się na końskim grzbiecie całkiem swobodnie, podnosiła go nieco na duchu. Może nie był przypadkiem aż tak beznadziejnym, jak początkowo zakładał. – Nadal to czujesz, gdy siedzisz na końskim grzbiecie, czy może zbiegiem czasu zacząłeś czerpać z tego mimowolnie radość?
Morty chciał wierzyć, że zaprosił go tutaj, posądził na końskim grzbiecie, bo chciał pokazać mu jedną ze swoich pasji, a może znowu się pomylił? Wydawało mu się, że w słowach, jak i suchym, jakby nieco pozbawionym wesołości śmiechu Rafaela wybrzmiewała gorycz.
Może wspomnienia z dzieciństwa byłby dla niego zbyt bolesne? Może pięto nazwisko nie pozwalało mu cieszyć się beztroską chwil?
Zacisnął na moment zęby na dolnej wardze, rozglądając się dookoła. Las z tej perspektywy wydawał się nieco innym miejscem. Mniej przytłaczającym.
Koń nagle przystanął, zarżał, jakby niepokojony czymś, co znajdowało się poza zasięgiem ludzkiego spojrzenia..
- Co teraz? - zapytał, zamykając pasek mocniej w klatce swoich palców, a do jego głosu wkradła się panika, jaka zacisnęła się pięścią strachu na jego gardle, aż w końcu, z miejsca, który stał się obiektem końskiego zainteresowania, wynurzył się zając. Morty przełknął ślinę i zaśmiał się nerwowo. Rafael musiał mieć niezły ubaw widząc go takim podgryzanym przez panikę. – Pokażesz mi, jak go prowadzić?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Rafael Crouch
Czarodzieje
Wiek
32
Zawód
Dep. Międzynar. Współpracy Czarodziejów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
13
0
OPCM
Transmutacja
13
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
5
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
31-03-2026, 18:00
Co chwila zamykałem oczy, wystawiając twarz do lekkiego wiatru i nieśmiałych promieni słońca, które postanowiły zaszczycić swoją obecnością angielską pogodę. Nie mogłem narzekać na dzisiejszy dzień; zdawał się stawać na wysokości zadania, zapewniając nam odpowiednie warunki do konnej przejażdżki. Gdyby padało, było chłodniej lub ziemia zamieniła się w błoto, przyjemność z takiej podróży byłaby o wiele mniejsza. Chociaż może nie tak do końca, skoro samo wyrwanie się z domu pogrążonego w cichym smutku było już istotne w moim dążeniu do równowagi.
Teraz jednak nie myślałem o przeszłości. Nie myślałem o tym, co czeka mnie później, kiedy wrócę do domu. Byłem tutaj, siedziałem za Mortim, ucząc go czegoś tak banalnego i jednocześnie tak intymnego jak jazda konna i nie miałem wątpliwości, że to najwłaściwsze miejsce, w którym powinienem być. Wyrzuty sumienia postanowiłem odłożyć na później, by cieszyć się tym drobnym symptomem radości, na jaki mogłem sobie jeszcze pozwolić z dala od czujnych i stale obserwujących mnie oczu.
- Jest we mnie bardzo dużo dziecka. - Powiedziałem, wypowiadając każde ze słów niskim, miękkim tonem, jakbym wyznawał jakiś sekret. Nawet jeśli wiatr porwał część liter, zagłuszając je nagłym porywem, ich sens był jasny: nie zamierzałem dorastać, jeśli nie byłem do tego zmuszony. A już na pewno nie chciałem dorastać teraz, gdy życie było tak bardzo bolesne.
Pochyliłem się nieznacznie, niemal wtapiając się w plecy Mortiego, aby poprowadzić jego dłonie w bardziej stanowczy sposób, choć bez gwałtownego przymusu. Koń musiał wiedzieć, że jego przewodnik ma w sobie dość pewności siebie, by odpowiadać za kierunek, w jakim zmierzaliśmy, a Morty zrozumieć, jak całe napięcie przekuć w kontrolę.
- Lubię od czasu do czasu wybrać się na przejażdżkę. - Wolną ręką objąłem go mocniej w pasie, aby zachować stabilność, gdy częściowo oddałem mu prowadzenie konia. - Możesz nie wierzyć, bo wręcz czuję jaki jesteś spięty, niemal jak struny w tej twojej wiolonczeli, ale to naprawdę odświeża umysł. - Uśmiechnąłem się, choć nie mógł tego widzieć. Czułem to napięcie w sztywności jego ciała, w wyprostowanych plecach, w mimowolnym dystansie, który starał się zachować, chociaż dosłownie wisiałem mu na plecach. Bardzo możliwe, że gdybym przesunął palcami po jego skórze, z tego napięcia wydałby z siebie jakiś basowy dźwięk prosto z rezonansowego pudła. - Końskie siodło i pusta przestrzeń przed wami. Na jakiś czas można zapomnieć o wszystkich problemach i po prostu cieszyć się chwilą. Chyba że zaczyna padać – dodałem po sekundzie zastanowienia – wtedy można się przeziębić. - Wypuściłem cicho powietrze przez nos, obserwując Mortiego kątem oka; to, jak próbował odnaleźć się w tej nowej dla siebie sytuacji, nowych okolicznościach, nowej aktywności. W jego widoku było coś rozczulającego; ta świadomość, że nie ma zielonego pojęcia, co robi, a jednocześnie też coś niebezpiecznego w fakcie, że potrafił mnie rozczulić. Bo to oznaczało, że mi na nim zależy.
Koń niespodziewanie zwolnił, a ja poczułem, jak ciało Mortiego natychmiast reaguje na tę nagłą zmianę, zupełnie jakby jego wewnętrzny strach tylko czekał na pretekst do uaktywnienia się. Ton głosu wyraźnie sugerował zdenerwowanie już w tych kilku wypowiedzianych sylabach. Ścisnąłem go mocniej, uspokajająco, ale zanim zdążyłem zareagować w jakikolwiek inny sposób, przed nami pojawił się zając. Nic więcej. Żadnych niebezpieczeństw, które zakończyły nasz dzień. Nie zaśmiałem się, za to uczucie rozczulenia zapłonęło jeszcze większym ogniem.
- Zapewniam, że ten biedny zając przestraszył się bardziej – pocieszyłem Mortiego, próbując jednocześnie zapanować nad unoszącymi się kącikami ust. Koń wyczuwał napięcie, starałem się więc go uspokoić łagodnym ruchem kolan, jednocześnie pokazując Mortiemu, jak pociągać za wodze, by zwierzę wiedziało, czego się od niego oczekuje. - Nie wykonuj gwałtownych, nagłych ruchów i nie szarp za lejce, pozwól niech się swobodnie ułożą w twoich dłoniach. Gdy chcesz skręcić albo zmienić kierunek, operuj też nogami, naciskając na stronę, w którą zamierzasz jechać. - Ujęło mnie to, że już przy pierwszej przejażdżce chciał się czegoś nauczyć, ale nie miałem serca mówić mu o tym, że powinien zacząć naukę od absolutnych podstaw, a nie wskakiwania od razu na koński grzbiet. Byłem pewien, że gdyby siedział na koniu sam, zleciałby z niego już kilka razy, a nasza klacz nie musiałaby nawet wierzgnąć.
Postanowiłem sprawdzić, jak mocno i stabilnie siedział w siodle.
- Kiedy poznam twoich znajomych? - zapytałem niewinnym tonem, który rezerwowałem do rozmów o pogodzie czy omawiania pierwszych stron gazet przy rodzinnym śniadaniu. Mogłem sobie wyobrazić, jak jednocześnie kroję bułeczkę na pół, smaruję ją masłem i dżemem, a potem przegryzam, czekając aż któryś z domowników odpowie na luźno rzuconą uwagę o ostatnich opadach.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Morty Dunham
Akolici
Nie pomyl nieba z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
Wczoraj, 23:34
Rzeczywistość, jaka go zastała po tamtej pierwszej nocy, którą spędzili wspólnie, w pierwszych dwóch minutach zaraz po przebudzeniu, wydawała się równie odległa i nierealne, jak sen, jaki zakrada się pod powieki późną nocą i znika nad ranem, tuż przed nadejściem świtu, pozostawiając po sobie tylko rozmyte, niewyraźne kontury balansujące na krawędzi świadomości. Przez chwile chciwie poszukiwał dowodu, że pożądanie, jakie współdzielili, nie było częścią jego fantazji i w końcu Morty je odnalazł - w oczach Rafaela odbijało się echo jego własnego pragnienia. Potem, gdy spotkali się ponownie, w pokoju muzycznym z trudem zachował wstrzemięźliwość i po tym, jak w końcu cztery ściany jego mieszkania obiecały im znacznie więcej prywatności łapczywie karmił się jego uwagę, z upokarzającą i równie natarczywą obawą, że być może nigdy więcej go nie doświadczy. Poczuł wtedy coś jeszcze - te znajome, lecz równie niechciane uczucie przywiązania, rodzące się w trzewiach. Rozkwitało powoli, czekając na dobry moment, by zapuścić korzenie, jakby były w nim od początku, odkąd skrzyżowali spojrzenia na pomoście. Obawiał się jedynie ,że to w końcu zniknie - że on zniknie, po prostu któregoś dnia odejdzie bez słowa i nie wróci - i te obawa, od czasu do czasu, powracała. Szepty, jakie nawiedzały go późną nocą, wywlekały ten lęk z marnej kryjówki i czasem, kiedy drżące dłoń wsuwała do ust papierosa, tłumił rodzący się w gardle histeryczny śmiech.
Dzisiaj nie pozostało nic z tych obaw. Był zbyt skoncentrowany na rytmie wybijanym przez końskie kopyta i mężczyźnie, które siedział tuż za nim. Słowa Rafaela, a raczej sam ton jego głosu, jakby zdradzał mu jakiś zatrważająco intymny sekret ze swojego życia, sprawił, że chciał wykrzywić usta w uśmiechu, ale przez ten stres, jaki go podgryzał, pojawił się na nich zaledwie grymas, będący tylko imitacją efektu, który chciał uzyskać.
- Kim chce zostać te bardzo duże dziecko, które w tobie tkwi, jak dorośnie? - mruknął, połykając ciche westchnienie, usiłując wydostać z jego przełyku, gdy bliskość Rafaela stała się bardziej namacalna. – A może wcale nie chce dorosnąć?
Czując, jak objął go nieco mocniej w pasie, intensywnie przyległ plecami do jego torsu, zapominając o dystansie, który starał się zachować, odkąd obaj znaleźli się na jednym końskim grzbiecie. Potrzeba, aby spojrzeć wprost w błękit jego oczu i zbadać opuszkami wypukłości jego karku, zagościła między strzeblami żeber, wybijając gwałtowniejszy rytm serca, a w kolejnym jego uderzeniu pogłębiła się, bo wydawało mu się, że wyczuł w jego słowach uśmiech - ten subtelny, odrobinę filigrany, ten, przez który Morty z całej siły powstrzymywał się, aby nie zamknąć jego ust w objęciach swoich warg. Zadrżał lekko, lecz nie z powodu chłodu, jaki wtargnął pod poły ubrań, gdy korony drzew próbowały odciąć ich od promieni słońca, a ich sylwetki rzucały na nich podłużne cienie swoich gałęzi, które wyglądały jak groteskowo powyginane kikuty ludzkich kończyn, ale z powodu przyjemności, który czuł za każdym razem, gdy Rafael ogrzewał go ciepłem bijącym od jego ciała. Czasem jego dotyk był jak ogień, pożerający resztki powietrza, jakie pozostały w płucach.
- Boję się, że, gdy pozwolę sobie na odrobinę swobody, spadnę z tego konia i pociągnę cię za sobą - wyznał, dzieląc się z nim swa obawą, a jego głos przeobraził się w ledwie szept niewiele głośniejszy od oddechu, który konkurował o uwagę Rafaela z szumem liście i trelem ptaków. – Przed nami - wpadł mu słowo, bo tylko z nim chciał cieszyć się tą chwilą - tak bardzo intymną, zamkniętą w tym małym świecie, w którym wspólnie egzystowali, nawet jeżeli fundamenty, na których go budowali, wydawały się nadal chwiejne. Morty miał wrażenie, że mogły się w każdej chwili rozpaść, a jedocześnie czuł, jak przywiązanie zakrada się między nich i zatapia się w ich ciałach aż do krwi, ryjąc w nich piętno swojej obecności, które stało się równie trwałe, co niezatarty ślad, jaki pozostawił w nim Rafael.
Nie mógł zapanować nad emocjami, które nim targnęły, po tym, jak koń nagle zmarł bez ruchu. Sam postąpił podobnie, czując jak pieść strachu zaciska się na jego gardle, odcinając mu dopływ do powietrza. I gdyby nie spokojny głos Rafaela tuż przy ucho – znajomo kojący i upragniony - klacz zapewne zrzuciłaby go ze swojego grzbietu, zanim zdałby sobie sprawę, czyja obecność ją spłoszyła. Rozluźnił uścisk z lejców, dopiero teraz pojmując, że zaciskał na nich palce tak mocno, że pobielały mu od tego knykcie. Wierzchowiec uspokoił się dopiero wtedy, jakby prawdą było to, że konie potrafią odczytywać ludzkie emocje.
Postępując w zgodzie z instrukcjami Rafaela, prowadził klacz przez leśną ścieżkę, nie pozbywając się ładunku emocjonalnego, którego ciężar nadal wybrzmiał w napiętym ciele, a pytanie, które zawisło nad ich głowami, całkowicie wybiło go z rytmu. Poczuł, że zaskoczenie skrępowało mu język, zmuszając go do chwilowego milczenia. Wziął głęboki wdech, a chwile potem wypuścił powietrze z drżącym wydechem. Luźny ton nadał temu pytaniu nieformalnego charakteru. I Morty nie był do końca pewny, czy chęć poznania jego znajomych było podszyty szczerą intencją.
- Nie sadziłem, że będziesz chciał poznać moich znajomych – przyznał ostrożnie, stąpając po grząskim gruncie niepewności. – Sądziłem, że wolałbyś zachować mnie... nas... tę relację w sekrecie – potykał się o własne słowa, bo myśli, jakie formowały się pod sklepieniem czaszki, nie chciały przybrać właściwej postaci; były zarysem emocji, nie mogącym przybrać jednego kształtu, odnajdywał je jako pejzaż otulony grubą kołdrą mgły. – Chciałbyś, żeby cię poznali jako mojego przyjaciela? Kochanka? Partnera? Kim chciałbyś się stać w ich oczach?
Kim dla ciebie jestem, Rafaelu, zawisło niewypowiedziane w powietrzu, obiektem podążania, czy uczuć?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Rafael Crouch
Czarodzieje
Wiek
32
Zawód
Dep. Międzynar. Współpracy Czarodziejów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
13
0
OPCM
Transmutacja
13
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
5
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
7 godzin(y) temu
Kim chciał zostać chłopiec, którego marzenia wciąż w sobie miałem, którego pragnienia pielęgnowałem mimo mijających lat? Gdybym chciał być z Mortim w pełni szczery, musiałbym powiedzieć, że nie mam pojęcia, bo wszystko we mnie zmieniało się dynamicznie. To, co miesiąc temu było celem, dzisiaj stawało się śmieszne i żałosne. Pokręciłem tylko głową, mocniej opierając brodę na jego ramieniu.
- Szczęśliwym człowiekiem, Morty. - Kimś, kto odnajdzie się w świecie, do którego został wrzucony. Kimś, kto w końcu zrozumie w pełni, kim się stał i będzie umiał poznać sam siebie. - Całą resztę już mam... albo miałem. - Pochmurna zmarszczka pojawiła się na moim czole, gdy nie udało mi się jednak uciec od niedawnej przeszłości, która wprowadziła w moje życie tyle bólu. Chłopiec we mnie od zawsze żył w świecie pełnym porządku, a kiedy go zabrakło, pojawiło się zagubienie, w którym trudno mi było się odnaleźć. Obecność Mortiego była w tym wszystkim niczym kotwica; choć znałem go tak krótko, banalnie krótko na tle całego mojego życia, paradoksalnie to on w ostatnich tygodniach był tą najbardziej stałą i niezmienną częścią mijających dni.
- Och, no to spadnijmy. Co w tym złego, jeśli potem się podniesiemy? - zaśmiałem się cicho, wdzięcznie, wręcz radośnie, jakby wizja bolesnego upadku z konia nie robiła na mnie wrażenia. Zleciałem z końskiego grzbietu tyle razy, że może faktycznie tak było, a ból towarzyszący upadkowi stał się już moim dobrym znajomym? Nie dziwiłem się jednak, ze w Mortym był strach przed upadkiem; przy pierwszej przejażdżce też drżałem o swoje cztery litery, a jego były dodatkowo dość atrakcyjne, by ich posiniaczenie rzeczywiście okazało się pewną stratą dla poczucia estetyki.
Skupiłem się na koniu i jego płynnych ruchach; na tym jak Morty prowadził go niepewnie, z ostrożnością i uwagą, próbując zastosować się do moich ogólnych wskazówek. Nie miałem pojęcia, czy drżał bardziej o siebie i swój tyłek, czy bał się mnie zawieść, ale jedno i drugie było na swój sposób ujmujące i znów wywołało mój uśmiech.
Żałoba, którą przeżywałem, rozmywała styczne granice, które do tej pory uznawałem za coś oczywistego i zwyczajnego; rzeczy dozwolone i zakazane, dostępne i odległe. Jako wdowiec miałem o wiele większe pole manewru w manipulowaniu ludzką wrażliwością i współczuciem, wiele rzeczy mogłoby mi zostać wybaczonych i zapomnianych, zrzuconych na karb silnych przeżyć emocjonalnych. Popełnione błędy odeszłyby w zapomnienie, bo wszyscy wokół, kierowani jakąś dziwną kondolencyjną falą, przymykaliby na nie oko. Wiedziałem jednak, że były też takie rzeczy, których nie mogliby wybaczyć, bo w ich wyobrażeniu nie istniały równie wynaturzone zbrodnie, a jedną z nich było to, co łączyło mnie z Mortim. Dlatego mimo tego, że uśmiechałem się, gdy zadawałem mu pytanie, w moim głosie brzmiał wyraźny pomruk smutku.
- Naprawdę przedstawiłbyś mnie jako swojego kochanka? - Przesunąłem dłoń nieco wyżej, z jego pasa na żebra, jakbym chciał sprawdzić, czy naprawdę tu jest i naprawdę to powiedział. Nawet jeśli był to żart, iluzja czy majaki, w których się po prostu przesłyszałem, sama wizja tego, jak wypowiada to słowo publicznie, wśród znajomych, wśród ludzi, którzy go usłyszą, wydawała się odległa i nierealna. Takie rzeczy się nie zdarzały. Nie w Anglii. Nie wśród czarodziejów. Nie w tym życiu.
- Relacja musi pozostać w sekrecie – podkreśliłem dobitnie drugie słowo, nie dając Mortiemu absolutnie żadnych wątpliwości, jak ważne było utrzymanie tej tajemnicy – ale my nie musimy. Każdy ma prawo mieć przyjaciela, prawda? - Przesunąłem palcami po jego boku, od biodra po ramię, prześlizgnąłem się na plecy i powędrowałem do karku, zatrzymując dłoń pod linią jego włosów. - Możesz mnie przedstawić jako swojego mecenasa – zaproponowałem po chwili zastanowienia. - Co nawet nie będzie kłamstwem, bo ostatnio odczuwam wyjątkowy pociąg do sztuki i artystów – szepnąłem mu do ucha. Kusiło mnie, by puścić całkowicie lejce i oprzeć drugą dłoń na jego udzie, ale powstrzymałem się od tego ruchu z wyjątkowym trudem i niechęcią. Nie dlatego, że byłoby nieodpowiedzialnie dotykać go w taki sposób w środku lasu, gdy siedzimy na koniu, na którym Morty wciąż czuł się niepewnie, ale z przekonania, że bez wątpienia by spanikował, gdyby musiał przejąć całkowitą kontrolę nad zwierzęciem.
- Będziesz tylko musiał patrzeć na mnie mniej łapczywym wzrokiem. - Po raz kolejny wyrzucałem sobie, że posadzenie Mortiego przed sobą na koniu, gdy przy każdym jego ruchu poruszał się sugestywnie i ocierał o mnie, było idiotycznym pomysłem. Doskonałym ćwiczeniem silnej woli i odporności psychicznej, ale nadal durnym sposobem spędzania czasu. Dlaczego nie mogliśmy zostać w łóżku?
Oczywiście wiedziałem dlaczego: bo nie mogliśmy spędzać każdej wolnej chwili, jaka była nam dana, na wzajemnym zrywaniu z siebie ubrań i związanych z tym przyjemnościach. To znaczy mogliśmy, fizycznie, ale chyba obaj doszliśmy do milczącego porozumienia, że znacznie spłyciłoby to naszą relację. Byliśmy kochankami, ale – na Merlina – mieliśmy też rozum, który nakazywał, by od czasu do czasu wyjść z domu i przestać się kotłować w pościeli. Tylko po co, pomyślałem zgryźliwie, sfrustrowany swoją głupotą, gdy Morty znów nieświadomie – albo świadomie, mały diabeł – się o mnie otarł. Po co, skoro i tak finalnie kończyło się tak samo.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 13:29 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.