• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Irlandia > Puszcza Killarney (Kerry)
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
14-08-2025, 21:04

Puszcza Killarney
W cieniu gór i jezior rozciąga się Puszcza Killarney – stary las, w którym każdy krok stawia się po miękkim dywanie z mchu. Dęby i jesiony wyrastają tu potężne i rozłożyste, a ich konary splatają się wysoko, zasłaniając niebo. Światło wpada do środka zielonymi smugami, a powietrze pachnie wilgocią i ziemią. Strumienie wiją się między głazami, tworząc małe wodospady, których szum miesza się z odległym pohukiwaniem sów. Mówi się, że niektóre z drzew pamiętają czasy, gdy Irlandia była niemal w całości porośnięta puszczą. Wędrowiec, który zapuszcza się w głąb Killarney, szybko zapomina o drodze powrotnej – bo ten las ma w sobie magię zatrzymywania czasu.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Leopold Flint
Śmierciożercy
Wiek
23
Zawód
dżokej - wyścigi na granianach
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
18
20
15
Brak karty postaci
21-12-2025, 23:31
6 kwietnia 1962

Puszcza, ukryta w cieniu gór, od dawna znajdowała się na liście miejsc, w których chciał zapolować, jednak kwestia, czy rozsądnie jest zapuszczać się na jej dziewicze łono w towarzystwie mężczyzny, który równie dobrze mógłby mu strzelić w tył głowy i zakopać zwłoki w wilgotnej od nocnego deszczu glebie, nadal nie została przez niego rozstrzygnięta; może w ogóle nie warto poświęcać jej choćby jednej myśli. W tej przestrzeń, dzikiej i nieprzewidywalnej, w miejscu, gdzie prawa cywilizacji ustępowały pierwotnym instynktom, a każdy kolejny krok mógł okazać się tym ostatnim, czuł się tak,jakby wrócił do domu po długiej podróży. I nawet świadomość, że w ciemności rozciągającej się pod baldachimem starych dębów i świerków, demony przeszłości zwykły przychodzić niezapowiedzianie, nie czuł strachu.
Przyjaciół należy trzymać blisko, wrogów jeszcze bliżej. Kim, w tej hierarchii, był Daniel Dodge? Przyjacielem, a może jednak wrogiem? Żmiją w ludzkiej skórze, gotową ukosić go w zagłębienie szyi, by jad jak najszybciej przedostał się do aorty i w kilka minut odebrał mu to, co miał najcenniejsze – życie? Daniel budził zaufanie, które kłuło jak ukryta igła w rękawie. Leopold znał te mechanizmy, tkwiąc na salonach elitarnego wyuzdania, nauczył się rozpoznawać koncert obłudy i kryjących się pod jej maskami drapieżników, nawet gdy ci przykrywali kły aksamitnym słowem. Nie da się ukryć, że jego powiązania z półświatkiem, jak i doskonała znajomość topografii Nokturna, wielokrotnie ratowały Flintowi skórę, a już na pewno ułatwiały życie. Znajomość, którą warto pielęgnować. Jak długo? Kiedy skończy się jej termin przydatności? Do pierwszej zdrady? Do ostrza wbitego między żebra? Leopold nie potrafił rozstrzygnąć tego dylematu – ani wcześniej, ani teraz, gdy, pod osłoną nocy, w towarzystwie Daniela, zbliża się do tętniącego życiem serca puszczy.
Cisza panująca wokół jest równie zwodnicza, co syreni śpiew, prowadzący żeglarzy ku zgubie. Poruszają wśród gęstych paproci, a każdy krok w miękkiej ziemi pozostawia ślad, niczym podpis na dokumencie, który mógłby kiedyś służyć za dowód winy. Leopold czuje uderzenia własnego serca, przyspieszone ruchem i napięciem, lecz w mowie jego ciała nie ma miejsca na błędy; zbyt dobrze pojmuje prawo, jakim rządzi natura, odnajduje się wśród nich lepiej niż w szytwnych regułach konwenansów. I tylko Daniel, podążający tuż za nim, w tym zestawieniu, pozostaje jedyną niewiadomą.
Myśli Leopolda wracają do jego punktu, pytania, które powraca niczym echo: czy zaproszenie, jakie wystosował, nie stanie się jego zgubą? Czy partnerstwo, które wydaje się niezbędne do przetrwania, nie okaże się fałszywą kartą w talii przeznaczenia? Zwłaszcza tu, w mroku puszczy, gdzie każdy cień może stać się zwiastunem niebezpieczeństwa, a każda chwila nieuwagi kosztować życie.
Zaciska dłoń na rękojeści noża, ukrytego w bocznej kieszeni kurtki. Na wszelki wypadek. Bo zaufania w takich miejscach i w towarzystwie takich ludzi znika wraz z pierwszym promieniem słońca lub z pierwszą kroplą krwi na mchu.
- Co ta twoja spluwa potrafi, poza generowaniem hałasu? Jaki jest zasięg wystrzału? - pyta, przyglądając się świeżym, pozostawionym przez zwierzynę łowną śladom. Wyczuła już zbliżające się do niej zagrożenie? Zdawała sobie sprawy z obecności intruzów?
Zatrzymuje się po chwili, choć po prawdzie ich marsz przez leśny bór trwał prawie godzinę. Sięga do jednej z kieszeni kurtki i wyjmuje z niej piersiówkę.
– Za udane połowy – unosi ją w geście toastu, po czym upija z niej solidny haust brandy, by po chwili przekazać ją w ręce Daniela. –Najlepszy trunek z kolekcji mojego ojca. Nie pozwól, aby się zmarnował – stwierdza, klepiąc go przyjacielskim gestem po ramieniu.
Chwilę stoją w miejscu, pozwalając alkoholowi rozgrzać ich od środka, a napięciu nieco opaść. Pięć minut później zanurzają się jeszcze głębiej w puszczę. Cienie drzew gęstnieją wokół, a nocna wilgoć osiada na ubraniach. Jest ciemno, ale wzrok Leopolda szybko oswaja się z panującym dookoła mrokiem. Krok ma pewny, jakby polowanie w tej puszczy wpisywało się w rytutynę jego codzienności. Jednak nagle szelest, jaki dobywa się przed nim, zatrzymuje go wpół kroku i zmusza go do sięgnięcia po kuszę. Wyczuwa pod palcami chłodny metal cięciwy, a jego oddech zwalnia.
Daniel, kreślac swój list, pomylił się tylko w jednej kwestii. Chociaż Flint ma przy sobie różdżkę, nie jest jedyną bronią, jaką ma do dyspozycji, a ich rywalizacja nie odbędzie się na polu różdżka-mugolski szajs, a kusza-spluwa, bo w tym wypadku magia nie dostarcza mu takich emocji, jak bełt, który rozcinając niewinne gardło, powoli zabiera życie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
26-12-2025, 22:45
Wstaję - niechętnie, aczkolwiek bez protestów. Podniesienie powiek okazuje się łatwiejsze niż to sobie wyobrażam, zalegając wieczorem w ciepłym wyrku koło mięciutkiej Sandy, która zajmuje w naszym wspólnym łóżku tyle miejsca, co mały kotek z dyspensą na moszczenie się w pościeli. Może dlatego, że choć do świtu jeszcze ciut-ciut, to i tak jest jaśniej niż o siódmej rano w grudniu. Pokażcie mi się, fanatycy zimy, wy wszyscy, którzy lubicie skrobać szyby, odśnieżać podjazdy, odmrażać sobie palce przy okazji palenia papieroska i nosić czapki, które sprawiają, że pieczołowicie ułożone włosy potraktowane pastą a nawet lakierem, nieodwracalnie tracą swój kształt. Pokażcie się, a powystrzelam was jak kaczki. Ha! I to jest to! Niech ten bojowy nastrój utrzyma się jeszcze trochę, bo Leopold narobił mi smaka na grubszą zwierzynę. A skoro o nim mowa, ciekawe czy jaśnie pan zdołał wygrzebać się spod puchowej kołdry nim kur zapiał. Poczekam na niego kwadrans, nie dłużej - mój czas jest dużo cenniejszy, a i mniej mi go zostało.
Sandy, moje słoneczko, przygotowała mi wieczorem kanapki na drogę; zapowiedziałem, że nie wrócę na lunch. Dąsała się, że nie chcę jej powiedzieć, dokąd mnie niesie, ale nie jestem idiotą, by opowiadać jej o szczegółach męskiego wypadu. Stoczyliśmy prawdziwą batalię o poroże renifera wiszące w hallu - wyobrażam sobie, jak zareagowałaby na wieść o strzelaniu do sarenek. Tak, to ja, ja zabiłem ojca Bambi, zadowolona? - palnąłbym jeszcze w trakcie kłótni, no i po zawodach, bez dupczenia przez co najmniej tydzień albo z nagłym atakiem płaczu w trakcie. Ech. Wybiorę jej jakiś fatałaszek jak będę wracać, koronki poprawiają jej humor - albo może jakieś maziaje do twarzy, na przykład róż na policzki, który nadaje jej wygląd muffinki. W drogerii już mnie znają i dalej są przekonani, że kupuję te smarowidła dla córki - tak to wykombinowały sprytne ekspedientki, bo kremy brałem z półeczki oznaczonej 20+. Nie wiem tylko czy córeczka narobiłaby tatusiowi kanapek z pasztetem, ale Sandy i owszem - obok zatłuszczonego zawiniątka czeka również przygotowany termos, do którego nalewam herbaty, zaś do herbaty dolewam koniaku - ma rozgrzewać, więc niech grzeje. Wałówkę bezpiecznie pakuję do torby, komu w drogę, temu czas, bo mam komuś coś do udowodnienia - ale to on najpierw musi udowodnić coś mi.
Robi to. To znaczy - nie zawodzi.
Obaj porzucamy wygodnictwo na rzecz gałązek wplątanych we włosy, sieci pajęczyn rzucających się mgłą na nasze widzenie i jeśli dopisze nam szczęście, śladów krwi na tweedowych kurtkach. U stóp puszczy powietrze jeszcze jest lekkie, ale im dalej w głąb lasu, tym pierś musi unieść się bardziej, zaciągnąć się jakby mocniej - co wcale nie ma sensu, gdyż oddalamy się od źródeł dymów i smrodów. Gdyby mój nos był delikatny, może miałbym o to pretensje do finansowych potentatów stawiających fabrykę na fabryce, lecz nie jest i naprawdę wszystko mi jedno czy spaliny potrują dzikie zwierzęta. Jeśli nie - zabije je coś innego. Może inne zwierzę, szybsze, silniejsze, sprytniejsze. A może człowiek i to już nie, żeby zaspokoić głód, a dla zabawy. Jak umiera się lepiej, jako przypadkowa, czy starannie przemyślana ofiara? Jelenie za małe móżdżki chowają w czaszkach, by odpowiedzieć na pytanie, które jednak nie pada głośno. Nawet nie dlatego, że nie interesuje mnie opinia Leopolda, ale dlatego, że kiedy główki się sypią a karki łamią - już nic nie ma znaczenia. Cisza zaś robi nam dobrze, do spółki z rześkim, wilgotnym powietrzem. Ziemia jest jeszcze miękka po zimie, a poszycie pracuje pod naszymi stopami - skoro zachowuje się tak pod miernym ciężarem dwóch mężczyzn, stado byków da mu niezły wycisk. Być może nawet odczytamy kierunek marszu.
– Dużo więcej niż się po niej spodziewasz, Mistrzu – odpowiadam miękko, wręcz wyrozumiale, a przezwisko, które mu nadałem wykańcza zdanie czułością pomieszaną z kpiną. – Żeby położyć jelenia? Tak ze 150 metrów – obstawiam, klepiąc drewnianą rączkę sztucera, całego w ciepłym orzechu. – Za udane łowy – powtarzam po nim, wyciągam rękę po piersiówkę, upijam łyk i kiwam głową z wdzięcznością. Brandy wchodzi gładko, niemalże aksamitnie spływa do gardła i dalej przełykiem w dół. Wstyd mi za moją herbatę z koniakiem (a więc też brandy!), chyba zgubię gdzieś ten nieszczęsny termos, bo przy tym, to nadaje się co najwyżej do odrdzewiania rur. – Twoja kusza – zaczynam, oddając mu piersiówkę, którą wpierw sobie uważnie obejrzałem, bo czy ktoś taki, jak Leopold Flint, mógł pijać ze zwykłej, srebrnej butelczyny? – to jakaś rodzinna pamiątka? – pytam z ciekawością, mów, mów o skarbach Flintów, słucham uważnie. Udaje mu się zaskoczyć mnie doborem broni: jestem więcej niż gotów do poinformowania go przemądrzałym tonem, że mugole wyśmialiby go za anachronizm, ale zachowam sobie tego puncha na później. Na przykład, kiedy skończy się brandy.
Między zdawkową rozmowę wkrada się coraz więcej leśnych odgłosów - szmer liści popycha Leopolda do sięgnięcia po kuszę, prędko i pewnie. Pomylić dzika z człowiekiem w tych warunkach: nietrudno. Oby żaden Jaś i Małgosia nie szukali tu swojej chatki z piernika. – Szły tędy. Zobacz – wskazuję na ściółkę, gdzieś na wysokości naszych łydek. Część roślinności jest niedbale posiepana, nie zrobił tego człowiek. – Żerują po zimie – wyrokuję, obierając za ścieżkę ślady jeleniego bufetu. – Co byś wybrał na swój ostatni posiłek? – strzelam z głupia frant, to pytanie, jakie Leopold mógłby usłyszeć od dziennikarza rubryki sportowej, który musi zaspokoić głód fanów złaknionych nie wyników, a osobowości Flinta. Nawet, jeśli ma ją kropka w kropkę jak jego brat, ojciec i dziad, no i kuzyni z kolejnych linii. Hmm. Wychodzi na to, że nie tylko ja coś sobie udowadniam.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Leopold Flint
Śmierciożercy
Wiek
23
Zawód
dżokej - wyścigi na granianach
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
18
20
15
Brak karty postaci
01-01-2026, 18:35
Czasem ojciec, pod wpływem natchnienia, spragniony bliskości z naturą i wyzwań, jakie stanowi dla niego górzysty teren, budzi swojego jedynego syna przed trzecią w nocy, aby oznajmić mu oschle, że za pół godziny widzi go na dole w pełnym rynsztunku. Tego typu obwieszczenie nigdy nie zostawia miejsca na negocjacje czy dodatkowe minuty snu, bo w każdy moment zwłoki był grzechem wobec samodyscypliny i hartu ducha, jakiego nie chciał się dopuszczać. Papa zazwyczaj wybiera dni, kiedy pogoda nie sprzyja górskim wędrówkom – gęsta pierzyna chmur kłębi się na niebie, mlecznobiała mgła okala okolice, ostre, silne podmuchy wiatru boleśnie chłostają odsłonięte skrawki skóry, a chłód wdziera się pod ubranie nawet przez najgrubszą kurtkę. Jest tak zimno, że po pokonaniu dystansu zaledwie kilkudziesięciu kroków człowiek traci czucie w dłoniach, a każdy oddech przypomina wdychanie lodowych igieł. Ścieżki są śliskie, błoto przykleja się do butów, a nadejście świtu wydaje się odległą obietnicą Szybciej, nie zwalniaj – słyszał kiedyś jego komendy, wypowiadane twardym, nieznoszącym sprzeciwu tonem, jakby zwracał się do psa, a nie własnego dziecka. Te słowa długo rezonowały w głowie Leopolda, wyznaczając rytm jego kroków i tempo bicia serca. Teraz jednak wszystko się zmieniło; teraz nie tylko dorównuje ojcu kroku, czasem nawet narzuca własne tempo. Zatem dyscyplina, która weszła mu w nawyk, sprawia, że zawsze budzi się skoro świt, a pobudka przed czwartą nie stanowi dla niego najmniejszego wyzwania. Szczęśliwie Daniel szanuje swój czas. I zjawia się na miejscu sekundy po nim.
Spacer w głąb w puszczy to nic, w porównaniu z musztrą, jaką narzucił mu najpierw ojciec, a potem surowa dyscyplina w norweskiej szkole magii, gdzie nie było miejsca na słabości.. Jest jak spacer po parku. Do pewnego stopnia relaksujący i przyjemny. Krocząc kilka kroków przed Danielem, narzucając mu własne tempo, ze spojrzeniem wbitym ziemie, wypatruje śladów pozostawione przez - najprawdopodobniej - jelenie. W ciszy przerywanej jedynie szelestem liści każdy dźwięk brzmi nienaturalnie głośno. Chłodne powietrze lekko szczypie w policzki, a zapach wilgotnej ściółki miesza się z żywicznym aromatem drzew. W pewnym momencie przykuca i uważnie bada odciśnięte w błocie ślady. Czubkiem palca wskazuje na rozdeptaną gałązkę.
- Zobacz - mówi cicho, nie odwracając wzroku od ziemi. – Przeszły tędy godzinę temu. Podążając tym tropem, powinniśmy je dogonić przy najbliższym wodopoju.
Przez chwilę nasłuchuje, jakby szukał potwierdzenia swoich słów w odgłosach natury. Lekki wiatr porusza koronami drzew, a gdzieś w oddali pohukuje samotna sowa. Wstaje powoli i rusza dalej, z jeszcze większą uwagę skanuje spojrzeniem ściółkę leśną. Gdzieś w między czasie piersiówka zmienia tymczasowo swojego właściciela.
- Sugerujesz,że jest reliktem przeszłości? - unosi brew, zatrzymując się, by na moment spojrzenie skupić na męskich rysach twarzy, gdy ten wydaje się żywo zainteresowany kuszą, która towarzyszy Leopldowi właściwie odkąd sięga pamięci. Czyżby nie doceniał jej równie mocno, co Flint broni w jego ręku? - Nie zdjąłem jej ze ściany - rzuca, nieco żartobliwie, bo ta wizja jest dość kuriozalna, a przy tym nawet zabawna. - Dostałem ją w dniu dziewiątych urodzin od dziadka. I nikomu wcześniej nie służyła.
Wiedziałby, gdyby była to rodzina pamiątka, prawda? Słowa więdną pod naporem odgłosów przyrody; Leopold,z palcami zaciśniętymi na kuszy, nieruchomieje, lecz spomiędzy drzew nie wynurza się żaden kształt, którego mógłby potraktować nie jak zagrożenie, a zwierzynę, chociaż liczy, że nie wrócą z polowania z pustymi rękami. Chce na własne oczy przekonać się, ile jest warta mugolska broń.
- Humbaka - Leopold nie traci czasu na refleksje, odpowiada sekundę po tym, jak pada pytanie; do tej pory żaden dziennikarz rubryki sportowej go nie zadał; wielka szkoda, może w końcu nawiązałby z którymś rozmowę, która nie byłaby nużąca, jak większość z nich. – Wiesz, że jego serce jest tak ogromne, że mogłaby nas pomieścić jedna jego komora? - sprzedaje mu ciekawostkę. – Jako trofeum myśliwskie prezentowałoby się pewnie imponująco – dodaje, pod nosem, bardziej do siebie niż do niego, z lekkim rozmarzeniem, bo pragnienie, by udać się na biegun północny nadal jest w nim silne. – A ty, Danielu, co wybrałbyś na swój ostatni posiłek? Dobrze pamiętam, że spoglądałeś kiedyś na świat zza krat? Więzienie sprzyja takim refleksjom, czyż nie?
Znowu to słyszy. Dźwięk, który wcześniej nakazał mu sięgnąć po kuszę. Podnosi dłoń, sygnalizując Danielowi, aby się zatrzymał.
Są blisko.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
02-01-2026, 23:02
To takie proste.
Jeden strzał, jedno życie, funty mięsa, które przy gospodarnym racjonowaniu zapewnią rodzinie byt przez miesiąc. Raz zupa, raz gulasz, skóra opchnięta na czarnym rynku, a tej wiadomo, że tanio nie sprzedam. Z takimi zdobyczami oczywiście jest mały problem: w Wielkiej Brytanii lasy należą do korony albo do któregoś z dziedziców, tytularnych lordów, nastych w kolejce do tronu lub uprzywilejowanych w ten czy inny sposób. Ziemia to bogactwo, bogactwo to ziemia i wszystko co w niej i z niej przez cztery pory roku. Zwierzyna to wierzchołek tej lodowej góry: kilkusetletnie drzewa w przyszłości staną się trzonem różdżek kolejnego pokolenia rewolucjonistów, mech wskaże północ zagubionym wędrowcom, a z jarzębiny dziewczyny z wioski zrobią korale na dożynki, nie tak na poważnie - z nudów i dla zabawy, jak plecie się wianki z mleczy. Anglicy na grzybach się nie znają, więc ich tutaj pełno: o gąbczastych środkach, blaszkach pod kalepuszem i falowanym grzbiecie o tak przedziwnym kształcie, że choć może i nie jest, to wygląda na trujaka. Pozbierać takich, udusić, podać w potrawce i patrzeć, jak sąsiedzi skręcają się z bólu po składkowym barbeque - plan na najbliższe lato, jeśli jeszcze raz któryś z tych skurwysynów ośmieli się zaczepić mnie na klatce i spruć się o jakąś błahostkę: niewyniesione śmieci, remonty w niedzielę, zbyt intensywne zapachy przedostające się wentylacją (Sandy eksperymentuje z kuchnią indyjską zainspirowana knajpami, które ostatnio mnożą się w okolicy) albo za głośny seks. Nikt mnie nie będzie uciszać w moim własnym mieszkaniu - phi.
Tu cisza jest za to tak gęsta, że aż staje w gardle i wibruje w uszach. Dopiero po chwili marszu odgłosy natury zaczynają nabierać kształtów: szmer strumienia w oddali jest jakby namacalny, świergotanie ptaków podpowiada o ich okresie godowym, a miękka ziemia uginając się pod butami gra melodyjkę o dwóch takich, co chcą ukraść księżyc. Na razie jednak sadzą się na ofiarę inną, bardziej przyziemną, trofeum, które każdy mężczyzna powinien przynieść do domu, najlepiej na własnych barach. Leopold czyni honory przewodnika - bieży pierwszy, pierwszy przecina twarzą pajęcze sieci, pierwszy wydeptuje ścieżki na rozmiękłych liściach, szybki, chyży, zdeterminowany. W jego oczach ani śladu zaschniętej, żółtej ropy po dobrym spaniu, maszerując za nim czuję nawet wodę kolońską - pokropił się do lasu? - a może jego odzienie jest tak dobrej jakości, że bije od niego skórą, bawełną i mydlaną świeżością charakterystyczną dla ręcznego prania.
– Faktycznie – przyznaję, obchodząc kucającego Flinta i zatrzymując się kawałek dalej tuż przy wysokim dębie - w sezonie idealnym do czochrania sierści i znaczeniu terenu. Wczesną wiosną ślady rosnącego poroża to rzadkość, lecz inne efekty bytowania, konkretniej przemiany materii, widoczne są jak na dłoni. – Uważaj, żeby nie wdepnąć – przestrzegam Leopolda, racząc go przy tym krzywym uśmiechem. Cała Matka Natura - prawie tak okrutna jak moja własna, wydała właśnie na jelenie wyrok śmierci, karząc je za to, że jedząc, wydalają. Upijam kolejny łyk brandy, mocna jest cholera, piersiówka robi kolejkę, a my kolejny kilometr w zasadniczej marszrucie.
– Sądzę, że to w waszym stylu, przekazywać takie fanty z ojca na syna – prawie wzruszam ramionami, lecz oczywiście nie pozwalam sobie na tak lekceważący gest – a mugole przestali ich używać jakieś – robię pokazowo przerwę, choć to matematyka z poziomu Kali jeść Kali pić – trzysta lat temu – kończę wesolutko, o tyle lat za Murzynami są czarodzieje, wypierający się technologii w imię dumy, która uciska im mózgi i uniemożliwia rozwój kory przedczołowej, co wiąże się z zatrzymaniem dojrzewania na poziomie – Ile ty właściwie masz lat, co? – dopytuję, by doprecyzować konkluzję, a może i uzupełnić historię o prezencie od dziadka i posługiwaniu się bronią, która trąci myszką. – Humbaka? – powtarzam zaraz po chłopaczku, brew skacze do góry, ton niedowierza. – Naczytałeś się Moby Dicka czy co? – był jednym, który kibicował kapitanowi? – Skąd to wiesz? – Jonaszu, gryzę się w język, choć może i doceniłby opowieść o śmiałku w brzuchu ryby. – Cheesburgera – podobnie jak on, odpowiadam bez wahania. – Albo beef wellington – rozstrzał od klasyków kuchni brytyjskiej po amerykańską, jednak wołowina gra w obu opcjach główną rolę. Brakowało mi jej w ciupie, owszem - prawdę mówiąc, brakowało tam wszystkiego, od kobiet po papierosy, nawet ze srajtaśmą bywało trudno. Zgrzytam zębami. – Siedziałem za włamanie i rozbój, synku – mówię cicho, skąd on w ogóle o tym wie, stąpając ostrożnie po wydeptanej ziemi. – Za to nie wieszają ludzi – napomykam swobodnie, po czym zamieram, a dłoń płynnie zawieszam na rękojeści strzelby. Morda w kubeł - czy to już czas, by się utkać i zająć tym, czym nasi przodkowie poświęcali lwią część swojego życia? Nie było żarcia w dostawie, baby nie zalegały przed tv, nie jadły ostrych chrupków, nie były grube, chodziło się w seksownych zwierzęcych skórach, wszyscy, bez wyjątku. Dobrze wyglądam w panterce, moglibyśmy wrócić do tych patternów, a na razie: czekam aż las da mi znać.

1 - halo mg?
2-20 - drzewo się wali, ratunku
21-40 - natykamy się na kłusowników
41-59 - widzimy jelenia - można strzelać
60-79 - Daniel wpada w trujący bluszcz
81-90 - Leopold wpada w trujący bluszcz
91-99 - znajdujemy chatkę mogolskiego myśliwego
100 - halo mg?
1x k100 (dasz bór):
48
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 11-01-2026, 00:42 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.