• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Essex, Chelmsford, Dworek Ollivanderów > Ogrody
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
24-11-2025, 19:03

Ogrody
Eleganckie ogrody rozciągają się w uporządkowanych pasmach, jakby każdy fragment roślin został tu dobrany według sztywnych zasad. Prowadzące między rabatami ścieżki z jasnego żwiru skrzypią delikatnie pod butami, a równiutko przystrzyżone żywopłoty tworzą naturalne granice dla części ogrodu poświęconych drzewom o szczególnych właściwościach magicznych. Wśród nich rosną okazy, które często zapierają dech w piersi: szlachetne cisy i wiśnie, wierzby kładące się wiciami na tafli sporej sadzawki, osnutej delikatną mgłą. Spocząć można na kamiennych ławkach lub pod zdobnymi altanami wzniesionymi z białego wapienia.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Leopold Flint
Śmierciożercy
Wiek
23
Zawód
dżokej - wyścigi na granianach
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
18
20
15
Brak karty postaci
17-12-2025, 12:26
12 kwietnia 1962

Nie przepada za ogrodem okalającym włości Ollivanderów; jest zbyt symetryczny, zbyt idealny, jakby precyzyjne ręce ogrodników robiły wszystko, co w ich mocy, by zakłócić nieuporządkowany, czasem ordynarny porządek wyznaczany przez samą Matkę Naturę. Maskując grymas niezadowolenia, pochyla się, aby przyjrzeć się ledwo widocznym śladom, które przyjęła wilgotna od rosy ziemia, a na jego wargach pojawia się zawiesina uśmiechu. Nie podąża jednak za tym tropem, nie poświęca temu głębszej myśli. Przechadza się dalej, sunie między krzewami róż; pamiętał, jak niegdyś, w swojej dziecinnej niefrasobliwości, zacisnął na nich mocno palce, a ich kolce poraniły go aż do krwi; co prawda łzy nie pojawiły się wtedy na jego zaczerwionych od mrozu policzkach, ale palił go ogień wstydu, że dał się tak podejść temu hipnotyzującemu widokowi.
Pozwalając tym wspomnieniom odżyć, jednocześnie nie zwalania. Wydaje mu się ,że na jednym z drzew, na ulotność kilku chwil,dostrzega nieśmiałka. Czy właśnie ten jesion wydał na świat gałęź, z którego powstała jego różdżka? Mimowolnie sięga pod poły płaszcza i zaciska palce na rękojeści; pod opuszkami palców czuje wrzeźbione na jej trzonku płatki śniegu i mimowolnie szuka źródła tego sentymentalizmu; czyżby ma coś wspólnego z tym, że ostatnio jest bardziej skłonny na podrygów melancholii?
Słysząc echo kroków, odwraca się niepośpiesznie, podnosząc głowę, a w zasięgu jego wzroku pojawia się filigranowa postura kuzynki, zmierzająca wprost w jego kierunku. Lubi ten fatalizm, który rozciąga się boleśnie nad jej głową, jak korona cierniowa, gotowa zatopić swoje kolce w delikatności jej skóry; jest w tym coś ujmująco pięknego, jak moment na haust powietrza, zanim bełt przeszyje przestrzeń i bezlitośnie rozpruje wnętrzności, wyduszając z głębin gardła przejmujący ryk bólu.
- Dzień dobry, Odille - subtelny uśmiech łagodzi jego rysy twarzy, gdy zdejmuje kaszkiet i podchodzi bliżej, by powitać kuzynkę manierą wyuczonej uprzejmości.- Wybacz,że zjawiam się o takiej porze bez wcześniejszej zapowiedzi, ale pomyślałem, że dobrze byłoby zjeść wspólnie śniadanie - jest artystką; jaka będzie jej reakcje na to ekscentryczna dziwactwo z jego strony? Do tej pory nie nachodził ją o tak wczesnej porze, a tymczasem zegar kieszonkowy, ciążący mu na dnie kieszeni, nie wskazuje jeszcze ósmej. Słońce, które niespełna dwie godzinę temu wynurzyło się za przemysku horyzontu, nie przygoniło mgły, jaka nadal okala okolice Chelmsford. – WIesz, że w ogrodzie zalęgły się gnomy? - pyta, by zainicjować rozmowę, jednocześnie, czując nietypową jak dla niego niezręczność, zaciska mocniej palce na nakryciu głowy.
Wychodząc z domu, odmawiając sobie tradycyjnej konnej przejądżki, po terenach przylegającej do rodowej rezydencji, w jego intencji nie leżała rozmowa o gnomach ogrodowych, lecz już od paru minut błądzi po rozdrożach swoich myśli, nie mogąc skupić ich na jednym, właściwym punkcie. Pochyla się nad drobiazgami, analizuje szczegóły, które wydają się nie mieć żadnego sensu.
Od dwóch dnia - od momentu, kiedy nawiedził go pewien sen - nie może przestać, coś go uwiera, jak kamień w bucie naciskający na mały palec lewej stopy. Pamięta go nazbyt wyraźnie, jego powidoki zdają się powracać do niego z każdym oddechem. Podąża śladem, którego nie potrafił zdefiniować. Nieokreślonym zapachem, który nie przywodzi na myśl niczego. Kieruje się nieznośną, palącą w gardło intuicją, że jeszcze kilka kroków, a natknie się na coś, co przyniesie odpowiedzi na trapiące jego serce tęsknoty. Wyczuwał to w drżeniu ziemi, która pulsowała pod jego palcami, gdy dotkał ją dłonią i słyszał w cichych szeptach, jakie niósł wiatr.
Pragnienie ,którego nie mógł nazwać, a które wije się w klatce żeber, uwieziony jak skazany na niewole ptak.
Nienasycenie, które nie chce się ulotnić, nawet jeżeli poprzedniej nocy czuł na skórze ciepły dotyk, jaki zazwyczaj przynosił ukojenie.
Natchniony myślą, że może tu, w Essex, odnajdzie to, czego poszukiwał od tych kilku dni, nie mógł jej bagatelizować - ani wcześniej, ani teraz, lecz czy kuzynka, sama pogrążona we własnym świecie, będzie skłonna to zrozumieć?
Na pewno zapyta o, co go tu sprawdza. Co tak NAPRAWDĘ go tu sprowadza. Jak ma skontrować odpowiedź na te pytanie? Odpowiedź przecież nie przyjdzie w raz ostrzejszym podmuchem wiatru.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Odille Ollivander
Czarodzieje
And if you'd never come for me, I might've drowned in the melancholy.
Wiek
26
Zawód
projektantka różdżek, artystka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
13
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
10
Brak karty postaci
19-12-2025, 10:48
Poranna mgła snuła się między przystrzyżonymi klombami ogrodu, na który spoglądała z okna swojej sypialni. Chwilę temu służąca, pukająca do drzwi zaspanej czarownicy, przekazała jej wiadomość, że Leopold Flint zjawił się w dworku i chciałby się z nią widzieć, aczkolwiek nie podał powodu tak raptownej wizyty. O co mogło chodzić? Słońce na dobrą sprawę jeszcze nie rozkwitło w pełni chwały na szarym niebie, nie zdążyła nawet wypić mocnej, rozbudzającej herbaty, co zapewne w przypadku innego krewnego odebrałaby za afront, jednak przy nim nic nie było tak oczywiste.
Wydawał się pobudzony, błądząc po szmaragdowych alejkach, jakby czegoś szukał. Odille obserwowała go jeszcze przez chwilę zza ciężkiej, grubej zasłony, po czym westchnęła i skierowała się do łazienki, by szybko się odświeżyć. Potem przywdziała pierwszą lepszą elegancką spódnicę opatrzoną koszulą wiązaną wstęgami pod szyją, zarzuciła na ramiona ciepłe palto, ponieważ poranki nadal były zimne, i zeszła do zieleńca.
Nie pomyliła się, dziś jego spojrzenie zdawało się dziksze, nieokiełznane, niemal eratyczne. Choć na zewnątrz prezentował się nienagannie, wyczuwała plączące się pod skórą pasma dziwnych emocji, tym bardziej ciekawa, co skłoniło go do odwiedzin w Chelmsford o tak wczesnej porze. Czyżby pokłócił się z ojcem? Nie byłaby to pierwszyzna, Leopold jednakże miał wielu innych przyjaciół, u których mógłby spędzić czas potrzebny do wzajemnego ostygnięcia, i nie spodziewała się, by dwór Ollivanderów był jego pierwszym wyborem. Splótłszy dłonie na podołku, odwzajemniła jego uśmiech, mimo wszystko rada, że go widzi.
- Leopoldzie - odpowiedziała mu miękko, w duchu zdziwiona jego propozycją. Wspólne zjedzenie śniadania? Naprawdę przybył tu z tak błahego powodu? Cóż, jeśli tak, powinno być jej miło, w końcu była w jego myślach bladym świtem, nieistotne, z jakiego powodu. - Porę wybrałeś doprawdy zatrważającą. Cienie pod moimi oczami jeszcze nie zbladły - wytknęła mu z subtelną zaczepką, choć była to prawda. Ostatnie dwie noce spędziła w pracowni, zanurzona we własnym świecie, w pułapce tak słodkiej, że wcale nie miała ochoty zeń uciec. Bywało, że pocałunek muz nie nadchodził długimi tygodniami, dlatego każda chwila, kiedy Odille czuła w palcach niecierpliwą ekscytację, była na wagę złota. Tym razem zajmowała się obrazem Lady Makbet, mając w pamięci nadchodzącą wielkimi krokami wystawę. Szkic był jednak tak przepełniony grozą i obłędem, że nadal biła się z myślami, czy powinna tyle czasu poświęcać dziełu, którego może lepiej byłoby nie skończyć.
- Życzysz sobie zjeść w ogrodzie? - spytała po prostu, bez cienia potępienia względem jego oferty. Irytacja przedwczesnym zbudzeniem została zostawiona w ścianach sypialni, więc nie musiał obawiać się o reakcję Ollivanderówny, która już kiwała głową na służącą czekającą przy drzwiach tarasowych. Miała zamiar wydać jej polecenie przygotowania porannego poczęstunku, sama zaś wskazała Leopoldowi drogę w głąb ogrodów, do wapiennej altany, jej ulubionego miejsca na terenach posiadłości.
- Gnomy? Merlinie, pierwsze słyszę - zaśmiała się i powiodła wzrokiem po osnutych mgłą ziemiach, nie dostrzegła jednak żadnego stworzenia, o którym mówił Flint. Nic dziwnego, cechowała je łatwość wtapiania się w tło, więc równie dobrze mogły właśnie przesiadywać pod krzewami albo chować się w klombach zimozielonych cyprysów. - Czy coś cię trapi, Leopoldzie? - zapytała, kiedy dotarli do altany. Ławy były zimne, wychłodzone oddechem nocy, ale gdy tylko spróbowali zająć miejsca, na wierzchu zmaterializowały się miękkie poduchy, przywołane skrzacią magią. - Wybacz mi tę bezpośredniość, ostatnio za dużo czasu spędzam z obrazami, zamiast z żywymi ludźmi. Ale kiedy patrzyłam na ciebie przez okno w moim pokoju, odniosłam wrażenie, że jesteś... niespokojny - przyznała, przeciągając pasma kasztanowych włosów przez ramiona, żeby ułożyć je nieco schludniej. W tym czasie przenikliwe spojrzenie nie opuszczało jego twarzy, czekając na jego odpowiedź; może tylko to sobie wyobraziła?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Leopold Flint
Śmierciożercy
Wiek
23
Zawód
dżokej - wyścigi na granianach
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
18
20
15
Brak karty postaci
27-12-2025, 21:28
Nadal to czuje.
Tą rozpaczliwą pustkę pulsując w nim niczym echo dawno zapomnianych krzyków, która domaga się natychmiastowego zapełnienia. Przypomina głód, jaki wżera się coraz głębiej w trzewia. Czuje się jak uzależniony, który od kilku dni nie miał w ustach swojego nałogu, gdzie każda sekunda oddzielająca go od zaspokojenia pragnienia wydaje się wiecznością. Łaknienie rośnie w nim, nabiera mocy i ciężkości, gdy znów spogląda na dobrze mu znaną przestrzeń, jakby każda barwa i każdy kształt przypominały o tym, co rzekomo utracił, a czego nie potrafi odzyskać, chociaż jeszcze wczoraj wszystko było na swoim miejscu.
Zaciska dłoń w pięść, nieświadomie, aż bieleją mu knykcie, a wir jego myśli plącze się i odbija w oczach, w których skrzy się dzikość – narastająca fala niepokoju, która rozsadza go od środka, osiada na dnie klatki piersiowej i rośnie, rozpycha się, domagając się ujścia. Czy tak właśnie czuje się wilkołak tuż przed przemianą, kiedy wszystko w nim buzuje i drży, a człowieczeństwo walczy od głos ze zwierzęcym instynktem? Czy to właśnie przeżywa, chwilę później, wyjąc do księżyca, by obwieścić światu swoją obecność i g ł ó d?
Cichy warkot wydobywa się z jego gardła – chce się go pozbyć, przepędzić nim narastające napięcie, które zaciska się wokół szyi niczym niewidzialna pętla, ale dźwięk ten szybko miesza się ze znajomą barwą głosu kuzynki.
Zastanawia się przez moment, czy popełnił błąd, pojawiając się w ogrodach Ollivanderów. Być może powinien był wybrać inną drogę. Zniknąć na jakiś czas, zabłądzić w głąb puszczy, zatonąć w szumie drzew, wsłuchać się w szept ziemi i tymczasowo stać się z nią jednością? Może lepiej byłoby dać się pochłonąć pianie fal, które nieustannie rozbijają się o piaszczysty brzeg, pozwalając, by przyroda wzięła go w objęcia i utuliła jego niepokój? Albo osiodłać konia i pognać przez pola wściekłym galopem, próbując zgubić siebie samego?
Otrząsa się z tych rozmyślań, gdy nagle rozlega się jego imię, przecinając ciszę niczym ostrze. Dźwięk, który wyciąga go z otchłani. Odwraca głowę, szukając wzrokiem kuzynki.
- Kuzynko, czyżbyś nie doceniała własnej urody - odpowiada zaczepką na zaczepkę; wie przecież, że godzina jest nieludzka i że nie powinien przerywać jej snu, w końcu kilka tygodni temu skarżyła się na niespokojny sen, ale zwykle bardziej troszczy się o siebie niż o innych, wyłączając z tego grana dwie osoby, toteż nie martwią go jej cienie pod oczami. – Zupełnie niepotrzebnie. Opromieniasz poranek efektywniej niż słońce.
Zerka wymownie na osnute parawanem chmur niebo, przez które obecnie nie przedziera się nawet pojedynczy promień słońca. Niebo zdaje się pogrążone w smutnej zadumie, jakby odgrodzone od świata grubą, nieprzeniknioną zasłoną. Mgła nadal okala okolice, szczelnie oplatając drzewa i ścieżki, które w jej mlecznej bieli gubią swoje wyraźne kontury. Wszystko wokół zdaje się trwać w bezruchu, zawieszone między nocą a dniem, jakby świat zawahał się, czy warto budzić się z nocnego otępienia.
On zaś, otoczony sennym półmrokiem brzasku, czuje ten sam niepokój, jaki towarzyszył mu chwile po przebudzeniu. Uczucie to nie słabnie, lecz przeciwnie – narasta, rozlewa się po ciele chłodnym dreszczem, który nie ma nic wspólnego z porannym chłodem. Wydaje się być żywym, pełznące płytko pod skórą stworzeniem. Ma wrażenie, że każdy oddech wydłuża moment napięcia, a cisza nabrzmiewa wyczekiwaniem na coś nieuchwytnego, coś, co kryje się w gęstwinie mgły, poza zasięgiem wzroku. Wzdryga się, wyobrażając sobie, jak w jego ciele gości wciąż przemieszczający się segment po segmencie pasożyt, żerując na jego lęku, karmiący się niepewnością, pozostawiający wszędzie tam, gdzie dotarł poczucie niedosytu. To nie jest zwykłe pragnienie – to raczej upiorne, niewidzialne istnienie, które na wpół przytomnie rośnie w nim, rozpychając się łapczywie pośród myśli i uczuć.
- Tak, w ogrodzie - przytakuje. – Nie chcę swoją niezapowiedzianą wizytą niepokoić reszty domowników- zapewnia, chociaż, mówiąc to jest pewny, że wieści o jego wizycie już rozniosły się pocztą pantoflową po wszystkich kondygnacjach dworku Ollivanderów.- Pewnie nadal śpią.
Za jego słowami nie kryją się szlachetne intencje, nie przemawia przez niego także troska. Raczej nie chce odpowiadać na pytania ciotki Victorii i czuć na sobie jej oceniające, surowe spojrzenie.
- Ogrodnik powinien je przepędzić jak najszybciej. Są jak szerszenie. Jeśli się tu zadomowią, trudniej będzie je wyplenić - nie podziela jej entuzjazmu, głos ma skryty za kotarą chrypy, czuć, jak drży. I żałuje, że pozwolił tym słowa wybrzmieć, powinien je połknąć, zdławić w przełyku,zanim odnalazły drogę do jego ust. – Nie wiem czy powinienem cię niepokoić, ale - waha się przez chwile – miałem sen. Byłem w lesie. Podążałem za śladem. Czułem drżenie ziemi, zawodzenie wiatru, które przypominało echo słów. Nie wiedziałem, dokąd zmierzam, ale nie mogłem się zatrzymać. W końcu znalazłem to, czego, jak mi się wydaje, szukałem. Cień, jednak, gdy do niego podszedłem, zniknął - decyduje, że będzie adresatką rodzącej się w nim małej, niezrozumiałej obsesji. Kto jak nie ona, artystka, która często ulega chwili natchnienia i częściej spędza czas z obrazami niz z ludźmi, zrozumie dziwactwo, jakimi się dzisiaj kieruje? – Obudziłem się z poczuciem, że coś zgubiłem. Ta myśl powoli przeradza się w obsesje. Spotkało cię kiedyś podobnego? Sen, który przeniknął do rzeczywistości? – wbija w nią czujne, na w poły dzikie spojrzenie, pierwszy raz czyniąc z niej powiernice swoich sekretów. Wcześniej do tego celu wykorzystywał albo jedną ze sióstr, albo Maelle. – A może to pierwszy objaw szaleństwa?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Odille Ollivander
Czarodzieje
And if you'd never come for me, I might've drowned in the melancholy.
Wiek
26
Zawód
projektantka różdżek, artystka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
13
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
10
Brak karty postaci
18-01-2026, 21:56
Błąd albo nie błąd, pojawił się i teraz było to ich wspólną odpowiedzialnością. Nieodkryte jeszcze myśli osaczały Leopolda szczelną otuliną i Odille nie byłaby sobą, gdyby choć nie spróbowała mu pomóc, skoro stare mamine porzekadło głosiło, że co dwie głowy, to nie jedna. Razem mieli podwójne szanse na rozpracowanie przeciwnika, na powzięcie jakiejś strategii w celu zwrócenia młodszemu kuzynowi spokoju ducha, który rozwiewał się na wietrze jak druga twarz, mętnie przyklejona do jego oblicza, metafizyczna, duchowa. Za ich spotkaniem stało być może samo przeznaczenie, bo serce Ollivanderówny od jakiegoś czasu także pozostawało niepewne, dygoczące niby na zimnym wietrze, niepewne, jak miały potoczyć się dalsze losy jej znajomości z Wulfrikiem... Tak jakby jedno spotkanie oznaczało nadchodzące wielkimi krokami rewolucje, a wcale nie musiało się tak okazać. Chyba najbardziej obawiała się myśli, że jej nadzieje spłoną niezaspokojone i chwila złudnego szczęścia odczuta w ministerialnym gabinecie mężczyzny nie będzie nic znaczyć.
- Zapewne dlatego, że słońce nie przebija się przez nasze wierne chmury - zaoponowała z rozbawieniem, aczkolwiek nie zamierzała nie przyjmować komplementu, tylko nieco podroczyć się z Leopoldem, zanim to zrobi. Przeczuwała jednak, że z jego strony był to dowód sympatii albo roztargnienia, bo naprawdę dużo brakowało jej do piękna tego poranka: przez niewyspanie skóra wydawała się papierowa i poszarzała, a oczy podkrążone, może gdyby uważniej się jej przyjrzeć można by dostrzec tęsknotę za snem wpisaną we włókna tęczówek. Chyba robiła się zbyt... dojrzała, żeby bez refleksji zarywać noce, tym bardziej od kiedy doktor Sanderson zdiagnozowała jej chorobę i rozpoczęła terapię mającą zapobiec dalszemu rośnięciu niedokrwistości w siłę. - I nic nie zapowiada zmiany w ciągu dnia, więc jesteś skazany na moją urodę, jak sądzę, żeby nie nabawić się ciemnicowej chandry - skonstatowała, uśmiechnięta. Biedny Leopold także wydawał się człowiekiem, któremu przeznaczenie odmówiło wypoczynku ostatniej nocy, i potwornie intrygował ją powód jego napięcia, szczególnie że nie potrafiła wydedukować go gołym okiem. Fizycznie wydawał się zdrowy, ale co z jego duchem? Co było dość silne, żeby gnębić postawnego młodego czarodzieja o świetlanej karierze i wspaniałych perspektywach? Cóż, zapewne to samo, co kładło łapska na córze Ollivanderów. Nazwiska niestety nie roztaczały nad nimi ochronnego parasola we wszystkich sferach życia.
- Wiesz, jak u nas bywa. Sen to luksus, na który różdżkarze czasem nie mogą sobie pozwolić. Miewam wrażenie, że moi krewni są przekonani, że Gregorovitche zaczną dyszeć im na kark, jeśli choćby pomyślą o odpoczynku - zażartowała, zbywając jego troski lekkim machnięciem dłoni. Dworek w Chelmsford był wiecznie obracającym się kalejdoskopem, a domownicy ziarenkami w jego wnętrzu, rozstawiani w przeróżnych konfiguracjach zajęciowo-dobowych, Odille zaś przywykła do tego już dawno temu. Bardziej zastanawiało ją, czy Maerin też właśnie spał, czy może to kolejny zgrzyt na linii ojca i syna odpowiadał za niezapowiedzianą wizytę dżokeja. Zaprosiła go za sobą do ogrodowej altany, nie mogąc się doczekać odegnania porannego ziąbu filiżanką herbaty; powinna była zabrać z pokoju grubszy pled, ale pod zadaszoną konstrukcją wystarczy im jedno zaklęcie, żeby dowolnie zmodyfikowali panującą wewnątrz temperaturę. - Przekażę ogrodnikowi twoje słowa - obiecała, zająwszy miejsce na jednej z ław przykrytych poduchami, natomiast następnych słów Leopolda wysłuchała z uwagą.
Choć mógł obawiać się jej opinii, nie zareagowała ani śmiechem, ani żadną negatywną oceną odbijającą się w mimice twarzy lub spojrzeniu. Wręcz przeciwnie, Odille westchnęła cicho, z niejakim zrozumieniem rezonującym z kilku owych nut. Istniały tajemnice, do których nie dopuszczała nikogo, a które teraz obróciły się w jej środku wąż szukający źródła ciepła; ostatnie pytanie Flinta nie było zadane proforma, przeczuwała, że szczerze nie mógł zidentyfikować tego, co się z nim działo, dlatego nie zwlekała z odpowiedzią. A nie było to łatwe, ponieważ myśli wewnątrz jej głowy nadal pozostawały nieco ospałe, płynące jak rozleniwiony górski potoczek, zamiast rwąca rzeka.
- Jeśli to objaw obłędu, oboje bylibyśmy szaleni - pokrzepiła go, układając dłonie na podołku. Schowała je pod grubym materiałem narzuconym na ramiona, w którym do niego wyszła, odpędzając tym samym od siebie niską temperaturę budzącego się dnia. - Moim zdaniem to, czego doświadczyłeś, to znak, który podarowała ci twoja podświadomość, Leopoldzie. Coś, czego na ogół do siebie nie dopuszczasz i od czego próbujesz się odciąć. Czasem dopadają mnie takie sny - zapewniła, patrząca na czarodzieja bez oceny. Przed następną częścią nabrała głębszego oddechu, po czym kontynuowała. - Zaczęły się, gdy byłam bardzo młoda. Widzisz, wierzyłam, że nasz świat to okruch magii, padół, na który zesłano mnie w ramach testu, i czekają na mnie wrota do wymiaru, gdzie magia nie potrzebuje różdżek ani nie posiada żadnych praw. Wymagało to składania różnych małych ofiar, wypełniania kilku wymyślonych zadań i tym podobnych; wówczas sny, które wydawały mi się bardzo prawdziwe, uważałam za przesłania z tamtego miejsca, ale z biegiem czasu - i dojrzałości - zaczęłam zauważać zależność między moim samopoczuciem, a częstotliwością i przede wszystkim wolą życia tych wizji - mówiła spokojnie, ale gardło pozostawało wyschnięte. Do tej pory przy nikim innym nie mówiła o Tamtym Świecie, robiła to jedynie w towarzystwie swojej kuzynki, a teraz poczuła, jakby ją zdradziła. Znowu. - Jeśli czymś byłam zaaferowana, stałam na rozdrożu ważnych decyzji, coś mocno przeżyłam albo czegoś silnie pragnęłam, to odzywało się w snach, które nie mijały jak większość, tylko zostawały ze mną na dłużej. Zapamiętywałam te symbole, próbowałam je do czegoś porównać, szczególnie po śmierci Flaviusa. Czy w twoim życiu ostatnio coś się zmieniło? - zapytała, niepewna, do jak dużej dozy prywatności chciałby ją dzisiaj dopuścić.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Leopold Flint
Śmierciożercy
Wiek
23
Zawód
dżokej - wyścigi na granianach
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
18
20
15
Brak karty postaci
Wczoraj, 17:22
Ma wrażenie, że poczcie pustki, jakie przyszło wraz ze snem próbuje go zagryźć od środka, rozszarpać na kawałki; jest jak wygłodniały wilk, który rzuca się na szyje swojej ofiary, wbija w nią zęby i przegryza aortę. Nie ma w tym ani finezji, ani cierpliwości, jest tylko głód, do którego zaspokojenia dąży; jest tylko wściekłość, która rozpycha się pomiędzy szczeblami żeber; jest tylko desperacja, która odprowadza zdrowy rozsądek na peryferie zapomnienia.
Wzrok Leopold pada na chwile na niebo, nadal przysłonięte przez gęstym kożuchem chmur, mruży oczy, zaciska mocniej palce w pięść. Odille ma racje, słońce nie uświetni im śniadanie swoją obecnością; jest równie nieprzeniknione, co chłód morskiej bryzy, jaki tuż o świcie chłostał jego odsłoniętą skórę, gdy stanął na klifie i spojrzał w dół, na pieniące się u jego stóp fale. Wzdycha ciężko, gwałtownie, jakby w próbie pozbycia się balastu, jaki zalega na żołądku i pragnie tylko jednego - amputować niepokój, który zawodzi w nim jak upiór, który nie może rozstać się z korytarzami starej, zapomnianej przez wszystkich rudery.
Na usta Leopolda wślizguje się cierpki uśmiech wywołany jej słowami. Woli być skazany na jej urodę, niż to coś, co gnieździ się w nim, jak gangrena w skażonej ranie; coś, co za zaciska się na jego gardle; coś, przez co z trudem oddycha.
- Skaż mnie na nią na dożywocie i jeden dzień dłużej, ale-
Zatrzymuje słowa w krtani.
...ale wyzwól mnie od tego, co zaraz doprowadzi mnie do szaleństwa, wypełniła przestrzeń jego myśli. W roztargnieniu zaczesuje do tyłu opadające na czoło kosmyki, błądząc spojrzeniem po zamglonej, mijanej przestrzeni. I naraz nawiedza go myśl, że z przyjemnością zanurzyłby się w tej mgle, zgubiłby się w niej, a może nawet zaginął bez wieści na kilka dni, tygodni, miesięcy, a nawet lat. Pod warunkiem, że otrzyma wcześniej gwarancje, że znajdzie tam to, co zgubił, a czego nawet nie pamięta,że zgubił. Cień tej sylwetki, którą chciał objąć, a która rozproszyła się pod wpływem jego dotyku i zniknęła jak sen.
- I zaczynam coraz bardziej doceniać ten luksus - przyznaje kąśliwie - ale wątpię, że którykolwiek Gregorovitch zbliży się na odległość dziesięciu kroków do waszego warsztatu.
Nie wypowiada tych pochlebstw, bo wypada; wypowiada je, bo w niej wierzy; bo różdżka, jaką nabył od rodziny matki, towarzyszy mu od dawna i nigdy go nie zawiodła; bo ceni nazwisko Ollivander, nawet jeśli zajmowali pozycje Szwajcarii każdego konfliktu i nigdy głośno nie opowiedzieli się po żadnej stronie.
Przytakuje, kiedy zapewnia, że zasygnalizuje problem ogrodników i sam zajmuje miejsce tuż obok niego, chowając ręce do obszernych kieszeni płaszcza, by ukryć ich zdradliwe drżenie.
- Więc twierdzisz, że nie jesteśmy szaleni? - uśmiech unosi kąciki jego ust w grymasie imitującym rozbawienie, gdyż te uczucie nie zerka do spojrzenia Leopolda, bo tam nawet płonie iskra, której nie potrafi zgasić.
Odille mówi, a on słucha; słucha ją uważnie, chociaż ma wrażenie, że jej słowa od czasu do czasu balansują na krawędzi obłędu. W międzyczasie, kiedy nie milknie i kontynuuje, skrzat nakrywa do stołu; przynosi zastawę, filiżanki, imbryk. Leopold sięga po niego dłonią, gestem, aby nie przerywać kuzynce, sygnalizując stworzeniu, że czynność przelania herbaty do porcelanowych naczyń w kwiatki go nie przerasta. Musi zająć czymś ręce, bo walkę o jego uwagę wygrały słowa kuzynki.
- Zatem sny odzwierciadlają nasze - napełnia jedną filiżankę, a potem szukając właściwych słów; ciepło herbaty konfrontuje się z chłodnym powietrzem i skrapla się w parę – wewnętrzne niepokoje, emocje i - odstawia imbryk – i wchodzę z nami w polemikę?
Czy w twoim życiu coś ostatnie się zmieniło? wymaga od niego dłuższej refleksji. Łapie w palce ucho filiżanki.
- Leopolidne wróciła do domu - mówi w końcu, usta zatrzymując milimetry od krawędzi filiżanki.
Maelle w jego życiu pojawiła się już wcześniej, chociaż to, co wobec niej czuł... Nie potrafi tego zdefiniować, określi, ale to w nim narasta; zupełnie, jak pustka, która znowu próbuje go pożreć.
- Co się stało z tymi wizjami? Nadal wierzysz, że ten świat istnienie? Nadal chcesz odkryć jego tajemnice?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 02-02-2026, 11:02 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.