Powietrze nad Manchesterem było ciężkie, przytłumione, nasiąknięte wilgocią i metalicznym zapachem przemysłu. Nawet lipiec nie przynosił tu prawdziwego lata - słońce przebijało się przez warstwę dymu z fabrycznych kominów, rozproszone i blade, jakby samo nie miało odwagi świecić pełnym blaskiem. Mgła snuła się nisko nad wrzosowiskami, osiadając na czarnych kamieniach murów i wilgotnej ziemi. Droga prowadząca do posiadłości Crouchów była wąska, wysypana żwirem, który chrzęścił sucho pod krokami - dźwięk zbyt wyraźny w tej ciszy, jakby każde zbliżenie do rezydencji było rejestrowane przez samą przestrzeń.
Posiadłość wyrastała z krajobrazu bez łagodności. Surowa, kamienna, z ostrymi liniami dachu i wysokimi, wąskimi oknami przypominała bardziej twierdzę niż dom. Bieliła się chłodno na tle ciemnego nieba, jak kość obnażona z mięsa. Nie było w niej zaproszenia - była manifestem trwania, potęgi, rodowej ciągłości. I kontroli.
Drusilla nie przybyła tu jako gość.
Jej pojawienie się nie zostało ogłoszone domownikom. Nie oczekiwano jej w głównej sali, nie przygotowano oficjalnego przyjęcia. Jedynie uzdrowiciel wiedział o jej drodze z Yorkshire i to jego podpis widniał pod lakoniczną wiadomością, która dotarła do Allerton Castle dwa dni wcześniej. Nie było w niej emocji. Nie było błagań. Była diagnoza. „Stan pacjentki uległ pogorszeniu. Epizody nasilone. Wymaga wsparcia o charakterze mentalnym. Obecność pani wskazana.” Mentalnym.
To słowo nie było przypadkowe. Uzdrowiciel wiedział, do kogo pisze. Wiedział również, że oficjalne konsultacje magomedyczne zawiodły. Że eliksiry jedynie wygaszały objawy, nie dotykając źródła. Że Medea wymykała się klasyfikacjom.
Drusilla przyjęła list bez zmiany wyrazu twarzy. Nie potrzebowała wyjaśnień. Nie przyjechała tu z siostrzanej tkliwości. Nie była kobietą, którą prowadziły sentymenty. Przyjechała, ponieważ sytuacja wymagała interwencji. A interwencje należały do niej.
Skrzat otworzył drzwi bez pytania. Rozpoznał ją natychmiast. Lestrange. Carrow.
Wnętrze rezydencji było przytłumione, jakby światło nie miało prawa przekraczać progów. Ciężkie kotary przygasały blask dnia, a powietrze było chłodne mimo pory roku. Echo kroków odbijało się od marmurowych posadzek, niosąc się zbyt długo w wysokich korytarzach. Od zwycięstwa Albusa Dumbledore’a nad Grindelwaldem minęło zaledwie kilka tygodni. Europa magiczna chwiała się w nowej równowadze. W wielu domach szeptano o porażce, zdradzie, reorganizacji. O przyszłości. W murach tej posiadłości napięcie miało jednak inne źródło. Tutaj rozpad nie był polityczny. Był osobisty.
Uzdrowiciel czekał w bocznym salonie. Młodszy, niż zapamiętała, z cieniem bezsenności pod oczami. Na stoliku obok stały fiolki z eliksirami - wyciszającymi, stabilizującymi, tłumiącymi.
— Pani Carrow — Przywitał ją cicho, z wyraźnym napięciem. — Dziękuję, że pani przybyła tak szybko.
Drusilla zdjęła rękawiczki powoli, jeden palec po drugim. Jej ruchy były precyzyjne, oszczędne. Każdy gest przemyślany. — Raport.
Uzdrowiciel przełknął ślinę.
— Epizody uległy intensyfikacji. Pacjentka nie odróżnia już w pełni wspomnień od projekcji. Halucynacje mają charakter słuchowy i wizualny. Pojawia się paranoidalne przekonanie o obserwacji.
— Od kiedy?
— Około trzech tygodni. Nasilenie zbiegło się z wiadomościami z kontynentu. Reaguje na słowo „porażka”. I na nazwisko Grindelwald.
W powietrzu zapadła cisza. Drusilla uniosła wzrok. Jej twarz pozostała niemal niewzruszona, lecz w oczach pojawiło się coś ostrzejszego - nie lęk. Analiza.
— Theseus? — Zapytała sucho.
— W Londynie. Sprawy ministerialne. Nie powrócił od czterech dni. Oczywiście. To słowo nie padło na głos, lecz wybrzmiało wyraźnie w ciszy. Nie było jej rolą komentować nieobecność męża siostry. Ale w jej pamięci zapisała się kolejna linia rachunku.
Zaprowadzono ją do komnat Medei. Drzwi były zamknięte, choć nie zabezpieczone zaklęciem. Wnętrze tonęło w półmroku. Kotary zaciągnięto mimo jasnego dnia. Na stoliku przy łóżku stały fiolki, niedopita woda, miska z wilgotnymi chustami. Powietrze było ciężkie od zapachu eliksirów i długiego braku świeżości. Medea siedziała przy oknie. Nie poruszała się. Jej sylwetka była szczupła, niemal krucha, lecz nie w sposób naturalny - raczej jakby coś ją wyżarło od środka. Wzrok miała wbity w ogród, ale oczy nie skupiały się na żadnym punkcie.
— Drusilla — Wyszeptała nagle, zanim ta zdążyła się odezwać. To było pierwsze uderzenie. Rozpoznanie. — Oni są w ścianach — Dodała cicho. — Słyszysz ich? Mówią, że wszystko się zawaliło. Że to dopiero początek.
Drusilla nie odpowiedziała natychmiast. Podeszła bliżej, spokojnie, bez pośpiechu. — Nikogo tu nie ma.
— Kłamią —Szepnęła Medea, zaciskając palce na drewnianym podłokietniku. — Zmienili maski. Ale głosy są te same.
Uzdrowiciel cofnął się o krok. Drusilla uklękła naprzeciw siostry. Ich twarze znalazły się na tej samej wysokości. — Medeo. Spójrz na mnie.
Medea drgnęła. Oczy, mętne i rozproszone, przez chwilę błądziły. Wreszcie zatrzymały się na twarzy Drusilli. Wystarczyło. Nie było inkantacji. Nie było gwałtownego przełamania bariery. Drusilla nie była brutalna w legilimencji. Była precyzyjna. Wejście nastąpiło miękko - jak przesunięcie palców po wodzie. Umysł Medei nie był polem bitwy. Był ruiną. Korytarze wspomnień wyginały się nienaturalnie. Głosy nakładały się na siebie. Twarze pojawiały się bez oczu. Pojęcia traciły znaczenie. Słowo „porażka” rezonowało jak dzwon w pustej sali. Drusilla nie próbowała porządkować wszystkiego. Szukała rdzenia. Przyczyny. Nie znalazła jednego źródła. To nie była klątwa. Nie było obcego zaklęcia. Był rozpad - powolny, konsekwentny, głęboki. Odsunęła najgłośniejsze projekcje. Uciszyła najbardziej agresywne echa. Wzmocniła jedną, konkretną nić - świadomość chwili obecnej. Kiedy się wycofała, Medea zaczęła krzyczeć, a jej ciało nadnaturalnie wyginało się, czemu towarzyszył dźwięk podobnym łamaniu kości. Widok przerażający i porażający. Po chwili zaczęła się uspokajać - ruch zamienił się w bezruch. Wrzask w jęki. Jej spojrzenie było nadal zmętniałe, ale mniej rozproszone.
— To pomoże na kilka dni — Oznajmiła chłodno, wstając. — Zmniejszyć dawkę eliksiru wyciszającego. Otępienie pogłębia dezorientację. Potrzebuje jasności. Nie ciszy.
Uzdrowiciel skinął głową z ulgą, niemal wdzięcznością.
Drusilla odwróciła głowę w stronę drzwi i wtedy dostrzegła trzy, smukłe postury. Najmłodszy z synów Medei zniknął za uchylonymi drzwiami, gdy tylko napotkał wzrok ciotki. Ta jednak swoje spojrzenie utkwiła w Evanderze. Wpatrywała się w niego na tyle długo, że niejeden jej syn już odwróciłby wzrok - swoją głową lekko pokiwała na boki, przekazując w ten sposób informację, że lepiej będzie matki teraz nie odwiedzać.