Deszcz zacina wściekle, bębni w blaszane daszki i roztrzaskuje się na nierównym bruku. Co jakiś czas spod obluzowanych kamieni strzelają fale błotnistej mazi. Ta chętnie przywiera do spodni, mniej więcej do wysokości kolan.
Mury fabryczne o tej porze połyskują wilgocią nocy. Londyn jest senny, spowity mgłą, ociąga się nim faktycznie rozbudzi do życia. Ulice widzą ludzi dnia wczorajszego przemieszanych z prędkimi miłośnikami obowiązków zawodowych.
Powoli odbija się od dna. Wprawdzie zarobione pieniądze nie starczają na wiele, ale jest przynajmniej pewien, że nie umrze z głodu. Wciąż poszukuje prostych, niewymagających zajęć, choć te są zdecydowanie gorzej opłacane niż fuchy podrzucane przez Daniela.
Londyn pachnie trudną do zniesienia mieszanką spalin, wilgoci oraz wyziewów z kominów domowych i fabrycznych; powietrze przesycone zapachami zdaje się być ociężałe i zmęczone.
Maj rozpoczyna się w sposób nieoczekiwany. Jeszcze nie wytrzeźwiał całkiem po ostatnim spotkaniu z Sawyerem, bo też ciężko jest odzyskać równowagę po czymś takim. Nagle powracają do niego sprawy przeszłe, które uporczywie zamiatał pod dywan przez ostatnie cztery lata i wcale nie czuje się z tym dobrze.
Kiedyś jego wędrówka zwykle kończyła się na piętrze drugim. Doskonale zna tamte rejony, jeszcze niezupełnie wyparł z pamięci dni pracy w Biurze Aurorów, dlatego zawsze, ilekroć stawia się w Ministerstwie, nogi niemal same niosą go wydeptaną ścieżką.
Mógłby rzec, że maj pachnie mu zmianami, lecz oprócz pęczniejącego od wilgoci powietrza obecnie niewiele więcej do niego dociera. Czuje w kościach nieprzyjemnie narastające napięcie, które przypomina tylko o nieuniknionym — wszystko inne może ulec chwilowej poprawie jednak ta jedna, najbardziej paląca go kwestia jest zacementowana.
Pierwsze chwile po pełni, a właściwie dni, nie były ani dobre ani też litościwe. Czuł się podle za każdym razem. I choć z czasem jego organizm przyzwyczaił się, osiągając względną równowagę szybciej, to i tak nie mógł powiedzieć, że zapomina o przemianie już na drugi dzień.