• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Londyn, Pokątna 20/6 > Sypialnia
Sypialnia
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
26-09-2025, 21:14

Sypialnia
Ciepła i zmysłowa, o ścianach w odcieniach ochry i wina. Wysokie okno wpuszcza miękkie, londyńskie światło na welurowe narzuty i złocone lustro w bogatej ramie. Pachnie lawendą i starym pergaminem – sanktuarium snów i wieczornych rytuałów.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (2): « Wstecz 1 2
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Axel Devereaux
Czarodzieje
Je est un autre.
Wiek
25
Zawód
Tancerz, Złodziej, Kelner w Białej Wiwer
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
5
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
12
16
Brak karty postaci
29-01-2026, 13:27
Błyskające z oczu Melusine błyski jasno dawały Axelowi do zrozumienia, że jego słodkie słowa, logiczny scenariusz i całokształt tej sytuacji w żaden sposób do niej nie przemawiają. Tonął i łapał się brzytwy kalecząc dłonie, by tylko utrzymać się na powierzchni, by nie zostać ugodzony zdradliwym, bolesnym zaklęciem i by nie skończyć w rekach stróżów prawa. Wił się jak piskorz, próbując obrócić kartę na swoja korzyść, zakończyć to spotkanie tak, by wyjść stąd i już nigdy tutaj nie wrócić. Zapomnieć o tym adresie i zaszyć się na Nokturnie na jakiś czas, zniknąć z pamięci Melusine, by gorzki posmak strachu nie kaleczył jego gardła.
Manipulował, jego gesty i słowa oplatały jej duszę, by przekonać o czystości swoich intencji. Tak by omamić jej umysł, że to tylko zbieg okoliczności. Walczył słowem o przetrwanie, o to by nie lizać ran przez następne godziny i by po prostu ulotnić się stąd z łupem, bądź i nie. Melusine wydawał się przenikać jego słowa, ale ciało i jej gesty mówiły co innego. Jakby jego czar wpływał na nią, a ona ostatkami sil próbowała odpychać od siebie jadowite słowa, które obezwładniały.
- Doux? Oh, oui. - Mruknął zgadzając się z nią lecz nie do końca. Nie przyzna się do bycia kłamcą, nie podda się tak łatwo i będzie grał do upadłego, aż nie wbije mu ostrza sztyletu w pierś przebijając serce. A i wtedy nie da jej tej satysfakcji, umierając z obliczem niewinności na twarzy. Kłamstwo było jego językiem, ułuda słowami a matactwa myślami, złapany w pułapkę próbował wyrwać się z niej, wyśliznąć jak śliski wąż i pozostawić w umyśle Melusine przeświadczenie, że nic tutaj nie zaszło. - Artyści bywają naiwni, taka nasza natura, taka nasza słabość. Mówiąc językiem poetów opisujemy świat, gdyż jest to jedyny język, jaki obrazuje to, co w umyśle powstaje w zderzeniu z obrazem i dziwakiem. - Przekrzywił głowę czując jak dłoń Melusine zaciska się na jego koszuli, jak nie jest zdecydowana, czy ugodzić go i upuścić krwi, czy szarpnąć nim, a czy może poddać się jego czarowi.
- Porquoi? C'est terrible... - Słowa o nienawiści sprowadziły na jego twarz smutek, zimne oczy Axela przygasły a on westchnął cicho, tak jakby same słowa były o wiele skuteczniejsze od fizycznego ostrza. Zraniony brutalnie przymknął oczy, grawitacja pociągnęła go i nim minęły chociażby dwa uderzenia serca, na fotel opadły dwie postacie. Axel asekurował Melusine precyzyjnymi gestami tancerza, opiekuńczo wręcz ochraniając ją przed jakimkolwiek urazem. Spodziewał się jej reakcji, mięśnie spięły się i ona próbowała odepchnąć go, ale nie było tak naprawdę gdzie. Axel opal na oparcie fotela, odrobine opuszczając spojrzenie, widział w jej oczach zmieszanie ale i kiełkujące niezdecydowanie, ciekawość i zaintrygowanie.
Nim zabrała dłoń z jego piersi, nakrył jej palce własną dłonią nie pozwalając się odsunąć do niego zbyt daleko. Niech czuje ciepło, niech stopnieje pod jego wpływem i niech rytm jego serca skruszy jej tarczę, za która chowała się traktując go jako wroga.
Szeptała mu do ucha, a on słuchał jej chłonąć jej ciepło i słodki zapach. Myśli o wolności wciąż burzyły się pod sklepieniem jego czaszki, grał i czarował gestami i słowami, by uśpić w Melusine jej niepokój i chęć ukarania intruza. Uśmiechnął się lekko na jej słowa, widział jej wzrok spod przymkniętych powiek, który ciemniał z sekundy na sekundę otumaniany bliskością.
- Non. - Mruknął na jej pytanie, sam siebie przekonując, że strach w tej chwili był zbędny. Różdżka nie była wycelowana w niego, a on nie poczuł rozlewającego się bólu. Nie bał się, pomimo że narzędzie magicznych cudów i krzywd były tuż obok niego. Mogla oprzeć końcówkę drewienka i wypowiedzieć jakiekolwiek zaklęcie, by sprawić aby jego ciało go zdradziło.
Jej dotyk na skórze sprawiał, że lekki dreszcz przebiegł wzdłuż kręgosłupa, jego skora na szczęce była gładka, jakby ogolił się tego popołudnia, lub zarost zdobywał szturmem coraz większych terenów jego skory twarzy, pozwalając mu na więcej niż kilka godzin przyjemnego uczucia. Po chwili jednak szczupła dłoń oplotła jego szyję, zaciskając się na niej. Nie odcinała mu oddechu, ale była gestem groźby i przemocy, ale rownocześnie wzbudzała pewne myśli i reakcje. Na twarzy Francuza pojawił się lekki uśmiech, przymknął powieki a z jego gardła wydobył się przeciągły pomruk.
- Skradłem... - Mruknął czując po chwili muśnięcie na policzku i uniósł spojrzenie na Melusine i w reakcji na jej śmiech uśmiechnął się tak bardziej swobodnie. - Twoją uwagę, twój czas i twoją przestrzeń. - Nie było w jego glosie ani jednej nuty poczucia winy, a zamiast niej w jego glosie wibrowała nuta triumfu, że tak sprytnie skupił na sobie całą jej uwagę.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Lorcan Lestrange
Akolici
Głupiec z sercem i bez rozumu jest równie nieszczęśliwy, jak głupiec z rozumem i bez serca.
Wiek
36
Zawód
Historyk; poszukiwacz artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
14
8
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
9
Brak karty postaci
29-01-2026, 15:30
Wiosna z wolna rozsiadała się na swym kwiecistym tronie – oczekiwana, wyczekana przez ludzi stęsknionych za ciepłem jej słońca, była nadzieją na lepsze czasy, budziła świat ich otaczający z sennego zawieszenia w przedwiośniu, co spadało na serca tych bardziej wrażliwszych w swej naturze. Nawet Londyn zdawał się o tej porze roku, bardziej zapraszający, niż zwykle, a może to wyłącznie sentyment podróżnika strudzonego wędrówką, który odnajdywał cień sympatii dla tego miasta, ilekroć w nim przebywał. Bo sporadycznie tęsknił, gdy wschodni wiatr pieścił wśród gór Norweskich, raczej o rodzinnych stronach zdarzało mu się rozmyślać, jakby powrót, tam był swego rodzaju wyzwaniem i jednocześnie nowym początkiem. Wszak wrócił na polecenie ojca, kierowane zapewne słusznym wyrokiem nestora. Wracał z ciężarem na duszy, który pozostawał w obrębie tajemnicy skrywanej przez garstkę najbliższych. Wciąż nieświadomy faktów, które miały wkrótce nadejść, a wiedza ta ciążyła mu na duszy, niczym wór z kamieniami u szyi. Nie sprzeciwiał się jednak – postępując w zgodzie z rodzinnym werdyktem, dokona tego, czego od niego oczekiwano. Jako człowiek honoru, był w tych kwestiach bezwzględnie oddany.
Nawet jeśli to kłóciło się z podrygami serca, które w cichości słodką gra melodię – odnajdując ponownie zbłąkany okręt tęsknoty. Ciągnęli to ponownie – kolejny raz, a jednak inaczej, bo na rodzinnej ziemi po rozstaniu, które miało zakończyć historię, jaka ich łączyła. Zanurzając swe ciała w puchu pościeli; poddani pragnieniom duszy – nadrabiali wszystko, to czego los kapryśny im odmówił. Miał nadzieję, że tym razem będzie inaczej, że cokolwiek się stanie znajdą sposób na wyjście z patowej sytuacji. Wierzył, że będzie to uczucie trwalsze, aniżeli przelotny kaprys. Poznawał ją od nowa na rodzinnej ziemi w domu ich przodków, gdzie musieli odgrywać rolę, do których zostali stworzeni. Brakowało mu swobody obyczaju, tego poczucia wolności z innych krajów. Ograniczeni, lecz nie spętani? A przynajmniej taką miał nadzieje, gdy spoglądał na trzymany w dłoni bukiet białych róż.
Tym razem to ona wracała, to ją chciał powitać na progu drzwi lub jeszcze na klatce schodowej. Stęskniony najzwyczajniej, tak po ludzku. Za kimś, kogo darzy się sympatią połączoną z czymś, co przywodzi tak wiele emocji, smaków i zapachów, iż amortencja ich nie pojmie nawet. Pokonywał schody, które poznał dobrze w ciągu tych tygodni, co mijały od pamiętnego spotkania w opuszczonej hali.
Porzucony bagaż u progu i na wpół przymknięte drzwi zaalarmował jego umysł. Automatycznie wyrzucając wszelką krotochwilę z myśli. Machinalnie, bez zbędnych pompatyczności sięgnął po różdżkę, jakby to było oczywiste. Był na powrót w kurhanach, wśród puszczy niebezpiecznych, gdzie czujność ratowała skórę wielokrotnie. Trzymając emocje na wodzy, wszedł do środka – cicho, niemal bezszelestnie. Przenosząc ciężar ciała tak, aby podłoga pod jego krokami nie skrzypiała. W pamięci odnajdując te fragmenty, na jakie szczególnie należało uważać. Obawa mieszała się z troską, mogła zaślepiać, dlatego trzymał je na łańcuchu, by nie pozwolić sobie na widoczną słabość. Nie wiedział, co zastanie, a był gotów na wszystko, czy jednak aby na pewno?
Ściszony szelest rozmowy – francuski wymieszany z angielskim; w rytmie złośliwości i flirtu, dokuczliwości. Przez półmrok przeszedł wprost w objęcia salonu, który emanował ciepłym blaskiem kominka, odkrywając dwójkę osób splątanych w ramionach fotela.
Tylko pies zauważył jego obecność; podbiegając wesoło do częstego gościa w tym mieszkaniu. Nie uraczył go spojrzeniem, wciąż obojętnie, wręcz niechętnie patrzył na obrazek malujący się na jego oczach. W pozornie niedbałym ruchu odrzucił bukiet kwiatów precz od siebie, jakby te paliły; jakby wzgardzał uczuciem, które w piersi zapłonęło – pełne nadziei.
Ale przecież już raz coś podobnego uczyniła, prawda?
Ludzie się nie zmieniają, czyż nie?
Paskudne te głosy, które szeptały oczywistości zamiatane pod gruby angielski dywan, tam, gdzie już inne pomijane kwestie leżały zakopane. Różdżka przecięła ciszę panującą w pomieszczeniu wycelowana w czarnowłosego mężczyznę siedzącego na fotelu: — Levicorpus— czar wypłynął ochoczo spomiędzy warg mężczyzny, którego twarz skrywała maska obojętności. W oczach drzemała zaś niewypowiedziana emocja łącząca żal z furią. Pragnął tego, by wydobyć z siebie te emocje, pozwolić im żyć swoim życiem w postaci magii, lecz powstrzymywał się. Gdy młodzian zawisł pod sufitem do góry nogami, podszedł bliżej kominka, by ten nienachalnie odsłonił jego oblicze. — To, że jesteś złodziejem wiedziałem od dawna. To, że kupczysz informacjami również. Jak także znane mi są sekrety z twej przeszłości, lecz ciekawość czy doczekasz się jakiejkolwiek przyszłości? — mówił spokojnie, tak jakby obwieszczał mu prawa, które obejmowały jego osobę. — Quasigravis — wysyczał, a gdy z różdżki posypały się iskry, ponowił: —Quasigravis— druga próba również okazała się fatalna w skutkach. Starość… i te sentymenty. — Cóż dziękuje, że rozpaliliście w kominku, zawsze lubiłem staromodne metody. — Ujął w wolną dłoń pogrzebacz i wcisnął go między bursztynowe węgliki. Czekał, aż ten nabierze temperatury. W powietrzu unosiła się martwa cisza przerywana wyłącznie sapaniem szczeniaka.
— Moje pytanie do ciebie, moja droga, czym sobie zasłużyłem na te tortury? — Jego wzrok jeszcze nie oceniał, gorzej, był obdarty z jakiejkolwiek emocji; obojętny, wręcz nieobcy.



| Pierwsze zaklęcie: udane Pozostałe dwa: porażka
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#13
Melusine Rookwood
Czarodzieje
żeby był, żeby chciał być, żeby nie zniknął
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
29-01-2026, 16:42
― Artyści są dewiacją i grzechem naszego świata, jak również pięknem animuszu w kreacji tego, co nieodgadnione... ― Męskie dłonie sięgnęły do jej ciała pewnie, instynktownie, by nie spadła z jego kolan, jakby bał się utraty czegoś kruchego, a jednocześnie własnego. Och, jakże wydawał się kochany w tym odruchu ― niemal godny obrony. Cała ta francuska otoczka, miękkość gestów i melodyjność obecności, potrafiła zamigotać rzeczywistość, zwłaszcza przed kobietą pozbawioną wprawy w czytaniu intencji. Westchnęła cicho, nie z zachwytu, raczej z rozbawienia, i kciukiem musnęła jego wargi. ― Petit ange, excuse-toi et confesse tes péchés... ― siliła się wyciągnąć z niego co najlepsze, prawdę. Kciukiem musnęła jego wargi ― lekko, ostrzegawczo, z tą szczególną miękkością, która nie znosi sprzeciwu. By należycie milczał. Już dość. Cichutko. Teraz kolej należała do niej. ― Avoue la vérité.
Jednakże coś było nie tak ― coś pękło w rytmie chwili, jak struna napięta o pół tonu za wysoko. Niemalże wzdrygnęła się, gdy przez kręgosłup przeszedł dreszcz zimny i nieproszony, zwiastun tej szczególnej intuicji, której nie sposób zignorować. Uczucie przyłapania na gorącym uczynku zacisnęło się wokół żeber i nim zdążyła je nazwać, już wiedziała. Cholera. Tak właśnie było!
― Putain! ―  Pisnęła, krótko i bezwiednie, dostrzegając w zacienionym segmencie mieszkania wysoką sylwetkę mężczyzny stojącego w drzwiach ― nieruchomą, milczącą, zbyt wyraźną, by była złudzeniem. Bukiet jej ukochanych białych róż osunął się z jego dłoni i legł w zapomnieniu na progu, jakby sam gest romantyzmu nie wytrzymał ciężaru tej sceny. Zanim zdążyła zebrać myśli, szczenię z radosnym zadowoleniem pognało ku panu Lestrange’owi, merdając ogonem w bezwstydnej zdradzie jej napięcia. ― Mon cher, to nie tak...
Potem wszystko potoczyło się zbyt szybko, z tą brutalną logiką zdarzeń, które nie pytają o gotowość. Głuchą ciszę rozdarło wyniosłe zaklęcie, wypowiedziane chłodno i precyzyjnie, a ona sama boleśnie poczuła chłód podłogi, gdy jej ciało straciło oparcie.  Z cichym bum, fesses féminines znalazło się niegodnie poniżej poziomu godności. Nad nią, pod sufitem, złodziej zawisł do góry nogami, bezradny i zaskoczony, jak owad przyszpilony do gabinetowej tablicy. Serce waliło jej w piersi, oddech rwał się na krótkie, nerwowe porcje, a myśl ― jedna, jedyna ― wybrzmiała w niej niemal teatralnie, z gorzką nutą ironii: Dieu nous sauv! Bo oto scena, którą tak misternie reżyserowała, wymknęła się spod kontroli, a role zostały rozdane na nowo, bez jej zgody.
― Nie zadaję Ci boleści, tortur... Ni krzywdzę serca ― Cholera ― całkowicie o tym zapomniała. O nim, o obietnicy, o tym, że miał na nią czekać. Wiadomość wysłała dwa dni wcześniej, jeszcze w półśnie triumfu, gdy delegacja wreszcie znalazła złoty środek dla umowy handlowej, pozwoliła sobie na ten luksus rzadki i niebezpieczny: myśl, że nie spędzi godzin odpoczynku samotnie. Było w tym coś niemal dziewczęcego, coś, co teraz paliło ją pod skórą wstydem i napięciem. Acz złodziejaszek Axel… Na Brodę Merlina ― wyglądało to tragicznie, wręcz farsowo, jak źle skrojona scena teatralna, w której aktorzy pomylili wejścia. Słuchała słów Lorcana z przesadną uwagą, niemal nabożnie, jakby sens jego wypowiedzi mógł ją uratować od lawiny domysłów. Tylko jemu się przyglądała, czując winę i bolesny ścisk na gardle, wszakże nie poczyniła zdrady! ― Nim weszłam do mieszkania odkryłam obce wtargnięcie, dopiero wróciłam...
Znali się? Ta myśl uderzyła jak zimna woda. Może to on go nasłał. Może to nie był przypadek, lecz misternie utkany węzeł, w który wpadła z własnej pychy i zbyt długiej wiary w kontrolę. Przełknęła gulę goryczy, suchą i drażniącą gardło, czując, jak serce zaczyna dyktować tempo szybciej, niż rozum był gotów przyjąć.
Nie, to zbyt obcesowe!
Wzrok powędrował ku pogrzebaczowi wtrynianemu w rozżarzone węgle kominka ― banalny przedmiot, a jednak obietnica sprawczości. Ciepło ognia kontrastowało z chłodem sytuacji. Bo jeśli czegoś nauczyło ją życie, to tego, że chaos najlepiej znosi stanowczą dłoń.
Zrozum mnie...
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#14
Axel Devereaux
Czarodzieje
Je est un autre.
Wiek
25
Zawód
Tancerz, Złodziej, Kelner w Białej Wiwer
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
5
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
12
16
Brak karty postaci
29-01-2026, 18:59
Przyjemny ciężar kobiecego ciała przyciskał go do fotela, jego dłonie asekurowały ją przed upadkiem, jednak nie czyniły nic ponad to. W głowie Axela wędrowały myśli o ucieczce, kalkulował w umyśle scenariusze, szacował swoje szanse. Oceniał okno, przez które mógłby wyskoczyć a potem użyć zaklęcia i wylądować bezpiecznie poza zasięgiem zaklęć. Droga przez salon, korytarz i klatkę schodowa wydawała się najtrudniejsza i skomplikowana, do tego dochodził pies, który bedzie kręcił się pod nogami. Ale jego myśli mąciły gesty Melusine, która nie odsuwała się od niego, a wręcz przeciwnie, łamała kolejne granice przestrzeni osobistej.
- Okrutny nasz los, rodząc się natchnionymi i tak bardzo niezrozumiani przez świat. - Odrobinka zadziorności zabrzmiała w jego ustach, kiedy nazwala go dewiacją i grzechem, chociaż z grzechu się nie narodził. Był owocem prawego związku, lecz na tyle nieidealnym, że odrzuconym po selekcji lat.
Zamilkł, kiedy usadowiła na jego ustach palec, bawiąc się nim w tej chwili. Grając na jego cierpliwości i młodzieńczej intuicji umysłu i ciała. Szept zmysłowego głosu wybrzmiewał w jego uszach, przez co tracił czujność, przestał spoglądać na drzwi. I to go zgubiło. W pewnej chwili gęsta atmosfera rozwiała się, poczuł drgniecie ciała, które opierało się na jego rekach i kiedy uniósł spojrzenie, dostrzegł zastygła w obojętności twarz mężczyzny. Wysoka postać zatrzymała się i wbiła w nich zimne spojrzenie. Axel w pierwszym odruchu zamarł, strach nie zdążył opuścić jego umysłu, a teraz zacisnął się na jego szyi jeszcze mocniej niż dłoń Melusine. Głos kobiety wybrzmiał w jego uszach i było to samo, co wyrwało się z jego piersi.
- Putain... - I nim cokolwiek zdążył zrobić, magia poderwała go gwałtownie pod sam sufit. Zaskoczenie sprawiło, że nawet nie mial siły krzyknąć i się cokolwiek powiedzieć. Po chwili z gardła Lorcana wydobyły się kolejne inkantacje, które zmroziły Francuza, kiedy zdał sobie sprawę z tego, co by się stało, gdyby zaklęcia wypaliły. Przez myśl chłopaka przebiegła złośliwa myśl. Starość nie radość, skoro ten konar nie daje rady, to co z tym drugim? Zakręciło mu się w głowie od tego wiszenia w dół, spojrzał na Melusine, która zbierała się z podłogi, potem skaczący szczeniak odwracał jego uwagę aż w końcu dostrzegł leżące na podłodze róże.
Szumiało mu w uszach, w piersi serce waliło jak oszalałe a on dyndał pod sufitem, zaczął się szamotać i gorączkowo próbował sięgnąć do kieszeni, by wyszarpnąć różdżkę. Był złodziejem, był przemytnikiem, był dzierżycielem informacji, które potem sprzedawał. Ale Lorcan w tej chwili milcząco zarzucił mu jeszcze jedno, co nie wpisywało się w to, co Axel robił dla zysku. Już nie, mial to za sobą, nie brał pieniędzy w zamian za swoje ciało.
- Non! Attendez! - Chłopak dyszał ze stresu, wycelowana w niego różdżka przez kilka chwil wzbudzała w nim najgorsze wspomnienia i jego wyobraźnia już układała usta Lorcana w niewybaczalne zaklęcie. - Monsieur Lestrange, to nie tak. - Melusine w tej chwili zaczęła opowiadać, wzburzona, czując oskarżenie tego człowieka próbowała wyjść z tej sytuacji z twarzą. Opowiadała prawdę, ale reakcja Lorcana była dziwna, jakby ten widok sprawił, że jego zaufanie nie było zbyt silne, jakby wątpił w Melusine i jej intencje. Axel szarpnął się znów a w jego dłoni znalazła się różdżka, która wysunęła się w końcu z rękawa jego koszuli.
- Porozmawiajmy, wszystko wyjaśnię. - Grał na czas trzymając różdżkę w pogotowiu, ale nie rzucał zaklęć. Nie chciał wywołać w tym miejscu potyczki, ale wolał mieć ja w pogotowiu, aby moc się bronic. Zaklęcie unoszące go w powietrzy będzie trwało jeszcze tylko chwilę, wiec musiał bardziej zaplanować swoje lądowanie, by nic sobie nie złamać. Musiał grać na czas, by moc zyskać czas na ucieczkę.
Lorcan podszedł do kominka, chwycił za pogrzebacz i wsadził go miedzy rozważone węgle. Axela przebiegł dreszcz niepokoju, kiedy to dostrzegł i to samo zobaczył na twarzy Melusine. Dlaczego? Uderzyła go myśl o tym, dlaczego ona bała się Lorcana, on jej nie ufał. Słyszał o nich, wiedział do czyjego domu przyszedł i po prostu nie kalkulował, że znajdzie się w ich towarzystwie w tak niefortunnej sytuacji.
- Monsieur! S'il te plait! - Pogrzebacz w dłoni czarodzieja go przerażał, musiał cos zrobić, aby wyjść z tego cało. Albo przynajmniej w jednym kawałku, bez większych urazów. - Przecież pan wie, że nie zrobiłbym niczego przeciwko panu. - Wypalił grając kartą zaufania, nie dbając o to, że w tej chwili Melusine dowie się, ze Axel i Lorcan się znali. A to co mówił chłopak było akurat prawda i nigdy nie zdarzyło się, aby Axel wymanewrował Lorcana. Dostawał od niego towar, który nie był kłamstwami. - Nie położyłem reki na niej. To nie o nią chodzi. - Co było prawdą, bo faktycznie tylko tyle zrobil, że próbował ją rozproszyć. Axel miotał się pomiędzy kłamstwem a wizją szczerości, nie chciał tracić takiego klienta, jakim był Lorcan. Była to wizja dużej straty, pieniędzy, przedmiotów i towarzystwa.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#15
Lorcan Lestrange
Akolici
Głupiec z sercem i bez rozumu jest równie nieszczęśliwy, jak głupiec z rozumem i bez serca.
Wiek
36
Zawód
Historyk; poszukiwacz artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
14
8
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
9
Brak karty postaci
29-01-2026, 20:42
O, ironio – głupcem ten, kto zaufał raz i pozostawia wciąż otwarte na kłamstwa serce.
Lestrange działał na granicy rozsądku, gdzieś w obłokach furii, która muskała pieszczotliwie policzki, niemal zachęcała do inkantacji czarów wyuczonych i wypraktykowanych w Bułgarskiej spiekocie słońca, tych pod urokiem, których ludzka dusza, zostaje skażona, a sumienie gubi się na dnie studni, której się już nigdy nie odwiedza, bo jeszcze niebacznie przypomni i wypomni zbrodnie okrutne. Ciągota ta brzmiała w ustach przyjemnie, niemal idealnie wobec tego, co odczuwał, a dyktowana emocjami, nigdy kierowanymi w towarzyszy, a zawsze we wrogów, brzmiała zachęcająco, echem krzyku boleści, twarzą wykrzywioną w niezmierzonej agonii.
Różdżka zamarła w bezruchu wymierzona w przeciwnika, który próbował odnaleźć równowagę w świecie, który właśnie wywinął fikołka. Niemal uśmiechał się na tę myśl, niemal, bo dostrzegł na policzku młodzieńca ślad karminu – dowód niezaprzeczalny, winy? Dłoń docisnęła pogrzebacz w czeluść piekielną, by żar wypełnił i rozgrzał do białości narzędzie przyszłej kaźni. Subtelność jego ruchów łączyła się z charakterystyczną i wpisaną w jego obraz siłą. Drzemiącą nie w nazwisku, lecz w ciele.
Ogień oczyszczał — myśl ta uderzyła ze śmiałością godną tej o wykorzystaniu zaklęć, tak okrutnych, tak niemiłosiernych, acz skutecznych i wyjątkowo trafnych w obliczu podobnej zniewagi. Wzrokiem jednak osiągnął postać kobiety – współwinnej temu, co zrodziło się w jego piersi. Raz jeszcze naciągnęła strunę cierpliwości; zarysowała rzeźbę opanowania; wzburzyła oazę spokoju. Bywało, że wybrykami swymi nieraz potrafiła dokuczyć, lecz zawsze później słodko odkupywała swe winy, jednak to było, coś zupełnie innego. Nie wylała kawy przypadkiem w roztargnieniu na czterystuletni dziennik wyciągnięty z niemałym trudem z pieczar ciasnych. Nie wykorzystała złotej zepsutej busoli pamiętającej czasy odkryć nowych lądów i erę żaglowców do podtrzymania papierów z umów handlowych. Nie. To były drobne nieporozumienia, które nie wpływały na ich relację, nigdy nie był małostkowy, zawsze dawał jej swobodę i pozwalał, by mogła być w pełni sobą, bez teatralnej maski.
To go zwiodło już wówczas we Francji – odeszła, gdy słowa niebaczne wypłynęły z jego ust, a może w poczuciu zaufania pozwolił sobie na ten emocjonalny gest, balansując na skraju snu i jawy?
Zacisnął zęby; uwydatniając profil głaskany czule przez światło sączące się z kominka. Gra cieni.
— Doprawdy? — cień nieprzyjemnego uśmiechu zawisł na jego obliczu, a spojrzenie w półmroku niemal czarnych tęczówek przyszpiliło ją do ziemi, na jakiej leżała. — Dziwna metoda pieszczotami i słowami zabawiać włamywacza i złodzieja. Na kolankach jego zasiadać, bez strachu — patrzył kochance w oczy i liczył w duchu, że nie zobaczy, tam wyłącznie strachu. Bo byłoby to ostatnie, czego oczekiwał i jednoznaczne z przyznaniem do win.
— Milcz, jeśli nie potrafisz powiedzieć tego, co powinienem usłyszeć od ciebie w tym akurat momencie — ostatnie spojrzenie, kontakt wzrokowy, nim wyciągnął pogrzebacz mocno zaczerwieniony. Szedł wolno, dostrzegając różdżkę wyjętą na poczekaniu przez cwanego złodzieja, lecz w jego oczach nie dostrzegał determinacji zdolnej przeskoczyć strach.
— Wisisz jak kukiełka na sznurku, aż podejdzie ktoś, kto zechce zagrać melodie prawdy — ważył słowa ostrożnie, dobierając je, tak by nie przeciągać tej żałosnej farsy. Narzędzie kaźni zatańczyło między nimi; sycząc w przestrzeni między ich twarzami, niczym żmija gotowa do ataku. — Nawiedziłeś ten dom; nie bez planu. Wiedziałeś, co tu znajdziesz i kiedy stoi pusty. — Nie pytał, wyciągał prawdę, dość oczywistą Axel mimo całej mnogości wad charakteru nie należał do grona skończonych durni. Różdżka wciąż tkwiąca jak szpada u boku pozostawała niezachwiana, a pręt w ręku kreślił linię blisko twarzy złodzieja, bez zbytniej wrogości, a z magichirurgiczną swobodą; słowa zaś płynęły dalej:— Powiesz mi od kogo masz, te informacje, a wszelkie dobra, które tu zrabowałeś, zostawisz. — Chciał wiedzieć, skąd Axel posiadał adres, dlaczego, i z jakiego powodu oaza spokoju Melusine, została sprofanowana. Martwił się o jej bezpieczeństwo i zamierzał sięgnąć po wszelkie możliwe środki, by zapobiec podobnej przygodzie, być może następnym razem, mniej przyjemnej w swym finale.
— Zrozumiałeś instrukcje? — niemal przyłożył mężczyźnie powoli gasnący pogrzebacz do karku. — Jeśli droga pani tego mieszkania odkryje, że czegoś brakuje, znajdę cię — wiedział, że zaklęcie podtrzymujące mężczyznę nie będzie wiecznie aktywne, dlatego cofnął się o dwa kroki, by ten spokojnie mógł rozpłaszczyć swe członki na drewnianym parkiecie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#16
Augustus Rookwood
Śmierciożercy
paint me as a villain
Wiek
32
Zawód
właściciel pubu, przestępca, oszust
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
5
16
OPCM
Transmutacja
7
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
15
10
Brak karty postaci
29-01-2026, 21:20
Igor mnie zabije, pomyślał Augustus beztrosko, zerkając na złoty, kieszonkowy zegarek, który otrzymał w dniu siedemnastych urodzin od swojego ojca, który dostał go od swojego ojca, a ten ponoć wykradł go goblinowi i tak dalej. Spóźniał się chyba już dobre dwadzieścia minut, ale to nie była wcale jego wina, a tej słodkiej ekspedientki w cukierni, która bezwstydnie z nim flirtowała. Gadała i gadała, a jej głęboki dekolt zdawał się rzucać nań czar tak silny, że nie sposób oderwać było od niego wzroku. Wreszcie przypomniał sobie o czekającym w Dziurawym Kotle przyjacielu, a przecież jeszcze miał jedną zaległą sprawę; wuj Rookwood prosił go o dostarczenie mu specjalnej przesyłki, której Augustus nie śmiał powierzyć sowie. Kasztan zaciekle bronił korespondencji i przenoszonych paczek, lecz sprawa była znacznie bardziej delikatny. Postanowił więc, że zajdzie do jego córki, a swej kuzynki, skoro i tak był na Pokątnej, zostawi co trzeba, nawet pod jej nieobecność, najwyżej zostawi liścik. Później postawi Karkaroffowi kolejkę, albo pięć w ramach rekompensaty za spóźnienie, którym póki co niespecjalnie się przejmował.
Wyjadając ptysie z kremem z papierowej torby wspinał się po schodach, aż wreszcie dotarł do drzwi z numerem 6. Nie pukał, nacisnął klamkę, jakby wchodził do siebie, bo już z ulicy dostrzegł światła jarzące się w oknach. Od ryknięcia na cały głos "Melusine!" powstrzymały go tylko głosy dobiegające z końca korytarza. Ostrożnie i cichutko odłożył papierową torbę z ptysiami, oblizał palce z lukru i niczym złodziej zaczął stąpać korytarzem, zaczynając się domyślać, że głosy te dobiegają z sypialni.
Dwa męskie i ten znajomy, kobiecy.
Coś było nie tak. DWA MĘSKIE? Dwa męskie głosy w sypialni jego kuzynki?! Niezamężnej kuzynki w dodatku? Oburzenie, jakie wybuchło w Augustusie, mogło równać się oburzeniu skrzatki Dewotki przyłapującej uczniów na schadzce w schowku na miotły, jakby co najmniej sam nie miał sobie nic do zarzucenia. On to jednak co innego, on był mężczyzną, a ona panną. Jeśli nie potrafiła zadbać o siebie sama, będzie musiał uczynić to on.
- A co tu się wyprawia, przepraszam bardzo? - ryknął Augustus, otwierając drzwi do sypialni tak, że uderzyły o ścianę z hukiem; w prawej ręce trzymał wyciągniętą przed sobą różdżkę, a jego spojrzenie skakało to z Melusine, to na zawieszonego za kostkę młodzieńca, to na jakiegoś elegancika, który jeszcze przed chwilą wypytywał tego wiszącego pod ścianą skąd wiedział, że dom będzie pusty. Co tu miało miejsce? Nie rozumiał. I czemu akurat w sypialni?
Bezczelnie wepchnął się pomiędzy kuzynkę, a nieznajomego czarodzieja (Lorcana), celując do niego różdżką. Tamten, póki co, wydawał się unieszkodliwiony.
- Kim ty, kurwa, jesteś i jakim prawem żeś się tu włamał?! Tylko nie mów, że jesteś ślusarzem i jesteś ślusarzem - zażądał warkliwie wyjaśnień. Przez chwilę badał spojrzeniem Melusine. - Nic ci nie jest, moja słodka? - spytał, doskonale udając zatroskanie, zanim zerknął ku wiszącemu głową w dół mężczyźnie - i dostrzegł ślady szminki na jego koszuli.
Ale to przemilczał, koncentrując znów wzrok na Lorcanie.
Wygramy, a jak nie, to przynajmniej rozwalimy kilka łbów
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#17
Melusine Rookwood
Czarodzieje
żeby był, żeby chciał być, żeby nie zniknął
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
29-01-2026, 22:23
Nie wierzyła własnym zmysłom ― przez krótką, zdradliwą sekundę była przekonana, że to jedynie przekłamanie dźwięku, drobna rysa w odbiorze rzeczywistości. Jakby powietrze między nimi źle poniosło sens słów. Nie wierzył jej. On ― w chwili, w której była boleśnie szczera, naga w intencji, próbując jeszcze wyratować sytuację na własnych zasadach, nie na kolanach, lecz w pionie godności. Coś w niej pękło; nie głośno, nie widowiskowo ― raczej jak cienkie szkło w dłoni, które kaleczy dopiero wtedy, gdy próbujesz je ścisnąć mocniej.
― Nigdy nie próbujesz zrozumieć setna sprawy, co? ― Zadźwięczał niesmak, wysoki i drażniący, gdzieś pomiędzy mostkiem a gardłem. Chciała zostać sama. Nie dramatycznie ― po prostu sama. Z ciszą, z oddechem, z możliwością rozwalenia czegoś na wióry i czynniki pierwsze, choćby w wyobraźni. Zawsze bolało. Zawsze. A przecież mówili: nie przyzwyczajaj się, nie rób sobie nadziei, nie oczekuj. Jakby serce było maszyną reagującą na zakazy. ― Krytykujecie kobiety za to, co widzicie... Putain... ― Prychnęła krótko, ostro, kiwając głową w geście, który mógł znaczyć wszystko i nic ― zgodę, odmowę, pożegnanie. Dłoń ucisnęła mocniej żerdź różdżki, aż drewno odpowiedziało niemym oporem. Błękit okowy tęczówek zdradzał zażenowanie, smutek i boleść, splecione w jedno uczucie, którego nie zamierzała tłumaczyć ani łagodzić. To nie był moment na wyjaśnienia.
Niedoczekanie. Jeśli nie chciał jej prawdy, nie dostanie już nic więcej. Stała prosto, z podniesioną głową, kobieca w swej surowości, gotowa odejść ― nie w ucieczce, lecz w wyborze. Bo czasem jedyną formą obrony jest odebranie komuś dostępu do własnej wrażliwości. I tego właśnie zamierzała dokonać. ― Jestem u siebie! I milczeć nie zamierzam...
Zdążyła ledwie unieść się do pionu, gdy znajomy głos przeciął przestrzeń niczym rozkaz ― niski, pewny, nieznoszący sprzeciwu. Tembr Augustusa nie pytał o pozwolenie; wdarł się w powietrze i natychmiast podporządkował je sobie. Szczeniak, jakby tylko na to czekał, porzucił wcześniejsze zainteresowania i z entuzjazmem podreptał za pewnym krokiem przybyłego, merdając ogonem w bezwstydnej radości. Francuzik wciąż majaczył nad głowami, groteskowo zawieszony w absurdzie własnej sytuacji, Lorcan zaś przypatrywał się całości z osobliwą uwagą, pogrzebacz w jego dłoni błyszczał jak niepotrzebny, acz gotowy argument.
Wybawienie.
― Wiszący francuz przypadkowo chciał sprawdzić, czy szczeniak jest cały... Przeczuwam, że mógł coś zwędzić, co należało do brata ― Po raz pierwszy od tak dawna poczuła wdzięczność wobec instynktu tego wielgachnego krewniaka, jego zdolności pojawiania się dokładnie tam, gdzie chaos zaczynał przechylać szalę. Westchnęła cicho, poprawiając włosy i pozwalając im opaść luźno na plecy, jakby tym gestem mogła przywrócić porządek nie tylko sobie, ale i całej scenie. ― A pan Lestrange... Nie rozumie kobiet najwidoczniej, poznajcie się ― Czas zakopać dołki. Czas pozbyć się problemów ― jednych delikatnie, innych z rozmachem. A przynajmniej tak, by nikt nie odnalazł ich zbyt prędko. Odrzuciła ciążący płaszcz na łóżko, obejmując się dwojako ramionami, odchodząc w bezpieczne miejsce. ― Cała i zdrowa, wróciłam dopiero co z Francji. Zamiast spokoju, dostałam chaos i zjazd męskiej części ulicy.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#18
Axel Devereaux
Czarodzieje
Je est un autre.
Wiek
25
Zawód
Tancerz, Złodziej, Kelner w Białej Wiwer
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
5
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
12
16
Brak karty postaci
29-01-2026, 23:26
Wisiał pod sufitem jak kukła, nie można było temu zaprzeczyć i Axel w tej sytuacji czul się beznadziejnie. Mijały minuty, a jego położenie wcale nie zmieniało się na lepsze, ba! z minuty na minutę stawało się coraz gorsze. Melusine odsunęła się, a Lorcan w tej absurdalnej sytuacji widocznie składał puzzle, aby ogarnąć umysłem nietypowa sytuację jaka zastał. Nie dziwił mu się, zwłaszcza że ma policzku Axela wciąż znajdował się karminowy ślad po ustach Mel, a to było w tej chwili jak piętno na jego skórze, które skupiało na nim całą złość obecnych w pokoju.
A gdyby tego było mało, Lorcan postanowił wyciągnąć pogrzebacz i zaczął machać nim przy twarzy tancerza. Axel widząc nadchodzący, rozpalony metal szarpnął się niekontrolowanie, osłaniał się rekami i kulił głowę do ramion.
- Przestań! - Jęknął uchylając się przed tańczącym wokół niego gorącym metalem. Czul na sobie temperaturę przedmiotu i wcale nie podobało mu się, że było tak bardzo blisko niego. Jego twarz była zagrożona, wizja obrzydliwych blizn, które mogłyby powstać sprawiła, że zadrżał zlękniony.
Lorcan dobrze wyciągał wnioski, trafiając w sedno dzisiejszych wydarzeń. Axel nawet nie zaszczycił go potwierdzeniem, bo takiej potrzeby faktycznie nie było. A wizja bólu i naznaczenia bliznami przerażała chłopaka, tak że ten miotał się pod sufitem próbując unikać spotkania z pogrzebaczem.
Lestrange chciał poznać, kto był zleceniodawcą Axela i skąd znal ten adres. W tym fachu ważne było pewne zaufanie, zdradzenie klienta było często równoznaczne z wypisaniem na siebie listu gończego w półświatku i gdyby teraz zaczął sypać przy świadkach, pewnie niedługo by potrafiła jego kariera na Nokturnie.
Pogrzebacz znalazł się niebezpiecznie blisko jego skóry, gorąc był nie do zniesienia, ale Axel coraz mniej się szarpał, bo doprowadziłoby to niechybnie do kontaktu z gorącym metalem.
- Zabierz to, zrozumiałem.... - Wyjęczał, a po chwili faktycznie pogrzebacz odsunął się do niego i Lorcan również zrobil krok w tył. I może by nie było tak źle w całej tej sytuacji, gdyby nie tubalny glos, który na raz poniósł się po całym pomieszczeniu. Axel obejrzał się dostrzegając rozległ mężczyzne i aż go zmroziło na jego widok. Z tym nie mial żadnych szans, jeśli ten postanowi chociażby go złapać w swoje wielkie łapska. Szybka kalkulacja szans, rzut okiem na torbę i okno. Powoli rownież czul, jak zaklęcie zaczyna słabnąć i zaraz spadnie na podłogę. Musiał to jakoś zaplanować, czy po prostu wykorzystać moment spadania i skupić się na ucieczce, czy jednak próbować ratować łupy a potem dopiero uciekać.
Axel oderwał się od sufitu, przez chwile mogłoby się wydawać, że spadnie na kark, ale finalnie udało mu się obrócić odrobine w powietrzu i wylądować na przykucu podpierając się rekami o podłogę.
Wykorzystując sytuację, że wkurzony przybysz skupił swoją uwagę na Lorcanie, Axel skupił się na pewnym adresie, który niedawno został mu przekazany przez przyjaciółkę z dzieciństwa. Zwizualizował sobie jej pokój, gdzie ostatnio rozmawiali i zapewniała go, że pomoże mu w każdej sytuacji, choćby musiał uciekać przed kimkolwiek.
Serce dudniło mu jak szalone, nagły obrót i zmiana położenia sprawiły, że szumiało mu w głowie. Przycisnął do siebie torbę, w dłoni zaciskał różdżkę i w tej beznadziejnej sytuacji starał się skupić całą swoja siłę woli na tym, by przenieść się do miejsca, które widział w wyobraźni, a które leżało kilka ulic stąd, w Londynie w Vauxhall Road 119/4. Zaciskając oczy po chwili pochylił się w bok i wyglądał jakby zaraz mial runąć na ziemię, by po chwili znikać w akompaniamencie trzasku teleportacji, której skutków na szczęście nie musiał znosić.

Rzut na rozszczepienie: 5 Uniknąłem skutków.

Axel zt
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#19
Lorcan Lestrange
Akolici
Głupiec z sercem i bez rozumu jest równie nieszczęśliwy, jak głupiec z rozumem i bez serca.
Wiek
36
Zawód
Historyk; poszukiwacz artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
14
8
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
9
Brak karty postaci
30-01-2026, 00:30
Zazdrość zaślepiała, była kurtyną, która nie tylko odbierała wzrok, ale i zdrowy rozsądek. Czuł wewnętrznie irytację, czającą się na dnie piersi furię dzikiego zwierza, które pragnęło wyswobodzenia. Zapominając w tym wszystkim o tym, jak Melusine na niego działała – nie chciał, aby oglądała tę paskudną – pogardy godną wersję mężczyzny, choć czasem wypływały z nas najgorsze winy, tak dysonans emocji, które poczuł kotłowały się w nim i uderzały z siłą kowalskiego młota. Wywołując, coś więcej, niż złość, bo znacznie gorszego – to był autentyczny strach.
Nie bał się śmierci; nie bał się cierpienia fizycznego, a bał się odrzucenia.
Wyraz złości ulatywał z oczu i twarzy, mięśnie szczęki powoli się rozluźniały. Tak wiele rzeczy wydarzyło się w ciągu tych kilku sekund – miał na wyciągnięcie ręki złodzieja w postaci zaufanego informatora; słowem, nieprzyjemny i odpychającym uraczył kobietę, dla której przyniósł bukiet białych róż; a na samym końcu tego spektaklu doszedł rosły mężczyzna, który zażegnał cały ten teatrzyk.
Westchnął ukradkiem, celowo odkładając pogrzebacz na miejsce, czuł, że choćby zachwianie tego elementu w przestrzeni pomieszczenia mogło skutkować dodatkową porcją irytacji u panny Rookwood. Odpuszczał sobie to, bo nie zamierzał więcej przykrości jej sprawiać. Najwidoczniej nie zrozumieli swych słów na arenie nerwowości. A teraz? Teraz było na to wszystko za późno, bo błądzenie w tym bagienku na oczach dodatkowego widza, było ujmą na jej czci.
Z niechęcią patrzył, jak Axel znika; zgarnia torbę, która była istotą tego problemu i przekleństwem zaślepienia Lorcana, który wierzył pokrzywdzonej, ale niesiony sadystycznym pragnieniem chciał wyciągnąć ze złodzieja, jak najwięcej, tym samym odrzucając emocje, które kochanka wypowiadała, tak szczerze? Czasem, bywały momenty, gdy jej nie rozumiał.
Chciał się śmiać – z goryczy z zaistniałej sytuacji; długo i kwaśno.
Milczał, jednak zrezygnowanym wzrokiem przeczesując przestrzeń pomieszczenia i napotykając pieska – uroczą istotę, która była świadkiem tego wszystkiego, aż wzdrygnął się na samą myśl, do czego tu dochodziło. Lecz nie kalkulował; nie myślał i nie roztrząsał, czy posunąłby się dalej.
Wiedział, że jeśli szło o tę kobietę, był nieobliczalny.
— Lorcan Lestrange — wyprostował się dumnie, niemal machinalnie. Jakby sama formułka szkolona od dziecka tak mocno zakorzeniła się w jego umyśle, iż nie potrafił odstąpić od tego. — Uraziłem honor, pańskiej jak się domyślam; krewnej. Za co przyszedłem przeprosić, to było nieadekwatne zachowanie, względem sytuacji. — Patrzył na ślady zniszczeń w pomieszczeniu, kątem oka szukając sylwetki kochanki. Lecz poniechał tego, by nawiązać z nią kontakt wzrokowy.
Mężczyzna przed nim miał niemal za równego sobie wzrostem, dopiero teraz uważniej przyjrzał się jego twarzy. I z naturalnym sobie spokojem dodał: — Zastałem złodzieja i ruszyłem w obronie — słowa niechętnie wychodziły na usta; grzęzły w trzęsawisku emocji zalegających gulą żalu na sercu. Ale nie pozwoli sobie na słabość.
— Przepraszam za najście, Panno Rookwood. Do widzenia panu. — Skinął głową, kobiecie, a następnie wyszedł z mieszkania, w którym bywał tak często w ostatnich tygodniach.

Lorcan zt
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): « Wstecz 1 2


Skocz do:

Aktualny czas: 02-02-2026, 10:40 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.