Błyskawicznie dostrzega tę niepasującą do otoczenia istotę, jedyną napiętą i niepewną, zapewne myślącą, że poza nią w Dotyku Wili nigdy nie postawiła stopy żadna kobieta. One zawsze tak myślą. Ze światem jest coś nie tak, skoro pozwolił czarownicom wierzyć, że nie mają prawa zaglądać do burdeli, skoro robią to ich mężowie, ojcowie i synowie.
Nie od razu poznaje Daniela. Pewnie gdyby odwiedzał burdel jako klient byłoby inaczej, bo mężczyźni często przywiązują się do konkretnej dziewczyny, ewentualnie młodzieńca, jak do zwierzęcia wytresowanego w szacunku do ich preferencji. Może jest w tym cząstka prawdy, pewnie tak, ale Maelle nigdy nie myślała o sobie w taki sposób, być może w kruchej obronie ostatniego poczucia własnej wartości.
Po jej skórze biegną dreszcze ekscytacji, więc odchyla głowę i posyła Ambrose'owi szeroki uśmiech, póki jej uwagi nie przykuwa gwizd, kolejny element życia, z którym zdążyła się oswoić; zamiast pieklić się jak towarzyszący jej blondyn, puszcza oczko mężczyźnie, na którego ten warknął obronnie. To takie... dziwne.
Jej spojrzenie osiada na łagodnych rysach długowłosego czarodzieja, na czekoladowych oczach nakrytych nieco napiętymi brwiami, na sylwetce podnoszącej się z kanapy, smukłej i zaskakująco niskiej. Przy policyjnym partnerze musi wyglądać komicznie albo żałośnie, ale Maelle nie daje po sobie poznać istnienia tej myśli, wręcz przeciwnie: na jej ustach rozlewa się aksamitny uśmiech, pierwsze kuszenie, mające za zadanie zburzyć mury, którymi chce otoczyć się Titus.
Kłąb dymu pasuje kolorem do wyziewów z komina z kamienicy naprzeciwko; potem zwraca czarodziejowi używkę, zanim ten odchodzi w kierunku koca i układa się na prowizorycznym posłaniu. Maelle pozostaje w miejscu, ogląda miasto w ekstazie między "przed" i "po", aż przez jej twarz przemyka cień uśmiechu pod wpływem jego pytania.
Teoretycznie wie, że Flint porusza kwestię wiary, ponieważ na swój sposób próbuje jej pomóc, może też ostudzić i urealnić entuzjazm odbierający rozsądek, jednak ćwierćwila teraz tego nie potrzebuje. Ach, czy aby na pewno? Może właśnie to stoi za prośbą, żeby poszedł z nią akurat Leopold, nikt inny - bo on jako jedyny lub jeden z nielicznych troszczy się o nią na tyle, by podarować trzeźwiącą gorycz prawdy.