• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Londyn, al. Śmiertelnego Nokturnu 88/10 > Salon
Salon
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
27-08-2025, 21:58

Salon
Salon spełnia kilka funkcji - od jadalni, przez gabinet, po miejsce upragnionego wypoczynku. Obok okna z ciężkimi firankami i stolika, majaczy stara komódka z przeszklonymi drzwiczkami; ustawiono na niej zegar, obok znajdzie się jeszcze wyschnięte kwiaty w wazonie, których nikt od dawna nie wymienił. W rogu, nieco w cieniu, znajduje się niedużych rozmiarów kominek, wnoszący trochę ciepła do chłodnego pokoiku. Na dywanie niechlujnie stoją dwa krzesła, jakby ktoś przerwał rozmowę i wyszedł tylko na chwilę, choć w rzeczywistości przez większość dnia dom milczy, nie oglądając w swoich murach ani jednej żywej duszy.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (2): « Wstecz 1 2
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Drew Macnair
Śmierciożercy
the only way to get rid of temptation is to yield to it
Wiek
32
Zawód
zaklinacz, namiestnik Suffolk
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
0
40
OPCM
Transmutacja
14
2
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
12
2
Brak karty postaci
19-01-2026, 19:15
Płynąca z listu enigmatyczność nie wzbudziła mej ciekawości, lecz swego rodzaju obawy, bowiem Igor nie zwykł nalegać na natychmiastowe spotkanie, zwłaszcza w swym nowym mieszkaniu, którego kątów – co zabawne – do tej pory nie miałem nawet okazji zobaczyć. Znałem Śmiertelny Nokturn jak własną kieszeń i zapewne niewiele różniły się one od okraszonych ponurą aurą mroku oraz wilgoci wnętrz, które widywałem tam przez lata, urządzonych podobnie i równie niechętnych wobec obcych spojrzeń. Dlatego mogłem dziwić się tej decyzji, wiedziony urażoną dumą mogłem karcić milczeniem tudzież pozornie niechętną postawą, jednakże gdzieś w głębi siebie starałem się zrozumieć. Porzucić priorytet własnych celów i nieustannie kiełkujących ambicji byle zacieśniona relacja nie uległa nagłemu nadszarpnięciu, które nieść za sobą mogło poważne w skutkach konsekwencje. W istocie, zapewne odwracalne, lecz obydwoje znaliśmy wartość zaufania, podobnie jak jego kruchość, bowiem niekiedy jeden czyn stanowił o rysie w litej skale, z pozoru nieznacznej, lecz wystarczającej, by podważyć jej trwałość.
Twarz mimowolnie ozdobił kpiący uśmiech, gdy stopa ledwie przekroczyła progi nadszarpniętego zębem czasu korytarzu kamienicy, a nadkruszony gzyms zniknął z zasięgu wzroku wraz z cudem trzymającym pion lokalnym rzezimieszkiem. Pewnie gdybym dłużej mu się przyjrzał rozpoznałbym zmęczone alkoholem lico wszak nie tak dawno byłem poniekąd odpowiedzialny za tenże stan większości okolicznych. Daleki byłem od sentymentów i próżno szukać we mnie skłonności do rozpamiętywania dawnych epizodów, jednakże trudno było zaprzeczyć, że to właśnie tutaj wszystko wzięło swój początek - w zadymionym barze, gdzie więcej spraw załatwiało się szeptem niż słowem, a pierwsze kieliszki rzadko bywały jedynie pretekstem do rozmowy.
Zanim bezceremonialnie wszedłem do środka – czego zresztą życzył sobie sam gospodarz – nasłuchiwałem jakichkolwiek niepokojących dźwięków. Różdżka, choć nieustannie spoczywająca w kieszeni płaszcza, zdawała się nieznacznie pulsować, jakby wyczuwała rosnące napięcie i wzmożoną czujność. Nie dosłyszałem jednak niczego wskazującego na bezpośrednie zagrożenie, więc szybkim ruchem nacisnąłem klamkę i wkroczyłem wgłąb mieszkania.
Wzrok pomknął wpierw ku mężczyźnie, którego trudno było nie rozpoznać z fotografii, jakich Igor miał w swych zbiorach wiele, a następnie zatrzymał się na spoczywającej na stole butelce. Kpiący uśmiech nie opuszczał warg nawet wtedy, gdy skrzyżowałem spojrzenie z młodym Karkaroffem - nawet wtedy, gdy złość zdawała się kiełkować i próbować zawładnąć nonszalanckim krokiem. Oparłem się barkiem o framugę drzwi i skrzyżowałem ramiona na piersi starając się zrozumieć, co właściwie miało miejsce. -Urocza rodzinna kolacja?- uniosłem pytająco brew. -Zabawniejsze byłoby ostatnie namaszczenie- rzuciłem przenosząc wzrok z powrotem na Yavora. -Ach, gdzie moje maniery- zaszydziłem. -Wychodzisz już, czy trzeba ci pomóc?- zapytałem spokojnie, pozwalając, by ostatnie słowo zawisło w powietrzu dłużej, niż było to potrzebne.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Igor Karkaroff
Śmierciożercy
his eyes are like angels
but his heart is cold
Wiek
24
Zawód
przedsiębiorca, zaklinacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
25
OPCM
Transmutacja
14
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
14
15
4
Brak karty postaci
25-01-2026, 01:37
Wiele lat musiało minąć, by słabość przekuł w siłę, by wątpliwość okiełznał pewnością, a z popełnionych błędów wyciągnął wreszcie wartościową lekcję. Wiele doświadczeń skazać musiało jego skórę, by jej brzydki, upstrzony bliznami wierzch, stał się wygodnie niecharakterystyczny, a przy tym ― zaskakująco pociągający. Miły dla oka, zarazem ekscytujący w dotyku; pachnący aksamitną satyną, zarazem pobrzmiewający wyrazistą szorstkością.
Bo, tak po prawdzie, zaledwie tego jednego, w rzeczywistości, nauczono go tam, w rodzinnym domu zbudowanym z surowości i dyscypliny; tego jednego przystosowania. Intratnej dla jego reputacji zmiennokształtności, raz to wpychającej w usta słowa żywcem wyciągnięte z rynsztoku, raz to naznaczone zaś wykwintną elokwencją, by w jeszcze innej okoliczności złączyć obydwa w charakterze podłej perswazji; intratnej dla jego teraźniejszości plastyczności, w wybranych momentach nasycającej go zamiennie cechami mężczyzny i kobiety, kata i ofiary, winnego i niewinnego; intratnej dla jego przyszłości łatwości w adaptacji, drogą której najpierw zjednywał łagodnością, by w konsekwencji móc wreszcie despotycznie rządzić. Natura nie obdarzyła go twardą pięścią zamykającą usta, los nie nadał mu także odgórnie roli lidera, więc o swoje miejsce w tym pochodzie walczyć musiał sam, na własnych , nieco być może zagmatwanych, zasadach.
I zdawało się właśnie, że triumfował.
Triumfował przed niespełna tygodniem, gdy matka padała przed nim na kolana służalczo oddając się jego woli, a przy tym poddańczo zezwalając mu na wymierzenie jej stosownej dla popełnionego czynu kary. Triumfował i teraz, gdy w szarych tęczówkach dla trwogi nie było już miejsca, a on bezwstydnie dyktował ― jakże wybredne ― warunki własnemu ojcu.
Triumfować miał jeszcze za tydzień, dwa, trzy i cztery, gdy na pergaminie spłyną słowa przyzywające go tęsknotą z powrotem do domu; gdy na papierze zastygnie widmo skruchy rozżalonej Iriny; gdy pomiędzy gestem tym czy tamtym znowuż to wkupi się w łaski kolejnego istnienia, byleby tylko pojmać je na własność w pozornie beztroskim zaufaniu, sympatii i oczekiwanej normalności.
― Tym właśnie ― szczerością ― różnię się od ciebie i matki ― zauważył lakonicznie, oparłszy się wygodniej w wysłużonym fotelu; drobinki kurzu falowały w powietrzu, najpewniej zmącone przez napięcie padających tu kolejno słów ― bo wiele z nich przypominać zaczynało z wolna sądową rozprawę, swoiste wyliczenie grzechów oskarżonego przez oskarżającego, choć wyrok znany był jeszcze przed jej rozpoczęciem. ― Nie przesłyszałeś się ― dopowiedział prędko, gdy te same sylaby raz jeszcze wypełniły przestrzeń, tym razem jednak z ust niedowiarka; ściskana w ręku różdżka gotowa była pozbawić go drogi ucieczki, narzędzia ataku i samoobrony, jedynego najpewniej orężu nonszalancji podobno to gnijącego pod tonami ziemi Yavora Karkaroffa, ale jej koniec nie miał powodów, by drgnąć choćby przez moment.
A on ostatecznie zrozumiał, że choć skromny salon zajmowali teraz tchórze o tym samym, starszym i młodszym, wizerunku, ten stojący naprzeciw tym razem nie zamierzał skapitulować.
― Nie ufam ci. Nie wierzę pustym obietnicom ― powaga wkradła się pomiędzy rysy twarzy, ramię symbolicznie ścisnęło ramię, gdzieś nawet przemknął cień nikłego porozumienia, jeszcze nieprzypieczętowanego tym, co napełniałoby go pewnością ― że może go do siebie dopuścić, że może pozwolić mu podążać ścieżką Grindelwalda, gdy oni niezmiennie czynić będą swoje, po drugiej stronie barykady.
Krótki list pofrunął w eter, wzywając zwyczajowego powiernika tej tajemnicy; i nie czekali na niego długo, ledwie tyle, ile zajęło dokończenie skromnej butelki przywiezionej z ojczyzny rakiji, okraszone oszczędną rozmową, w której pozwolił sobie pytać. Dowiadywać szczegółów z ostatnich lat, zasięgać słowa o prawdzie, która wygnała go z Bułgarii i do reszty skreśliła w Związku Radzieckim; zrozumieć, dlaczego nie podzielił się śladem tych planów z żoną, ani dlaczego nie pozostawił dla nich obydwojga bodaj żadnej wyraźnej wskazówki, że całość bliska jest prędzej rozgrywanej na scenie farsie, niźli druzgocącej rzeczywistości. W innym wypadku być może pozostałby tam na dłużej, w odmiennej sytuacji być może zawalczyłby o majątek, który ten musiał pozostawić bez mianowania dla niego zasłużonego następcy.
― Przyszedłeś ― wybrzmiało w końcu, jako to nieme podziękowanie, gdy w progu pojawiła się znajoma twarz; na jego własnej wykwitł nawet leciwy uśmiech, to ciche oznajmienie ulgi, że jego prośba nie została zignorowana. ― Drew, dość. On zostaje. I ty też ― dodał od razu, nie siląc się na manieryczne przedstawianie ich sobie w zawiłych uprzejmościach; zamiast tego powstał z siedzenia i wymownie zasugerował ojcu spojrzeniem uczynienie dokładnie tego samego. ― Wyciągnij różdżkę. Potrzebuję cię jako Gwaranta ― enigmatycznie objaśnił kuzynowi, stając naprzeciw Yavora i w jego stronę też wyciągając prawą dłoń.
Przysięgnij.
― Czy ty, Yavorze Karkaroff, przysięgasz, że nigdy, pod żadnym pozorem, nie skierujesz swojej różdżki przeciwko mnie, mojej matce oraz tym, których uznałem za swoich bliskich? ― tu zatrzymał się na moment, po czym kontynuował: ― Czy przysięgasz, że będziesz strzegł bezpieczeństwa mojej rodziny z taką samą gorliwością, z jaką strzeżesz własnych interesów, i nie dopuścisz, by stała im się krzywda z twojej ręki lub z twojej przyczyny? ― I tak głębszy oddech stworzył wstęp dla ostatniego pytania, a palce zacisnęły się mocniej na ramieniu. ― Czy przysięgasz, że więzi krwi staną się twoim najwyższym zobowiązaniem, którego nie złamiesz dla żadnej korzyści, celu ani ambicji? ― Nawet dla Grindelwalda zastygło niewypowiedziane, ale słowa przyrzeczenia i jego formuła pozostawały jasne.
Przysięgnij.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#13
Yavor Karkaroff
Akolici
Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąć, wiecznie czyni dobro.
Wiek
47
Zawód
Przedsiębiorca, rzemieślnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
0
30
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
6
6
3
Brak karty postaci
28-01-2026, 20:27
Dwojako był wielce ukontentowany obrotem sprawy i dwojako zagotowany, że dał się napastliwemu szczeniakowi obejść jak stare paszczydło ― takim, które w Rosji usuwał z krajobrazu bez ceremonii, za zdradę, za zbyt głośny oddech, za samo istnienie. Ironia losu miała dziś krzywy uśmiech: jedyna latorośl nosiła w sobie więcej bułgarskiego sznytu, więcej zimnej kalkulacji i rodzinnej bezczelności, niż on sam gotów był kiedykolwiek przyznać. Głupiec ― pomyślał ― bo głupcem bywa ten, kto sądzi, że krew da się wychować do posłuszeństwa.
Wściekłość oblekł w maszkaron śmiechu, ten sam, którym zwykł przykrywać rachunki sumienia i inne drobne niedogodności. Odwrócił się od zajętego juniora, skrzętnie kaleczącego papier kolejnymi zdaniami listu, i z tą samą starannością, z jaką kiedyś podpisywał wyroki, sięgnął po fajkę. Rytuał musiał być zachowany; wyrok smakuje lepiej, gdy poprzedza go dym i chwila ciszy. Wieczysta przysięga ― prychnął w myślach ― też mu coś. Ludzie składają je z taką łatwością, jakby jutro miało nie nadejść, a jeśli nadejdzie, to na cudzym karku. Pokryjomu podsunął różdżkę pod dłoń, niby odruch, niby kaprys starego człowieka, a w istocie trzeźwa ocena sytuacji. W tej ruderze nie ufał nikomu: ani młodemu, ani ścianom, ani skrzypiącej desce pod buciorem, która zdradzała więcej, niż powinna. Bezpieczeństwo było tu pojęciem względnym, a on nigdy nie lubił względności ― preferował rozwiązania ostateczne.
― Zbytek łaski ufać komukolwiek... ― Zaciągnął się dymem, pozwalając, by gorycz osiadła na języku. Tak, był zadowolony: sprawa toczyła się po jego myśli. I tak, był wściekły: bo myśl ta nie była wyłącznie jego. Właśnie to bolało najbardziej ― że ktoś młodszy nauczył się czytać między wierszami, a może nawet dopisywać własne. Cóż, pomyślał z suchym rozbawieniem, świat zawsze należał do tych, którzy potrafili udawać głupców lepiej od reszty. ― Myślisz, że z matką ufamy własnemu odbiciu?
Gdzieś po drodze dogorywania w ciszy ― pomiędzy jedną a drugą kolejką rakiji, między wybrednym obrzucaniem się ciosami szarego spojrzenia ― doszedł go trzask. Taki nie z kategorii dramatycznych, raczej ten irytujący, zdradzający brak manier i wyczucia chwili. Ach. Brakowało trzeciego ogniwa, świadka tej jebutnej przysięgi, i oto los, jak zwykle spóźniony, postanowił uzupełnić skład. Zaciekawiony zerknął jedynie w stronę drzwi. Obcy stał tam bez wstydu, z miną, która próbowała udawać pewność siebie, a w rzeczywistości ociekała perfidną manierą. Angielskie krzywizny twarzy ułożyły się w coś, co boleśnie przywiodło mu na myśl Irinę ― ten sam fałsz podszyty przekonaniem o własnej wyższości. Ech. Jakże nienawidził Anglików, do ostatniej kropli goryczy drapiącej gardło; nienawiść prosta, uczciwa, bez filozofii.
― Rodzinny zjazd imigrantów na obczyźnie, nic wielkiego ― wzruszył ramionami dość dumnie, jakby wybijając się z letargu całej farsy. Wstał jak gdyby nic, powoli, z tą starczą ekonomią ruchów, która mówiła więcej niż groźby. Spojrzenie pozostało beznamiętne, zimne, jakby patrzył na mebel ustawiony nie w tym miejscu. Zadarł łapska na tors ― niezbyt prowokacyjnie, raczej znużony, jakby dawał światu jeszcze jedną szansę, by się nie skompromitował. Durnie... ― Chyba prawdą jest, że angielscy panowie bez zaproszenia czują się... urażeni? Zaczynajmy.
Czegoż mógł chcieć ten knypek. Zmrużył wejrzenie, jakby chciał odcedzić sens z tej sylwetki, ściskając przedramię syna w geście aż nazbyt czytelnym — sugestywnym, twardym, niemal dydaktycznym. Tamten odpowiedział spojrzeniem tym samym, lustrzanym w swej bezczelnej dojrzałości; dwojako patrzyli na siebie, jakby mierzyli ciężar własnych błędów. Niesmak osiadł mu na języku; psuło to plany, rujnowało rytm, który miał być prosty i przewidywalny. Może nawet bardziej, niż byłby gotów przyznać. Cóż, los miał poczucie humoru niskich lotów. Wtedy zaczęła się farsa. Srebrna nić wyłoniła się posłusznie, splatając dłonie tak odmienne — jedne naznaczone latami i grzechem, drugie świeższe, ale już skażone ambicją. Spojrzenia, o dziwo, były równie dumne; dumny patrzył na dumnego, jakby to miało cokolwiek ułatwić.
― Przysięgam... ― mruknął, tonem równie zobowiązującym co znudzonym, jakby właśnie odczytywał kolejny wyrok śmierci. Przysięgam dowiedzieć się, kto na tym szarym padole zasługuje na miano Tobie bliskiego. Nie z ciekawości, bynajmniej; raczej z zawodowego obowiązku i lekkiej potrzeby porządku w świecie, który porządku nie znosi. ― Przysięgam ― Przysięgał dalej, już z cieniem uśmiechu, że w snach będzie sobie ich rozkładał na części pierwsze ― każdego z osobna, metodycznie, bez pośpiechu ― i wyobrażał cierpienie, jakie przychodzi naturalnie wraz z popełnianiem błędów. Błędów głupich, krótkowzrocznych, takich, które aż proszą się o konsekwencje. Ot, pedagogika bólu w wersji rozszerzonej. ― Przysięgam.
Miał też na uwadze fakt zobowiązania; przysięga nie była przecież zaproszeniem do własnej śmierci. Do niej mu się nie spieszyło, miał jeszcze rzeczy do zobaczenia i ludzi do rozczarowania. Uśmiech dopełniał całości ― suchy, nieprzyjemny ― bo boleść nie musiała przyjść z jego dłoni. Wystarczyły burzliwe czasy, ludzie o zbyt długich językach i świat, który sam z siebie ochoczo doprowadza sprawy do końca.
Przysięgał szczerze jedno, nie tknie nikogo z nich... Osobiście.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#14
Drew Macnair
Śmierciożercy
the only way to get rid of temptation is to yield to it
Wiek
32
Zawód
zaklinacz, namiestnik Suffolk
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
0
40
OPCM
Transmutacja
14
2
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
12
2
Brak karty postaci
05-02-2026, 14:06
Gdyby duma była cieczą, stary Karkaroff siedziałby w jej kałuży; wciąż zadowolony, niezmiennie niestrapiony własnym postępowaniem, głuchy na poczucie winy i zbyt wyrachowany, by przed własnym synem przyznać się do błędu. Tym samym, którego porzucił. Tkając intrygę, z pewnością założył podobne skutki, a jeśli tego nie przewidział – musiał być skończonym idiotą.
Jakim kłamstwem dziś go karmił? Jak przedarł się przez barierę niechęci i wrogości? Butelką bułgarskiej berbeluchy, mającej przywołać wspomnienia? Zdawał sobie sprawę, że Igor na palcach jednej ręki zliczyłby te dobre? A może owa duma rozlała się po jego umyśle, zatapiając to, co jeszcze w nim myślało trzeźwo i chłodno, więc był przekonany, że takich chwil było bez liku, a lata spędzone na wschodnich ziemiach należały do najszczęśliwszych w krótkim życiu młodszego Karkaroffa?
-Bułgarscy panowie najwyraźniej nawet go nie potrzebują- odparłem na słowa Yavora, obserwując każdy z jego leniwych ruchów. Był mi obcy, nie znałem jego przyzwyczajeń, lecz jeśli na co dzień poruszał się z podobną ociężałością, nie dziwiło mnie, że podróż do Anglii zajęła mu tak wiele czasu. -Nie dałeś mi wyboru, treść listu nic nie zdradzała- odparłem kuzynowi tonem pozbawionym charakterystycznej ironii. Nie miałem żalu o braku zdradzenia powodów nagłej prośby wszak mogliśmy na sobie polegać i rad byłem, że o tym pamiętał.
Uniosłem otwarte dłonie na wysokość klatki piersiowej w geście rezygnacji – szanowałem jego decyzję, bowiem nie tylko był to jego dom, ale przede wszystkim to on przewodził dzisiejszemu spotkaniu. Całość najwyraźniej miała do czegoś doprowadzić, pozostawało pytanie do czego. Prawda wyszła na jaw szybciej niżeli się spodziewałem; bez zasad i manier, bez zbędnego odwlekania nieuniknionego.
Potrzebuję cię jako Gwaranta; słowa te zdawały się nie docierać do mnie przez dłuższą chwilę. Wbiłem w niego spojrzenie szukając odpowiedzi na rosnące wątpliwości, ale nie ujrzałem w szarych tęczówkach nic więcej poza pewnością i pragnieniem przechylenia szali na swoją stronę – poza utęsknioną kontrolą graniczącą z zemstą. Słodką, acz gorzką zarazem. Plan ten zrodził się wcześniej i dopiero dziś miał zebrać plony, czy też był wolą przypadku i przyparcia do muru kolejnym stekiem bzdur płynących pomiędzy fałszywym żalem, a jeszcze bardziej obłudną tęsknotą?
Ruszyłem wolno przed siebie i zatrzymawszy się pomiędzy mężczyznami sięgnąłem po orzechowe drewno. W głębi siebie wiedziałem, że rozsądniejszym było wypowiedzieć niewybaczalne zaklęcie, niżeli niewerbalne słowa wiążącej po kres inkantacji, jednak byłem ledwie daleką formacją w tejże wojnie. To oni – to Igor stał w pierwszej linii, on narażony był na pierwszy ogień i stanowił jednocześnie o przywództwie i armatnim mięsie. Jego głos miał się nieść, jego wola miała zostać spełniona, nawet jeśli na jego miejscu postąpiłbym inaczej.
Oparłem kraniec różdżki o splecione dłonie, pozwalając, by wypełniająca mnie magia przybrała postać szkarłatnej linii i z każdym wypowiedzianym przysięgam zaplatała się w kolejny zamknięty okrąg. Trzy pobłyskujące kręgi, rozciągające się wzdłuż palców i przedramion, znaczenie miały oczywiste – były pieczęcią obietnicy, której nie sposób było cofnąć. Ale ich sens sięgał głębiej. Były jednocześnie symbolem upadku; nie nagłego i spektakularnego, lecz powolnego, moralnego rozkładu człowieka, który nie potrafił zasłużyć na zaufanie własnego syna. Człowieka, który ponad wszystko stawiał siebie – własną wygodę i iluzję kontroli – a potem najpewniej miał czelność udawać, że zdrada była tylko nieporozumieniem, a porzucenie aktem konieczności.
Opuściłem różdżkę dopiero wtedy, gdy ostatni z kręgów zastygł w nieruchomej formie. Magia osiągnęła punkt, z którego nie istniała już żadna droga powrotu. -Przysięga została zawarta- wypowiedziałem spokojnie, bez nacisku, bez triumfu. Wtedy uzmysłowiłem sobie jedno – Yavor naprawdę dał mi lekcję, bowiem nigdy nie pozwolę, aby Walden miał takiego ojca.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): « Wstecz 1 2


Skocz do:

Aktualny czas: 10-02-2026, 07:51 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.