• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Walia > Cardiff > Morska knajpa "The Packet”
Morska knajpa "The Packet”
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
15-06-2025, 16:24

Morska knajpa "The Packet”
Tuż przy nabrzeżu, gdzie cumują stare barki i portowe dźwigi skrzypią na wietrze, stoi „The Packet” – pub, który z dużym prawdopodobieństwem gościł większą ilość marynarzy niż cała Walia. Wnętrze ciemne, pachnące dymem, z pokładowymi lampami i stołami z wypalonymi znakami. Nikt nie pyta o nazwiska. Bywalcy znają się z widzenia lub z niejednej wspólnej, morskiej historii, które powtarza się między tymi ścianami tuzin razy. Na ścianach zdjęcia statków bez podpisów, a za barem stoi ulubiona beczka rumu. Mówi się, że każdy port ma swój pub. Ale „The Packet” nie jest portowy – on jest portem samym w sobie i z całą pewnością trudno z niego wypłynąć.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (3): « Wstecz 1 2 3
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#21
Keith Croft
Akolici
Wiek
23
Zawód
Pracownik restauracji
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
9
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
6
Siła
Wyt.
Szybkość
10
8
8
Brak karty postaci
24-01-2026, 14:05
Croft jeszcze kilka lat temu nie miał specjalnie żadnego celu w życiu. Kiedy skończył szkołę, z raczej marnymi wynikami, ojciec dał mu ciepłą, niewielką, posadkę w swojej firmie. Miał zarządzać i pilnować magazynu w Cardiff, to właśnie tak tutaj trafił. Nie miał jednak wtedy większych ambicji, takie spokojne życie mu odpowiadało. Wszystko jednak zmieniła śmierć staruszka. To właśnie wtedy, kiedy w końcu wrócił do Cardiff po krótkiej przerwie, dostał dach nad głową i pracę, postanowił, że jeśli tylko będzie miał siły, będzie pomagał innym. Nie wiedział z początku jak, jednak okazało się, że miał smykałkę do roślin, a starsza pani Lian wprowadziła go w tajniki ziołolecznictwa i stuki tworzenia maści. Jednocześnie znalazł też poniekąd swoje powołanie, chciał zostać uzdrowicielem i chociaż wiedział, że bez studiów nigdy nie będzie kimś wielkim, to jednak chciał spróbować. Niedawno nawet znalazł nauczyciela, który zgodził się go wprowadzić tajniki magii leczniczej, więc chłopak był dobrej myśli. Kiedy dołączył do Akolitów, początkowo może i pchnięty impulsem i osobistymi niechęciami, znalazł kolejny cel, a jednocześnie poczucie, że w końcu gdzieś należy. Nawet nie wiedział, że tego mu w życiu brakowało i chociaż nie wiedział jeszcze co przyniesie przyszłość, wiedział, że chce brać w niej udział na tyle na ile potrafi.
- Nie? - uniósł brew ku górze - No to mega ci zazdroszczę, naprawdę. Choroba morska to straszne cholerstwo. Mam kilku znajomych, którzy pływają i czasami zapraszają mnie na swoje łajby kiedy cumują w porcie, nie odmawiam, ale jest to dla mnie udręka. - pokręcił głową z rozbawieniem pociągając kolejnego łyka z kufla - Nie mam pojęcia, może to kwestia odpowiednio dużych fal. - dodał z uśmiechem - W zasadzie to nie za dużo podróżowałem, chyba, że liczymy moje podróże między Cardiff, a Londynem. Pracowałem swojego czasu w ojcowskiej firmie transportowej i zawsze mnie fascynowały te wszystkie historie marynarzy i chciałem też coś takiego przeżyć, więc można powiedzieć, że marzyły mi się morskie przygody. - wzruszył lekko ramionami.
To była ciekawa odmiana, takie spotkanie. Poznali się względnie przypadkowo, a teraz siedzieli sobie na spokojnie przy piwie i rozmawiali o wszystkim i o niczym jednocześnie. Niczego sobie nie obiecywali, niczego od siebie nie oczekiwali, po prostu spędzali czas, ciesząc się dobrym trunkiem, papierosem i rozmową. Fakt, że oboje należeli do jednej organizacji, nawet jeśli nie jakoś specjalnie długo, był dodatkowym plusem.
- Dwadzieścia trzy, ale przyjmę to jako komplement. - roześmiał się widząc minę Morty’iego - Prawda? Kurde, mam całe życie przed sobą, a ona chce żebym się już ustatkował, a potem co? Będę siedział w domu i zamulał? Nieee, to nie dla mnie, w każdym razie jeszcze nie teraz. - pokręcił głową - Leonie? Podobnie jak ty, poznałem ją w szkole. Byłem żółtodziobem, wyróżniającym się z tłumu, celem wielu żartów i Leonie wzięła mnie pod swoje skrzydła, otoczyła opieką. - uśmiechnął się łagodnie - A potem powiedziała, że ona mnie adoptuje i od tamtej chwili jest moją starszą siostrą, przybraną można powiedzieć. Ale dla mnie jest tak prawdę w tym momencie jedyną rodziną jaką mam. - wyjaśnił na spokojnie.
Co prawda miał jeszcze jedną siostrę, młodszą, która nosiła to samo nazwisko co on. Z nią jednak kontakt miał ograniczony, wymieniali się jedynie listami raz na jakiś czas. Keith podejrzewał, że macocha zakazała jej się z nim kontaktować, kiedy opuścił dom. Nie widział jej już dobre dwa lata, ale te listy, które do siebie wysyłali mówiły mu, że wszystko z nią w porządku.
Na pytanie czy nie próbował skontaktować się z matką uśmiechnął się lekko pod nosem. Nie był to dla niego drażliwy temat, może trochę wrażliwy, ale też nie taki, którego chciałby unikać czy trzymać dla siebie. Liczył na to, że może ktoś mu pomoże, może ktoś będzie w stanie dostać się dla niego do Singapuru i zadać kilka pytań, przywieźć mu odpowiedzi na dręczące go pytania. Do tej pory jednak nic z tego nie miało miejsca.
- Nie, no na spokojnie. - pokręcił głową gasząc niedopałek - Próbowałem, wiele lat temu pisałem do niej listy mając nadzieję, że odpisze. Niestety nie dostałem odpowiedzi…w zasadzie nie wiem nawet czy żyje. - odparł zgodnie z prawdą.
Nawet najboleśniejsza prawda byłaby dla niego lepsza niż te piętrzące się pytania. Nie zrezygnował nigdy, starał się zyskać jakieś informacje, jednak wiedział, że na to wszystko potrzeba czasu. Anglię i Singapur dzieliły tysiące kilometrów i nawet w świecie czarodziejów były to ogromne odległości.
- Oj to nie wiesz co tracisz, to kompletnie inna gama smaków dla swojego podniebienia. - zaśmiał się - Ja od kilku lat jem praktycznie tylko to i powoli kuchnia angielska przestaje mnie satysfakcjonować. Więc zapraszam serdecznie, wpadnij do Krewetki, a ja już ci polecę co trzeba. - uśmiechnął się szeroko.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#22
Morty Dunham
Akolici
Nie pomyl nieba z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
03-02-2026, 22:15
Odkąd do jego uszu dotarł zwodniczy szept udręczonej duszy i zaprowadził go na strych, gdzie odkrył, pod płachtą materiału, istnienie wiolonczeli, kwestia celu nie spędzała mu sen spod powiek. Ten wydawał się równie oczywisty, co zmieniające się pory roku; wymowny jak łza na policzku podczas pogrzebu; pozbawiony niedomówień jak zimna stal noża przebijająca cienki pergamin skóry i nieubłagalny jak ścieżka przeznaczenia, którą każdy podążał. Potem zjawiły wizje, sny, słowa w popłochu zapisywane na kartce papieru, zanim jeszcze zmaterializowały się w przestrzeni umysłu. I oddał się w ręce losu. Zawierzył mu wszystko. Nawet to, że poznał Jaspera i dołączył do akolitów. I to, że chociaz teraz wszystko wydawało się być pozbawione większego sensu, wkrótce go nabierze.
- Nie ma żadnego magicznego sposobu, by zwalczyć mdłości? Może jakiś eliksir? - zasugerował popadając w chwilową zadumę; jego znajomość magii leczniczej była żadna; gdybyś się bardziej na tym pochylić, chyba powinien przyswoić przynajmniej postawy, nie mógł całe życie polegać na innych, czuł, że nie mógł, że to kiedyś może obrócić się przeciwko niemu. – Może Jasper mógłby ci pomóc? - Mortiemu pomagał, gdy pulsujący ból w skroniach nie chciał dać mu spokoju, ale tym na głos się nie pochwalił. Nikt przecież nie lubi mówić o swoich słabościach, chociaż doceniał szczerość Keitha. – Czasem morze więcej zabiera, niż daje. Zwłaszcza podczas sztormu.
Chyba. Niebezpiecznie było przecież igrać z żywiołem. Czasem słyszał historię o szkieletach statku wyplutych na brzeg. Lub o wrakach wynurzający się z mgły. Raz przeniósł jedną z takich wizji na płótno swojego obrazu, lecz nie był szczególnie zadowolony z efektu.
- Podobno na wszystko przychodzi czas. Spójrz na mnie. Mam dwadzieścia sześć, prawie dwadzieścia siedem i wciąż szukam swojego miejsca.
I Keith nie powinien brać z niego przykładu. Znalazł się na życiowym zakręcie i obawiał się, że, jeśli pójdzie dalej, to natknie się na ślepy zaułek. Jeden z wielu, jakie już napotkał. Niechciane koleje losu.
Uważnie wsłuchał się w słowach Crofta, gdy opowiadał skąd zna Leonie i Morty zdumiał się w duchu, że nie spotkali się jeszcze w Hogwarcie, skoro obaj byli jej tak bliscy. Czego jeszcze o Figg nie wiedział? Jakie skrywała przed nim sekrety.
- Trafiłeś w dobre ręce.
Zawsze podziwiał w niej to, że potrafiła wydobyć najlepsze cechy. Znajdując się w sidłach refleksji, zaczął się zastanawiać, czy Leonie powiedziała Keithowi coś więcej na temat swojego zniknięcia; otworzyła przed nim te drzwi, jakie zamknęła przed Dunhamem i do których nie odnalazł jeszcze klucza?
Podejrzewał, że myśl ta będzie go dręczyła długo, może aż do momentu zaśnięcia. Upił kolejny łyk z kufla.
Uśmiech, jaki pojawił się na ustach Keitha zmył z Mortiego, przynajmniej częściowo, mylne wyobrażenie. Chyba jednak kwestia nieobecności matki nie była dla niego dodatkowym balastem emocjonalnym.
- Rozumiem - powiedział tylko, bo na tyle było stać, bo nie wiedział, na ile Keith chciałby odnowić kontakt ze swoją matkę. Sam z autopsji wiedział, że to nie zawsze było najlepsze, co może człowieka spotkać. Uważaj co sobie życzysz, bo to może się spełnić. Morty długo marzył o tym, by mieć chociaz jednego rodzica i gdy ojciec się w końcu odezwał... w końcu spotkało go rozczarowanie, na które nikt nie zasługuje.
Ich rozmowa trwała jeszcze długo. Rozmawiali o niczym i o wszystkim. Głownie o jedzeniu. Wiolonczelista pytał o kuchnie azjatycką, żywo zainteresowany tematem. Keith opowiadał na jego ciekawość wyczerpująco, kusząc jeszcze bardziej potrawami, które do tej pory nie znajdowały się w kręgu zainteresowania Mortiego.
Rozstali się po trzech kuflach piwa i zapewnieniu, że jeszcze kiedyś to powtórzą.

ztx2
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#23
William Travers
Śmierciożercy
Freedom isn’t enough. What I desire doesn’t have a name yet―
Wiek
32
Zawód
Żeglarz-przemytnik, handlarz i łowca
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
6
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
15
10
Brak karty postaci
23-02-2026, 21:48
23 kwietnia 1962 r.

Port w Cardiff budził się i zasypiał od lat w niezmiennym rytmie ― ciężkim, metalicznym, niecierpliwym ― dobrze znanym w każdym większym nadmorskim mieście, gdzie nawet w nocy trudno było o prawdziwą ciszę. Łańcuchy zgrzytały o stal, drewniane skrzynie sunęły po mokrych deskach i wyślizganym bruku, a dźwigi obracały się powoli nad wodą, poskrzypując niepokojąco od czasu do czasu. Powietrze było ciężkie od wilgoci i pyłu węglowego ― osiadało na języku cierpkim posmakiem, którego nie dało się spłukać niczym słabszym od rumu.
Zapach nie kończył się jednak na węglu i morskiej soli. W bramach magazynów zalegała kwaśna woń gnijących ryb, zmieszana z ostrym odorem smoły i rozlanego paliwa. Przy nabrzeżu woda miała kolor brudnej herbaty ― na jej powierzchni unosiły się tłuste plamy, w których odbijało się rozmazane światło latarni. Co jakiś czas coś pluskało w mętnej toni ― szczur, a może resztki czegoś, o czym dawno powinno się zapomnieć.
Robotnicy, mimo chłodu, pracowali z podwiniętymi rękawami koszul, z twarzami umazanymi sadzą i potem. Przeklinali pod nosem, spluwali pod nogi, wycierali ręce o spodnie, które dawno straciły pierwotny kolor. Ich komendy były krótkie, chrapliwe, przerywane kaszlem brzmiącym jak stały element portowej orkiestry. Dźwigi skrzypiały tak, jakby przy kolejnym obrocie miały rozpaść się na kawałki, a jednak uparcie podnosiły następne skrzynie ― ciężkie, zatarte od wilgoci i cudzych rąk ― przesiąknięte zapachem stęchlizny, smoły i ładunku, który zbyt długo leżał w zamknięciu.
Między magazynami ciągnęły się wąskie zaułki, zasłane potłuczonym szkłem, resztkami gazet i śmieciami, których nikt nie miał ochoty sprzątać. Ściany były lepkie od wilgoci i sadzy. W jednym z takich bocznych przejść powietrze zadrżało krótko, niemal niedostrzegalnie, jakby wilgoć sama zmieniła kształt. Billy pojawił się bez zapowiedzi, butami lądując w kałuży, która ochlapała brzeg jego skórzanego płaszcza brązową wodą. Zaklął cicho pod nosem, przestępując z nogi na nogę. Kałuża nie cuchnęła szczególnie mocno, mógł więc mieć nadzieję, że to tylko wspomnienie po deszczu, a nie rzygowiny zostawione przez pijanego marynarza.
Poprawił kołnierz płaszcza i przez moment stał nieruchomo, zaciskając mocno szczękę. Teleportacja nigdy nie należała do jego ulubionych sposobów podróżowania ― żołądek buntował się za każdym razem tak samo, podchodząc mu do gardła z uporem, jakby chciał zaprotestować przeciwko gwałtownemu skróceniu dystansu. Travers odczekał kilka sekund, oddychając płytko, zanim sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej paczkę papierosów. Odpalił jednego, zaciągnął się głęboko dymem i dopiero wtedy wyszedł z obszczanego zaułka, który wylewał się na szerszą ulicę prowadzącą w stronę doków i tawern, gdzie światło było nieco mocniejsze, a rozmowy głośniejsze.
Nie lubił Cardiff, ale nawet on musiał czasem przyznać, że miało nad Londynem jedną zasadniczą przewagę. Tutaj mniej ludzi patrzyło mu na ręce, a jeszcze mniej było szczerze zainteresowanych jego obecnością. Szczególnie wtedy, gdy zostawiał statek poza walijskimi wodami i przestawał być kapitanem z głośnym nazwiskiem, a stawał się tylko kolejnym przechodniem w przemoczonym płaszczu.
Spokojnie dopalił Dunhavena, pozwalając myślom ułożyć się w plan na najbliższą godzinę. Kontakt nie był nowy, wręcz przeciwnie. Ze starym Groverem interesy prowadził jeszcze jego ojciec. Billy przejął tę znajomość bez entuzjazmu ― nigdy nie przepadał za branżą artefaktów, która go nudziła.
Przez ostatnie miesiące o pośredniku było cicho.
Zbyt cicho jak na człowieka, który żył z krążących półgłosem nazwisk i przedmiotów zmieniających właścicieli bez papierów. Billy przez moment sądził, że starość w końcu go dopadła albo że ktoś młodszy przejął jego siatkę kontaktów.
Jeśli jednak stary znów się odezwał, sprawa musiała być warta zachodu. Artefakty miały to do siebie, że nie dało się ich sprzedać byle komu i byle jak. Potrzebowały dyskrecji i transportu, a na tym Travers zjadł zęby.
Zgasił niedopałek o ceglaną ścianę The Packet i pstryknął nim w pobliską mętną kałużę. Drzwi knajpy ustąpiły pod naciskiem z suchym skrzypnięciem. W środku było cieplej, ale nie przyjemniej. Powietrze stało ciężko od piwa, potu i smażeniny, z nutą taniego tytoniu, który gryzł w gardło mocniej niż portowy wiatr. Podłoga kleiła się pod butami, a każdy krok odrywał się z cichym mlaśnięciem. Przy barze kilku marynarzy pochylało się nad kuflami, rozmawiając o czymś z ożywieniem. Billy nie zatrzymał się przy nich, wystarczyło jedno szybkie spojrzenie, by dostrzegł znajomą sylwetkę w głębi sali.
Grover jak zawsze siedział plecami do ściany. Surdut miał starannie zapięty, choć materiał przy łokciach zaczynał się przecierać. Twarz wydawała się bardziej zapadnięta niż kilka miesięcy temu, a pod oczami zalegały sine cienie. Palce bębniły nerwowo o blat, tuż obok skórzanej teczki leżącej przy dwóch szklankach z bursztynową zawartością. Kiedy Billy ruszył w jego stronę, Grover podniósł wzrok. Rozpoznał go od razu, choć twarz na ułamek sekundy pozostała nieruchoma ― jakby najpierw musiał przeliczyć, czy to właściwy moment na uśmiech.
Travers odsunął krzesło bez pytania i usiadł naprzeciwko. Jedną z dwóch szklanek przesunął w swoją stronę, unosząc ją lekko w niemym geście uznania.
― Miło, że pomyślałeś o mnie ― rzucił swobodnie, rozpinając płaszcz. ― Zaczynałem sądzić, że starzy znajomi już mnie nie potrzebują.
Upił łyk i skrzywił się minimalnie. Grover sarknął cicho, ale napięcie nie zniknęło całkiem. Palce wciąż spoczywały na teczce, a Billy oparł łokcie o stół, pochylając się nieznacznie do przodu.
― No dobrze ― powiedział łagodniej. ― Co takiego sprawiło, że przypomniałeś sobie o Traversach?
Uśmiech nie zszedł mu z twarzy, ale spojrzenie zrobiło się uważniejsze.
Grover przełknął ślinę, przesuwając teczkę w jego stronę.
― To nie jest coś, co chciałbym długo trzymać przy sobie.
Uśmiech na ustach Billa poszerzył się.
― W takim razie porozmawiajmy o tym, dlaczego ― mruknął spokojnie, ponownie unosząc szklankę. ― Bo jeśli ciebie zaczęło to parzyć, to mnie pewnie będzie kosztować. Znamy się nie od dzisiaj.
Grover przestał bębnić palcami, ale jego dłoń wciąż spoczywała na brzegu teczki, jakby nie był gotów całkiem jej oddać. Billy odchylił się w tył, wspierając plecy mocniej w oparcie krzesła.
― Wiesz, że nie mam nic przeciwko gorącym tematom ― dodał lżej, niemal miękko, jakby spotkali się tu rzeczywiście tylko na szklankę rumu i portowe ploteczki. ― Ale zanim otworzę tę teczkę, powiedz mi. To tylko kwestia twojej wrodzonej ostrożności czy ktoś już szuka tego, co właśnie próbujesz mi sprzedać?

zt
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (3): « Wstecz 1 2 3


Skocz do:

Aktualny czas: 02-03-2026, 17:38 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.