• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Południowy Londyn > Pod Mostem Waterloo
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
14-06-2025, 18:05

Pod Mostem Waterloo
Most Waterloo, zbudowany w latach 1934–1945, łączy brzegi Tamizy w dzielnicy Southwark. Nazwa pochodzi od bitwy pod Waterloo z 1815 roku, gdzie wojska brytyjskie pod dowództwem księcia Wellingtona pokonały Napoleona. To jeden z kluczowych mostów w mieście, z charakterystycznymi szerokimi filarami i masywną konstrukcją.
Pod mostem rozciąga się szara, wilgotna przestrzeń, gdzie cień kamiennych filarów miesza się z kurzem i mgłą nad rzeką. To miejsce, gdzie czas zatrzymał się na chwilę — porozrzucane gazety, butelki i stare graffiti świadczą o tych, którzy szukają tu schronienia lub chwili bezwzględnej samotności. Wieczorami spotykają się tu bezdomni, uliczni muzycy i ci, którzy chcą uciec od miejskiego zgiełku. Szum Tamizy miesza się z echem kroków i stłumionymi rozmowami, a w powietrzu unosi się wilgoć i zapach spalonego węgla.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Jesse Leffingwell
Czarodzieje
You'll never get a second chance Plan all your moves in advance
Wiek
30
Zawód
Były auror, praca dorywcza
Genetyka
Czystość krwi
wilkołak
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
18
0
OPCM
Transmutacja
18
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
5
Brak karty postaci
20-01-2026, 21:41
1 maja 1962


Londyn pachnie trudną do zniesienia mieszanką spalin, wilgoci oraz wyziewów z kominów domowych i fabrycznych; powietrze przesycone zapachami zdaje się być ociężałe i zmęczone. Przywiera do pleców równie zmęczonych ludzi, by towarzyszyć im w drodze do domów i innych przybytków, w których pragną odnaleźć ukojenie, jeśli nie mogą na nie liczyć w rodzinnym gnieździe. Gdzieniegdzie pojawiają się również ci, których uczciwa praca nie interesuje lub zwyczajnie nie mogą sobie na nią pozwolić. Wygłodniali, spragnieni, zmarznięci, znudzeni — wszystkie potrzeby mieszają się ze sobą, elektryzując nadbrzeża Tamizy i czyniąc je mało przystępnymi dla przeciętnego mieszkańca. Jak każda miejska tkanka Londyn posiada takie miejsca, do których nie należy zapuszczać się o określonych porach. Nie tylko dlatego, że są niebezpieczne, ale i dlatego, że często ciężko znieść ich widok. Jesse sam ma z tym problem, ilekroć przechodzi linię graniczną. Pozornie potrafi doskonale zatopić sylwetkę w brudnym krajobrazie bezdomnego Londynu, umie chadzać nim tak, by za każdym razem wyjść bez większego szwanku lecz nigdy nie czuje, że to jego świat. Jest tu z konieczności, nie z wyboru, czego akceptacja przychodzi o wiele ciężej. Zaciska zęby od czterech lat, próbuje się wyrwać, skrywa głębiej w Anglii, a jednak sielanka nie trwa długo. Powraca z goryczą, z wściekłością, niemocą, zapewne również z żalem, skryty w cieniu cyklu księżycowego.
Echo pełni dudni w jego kościach, a te zdają się być przeraźliwie puste, jak gdyby ktoś pozbawił je szpiku — kruche i martwe, poprzecinane bliznami zasklepionych urazów. Trwają wbite w równie niemrawą tkankę obolałych mięśni i pergaminowej skóry. Proces, w którym dochodzi do siebie jest wprawdzie krótszy niż na samym początku, jednak dostrzega, iż na kondycję wpływają czynniki takie jak sen czy odżywienie, a z owymi ma całkiem spory problem w ostatnim czasie. Rzadko bywa w Rosthwaite. Po problemach na farmie Goffinów przestaje liczyć na zajęcia, które zwykle z chęcią mu przydzielali. Widzi, że trucizna podejrzliwości wypełnia ich żyły, oczy zachodzą mgłą niezrozumienia, a dotychczasowy brak problemów z jego strony staje się marnym usprawiedliwieniem. Wiedzą dokładnie kim jest, co dobitnie pieczętują wizyty składane przez pracowników Ministerstwa. Zdaje się, że narasta w nim paniczny lęk na samą myśl o powrocie na stałe. Bywa w swoim domu tydzień, dwa, potem szuka zajęcia w Londynie, aby w jakikolwiek sposób wypełnić chudą sakiewkę. Bardziej jednak niż kłopoty materialne przeraża go ogół sytuacji; niemoc i niemal zupełny brak perspektywy na to, iż ktokolwiek mu uwierzy, bo nawet dokumenty są ignorowane przez prostych czarodziejów zajmujących się prowadzeniem gospodarstwa. Mógłby poszukać kolejnego miejsca, ale czy to go uratuje? Powraca tam, gdzie potrafi się odnaleźć. Przynajmniej w pewnym stopniu.
Pomarszczona tafla Tamizy odbija oczka pobliskich latarni, szmer budzącego się życia potęguje pustka pod łukami mostu. Gdzieniegdzie całun nocy pozostaje nieprzenikniony, więc omija te ponure plamy bardzo ostrożnie. Ktoś próbuje go zaczepić, odpycha wyciągniętą rękę, bo oprócz ostatniej fajki i małej paczuszki nie ma przy sobie złamanego grosza. Przystaje wreszcie, gdy dostrzega dwie znajome twarze. Przychodzi tu w konkretnym celu. Rozmawiają przez chwilę. Ostre cienie, które rzucają na ziemię, poruszają się coraz bardziej żywiołowo. Mówi coś o tym, że umowa była inna, że powinien dostać dwukrotność tej marnej sumki. Odpowiada mu śmiech, wściekły brak zgody. Grozi, bo wie, co znajduje się w paczce i doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że kilkoma zręcznymi słowami rzuconymi w odpowiednie uszy, uprzykrzy im skutecznie życie. Tym razem śmiech milknie. Waha się przed wyciągnięciem różdżki, bo okolica nie jest odpowiednia, a mrok, choć gęsty, nie wszystko ukryje. Szamotanina trwa przez moment, prawie udaje mu się odzyskać przesyłkę, kiedy bez ostrzeżenia w postaci dobytego oręża słyszy zajadłe zaklęcie. Nie ma czasu na obronę, kiedy ciemność przysłania oczy, a uderzenie w mostek wydusza powietrze z płuc. Słyszy kilka przekleństw, jeszcze dwa uderzenia. Ktoś w oddali jęczy i nie oznacza to wcale nadchodzącej odsieczy. Szczury chowają się głębiej, uciekają przed widmem konfrontacji. Potem pozostaje z nim cisza. Porusza się po omacku, pozbawiony resztek godności, a przede wszystkim pieniędzy. Metaliczny posmak krwi zalewa gardło, szybko liczy zęby językiem i chyba rachunek się zgadza. Przykulony szuka dłonią jakiegokolwiek oparcia i kiedy już pod palcami znajduje zimny murek, oddycha głębiej. Mruga raz i drugi, ale ciemność nie ustępuje. Rzuca szkaradną obelgę, wreszcie przywiera całymi plecami do balustrady dzielącej go od Tamizy.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Sawyer Whitfield
Czarodzieje
nie wiesz, kim nie chcesz być, zostajesz więc cichą potencjalnością
Wiek
30
Zawód
hodowca, garbarz, przemytnik, dziedzic
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
13
0
OPCM
Transmutacja
13
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
6
5
Brak karty postaci
27-01-2026, 21:50
Zanurzanie się w miejskich zapadlinach, gdzie grawitacja nędzy ściągała społeczny ściek, rzadko bywało przyjemne, ale zawsze rozbudzające – przede wszystkim przez czujność ostrzącą zmysły nie tyle ze strachu, co oczekiwania (pozostawiającego po sobie później poniekąd rozczarowanie, poniekąd niezaspokojenie, jeśli akurat nie zdarzyło się nic, chociaż przez ciemne ulice często szedł przed siebie tak, jakby o zdarzenie się wręcz dopraszał: o uwagę kobiety z wątpliwego przybytku czy lowelasa, któremu by się to nie spodobało i jego pięści); i przez zapach, często przez zapach, osiadający nad wargą jak sole cucące. Z początku pojawiał się w podobnych miejscach wyłącznie interesownie, za każdym razem czując się, jakby jego wypastowane na błysk buty lśniły w ciemności na przemian z każdym krokiem – albo wulgarnością na miarę odsłoniętego uda wystającej na chodniku ladacznicy, albo niewinnością proszącą, by ją złapać na rzeźnicki hak i oskórować z tego lśnienia. Później się z nimi oswoił; schodząc z głównych arterii późnym wieczorem, zaczął wdeptywać w oleiste kałuże, pozwalać, by opluły mu treścią nogawki, zgniatać podeszwą rozmokły miąższ zatrzymany na ściekowej kratce, ściągać zeskrobinę z kocich łbów czubkiem, kiedy nudziło mu się czekanie. Wciąż miał włosy ułożone dla towarzystwa i urzędasów, marynarkę z dobrego włókna i srebrny zegarek pod rękawem, ale przynajmniej nie świecił przed tym brudnym światem uwłaczającą niewinnością czystych butów. W końcu zaczął wyglądać jak człowiek poważny; jak ktoś, kto nie obawia się ubrudzić szlamem – ulicznym czy ludzkim.
Dumą napawał go wręcz ten brud, spoglądał na niego z zadowoleniem, spoglądając w dół, ledwo zauważając przy tym wyciągnięte nogi, nad którymi przeszedł z równym przejęciem, z jakim mógłby przekroczyć nad kłodą czy stertą śmieci, jakby były naturalnym elementem krajobrazu; jeszcze mniej przejmowało go, do kogo te nogi ze zdartymi nogawkami mogły należeć, wystarczyła mu smuga krwi rozpływająca się leniwie w stojącej w pęknięciach chodnika wodzie, dwa bąbelki unoszące się na niej, jakby była tak świeża, że jeszcze wrzała. Z równym przejęciem minął także człowieka gramolącego się pod balustradą, za którą Tamiza szeptała mu zapewne do ucha wygłodniałe obietnice świętego spokoju. Ponosząc wzrok przed siebie byłby zostawił go z nią sam na sam, by mógł się jej szeptom poddać albo ponieść porażkę i jutro rano obudzić się na bruku pod barierą, której nie był w stanie tego wieczoru pokonać; zamiast tego jednak przystanął, on i jego zabrudzone z dumą buty.
Przekręcił łeb na karku nagle zesztywniałym, by przyjrzeć się obitej mordzie jeszcze raz, kiedy zamajaczyła na krawędzi cienia. Trwało to chwilę, ze dwa przydługie oddechy, zanim nie doszedł najwyraźniej do wniosku, że to wciąż dla niego za mało światła, wykonał zwrot prawie doskonale wojskowy, by podejść doń w długich krokach, złapać go za ubranie i przeciągnął trochę jeszcze w bok, poza krawędź rzucanej przez most ciemności; jakby był co najwyżej kukłą. Przez szczękę przemknął mu spazm, jakby nie wiedział, czy chce usta otworzyć, czy raczej zacisnąć zęby mocniej, zanim mu jeszcze dla sprawiedliwości dołoży; palce ścisnęły się mocniej, podnosząc się mu pod grdykę.
– Z nieba mi spadasz, Leffingwell – odezwał się w końcu, rozluźniając kurcz jednej dłoni, by klepnąć go przyjaźnie w policzek (miał nadzieję, że ten obity mocniej). W jego głosie pobrzmiewała wesołość, ale wesołość dziwna; tak jak dziwny jest wąż o dwóch głowach i potworkowate cielę, było to w końcu znajome zwierzę, ale okrutnie wypaczone u źródła. – powiedziałbym dosłownie – dodał, jakby mówił to bardziej do siebie i, nie puszczając zmiętego kołnierza z pięści, drugą ręką poklepał go po ramieniu, przyglądając mu się częściowo krytycznie, częściowo z sympatią, jakby miał zaraz mu powiedzieć, na modłę widywanej rzadko rodziny, że strasznie wyrósł, wydoroślał, nic się nie zmienił i pewnie panny się za nim oglądają, choć to ostatnie byłoby raczej przecedzone z wysiłkiem przez zęby. – Widzisz, to już chyba ze cztery lata miną, jak spać nie mogę spokojnie, bo się ciągle zastanawiam – pod grdyką znów dwie zaciśnięte pięści, ciaśniej, duszniej, pomimo sympatycznego ciepła w głosie, starając się przy tym, by barierka żarłocznie wpiła mu się w plecy – jakie ty, kurwa, lubisz kwiaty?
Powaga pytania zdarła się o tę wesołość jak paznokcie o powierzchnię tablicy. Gdyby nie zaciskał dłoni na jego ubrania, chyba sięgnąłby do jego gardła i dopiero wtedy zdecydowałby, czy po to, żeby go udusić, czy po to, żeby pocałować jak zdobyczny puchar, w którego zwyciężenie wciąż nie do końca wierzył. Nawet jeśli wyglądał i cuchnął paskudnie.
– Ale po kolei – rzucił nagle, puszczając go z takim ożywieniem, jakby go przypadkiem chciał przetrącić za barierę; ruszył zaraz pod most, w stronę tych wyciągniętych na bruku nóg – najpierw wrzucimy tego chuja do rzeki – gotowy wyraźnie zatargać nędzarza do balustrady za kostki, sądząc chyba, że to on musiał go tak nieprzyjemnie oklepać. Pod mostem poniósł się rzężący, bełkotliwy protest.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Jesse Leffingwell
Czarodzieje
You'll never get a second chance Plan all your moves in advance
Wiek
30
Zawód
Były auror, praca dorywcza
Genetyka
Czystość krwi
wilkołak
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
18
0
OPCM
Transmutacja
18
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
5
Brak karty postaci
Wczoraj, 22:24
Czasami zdaje mu się, że tylko ból umacnia go w przekonaniu, że jeszcze żyje. Tylko on skleja go z rzeczywistością, nie pozwala na to, aby zatracić się w bezkształtnej masie mijającego czasu. Potrafi kategoryzować go podług własnego języka: jest więc ból towarzyszący mu przed pełnią, narastający w kościach; jest również ten w trakcie pełni — rozsadzający i nie do zniesienia; czas po pełni również jest nim przesycony ostrym ale słabnącym, co na swój sposób zdaje się złowieszcze; na domiar złego istnieją jeszcze te drobne, nieprzewidywalne incydenty, które jakby starają się przerwać znany ciąg, byle nie przyzwyczaił się do niego na tyle, żeby traktował jako całkiem znośny.
Czuje jak chłód metalu wbija się pomiędzy kręgi, kiedy opiera cały swój ciężar na balustradzie. Suchy stukot w kościach na moment przygasa, bo zastępuje go piekący ból skupiony pod lewym okiem, biegnący gdzieś dalej przez kość żuchwy. ciepły ślad po ludzkiej pięści świdruje natomiast struktury mostka, zajmuje każde żebro i nie pozwala na pełny oddech. Sięga palcami do twarzy, przeciera policzek, spluwa spienioną śliną czerwoną od krwi. Słyszy czyjeś kroki, jednak nie wydaje mu się, aby musiał przywiązywać do tego jakiejkolwiek uwagi. Ostatecznie, widok obitego człowieka, tuż pod mostem Waterloo należy raczej do codzienności. Zwykle budzi na tyle też przestrachu, że nikt o zdrowych zmysłach nie próbuje oferować pomocy. Zastanawia go jednak coś innego, zbolały jęk nieco dalej. Rzucając pięściami po omacku, nie był w stanie określić, na ile wyrządził krzywdę któremukolwiek ze swoich oponentów. Bardziej zdaje mu się wiarygodnym scenariusz, gdzie jeden ze wspólników wykiwał drugiego i sam uciekł z przechwyconą przesyłką. Uśmiecha się przez moment do swoich myśli, bo ma zamiar to sprawdzić. Przeciąga palcami po balustradzie, postanawia, że podąży za podejrzanym odgłosem po linii wyznaczonej zimną powierzchnią, przynajmniej do czasu, kiedy odzyska wzrok. Powoli dostrzega pływające w ciemności plamy i to na tyle, bo zaraz odruchowo zamyka mocno powieki, gdyż czuje obce dłonie niebezpiecznie blisko szyi. Następnie znajoma struktura wpija się na powrót w jego plecy, by udaremnić doskonały plan. Kipi w nim złość. Wrócili?
— Pierdol się, Petter — syczy, następnie wypluwa różową mieszankę krwi ze śliną wprost na twarz rzeczonego mężczyzny. Sam chwyta go dość nieporadnie za poły płaszcza, a ten nie przypomina w dotyku zmierzwionego latami użytkowania odzienia Pettera. Potem słyszy głos, zupełnie niepasujący, a jednak przeraźliwie dobrze znany. Wciąż nie widzi więcej niż nikły zarys sylwetki. Wściekłość zastygła na twarzy traci na intensywności, przybiera obły kształt zaskoczenia. Nie rozumie jednak wciąż zaciskających się palców, wesołości wybrzmiewającej w głosie. Sprzeczności, przesiąkającej każdy cal tego niecodziennego spotkania.
— Whitfield — rzęzi nazwisko, którego głosek dawno nie miał na języku. Smakują metalicznie, podobnie jak posoka. A może to rzeczywiście ona? Wciąż ma przecież rozcięte wnętrze wargi. — Puść. — Przesuwa dłonie wyżej, wspina się nimi cierpliwie po materiale płaszcza, by uchwycić go za ramiona, zupełnie ignorując to, co stary przyjaciel (czy mogą się tak jeszcze nazywać?) wyrzuca mu między wierszami. Zdaje się nie pamiętać, że zniknął nagle, że po wypadku urwał kontakt, że potem jeszcze bardziej zaczął maskować swoją egzystencję. Nie pisał, nie próbował nawet, nie chciał słów litości, zapewnień pomocy, czegokolwiek spływającego z ust dawnego ślizgona. Abstrakcja własnych decyzji sprawia, że nie umie nadać właściwego sensu zachowaniu Sawyera. — Puszczaj… — Szarpie się, gdy znów czuje zwinięte w pięści dłonie, wbijające się w gardło, a napór barierki niebezpiecznie wpija się w lędźwia. Wzrok stabilizuje się powoli, a z ciemności nagle, choć wcale nie jak obiecane światełko w tunelu, a na pewno nie ma w tym znalezisku uczucia powracającej nadziei, wyłania się kontur twarzy, oczu, nosa, ust… wszystkiego, co faktycznie z łatwością może przypisać do Withfielda. Wtedy też uścisk mija, gwałtownie, a on strachliwie zwija ramiona, wypuszcza poły płaszcza i chwyta się za szyję. Chwyta łapczywie oddech, nadal zupełnie skołowany, zapominając, że sam chciał kilka minut temu podążyć w stronę nieszczęśnika leżącego kawałek dalej. Aby zrozumieć, o kim mówi Sawyer, potrzebuje momentu.
— Kurwa, Whitfield, zaczekaj. — Jest w tym coś z rozgorączkowania. Prawda uderza jak grom. Nie zamierza tu dzisiaj nikogo topić, natomiast zdaje się, że Sawyer ma w temacie inne zdanie. — Słyszysz?! Czekaj! — Odbija się wreszcie od balustrady, bo wzrok ma na tyle stabilny, aby nie potknąć się o własne nogi na prostej drodze. Chwyta ślizgona za ramię, ciągnie zdecydowanym ruchem, wstępuje w niego utracona siła. — Po co się mieszasz?! Za pierdolonego rycerza na białym koniu się masz?! — Pobrzmiewa w nim tylko brak zgody i poczucie upokorzenia. Tego właśnie unika przez ostatnie cztery lata, tego się najbardziej obawia. I jak sądzi, to właśnie może być dla Whitfielda obecnie najlepszą pożywką — oglądanie go w tej jakże niekorzystnej sytuacji, wchodzenie w nią w elegancko ułożonej fryzurze oraz dobrym ubraniu tylko po to, żeby naprawiać jego nieudolność. Zagryza mocno wargi, czuje że otwiera tym zaschniętą ranę. Marszczy nos i oczy. Optyka się zmienia, bo zaczyna szukać wroga tam, gdzie zapewne nie powinien. Zapomina o nieudanej akcji, zapomina też o bezpowrotnie straconych pieniądzach.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 02-02-2026, 13:50 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.