• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Inne miejsca > Ogród botaniczny w Beaulieu (Hampshire)
Strony (2): 1 2 Dalej
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
09-11-2025, 18:04

Ogród botaniczny w Beaulieu (Hampshire)
Ogród botaniczny przy Beaulieu Manor rozciąga się za kamiennym murem, w miejscu, gdzie dawne ścieżki zarosły paprociami, a szklarniom od dawna pękają szyby. Znane dobrze czarodziejom szklane kopuły połyskują w słońcu jak skorupy, a w środku panuje duszne, wilgotne powietrze przesycone zapachem ziemi i korzeni. Niektóre rośliny reagują na obecność człowieka — liście drgają, łodygi odchylają się lekko, jakby nasłuchiwały. W głównym pawilonie stoi kamienna fontanna, z której nieustannie sączy się woda o delikatnym, błękitnawym połysku. Wokół niej rosną egzotyczne gatunki sprowadzane tu jeszcze przed wojną: mleczne liany, półprzezroczyste orchidee, zioła, których nie ma w żadnym herbarzu. Wieczorami ogród zamyka się sam, a wewnątrz słychać miękkie szelesty, przypominające szept. .
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Odille Ollivander
Czarodzieje
And if you'd never come for me, I might've drowned in the melancholy.
Wiek
26
Zawód
projektantka różdżek, artystka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
13
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
10
Brak karty postaci
08-12-2025, 14:04
29 kwietnia 1962

Blask dnia przeciekał przez szklane kopuły kryształkami złota i bladej żółci, kładł się na szemrzących cicho roślinach osnową ciepłego nasycenia. Niedawna mżawka wciąż błyszczała na płatkach i zbierała się w kloszach pączków, kapała z dumnie nastroszonych gałęzi, przypominających wyrastające z ziemi pióropusze uśpionej mitycznej bestii. Odille wyobrażała sobie, że została przez nią połknięta. Kolumnada ciągnąca się aż do przezroczystego stropu przypominała jej żebra, które ona, milcząca obserwatorka, oglądała z perspektywy trzewi, połknięta, trawiona, hołdująca ogrodom botanicznym przez uwiecznianie ich tak, jak je widziała. Jako coś niejasnego. Nie do końca realnego. Coś drzemiącego w oczekiwaniu na moment, który miał dopiero nadejść, choć Ollivanderówna nie potrafiła powiedzieć, na czym moment ten będzie polegać. Co sprawi, że soki żołądkowe arboretum znów zaczną płynąć? Kiedy wyczuje niosące się echem tąpnięcie serca wracającego do życia?
Snuła swoje wizje przy płótnie, siedząca nieopodal pergoli upstrzonej kwiatostanami latawicy przetykanych bluszczem i nawarstwiającymi się u dołu niezapominajkami. Nie była to główna część ogrodów, bo gdyby tak było, Daniel Dodge nie stanąłby właściwie przed żadnym wyzwaniem - nie, Odille zaszyła się w kameralnej, niemal zapomnianej odnodze szmaragdowego królestwa, z każdej ze stron otoczona ciasnym szwadronem zbitych drzew. Wybrała miejsce, gdzie kolumna nosiła ślady otarcia, przywodzące jej na myśl pazury czegoś, co niegdyś musiało snuć się w wieczornych cieniach Beaulieu. Groza wpisana mimowolnie w zwoje jej artystycznych myśli dawno okrzepła w odbiorze rodziny, uznawano to za jej styl, za jej staropanieńske fanaberie, na które Octavius Ollivander wydał przyzwolenie, zaś bardziej niepokojących dzieł nawet nie próbowała wprowadzać na salony w Essex. Pewne zakamarki twórczości - szarpane fragmenty jej duszy, przeżarte przez czerń włókna lęków, tęsknot i złości - były intymne, zaryglowane za drzwiami prywatności Odille, do których nie dopuszczała każdego, nawet wszystkich krewnych.
W smudze światła przedzierającej się przez palisadę liści uwieczniała coś, co nie istniało: kobietę na wpół żywą, przytrzymywaną w arboretum za sprawą pnączy owijających się wokół jej nóg; każdy cal w kierunku kolan przeistaczał florę w półtransparentne wici, jakby zimna śmierć wtulająca się w kształty niewiasty przelewała swoje szpony w chlorofil. Pędzel sunął po płótnie, podczas gdy jasność dnia igrała z kasztanowymi włosami zaplecionymi w warkocz rozdzielany dyskretnymi wstążkami. Dziś miała na sobie stosunkowo prostą - jak na siebie - kreację: długą, lejącą się spódnicę w barwie pastelowego błękitu, oraz grubszy kaftan opływający biodra, które miał za zadanie podkreślić. Wyszywany nieco jaśniejszą nicą, morską, lekko opalizującą, ornament ciągnął się od stójkowego kołnierza i budował na jej ciele misterną, kwiecistą kompozycję, widoczną dopiero w wyrazistym świetle. Niestety nie wystroiła się dla czarodzieja, którego miała tu spotkać - gdyby próbowała zaimponować mu doborem ubrań, zapewne zjawiłaby się w Beaulieu w szacie imitującej płatki kwiatów, albo lubianej ostatnimi czasy plisowanej sukni z ozdobnym, głębokim kapturem.
Dźwięk dobiegający zza pleców zwiastował czyjeś nadejście, a biorąc pod uwagę, że od kilku godzin nie spotkała w arboretum innej żywej duszy, zakładała, do kogo miały należeć te kroki. Siedząca plecami do źródła odgłosu Odille przechyliła głowę do ramienia, nie poruszyła się jednak w inny sposób. Palce wolnej dłoni spoczywały na perłowej rękojeści różdżki leżącej na kolanach, na wszelki wypadek - ponieważ w świecie, w którym Dumbledore i Grindelwald znów pojawili się na jednej arenie, nie można było cieszyć się ślepym poczuciem bezpieczeństwa. - A więc mnie pan odnalazł, panie Dodge? - głos wybrzmiał w ciszy ogrodów, w kącikach ust zatańczył niewidoczny dla niego uśmiech. - Ciao.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
09-12-2025, 17:50
Warzyła sroczka kaszkę, warzyła, temu dała na łyżeczce, temu dała na miseczce: ja też sobie nawarzyłem i ze skutkami bujać się muszę. Tyle dobrego, że moje niecnoty nie ewoluowały w płód, który po czasie zmieniłby się w - apropos - kaszojada - a później w nieroba, łapserdaka i darmozjada uczepionego nogawki do siedemnastego roku życia. Baba z wozu, koniom lżej, co?
Ekhm-ekhm, prawda, w pubie udaję napad kaszlu, podsłyszawszy to zdanko od wymoczka z drewnianym okiem. Od dwóch dni śpię na kanapie i żywię się fasolą w puszkach. Sterta naczyń w zlewie zaczyna przypominać Wieżę Eiffela, brzydką i chybotliwą, pojutrze skończą mi się czyste gacie i będę musiał improwizować, na przykład wywracając je na drugą stronę, a jakby tego było mało, Sandy nie daje mi się nawet dotknąć. Nawet najmniejszego paluszka u stopy, co zazwyczaj lubi, bo kiedy się za nie zabieram, czuje się jak najprawdzisza królewna co mieszka za siódmą górą i za siódmą rzeką. Walę do jej zdjęć, co znowu nie jest takie oczywiste, bo ona prawdziwa i ona na wywołanych polaroidach, trzymają ze sobą sztamę. Raz wyściubi nos zza ramki, żeby pokazać mi środkowy palec, tyle. Zero apetycznych półkul, zero krzywizn, zero miękkiego, kubistycznego kunsztu, który nadaje się do muzeum. Tak czasem sobie myślę, że na którąś rocznicę zrobię włam do Galerii Portretów i powieszę jej zdjęcie pomiędzy królową Wiktorią i miłościwie panującą nam królową Elżbietą, a potem zaproszę ją na randkę, udając zaskoczenie. To ja - twój chłop dalej zapomina kupić ci kwiaty?
No - ja też jestem z tych, dobra, trafiony-zatopiony. Ale tylko dlatego, że Sandy wymyśla: najchętniej każdej dacie w kalendarzu przyporządkowałaby jej własne święto. 14 sierpnia - Dzień Pierwszego “Kocham cię”. 29 listopada - Dzień, W Którym Powiedziałem Jej, Że Nie Odwiedzimy Moich Rodziców, Bo Nie Żyją. 17 grudnia - Dzień, W Którym Usłyszała Od Wróżka, Że Jesteśmy Dla Siebie Stworzeni. Obchodzimy też miesięcznice. Tygodnice. Klik-klak, kostki z logicznej układanki łączą się w całość, oczywiście, że tak. Kwiecień, przeprowadzka, przerobienie mojego gabinetu na jej garderobę. Jej ciuchy dalej się nie mieszczą, a moje graty leżą smętnie w piwnicy zapakowane w pudła. Podpisała je wszystkie swoim słodkim charakterem pisma pełnym zawijasów, spirali i serduszek nad każdym“i” i “j”. No i jak tu się gniewać?
Nie da się, ale mój przebłagalny repertuar zdążył się wyczerpać przez dwa lata. Róże, czekoladki, misie, baloniki, minetki, pończoszki, kolczyki, perfumy, wstążki: no prrrrroszę. Nie po to raz się rozwodziłem, nie po to chowałem żonę, żeby na starość wymyślać i być kreatywnym. Kiedyś było prościej. Kiedyś wystarczyło nie bić i nie pić, to znaczy, nie być uchlanym dwadzieścia cztery godziny na siedem. Albo i być - jeśli w praniu wychodziło, że panna woli cię zawianego, bo jesteś wtedy miły i czuły. Teraz - skaranie boskie. Robię fikołki, staję na głowie, a i tak będzie źle. Tyle z młodej dupy, ale oczywiście, nie zamienię jej na żadną inną. Za żadne skarby.
Zabiłaby mnie, gdyby się dowiedziała, że biegnę, pędzę na spotkanie z inną. Zabiłaby mnie, zanim zdążyłbym wytłumaczyć, że robię to dla nas, że robię to dla niej. Zabiłaby mnie, ale o mojej intrydze dowie się po fakcie: o tym, że Odille Ollivander ma węższą kibić od niej i o tym, że przedzieram się dla niej przez krzaki, że szukam, błądzę i że od czterdziestu minut próbując pozbyć się natrętnej osy irytująco bzyczącej nad uchem. Uwielbiam naturę.
– Testujesz moją cierpliwość, paniusiu – odpowiadam, wparowując na polankę jak terminator. Zatrzymuję się na środku wydeptanego kółka, ręce opieram na kolanach i ciężko dyszę, poczyniając pobieżne rozeznanie w sytuacji. Drzewa sztywno jak żołnierze tworzą zacienioną kolumnadę, pośrodku której rozsiadła się swobodnie gówniara ze sztalugą. Interesy, taa?
– Może jeszcze usłyszę zagadkę? Ostatnio jak byłem u Ollivanderów wystarczyło zapłacić. Co to za nowe porządki? – mrużę oczy, bo jakimś cudem słońce przedziera się przez liściaste przepierzenie, a mój kapelusz gdzieś przepadł, pewnie kiedy uciekałem przed osą. – Psiakość - przeklinam cicho, no nic, wrócę po śladach. – To ile za takie coś? – pytam, kiwając na jej własną różdżkę, która świeci się jak psu jajca.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Odille Ollivander
Czarodzieje
And if you'd never come for me, I might've drowned in the melancholy.
Wiek
26
Zawód
projektantka różdżek, artystka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
13
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
10
Brak karty postaci
13-12-2025, 23:48
Danielowi było daleko do sarny ostrożnie stąpającej po leśnym poszyciu. Zamiast tego jego kroki niosły w sobie podobieństwo do rozjuszonego trolla, oddech plątał się z odgłosem stóp uderzających o glebę, pozwalając Odille wierzyć, że na poszukiwaniach jej w oszklonym arboretum spędził dobrych kilkanaście minut, jeśli nie dłużej. Cóż, nie mogła przewidzieć, jak potoczy się jego wędrówka, lecz musiała przyznać z ręką na sercu, że niespecjalnie ułatwiła mu kwestię odnalezienia zguby w kipiącym życiem miejscu. Nie trzymała się często odwiedzanych dróżek, nie próbowała ustawiać sztalugi nieopodal wejścia, nie upewniła się, czy pozostaje dobrze widoczna przez szwadron drzew, bo gdy tylko zobaczyła szramy na tamtej kolumnie, jedyne, co ostało się pośród splątanego bluszczu myśli to iskra natchnienia spopielająca wszystko inne. Głowa bujająca w artystycznych obłokach czasem wodziła ją na manowce, odcinała od zewnętrznych bodźców, od rozsądku, od cudzej wygody, na podium wysuwając własną. Nigdy nie umiała nad tym zapanować do końca.
Pokłosie owej decyzji mieszkało teraz w zmęczonej irytacji Daniela Dodge'a, w lekceważącym określeniu, które posłał pod jej adresem przez powietrze ogrodu botanicznego, niemal niczym wiązkę zaklęcia. Jej mięśnie momentalnie stężały, zmysły się zjerzyły. Brwi ściągnęły się ku sobie, a czoło zdradziło ukąszenie cierpkości. Nie tak wyglądał jej świat, nie przywykła do mniej lub bardziej nieprzyjemnych epitetów, nie potrafiła nawet dopisać pod nimi atrakcyjności czegoś świeżego, wręcz przeciwnie: zastanowiła się, czy za pomocą czaru nie poskładać przyrządów malarskich i po prostu nie odejść stąd bez słowa. Ale czy wtedy okazałaby się lepsza niż paniusia, za jaką ją uznał? Zapewne nie.
Cisza płynąca z jej strony przeciągała się nieznośnie, dłoń miękkim ruchem odłożyła pędzel na poplamioną farbami paletę, a spódnica nareszcie zaszeleściła, gdy Odille podniosła się z krzesła, powoli obracając się ku Danielowi. Czarodziej w średnim wieku, o wysokiej linii przerzedzonych włosów, ubrany kolorowo, w sposób kojarzący się z kleksami farb, za pomocą których mieszała nowe odcienie. Prawdę mówiąc spodziewała się kogoś młodszego, może cudzoziemca, a tu proszę. Różdżka pozostała w jej rękach, nie uniosła jej jednak wyżej, ani nie wymierzyła szpicem w kierunku mężczyzny, zamiast tego opierając go na opuszkach drugiej dłoni.
- Zagadkę? Służę - zabrzmiała na nieurażoną, głos pozostawał spokojny i swobodny, podobnie jak trzy kroki w przód, poczynione w jego stronę. Sam domagał się zagadki, pretensje mógł mieć więc tylko i wyłącznie do siebie; znalazła w tej myśli coś perwersyjnie przyjemnego. - Nic nie kosztują, choć są na wagę złota. Posiadanie ich jest w dobrym guście, natomiast ich nieobecność razi bardziej, niż brak górnego siekacza. Potrafią stać się milczącym atutem lub wrzaskliwą wadą. Co to może być? - odczekała zaledwie sekundę, zanim sama udzieliła odpowiedzi. - Maniery, panie Dodge - kąciki ust drgnęły, kształtując nieco zaczepny uśmiech, po czym zsunęła spojrzenie na swoją różdżkę, wskazaną wcześniej przez Daniela. Oczywiście domyślała się powodu, dla którego posłał do niej sowę, więc potwierdzenie nie dziwiło. Do tej pory zastanawiała się jedynie, czy chodziło o różdżkarstwo, czy może resztę artystycznego arsenału.
- Najpierw musimy określić złożoność projektu - zaczęła, bo widełki galeonowe, w których zaczęli dryfować, były wielkości oceanu. - Skoro zwrócił się pan bezpośrednio do mnie, zamiast odwiedzić sklep, rozumiem, że chodzi o odświeżenie już istniejącej różdżki, zamiast zakup nowej. W takim wypadku ingerencja może odbyć się poprzez dobranie rękojeści. Zmiana całego kształtu powoduje ryzyko naruszenia rdzenia - wykładała rzeczowo, póki co przekonana, że nawiązują do prywatnego artefaktu Daniela. Ubrany w sposób krzykliwy i przyciągający uwagę, mógł utyskiwać na odstającą od wizerunku skromność przedmiotu i byłoby to chyba najbardziej przewidywalnym scenariuszem. - Proszę powiedzieć coś więcej o swoich oczekiwaniach, wtedy będę mogła określić cenę. A jeśli różdżka należy do pana, mogę od razu ją obejrzeć - zaproponowała, szczerze ciekawa, który okaz spod rąk Ollivanderów (bo kogóż innego? oprócz nich w Wielkiej Brytanii nie liczył się nikt) wybrał sobie akurat jego.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
22-12-2025, 00:45
Nie wyglądam na gościa, którego cieszą spacery, lecz po pierwsze — nie oceniaj książki po okładce, po drugie — z niebywałą przyjemnością wytknę ci twój błąd. Owszem, nie jestem typem wędrowca, to znaczy: wybiorę konną dorożkę zamiast pocić się na kilkukilometrowym szlaku, a bieganie po lesie, moim skromnym zdaniem, to zajęcie dobre może dla wróżek albo małych, odklejonych dziewczynek. Podobnie zdobywanie szczytów, na których nikt jeszcze nie był, tylko po to, żeby wbić tam flagę kraju, którego i tak raczej nie poważam. Z ryzykiem, że potknę się, umrę, a moje zlodowaciałe zwłoki zostaną porzucone na wysokości kilku tysięcy metrów nad poziomem morza, będąc przestrogą dla innych głupców — no błagam. Ja pas.
Jest za to parę innych szczytów, które mnie interesują, a jak mogę do nich dojść? Ano spacerami. Pod rękę. Za rękę. Prezentami z fikuśnymi kokardkami. Otwieraniem drzwi — do auta, do domu, do sklepu, do restauracji. Odsuwaniem krzeseł, podnoszeniem kanapy, kiedy Sandy odkurza albo froteruje podłogę. Proste? Proste.
Ale, ale, to nie wszystko: spacery. Dość często włóczę się po Londynie, co z tego, że prowadzę, bo wychodne z Marlenką to zupełnie inna para kaloszy. Nic nie zastąpi łażenia po mieście: to mi zostało jeszcze z czasów pacholęctwa, które usiłuję ignorować, jakby nigdy się nie wydarzyło i jakby Daniel Dodge od razu przyszedł na świat jako w pełni rozwinięty mężczyzna. Na spacerach obserwuję, a nawet uczę się — a że stolica jest ogromna, mam dużo wniosków na temat ludzi.
Turyści wysłupłują drobne na jednorazowe peleryny przeciwdeszczowe sprzedawane w kioskach ze skandaliczną przebitką, stoją w kolejce i mokną, szczękając zębami i ze zgrozą gapiąc się w zasnute chmurami niebo. Nie mają pojęcia, że wystarczy to przeczekać: urwanie chmury, kwadrans i tyle — brzydka pogoda pryśnie jak dorodny, biały pryszcz wyciśnięty z czubka nosa. Anglicy zawsze noszą parasole, przyjezdni i emigranci — nie. Po tym można ich poznać, po tym i po tym, jak wjeżdżają na rondo, ignorując zasadę pierwszeństwa, bo w Europie jest inaczej. Tak, śmak, srak, ja po latach mam już prawdziwą licencję, a oni prawo jazdy wylosowali w chipsach, IDIOCI.
Na tych spacerach patrzę pod nogi, bo a nuż znajdę coś wartościowego: raz rękawiczkę nie do pary, innym razem pięć pensów albo knuta i mnóstwo niedopałków — skąd na przykład wiem, że finansowanie klasy robotniczej powinno być wyższe, bo na chodnikach rządzą Woodbine’y bez filtra. Ślady roboli znajduję nawet tutaj, w ogrodach, które mogłyby aspirować do n-tego cudu świata, a więc gdzieś, gdzie być ich przecież nie powinno. A może to ja po prostu kręcę się w kółko, depcząc po własnych śladach?
Bliski jestem histerycznego śmiechu, ale zanim uśmiech od ucha do ucha rozszerza moją facjatę — boom, baby — znajduję panienkę pośrodku polanki, rodem z bajek, pośród mchu i paproci.
— Nawet nie dałaś mi szansy, słonko — pogodzony z utratą kapelusza, ocieram pot z czoła wyjętą z kieszeni chusteczką. — Nieładnie tak pouczać starszych. Szczególnie, jeśli samemu nie odrobiło się pracy domowej — wykładam surowo, mierząc ją tym arcywkurzającym nauczycielskim spojrzeniem. — Wierzyć mi się nie chce, że Ollivanderówna nie potrafi napisać zaproszenia. Kręciłem się jak smród po gaciach, zanim cię tu znalazłem — oby było warto.
— To ma być prezent dla mojej dziewczyny. Lubi… wszystkie takie dziewczyńskie rzeczy. Kwiatki, kotki, pieski. Koniki — wyliczanka zmusza mnie do wytężenia umysłu. Co jeszcze? — Lubi też Nocne Nuciaki i Elvisa Presleya, ale nie życzę sobie, żeby miała na różdżce wyrzeźbione jakieś gołe klaty, chyba że moją — dodaję zaraz nieco bardziej agresywnie, niż to miałem w planach. Nie chcę spłoszyć Odille, która niestety, ale nie wygląda jak oswojona wiewiórka, gotowa jeść mi z ręki. Dalej skrywa się za płótnem; ze swojej perspektywy trudno mi orzec, czy to ptak, czy nosorożec, czy może jeszcze coś innego — to, co maluje.
— Mam ją tutaj. Jej różdżkę, znaczy się. Tylko to kolejna rzecz: zależy mi na czasie. Ona nie wie, że ją zabrałem, rozumiesz, słonko? — byłem bardzo niegrzeczny i teraz muszę bardzo ładnie przeprosić, więc robię maślane oczy do kolejnej panienki z dobrego domu. Jeśli będzie trzeba, zrobię to, co będzie trzeba.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Odille Ollivander
Czarodzieje
And if you'd never come for me, I might've drowned in the melancholy.
Wiek
26
Zawód
projektantka różdżek, artystka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
13
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
10
Brak karty postaci
27-12-2025, 15:07
Paniusiu, słonko, nikt nigdy tak do niej nie mówił. Słonko - może za wyjątkiem matki, kiedy jeszcze nie odrosła od ziemi na tyle, żeby uchodzić za prawdziwą istotę, tylko drzemała w ramionach Victorii Ollivander i podstawiała głowę do plecenia wymyślnych koron z warkoczy. W dowodzie sympatii i czułości Flavius nazywał ją Di, kuzynka zwykła nazywać ją łabędziem, ale każda z tych relacji zakładała nacechowanie prawdziwą zażyłością, której brakowało między nią a Danielem. W ustach obcego człowieka określenia te brzmiały dla jej ucha lekceważąco i infantylnie, a zarazem intrygująco, bo przekraczał granice, które dla wielu czarodziejów były zbudowane ze stali w formie wysokiego muru. Skracał dystans błękitnej krwi i innych jej odmian, stawiał się w pozycji kogoś, kto z nonszalancją podchodził do konwenansu i bawił się nim wedle własnego uznania, a to, mimo że wypadało irytująco, było także odświeżające. Tym bardziej, gdy z jego gardła poleciało nauczycielskie orędzie. Odille zmrużyła oczy, przyglądając się jego twarzy w tej teatralnej tyradzie, dotykającej jednak sedna, z którego zdawała sobie sprawę. Nie podarowała Danielowi mapy ani konkretnej wskazówki dlatego, że jego list wydał się jej w pewnym sensie przejaskrawiony, zabawowy, nie do końca szczery, natomiast odnalezienie jej w Beaulieu dowodziło już klarowności zamiarów. Dostała to, czego chciała.
- Czy zwiedzenie pięknego arboretum podczas równie ładnego dnia jest naprawdę tak dokuczliwe? - podjęła, wodząc wzrokiem po otaczających ich korytarzach zieleni. Odgrodzone kopułą niemal nieprawdziwe miejsce, spokojne, zdrowe i bujne, przywodzące na myśl szklaną kulę z zaklętym w środku królestwem. W kącikach jej oczu czaiły się dyskretne, lisie płomyki rozbawienia absurdem ich sytuacji. - Ruch to zdrowie, panie Dodge - przypomniała mu, obserwując łezki potu niedokładnie starte ze skroni i boków kolumny szyjnej, dowodzące braku kondycji albo kilkudziesięciu minut szybkiego marszu przez połacie ogrodów botanicznych, jedno z dwóch.
Paradoksalnie robiło się coraz dziwniej. Dodge opowiadał o zainteresowaniach swojej kobiety, jak gdyby ta ledwo osiągnęła pełnoletniość, wspominał o męskich torsach i chyba insynuował, że w swoim projekcie Odille powinna uwzględnić jego sylwetkę, pewnie na wzór syreny obejmującej dziób statku, na co ekspresja różdżkarki mimowolnie zdradziła ukłucie zniesmaczenia, a kiedy wreszcie umilkł, milczała też ona, zmuszona pozbierać myśli z pobudzonej przez niego plątaniny. Cóż za osobliwy człowiek. Zastanawiało ją, kim miał okazać się z zawodu i w jakim domu umieściła go Tiara Przydziału, nie było to jednak pierwszorzędnie istotną kwestią, więc swoją ciekawość zostawiła na później.
- To naprawdę wszystko, co może mi pan o niej zdradzić? Do tego ogranicza się jej osobowość? Kwiatki, kotki i pieski? - zapytała powoli, z obawą, ponieważ charakterystyka podana przez Daniela nie tyle wołała o pomstę do nieba, co nie okazała się w żaden sposób inspirująca. Nie miał to być przecież projekt dla dziecka, tylko dla jego partnerki, dla kobiety, którą, jak zakładała, kochał całym sercem, na tyle zdeterminowany, by biegać po arboretum Beaulieu i tropić nieuchwytną błękitnokrwistą psotnicę. - Proszę opowiedzieć mi o jej charakterze. O czym skrycie marzy? Na co spogląda z tęsknotą, której nie wyraża głośno, myśląc, że pan tego nie widzi? Co powoduje jej wzruszenie? Ma ulubione kolory, motywy zdobnicze? Jak się ubiera? Co lubi robić na co dzień? I kiedy pan o niej myśli, to jakie trzy słowa momentalnie przychodzą panu do głowy? Dziesięć minut dojrzałego podejścia i potem dam panu spokój, panie Dodge - westchnęła, z jego obecnym podejściem donikąd nie dojdą. Musiała poznać Sandy Wilkes oczami Daniela, a nie zanosiło się to na łatwy proces. - Będzie pan mógł ją zabrać z powrotem. Wykonam pomiary i w razie konieczności odlew różdżki tutaj, na miejscu, żeby pracować nad samą rękojeścią - wyjaśniła, tym razem przewróciwszy oczami, kiedy znów nazwał ją słonkiem, po czym z jej ust uleciały dość ciasne widełki ceny, zależnie od wykorzystanych materiałów. Twój ruch, Danielu Dodge.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
27-12-2025, 21:47
Męczy mnie tłumaczenie świata ludziom dorosłym: sądząc po kształcie bioder i miednicy, panna Ollivander jest ukośnik mogłaby ukośnik powinna mieć już własne dzieci i to im świecić przykładem. I jak ma to niby robić, skoro wciąż musi odrabiać swoje lekcje?
– Generalnie - nie. Absolutnie nie – przyznaję, nie zaprzestając doprowadzania się do porządku. Zakładam przy tym, że słowo na “a”, którego nie znam i którego brzmienie już zdążyłem wyrzucić z głowy znaczy coś w stylu “ogród”, “oranżeria” lub “zakątek”. Kiedy moje czoło jest już suche, z kieszeni zielonej marynarki z materiału imitującego łuski morskiego stwora wyjmuję grzebyk i zaczesuję do tyłu resztkę włosów - to jedyny sposób, by wyglądało, że mam ich więcej niż w rzeczywistości. Teraz jestem gotowy na dalszą dyskusję, więc łypię na porcelanową panienkę z jawną niechęcią, której nawet nie kryję.
– Niemniej jednak znakomita większość Anglików ma ściśle wytyczony czas na obowiązki oraz na przyjemności, panno Ollivander – informuję ją niczym herold, który przybył z wiciami od samego króla. Z tej okazji ma rzadką okazję usłyszeć z mych ust grzecznościowych zwrot do adresata; niech jednak się do niego nie przyzwyczaja. Za chwilę wrócimy na planetę Ziemia, gdzie każda kobieta jest dla mnie maleńką, słodziutką, kicią itepe. I żeby nie było - jak mówię każda, to mam na myśli każdą. Nawet stukilogramową maciorę dla zasady głośno mianuję lalunią. Płeć piękna, tak? Nie ja ustalam zasady. – Niestety nie każdy może sobie pozwolić na luksusy błądzenia po arbo.. arboretum. Świątek, piątek czy niedziela, praca nie zrobi się sama – gdybym miał kapelusz, to bym go uchylił, niestety jestem biedniejszy o nakrycie głowy, więc tylko niedbale macham ręką, chyląc lekko głowę. Ja przepraszam za skandaliczne pierwsze wrażenie, ale to jej będzie głupio, bo właśnie odejmuje chleb od ust jakiejś średnio przędzącej rodzince i odrywa ojca od długiej listy rzeczy do zrobienia. Naprawić cieknący dach, odetkać rynnę, przyciąć żywopłot, wsadzić dziecko do wysokiego krzesełka i zatkać mu gębę smoczkiem - zapewnienie bytu bliskim nie kończy się po sześciu dziewięciogodzinnych zmianach.
– Nie, no, oczywiście, że nie – zaperzam się. Robi mi się coraz cieplej, czy to kwestia końcówki kwietnia i miesiąca do wiosennego Bank Holiday, czy też postawienia do pionu przez bladego podlotka - domyślcie się sami. Odille torpeduje mnie pytaniami, a ja kulę się w sobie, jakbym z każdym z nich przyjmował kulę. Bach-bach-bach-bach. Nawet gdyby strzały ominęły najważniejsze narządy, po tylu byłbym podziurawiony jak portki obszczanego Petera. – Sandy… Sandy w każdym potrafi zobaczyć coś dobrego – dukam w końcu kulawo, wzrok skupiając na akcesoriach do malowania. – Jak stawialiśmy choinkę na Boże Narodzenie to wybrała taki najgorszy wiecheć, krzywy i łysy, bo powiedziała, że jeśli my go nie weźmiemy, to pewnie nikt go nie wybierze. Nawet nie był przeceniony, jasny gwint – potok słów płynie nieprzerwanie, a mi przed oczami jak w kalejdoskopie migają rodzajowe scenki, jedna bardziej urocza od drugiej. Po tym jak rzuca we mnie butelką, zaraz przykłada mi pod okiem paczkę mrożonego groszku. – Czyta horoskopy i jak poznaje kogoś nowego zawsze pyta o dokładną datę i miejsce urodzenia, żeby sprawdzić czy ich energie do siebie pasują – wzdycham, niemal tak głęboko, jak westchnęła Sandy, kiedy usłyszała od mnie, że mój akt urodzenia przepadł, a dzień został wybrany ot tak, na chybił trafił. – Lubi tańczyć i często udaje, że jest piosenkarką. Śpiewa wtedy do szczotki do włosów. Nie przeszkadza jej, że patrzę. Właściwie, woli jak patrzę. Podoba jej się to – spowiadam się z mojego życia uczuciowego, zaraz usłyszę krótkie pukanie, sygnał że można wstać z kolan i opuścić konfesjonał. Oblepia mnie ten sam palący wstyd, którym spływałem po wizytacji prawdziwego księdza, który dopytywał o szczegóły grzechu nieczystości - czy robiłem to sam, jak często, gdzie, czy dochodziłem i czy byłem głośny. Zamykam na chwilę oczy, słońce tak wali, to na pewno przez to i wizualizuję sobie buziunię Sandy. Jej oczy, w których chcę się utopić, usta, którym dam się połknąć i klawiaturę białych ząbków, którymi mogłaby mnie zjeść. – Motyle. Wata cukrowa. Starość – rzucam, a kiedy mój cukiereczek tak dźwięczy sobie między nami, odpalam szluga i zaplatam ręce na piersi. – Wystarczy już tego dobrego – dodaję nerwowo, co widać po tempie palonego peta, którego pół już zniknęło. Ciskam w krzaki niedopałek, a z paczki wyjmuję następnego.
– ILE?! – przepraszam, ja się chyba przesłyszałem? Paniusia podaje mi cenę, a ja wytrzeszczam na nią oczy, gotów przetrzeć je nawet jak wycieraczki oczyszczają szybę auta z komarów i much rozbitych podczas zbyt szybkiej jazdy. – Za tyle to ja przecież kupię nową różdżkę! – rozkręcam się, zapominam o papierosie i o tym, że w zieleńcu podnoszenie głosu nie uchodzi. – Mogę dać co najwyżej połowę – próbuję się targować, choć nie wieszczę tu sukcesu. Usługa z gatunku luksusowa, co ja sobie myślałem?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Odille Ollivander
Czarodzieje
And if you'd never come for me, I might've drowned in the melancholy.
Wiek
26
Zawód
projektantka różdżek, artystka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
13
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
10
Brak karty postaci
27-12-2025, 22:45
Doskonale pamiętała treść listu posłanego mu w odpowiedzi. Czyżby sam Daniel zdążył o tym zapomnieć, kiedy tego dnia szykował się do opuszczenia domu, zgodnie z podanym przez nią terminarzem zamkniętym w luźnych ramach?
- Miał pan wczorajszy dzień i solidną porcję dzisiejszego przedpołudnia na to, by napisać, że wolałby pan otrzymać bardziej precyzyjne instrukcje, w którym miejscu ogrodów botanicznych powinniśmy się spotkać. Zachęcałam pana do odnalezienia mnie i nie ułatwiłam tego zadania, to prawda, ale celowo także go nie utrudniłam. Gdyby poddał się pan walkowerem, napisałabym wprost - stwierdziła, cokolwiek rozbawiona jego pieklącym się podejściem do kłopotów, w które wpędził się zarówno jej sugestią, jak i własnym zaniedbaniem. Odille nie zamierzała już przyjmować na siebie pełnego spektrum winy; może by to zrobiła, gdyby Daniel nie drążył, zmuszając ją do uniesienia metaforycznej szpady i zastosowania szermierczej parady. Mógł uznać, że ścieżki arboretum biegną w harmonijnym i nieskomplikowanym układzie niczym miejskie ulice, dzięki czemu trafienie na nią okaże się banalne, a skoro okazało się inaczej, zapewne więcej już nie zlekceważy ich możliwości.
Nie musiał też w ogóle dziś się tu pojawiać: deklarował, że dostosuje się do jej kalendarza, a ona podała mu pierwszą dogodną datę, w której mogliby porozmawiać bez zgiełku panującego w sklepie, gdzie właśnie musiało się roić od pierwszorocznych dokonujących pierwszych szkolnych zakupów na ulicy Pokątnej. Dzień mimo to nie był wiążący, znów: gdyby Dodge odpisał, że wolałby inny termin, nie robiłaby mu problemów. Przyjął jej rękawicę, przegrał i teraz za to płacił, a skoro przegrał, cóż, wygodnie było narzekać na reguły gry.
Czerwień musnęła jego twarz pod wpływem naporu pytań dotyczących czarownicy, którą zamierzał uraczyć prezentem, a Odille uznała to za dobrą monetę. Wstyd mógł zachęcać do poprawienia swojego zachowania, może przebiła się przez jego nonszalancję i sam zobaczył, że przedstawił Sandy Wilkes w nie dość klarowny sposób, nie dość wierny temu, kim była naprawdę. Ollivanderówna nie wykluczała, że faktycznie lubiła wszystkie rzeczy wypunktowane przez jej partnera, ale dusza i serce kobiet z reguły były bardzo złożone, jako płeć żyły zarazem w swoim wnętrzu i świecie zewnętrznym. Nosiły setki masek dostosowanych do okazji, były aktorkami na deskach własnego teatru, pokazywały tyle, ile chciały pokazać. Dlatego też Odille uśmiechnęła się szczerze, słysząc o współczuciu wobec drzewka świątecznego, przy którym nie zatrzymałaby się lwia część magicznego społeczeństwa. Astrologia, muzyka, to także rysowało bardziej szczegółowy portret.
- Od razu lepiej - pochwaliła go jak ucznia, który przy tablicy udzielił prawidłowej odpowiedzi - najwyraźniej role się odwróciły. - Sposób mówienia o partnerce to jeden z dowodów szacunku, jakim się ją darzy. Teraz widzę, że to ciepła, wrażliwa i figlarna kobieta, i to mnie inspiruje. Nie muszę panu tłumaczyć, że jeśli opisze ją pan jak płytką jedenastolatkę, ludzie będą widzieć w niej płytką jedenastolatkę, prawda? - westchnęła, uświadamiając sobie, że posiadanie dzieci musi być okrutnie trudnym zajęciem, ponieważ kładzenie komuś do głowy oczywistości mogło szybko nadszarpnąć cierpliwość.
Krzywy uśmiech pociągnął za lewy kącik, gdy Daniel zaczął wić się jak piskorz, zarumieniony od konieczności, przed którą go postawiła, ale znowu mógł winić tylko i wyłącznie samego siebie, tym razem w bardzo pozytywnym aspekcie. Skoro widział złożoność charakteru Sandy, musiał spędzić dużo czasu na obserwowaniu jej, na poznawaniu kobiety, którą pokochał, pewnie więcej czasu, niż chciałby przyznać. Uczucia to nic złego, nie odejmowały mu męskości, ale Odille oszczędziła mu kolejnego wykładu. - Starość? - powtórzyła, zamiast wytknąć, że w gruncie rzeczy podał jej cztery słowa, nie trzy. Im więcej, tym lepiej. Tego jednak nie spodziewała się usłyszeć w zestawieniu, czyżby czarownica mieszkająca w jego sercu miała okazać się starsza od niego? Och, to byłoby dość dziwne, biorąc pod uwagę Nocne Nuciaki.
- Ozdobna rękojeść to dodatek, nie produkt pierwszej potrzeby - stwierdziła powoli, nieco zdziwiona jego obruszeniem. Jej zdaniem cena nie była wygórowana, może przeciętny czarodziej nie mógłby sobie na nią pozwolić bez uprzedniego odłożenia odpowiedniej sumy, ale nadal pozostawało to w zasięgu możliwości... chyba. Z drugiej strony nie interesowała się różnicami ekonomicznymi między błękitnokrwistymi a resztą społeczeństwa, więc równie dobrze Daniel Dodge mógłby paść na zawał z zupełnie uzasadnionego powodu - kto wie? - Dobrze, zgadzam się na połowę - obwieściła niespodziewanie, nie dlatego, że nagle szarpnęło ją za serce współczucie czy altruizm, a dlatego, że pod kopułą kasztanowych włosów momentalnie rozżarzył się nowy pomysł. - Drugą połowę może pan odpracować pozowaniem. Oczekuję jednak zaangażowania w oddawaniu emocji, o które poproszę, oraz dyspozycyjności, gdybym potrzebowała kolejnych sesji dla dopracowania szczegółów pańskiej postaci. Umowa będzie obowiązywać od dzisiaj do momentu dokończenia obrazu. I podniesie pan każdy niedopałek, którym zaśmieca pan ogrody Beaulieu. Co pan na to? - rzuciła wyzywająco, z wymownie uniesionymi brwiami. Nie zamierzała umieszczać go na rozpoczętym dziś płótnie, ale uroda Daniela była na tyle niecodzienna, a twarz po pokonaniu żył arboretum umęczona, że mogłaby poświęcić trochę czasu na stworzenie z nim nowej kompozycji, póki co szkicem.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
28-12-2025, 14:58
Reprymendy to ja mogę udzielać, ale przyjmować - no, no, no. Szkolną ławkę opuściłem nieodwracalnie, edukacja podstawowa zapewniona przez państwo obrodziła w przekonanie, że są lepsi i gorsi i jeśli nie pofarciło ci się na starcie, no niestety - musisz cwaniakować, oszukiwać i kłamać, bo inaczej urobisz się po łokcie, ale śmietankę spije ktoś z zawodem “syn”. Podpieram się pod boki, skanując koafiurę artystki, która na wszystko ma czas i może bujać w obłokach, ile tylko dusza zapragnie, mając kwatery zapewne gdzieś w sąsiedztwie olbrzymów od Jasia i jego magicznej fasoli.
– Nie sądziłem, że skryjesz się gdzieś w krzakach – odpowiadam, wskaźnik irytacji właśnie dobił do złotego gongu i robi w mojej głowie triumfalne dzyń-dzyń, jak w grze w wesołym miasteczku. Tylko że czego świętować - nie ma. – Jestem pewny, że te ścieżki zmieniały miejsce. Wiesz, ile razy mijałem tamto drzewo, paniusiu? – macham ręką w kierunku jakiegoś egzotycznego gatunku, którego kora zwisa smętnie, a pień wygląda, jakby składał się obranych ze skórki bananów. – Nieważne – próbuję przestać się pieklić, wdech i wydech, uzdrowiciel kazał mi unikać stresu, tylko jak niby mam się słuchać, skoro ciśnienie skacze samo jakby to były igrzyska olimpijskie i konkurencja typu skok o tyczce. Zieleń powinna wpłynąć na mnie kojąco, ale to tylko teoria. Tak, zielona herbata działa przeciwgrzybicznie i popijam ją, żeby zmniejszyć ryzyko wrzodów żołądka, lecz chwasty w naturalnym-nienaturalnym środowisku (jak połowa tego, co trzymamy w Wielkiej Brytanii - przywieziona zewsząd albo po prostu chamsko skradziona) i to na dodatek w kwietniu pylą, przyciągają osy i brudzą ubrania sypiącym się pyłkiem.
– Słuchaj, słonko – odpieram od siebie wykład Odille, z powrotem w dawnym szyku, jakby ktoś podsunął mi pod nos sole trzeźwiące. – Chciałem tylko fikuśnej ozdoby dla mojej kobiety. Nie pisałem się na tworzenie portretu psychologicznego. O takich rzeczach nie gadam z obcymi. To prywatne sprawy – mleko już się wylało, a ja próbuję ratować się desperacko z tej małej powodzi, ale do dyspozycji mam tylko stare, śmierdzące szmaty, które zamiast zbierać wilgoć, roznoszą ją dalej. Nie dam rady, już się pogrążyłem, pękłem, obnażyłem pierś, a przypadkowa dziewczyneczka zobaczyła to, czego widzieć nie powinna. Nie jestem pijany, żeby zrzucić wylewność na karb wesołości, która rozwiązuje języki, jestem… w miłości, tak, chyba tak i to innej od każdej poprzedniej. Czasami pięciominutowej, innym razem obłudnej, gdy oboje kłamiemy, że jest nam dobrze albo takiej zupełnie wyreżyserowanej, z rutyną, przyzwyczajeniem i kolejnymi grudami przyjmowanymi do nosa, żeby poczuć cokolwiek. – Nasza wspólna – dopowiadam sucho i przysięgam, to ostatnia rzecz na temat Sandy, jaką ode mnie usłyszy. Wolałbym napisać jej wypracowanie na dwie rolki pergaminu niż przechodzić przez ten egzamin ustny, choć zwykle to w tej formie łatwiej mi błyszczeć, tu tracę polot. A do powiedzenia mam dużo: że wykładam nogi na kraciasty taboret, a ona przynosi z kuchni kruche ciasteczka z cukrem na szklanym talerzyku. Że razem wyprowadzamy na spacer tego psa, którego nie chciałem, a teraz drapię go za uchem, rzucam patyka i pozwalam na drzemki w nogach łóżka. Że czyta mi na głos tabelę First Division, bo moje oczy już nie domagają. Że odkręcam słoiki z ogórkami i nakrywam do stołu, kiedy ona narzeka na ból kręgosłupa i nie wstaje cały dzień z kanapy. Gram w chowanego z oznakami zniedołężnienia, nie noszę okularów, słucham jak Sandy recytuje ranking sezonowych osiągnięć Tottenhamu (w tym roku skandalicznie ograbionego z mistrzostwa przez młodzików z Ipswich Town), bo jej i sobie sprawiam tym przyjemność - nowa oficjalna wersja wydarzeń. Tak było, panie władzo. Drzazgi się mnożą: włosy w uszach, kłopoty z zapamiętaniem imion nowych bohaterów “Coronation Street”, trzęsące się dłonie, którymi nie mogę utrzymać kubka z kawą, coraz mniejszy pęcherz i stopy-lody. Na wszystko znajduję wymówki, szczerze - chyba jednak będę mógł z tym żyć, pod takim jednym, małym warunkiem.
– Ja to wszystko wiem, ale ta cena jest skandaliczna – upieram się, no nic, Sandy dostanie… kolczyki. Też nie są potrzebne do szczęścia, ale wywołają pożądaną reakcję łańcuchową: uśmiech, rączki zarzucone na szyję, ciepłe całusy. I potem, kolejny tydzień fryzur z wysoko upiętych włosów, by eksponować biżu. Dla mnie - w porządku. No i nie będę dokumentnie zrujnowany. Zbieram się jak niepyszny, lecz nagle głos dziewczęcia zatrzymuje mnie w pół kroku ku żółtej dróżce wiodącej do domu. Mamy umowę?
– Odpracować pozowaniem – powtarzam po niej, odwracając się powoli. Wietrzę w tym podstęp, nie żyję pod kamieniem, mam lustro w łazience, w przedpokoju, a kolejne trzy w sypialni, odkąd mieszkam z dziewczyną. – Chcesz malować… mnie? Dlaczego? – jest ilustratorką książek dla dzieci i potrzebuje modelu ogra, a że praca z prawdziwym egzemplarzem jest raczej niemożliwa, dostrzegła w mnie godne zastępstwo. Takiej odpowiedzi się spodziewam i masochistycznie chcę ją usłyszeć. – Skoro mam jeszcze pozować, to zróbmy to w barterze – wietrzę okazję, więc usiłuję wycyganić, ile się da. Ona przecież nie zbiednieje. – Podniosę tego peta – niech będzie kompromis, schylam się nawet od razu, żeby widziała, jak niedopałek z ziemi ląduje w wymiętoszonej paczce. Wyrzucę ją później. Za bramą ogrodu. Czy trafi do śmietnika? Kto to wie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#10
Odille Ollivander
Czarodzieje
And if you'd never come for me, I might've drowned in the melancholy.
Wiek
26
Zawód
projektantka różdżek, artystka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
13
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
10
Brak karty postaci
07-01-2026, 13:47
Uporczywość w zwracaniu się do niej na "ty" zaczynała trącić niewygodą, być może powinna pójść szlakiem wytyczonym przez Daniela i postąpić tak samo. Nie tak wychowano ją w domu i nie wątpiła, że przy rodzinnym stole Ollivanderów za okazanie tego rodzaju braku szacunku zyskałby kilka ostrych spojrzeń, skoro ją samą, dość otwartą i nowoczesną, gryzło to coraz bardziej wraz z upływającym na rozmowie czasem, ale cóż zrobić, kiedy ktoś wydaje się niereformowalny? Był od niej starszy, już samo to powinno zaskarbić mu tytuł grzecznościowy, ale jeśli wolał przejść na stopę bardziej... bezpośrednią, proszę bardzo, Odille nie chciała być mu dłużna.
- W takim wypadku pretensje należy mieć do ścieżek - oceniła z politowaniem, Daniel miał w sobie podobieństwo do dziecka, które nie może pogodzić się z niedoskonałością, co paradoksalnie była w stanie zrozumieć. To pierwsze spotkanie, na dodatek z kimś urodzonym pod znakiem błękitnej krwi, więc zapewne zależało mu na tym, by wypaść odpowiednio, dobrze, tymczasem ogrody Beaulieu pokrzyżowały mu plany, podobnie jak ona sama. Co do drugiej kwestii nadal nie była przekonana, im bardziej Dodge się pieklił, tym bardziej Odille wyrzekała się swojego udziału w jego cierpieniu, a doszli do momentu, kiedy pieklił się mocno. Szczęśliwie nie do utraty tchu, bo sam skwitował temat krótkim ucięciem, z czym zgodziła się skinieniem głową. Faktycznie nieważne. Stracili na przepychance kilka cennych minut, podczas których jej wyobraźnia już mogłaby płynąć do Sandy i projektów poświęconych jej postaci, na szczęście teraz mogła już na tym się skupić.
- Różdżka to integralna część czarodzieja - odparła spokojnie, przyzwyczajona do tego typu rozmów. Wielu ludzi po pierwszym zachłyśnięciu się ekscytacją w wieku jedenastu lat zaczynało brać je za pewnik, coś oczywistego i zupełnie im należnego, a przecież wcale tak nie było. Wyrosła w świecie, w którym drzewcom należał się bezwzględny szacunek, a ich naturę otaczało się postrzeganiem podobnym niemal żywym istotom. W pewnym sensie tak było, połączone wraz z rdzeniem i resztą zmiennych nabierały charakterów i preferencji względem dzierżących ich właścicieli. - Akurat ta różdżka trafiła do twojej partnerki przez to, jaką jest osobą i jaki drzemie w niej potencjał. Wybrała ją, nie odwrotnie. Dlatego pytam o wszystkie te rzeczy - bo to swoiste przedłużenie jej osoby, nie pierwszy lepszy przedmiot bez głębszego znaczenia - wyjaśniła, lecz jeśli czegokolwiek zdążyła nauczyć się o Danielu, przeczuwała, że zlekceważy jej słowa i i tak będzie uważał swoje. Trudno, dla niej niczego to nie zmieniało. Zamierzała dołożyć starań, żeby ozdobna rękojeść pasowała do osobowości panny Wilkes, a rolę Dodge'a od teraz mogła ograniczyć do sakiewki monet, która zamierzała uiścić za to opłatę. Nie on był ważny w równaniu, nie jego osobiste emocje i ograniczenia grały tu pierwsze skrzypce, a i tak zerknęła na niego ze śladem poruszenia, kiedy w dwóch ogromnych słowach wyjawił znaczenie stojące za starością. Piękna wizja, szczerze im tego życzyła, pogodzona z myślą, że sama zapewne nigdy nie doświadczy podobnej więzi ani przyszłości, w której włosy wspólnie siwieją, a skóra zaczyna marszczyć się i zwijać w małe fałdki. Ograbiono ją z tego scenariusza u boku Flaviusa, potem, przy Ambrosie przestała tego wyczekiwać, a kiedy umarł też drugi narzeczony, przyjęła za pewnik istnienie wiszącej nad nią klątwy.
Klątwą Daniela okazała się zaś cena, której zażyczyła sobie Ollivanderówna za składane przez niego zamówienie. Trudno było jej nazwać kwotę skandaliczną, lecz zdawała sobie sprawę, że jej sakiewka rzadko kiedy odczuwała brak monet, a sama Odille nie musiała zważać na swoje wydatki, postawiona w tak korzystnej sytuacji z racji rodziny, w której przyszła na świat. Być może dla Daniela faktycznie były to niezdobyte szczyty finansowe, kto wie...? A może po prostu próbował stargować tyle, ile będzie w stanie, jak prawdziwy biznesmen.
Zanim przeszliby do szermierki propozycji i kontrpropozycji, czarownica zaproponowała mu rozwiązanie, które zadowoliłoby ich oboje. Patrzyła na nieufne zaskoczenie odmalowane na jego twarzy, kiedy dotarło do niego, że sposób zapłaty części kwoty będzie dość... niekonwencjonalny, i w duchu rozbawiła ją ta reakcja. Rzeczywiście nie był modelem, który przykułby uwagę typowego artysty, na szczęście jednak Odille pod tym względem nie była typowa, tak jak jej upodobania.
- Lubię nieoczywistości - odpowiedziała krótko, co właściwie zamykało wielki monolog powodu w kilku słowach. Nie musiał wiedzieć dlaczego, nie musiał wiedzieć o niej rzeczy, do których dopuszczała tylko nielicznych. W końcu nikomu nie spowiadała się ze swojej sztuki, bo gdy pojawiła się ewentualność, że będzie musiała to robić, zrezygnowała z pokazywania rodzinie większości dzieł, których i tak by nie zrozumieli. - Nie, barter nie wchodzi w grę. Decyzja należy do ciebie: możesz usiąść teraz przy tamtej kolumnie - wskazała na naznaczoną draśnięciem konstrukcję, którą wcześniej uwieczniała na płótnie ze spętanym przy niej półduchem, zrozpaczonym i uciemiężonym, - i przyjąć moją ofertę, albo odejść i ryzykować kolejnym zgubieniem na przestawiających się ścieżkach - uśmiechnęła się lekko, ciekawa, czy Dodge mimo wszystko był na tyle zdeterminowany, żeby sprezentować Sandy przykuwającą oko ozdobę różdżki.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): 1 2 Dalej


Skocz do:

Aktualny czas: 11-01-2026, 00:41 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.