• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Szkocja > Hogsmeade i okolice > Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie > Biblioteka Hogwartu
Biblioteka Hogwartu
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
15-10-2025, 14:43

Biblioteka Hogwartu
Ogromne, majestatyczne pomieszczenie wypełnione rzędami wysokich, drewnianych regałów sięgających do samego końca wysokiego sufitu. Półmrok panujący w tajemniczym wnętrzu, przerwany jest jedynie migotliwym światłem świec, olejnych lamp i szmerem przyciszonych rozmów. W powietrzu unosi się zapach starych ksiąg, pergaminu i kurzu, a ciszy strzeże surowa bibliotekarka. która nie toleruje hałasu ani nieostrożnego obchodzenia się z książkami. Jej surowy wzrok łypie spod sterty opasłych tomiszczy, spoglądając na każdego nowo-przybyłego gościa. Wśród tysięcy tomów znajdują się zarówno podręczniki do magii, jak i zakazane woluminy ukryte w Dziale Ksiąg Zakazanych, do którego dostęp wymaga specjalnego pozwolenia. Jest miejsce pełne ukrytych zakamarków, wygodnych stolików zachęcających do wielogodzinnej nauki. Jeszcze nikt nie zdołał odkryć wszystkich tajemnic i prawdziwego potencjału ogromnej biblioteki.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (2): « Wstecz 1 2
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Philippa Moss
Akolici
Musimy mieć wytrwałość i ponad wszystko wiarę w siebie. Musimy być pewne, że mamy do czegoś talent.
Wiek
25
Zawód
barmanka, matka niuchaczy
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
25
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
11
Brak karty postaci
07-12-2025, 23:11
stąd

Podsuwał jej role, w których nigdy nie chciała się znaleźć. Oczywiście – trwała w pewności, iż bez przeszkód nałożyłaby odpowiednie maski i uwiodła co poniektórych bogatych sztywniaków, ale wcale nie miała takich ambicji. Czym innym było oskubanie kogoś na garść galeonów, czym innym uwiązanie się do czyjegoś eleganckiego ramienia na dłużej niż jedną upojną noc. Zasiewał wizje, które miały w sobie coś elektryzującego, a jednocześnie na dłuższą metę wydawały jej się zupełnie mdłe i niedopasowane do drogi, którą wybrała. Choć nie wiedziała, w jak strojnej kołysce spędziła pierwsze dni swojego życia, początkowe wspomnienia przecież były brudne, głośne i płaczliwe. Szara ulica i samotne dziecięce istnienie, o które zupełnie nikt się nie troszczył. Tego więc się trzymała kurczowo, rzeźbiąc ponurą rzeczywistość na coś lepszego, ale nigdy się jej tak naprawdę nie wyrzekając. Wszystkie dorosłe decyzje dokonywała świadomie. Wybierała złodziejaszka w spranym garniturku, wyzbytego z ozdób w postaci do bólu czarujących uśmiechów i złotych zegarków. Lecz on najwyraźniej miał na temat tego wyboru do powiedzenia coś, co wcale nie nakarmiło jej ego. Zakłuta nieznośnie przez te dziwaczne prowokacje przegryzała wargę od środka, czując coraz to większe rozdrażnienie dzięki mocy niezrozumiałych dopowiedzeń przeklętego Scaletty.
Przyszłam z tobą, baranie. Choć jej osobiste słowa zdziesiątkowane odbijały się w myślach, on najwyraźniej uznał, że to odpowiednia chwila, by podzielić się garścią dziwacznych fantazji o płaszczeniu się przed wdówkami. Pewnie jeszcze starymi, bo przecież takim przystojniakiem nie pogardziłaby żadna – a te stare miewały znacznie bardziej zasobne sakiewki.
– Mmm, uznałeś więc, że to idealna pora, by podzielić się ze mną tą wizją? –
zamruczała, na koniec cmokając z wyrazem jawnej dezaprobaty. – Teraz, gdy masz mnie w ramionach? To dość niepokojące – kontynuowała, przesuwając palcami po tychże przywołanych ramionach. Może w podzięce to ona powinna teraz podarować mu litanie kurewsko nieinteresujących żali na temat tych bzdurnych i adekwatnych do nastrojowej chwili wyobrażeń. Musiał jednak i bez tego dojrzeć, jak kolory na jej twarzy się zmieniają, jak coś iskrzy się niepokojąco w głębi tęczówki. Przysunęła się bliżej. – Jestem sto razy lepsza od każdej z tych twoich wyśnionych wdówek, Michaelu. Mam coś lepszego, niż fortuna, która ci się marzy – odparła zaczepnie, posuwając dłoń w dół po jego plecach i wsuwając palce za jego pasek. Powinieneś myśleć o mnie, chciałaby rzec, lecz skoro już uraczył ją podobną treścią, powinna może zastanowić się nad tym głębiej. Pragnął więc bezkresnej fortuny? Roztropnej opiekunki? Nie, chyba nie chciało jej się jednak o tym myśleć. Chyba dostatecznie zdołał potargać pewne nadzieje, które zaprosiła bliżej siebie, gdy tylko wizja wspólnego zjawienia się na tym cholernym zjeździe stała się naprawdę realna. – Ja, mój cwaniaczku…. – urwała, ściszając głos i wyciągając szyję do jego ucha, które ledwo co zdołała musnąć obietnicą miękkich warg. – Mogę wszystko – zakończyła, przyciskając na moment mocno dwa ciała do siebie. Pierś w pierś, serce przy sercu, totalnie, bezpardonowo, jakże sugestywnie. – Tyle że dziś nie mam nastroju na iluzje. Na żadnego z tych naiwnych obszczymurków, na żadnego z tych elitarnych panów. – Nie widzisz, naprawdę nie widzisz?
Nie widział albo tak cholernie uparcie udawał, wybierając kompletnie niezrozumiałe dla niej wymówki. Odsunęła się, gdy kolejny raz, mimo skąpego przyznania się, wcale nie uraczył jej sycącym słówkiem. Gamoń. – I nie powiesz mi, co to za książka, nie? – odrzekła z cieniem wyrzutu, gdy maska zsunęła się z jej twarzy, uwalniając od otumanianego ucisku nostalgii wszystkie sieroce myśli. – Gdy gadałeś o wdówce, byłeś nawet całkiem rozmowny – wytknęła mu, wzmacniając symbolicznie uścisk palców złodzieja i barmanki. – To są tematy, o których lubisz rozmawiać? – podpytała, skoro już poczuł się w obowiązku i wygłosił wstęp do szlachetnych poszukiwań tematu do wina i czterech ścian kamienicy na ostatnim piętrze.
– Mam wejść z tobą do środka? –
Znaleźli się tuż przed imponującymi wrotami szkolnej biblioteki. Miejsca, które pociągało nie tylko wariujących w naukowym szaleństwie krukonów. Pociągało pewnego złodzieja, za którym tu przyszła. A może to też chciał załatwić sam, dając jej kolejny raz obietnicę i następnie odbierając ją, nim zdołała faktycznie jej posmakować. Była tu z nim: czy potrzebował jaśniejszego komunikatu, że pozostaje absolutnie gotowa na wszystko?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Keith Croft
Akolici
Wiek
23
Zawód
Pracownik restauracji
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
9
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
6
Siła
Wyt.
Szybkość
10
8
8
Brak karty postaci
08-12-2025, 19:49
Odpowiedź dla Leonie Figg

Jego osobiście duchy zawsze fascynowały. Może nie w takim stopniu aby zagłębiać się niewiadomo jak bardzo w ich powstanie i proces tworzenia, ale kiedy był jeszcze w szkole, a zwłaszcza kiedy się w niej pojawił nie odpuścił sobie możliwości porozmawiania z nimi. Ciekawiły go ich historię, ich życie oraz przygody, chociaż nie każdy okazywał się być na tyle interesujący jak za pierwszym razem myślał. Nigdy nie udało mu się porozmawiać z Szarą Damą, zawsze uciekała gdy tylko chciał do niej zagadać, aż w końcu się poddał szukając innych obiektów do rozmowy. Sam jednak doszedł w końcu do wniosku, że chyba jednak wolałby nie zostać duchem po śmierci, chociaż wiele by oddał by na przykład ojciec pozostał z nim, nawet w tej formie. Mogliby dalej rozmawiać, toczyć swoje zażarte dyskusje, a może nawet pomógłby mu udowodnić to czego on był pewny, ale nie miał niestety możliwości poparcia swoich tez o jego śmierci.
- Ała no weeeź! - ponownie odskoczył czując kolejne dźgnięcie między żebra i tym razem ustawił się w pozycji obronnej, unosząc ręce do góry, w razie kolejnego ataku ze strony siostry.
Po chwili jednak je opuścił i pokręcił głową z rozbawieniem.
- Niemożliwa jesteś, wiesz? Ja ci się tu rzucam z pomocą, narażam swoje życie, a ty mnie jeszcze bijesz. - zrobił dramatyczną minę - Ranisz moje serduszko. - złapał się teatralnie za klatkę piersiową, ale po chwili zaśmiał się wesoło.
Nie ważne jaka by to była sytuacja i tak by jej pomógł, a w każdym razie starałby się to zrobić. Irytek oprócz swoich głupich i lekkomyślnych żartów na ogół nie stanowił jakoś specjalnie realnego zagrożenia, ale to nie było istotne. Realne czy nierealne zagrożenie, nie myślałby dwa razy i z całą pewnością ruszyłby na pomoc każdemu ze swoich przyjaciół gdyby to tylko miało ich uchronić przed niebezpieczeństwem.
Szerszy uśmiech wpłynął na jego usta kiedy zobaczył, że jego dobry humor udzielił się również Leonie. Zdecydowanie wolał jak się uśmiechała niż smuciła czy złościła. Wziął sobie to za punkt honoru by być jej osobistym rozśmieszaczem i dostarczycielem dobrego humoru, nawet jeśli miał się przy tym przy okazji wygłupić. Słysząc jak ta się przyznaje do wywinięcia mu numeru w szkolnych czasach uniósł brew ku górze, ale na jego twarzy nie było ani cienia wyrzutu.
- O ty małpo jedna, a tak się zarzekałaś, że nie wiesz kto to był. - pokręcił głową i w ramach odwetu teraz on dźgnął ją palcem w ramię - Dobrze, że ciepło wtedy było, bo jakbym się przeziębił to byś mi herbatki przynosiła i kocykiem okrywała. - pokazał jej język, po czym zaśmiał się cicho pod nosem.
Ich relacja zaczęła się w murach tego zamku i trwała do dziś. Nie miał pojęcia czym sobie zasłużył na jej przyjaźń, ale był naprawdę bardzo jej wdzięczny, że otoczyła go wtedy swoją opieką. Cały czas żałował, że nie włożył więcej wysiłku aby ją znaleźć gdy zniknęła na pół roku, miał wyrzuty sumienia, bo chociaż nie wiedział co się z nią wtedy działo, zdawał sobie sprawę, że miało to na nią duży wpływ. Chciał ją jednak mimo wszystko wspierać, być jej opoką, osobą, do której wiedziała, że może się zwrócić w każdej chwili i zwierzyć się ze wszystkiego, bo on te tajemnice zbierze ze sobą do grobu.
- Nieee, no to zdecydowanie musisz to nadrobić. Co prawda wiele się tam nie zmieniło, może mają troszkę nowszy sprzęt, ale sadzonki nadal znajdują się w tych samych miejscach i są zasadzone dokładnie w tej samej kolejności i miejscach co za naszych czasów. - pokiwał głową z uśmiechem - Znasz znasz. Obiecałem Riven. Często razem imprezujemy więc nie mogliśmy sobie odpuścić takich tańców, chociaż nie wiem jak mi pójdzie. - odparł spokojnie, a po chwili uniósł palec ku górze - Ale nie rób sobie żadnych nadziei. To moja przyjaciółka, nic więcej. - zastrzegł od razu.
Przyjaciółka, z którą się przespałem, dodał w myślach. Kac moralny po tamtych wydarzeniach już minął, ich relacja nie ucierpiała po wydarzeniach z tamtej nocy i bardzo go to cieszyło. Nadal nie pamiętał wszystkiego co wydarzyło się tamtej nocy, ale może tak było lepiej.
Nie cofnął się nawet o krok obserwując jak Figg stara się rzucić zaklęcie, które jemu nie wyszło. Jemu magia dzisiaj postanowiła się dopisać, ale jej zdecydowanie sprawiła nie małego psikusa. Widząc jak posadzka wcale nie staje się w żadnym razie ślizga, a jedynie zmienia się w coś na wzór ruchomych pisków zrobił wielkie oczy.
- O żeby cię… - mruknął pod nosem, po czym niewiele myśląc złapał Leoni mocno za oba nadgarstki - Za żadne skarby się nie szamocz, to tylko pogorszy sprawę. Czytałem o ruchomych piaskach gdzieś, im bardziej się ruszasz, tym bardziej się zapadasz. - polecił patrząc na nią uważnie, samemu zapierając się mocno na nogach na stabilnej posadzce - Ja ciągnę, ty tylko się temu poddaj. - poprosił, po czym napiął się cały i odchylił się do tyłu, ciągnąć ją w swoją stronę.
Piaski trzymały ją mocno, ale nie na tyle mocno by nie poddać się jego ciągnięciu. Na szczęście pracował na tyle dużo fizycznie by mieć wystarczająco dużo siły. Sama Leonie nie była ciężka, więc nie powinno to być jakoś bardzo skomplikowane zadanie. Ciągnął ją w swoją stronę i początkowo w ogóle nie czuł aby drgnęła chociaż o centymetr. Po kilku dłuższych chwilach w końcu się ruszyło i mógł zrobić krok w tył, cały czas odchylając się do tyłu by lepiej nadać temu wszystkiemu więcej siły. Kilka minut później czuł już jak pot spływa mu po czole, ale nie puścił jej nawet na moment, gdyby to zrobił mógłby doprowadzić do jeszcze większej katastrofy.
- Jeszcze trochę, wytrzymaj! - jęknął dysząc z wysiłku, aż w pewnym momencie poczuł mocne szarpnięcie, piaski w końcu wypluły Leoni, a on, nadal trzymając ją za ręce, runął do tyłu, na ziemie przyciągając ją do siebie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#13
Michael Scaletta
Czarodzieje
wolność — kocham i rozumiem
wolności oddać nie umiem
Wiek
26
Zawód
kradnie, co popadnie
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
11
15
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
7
10
Brak karty postaci
14-12-2025, 17:55
Odpowiedź dla Philippa Moss

Podsuwał jej role, o których łatwo mu było dywagować ― naiwnie, na głos czy piórem na nierówności pergaminu ― w świecie zlepionym z kilku miałkich wyobrażeń. Podsuwał, bo myśli te brnęły przez zakuty łeb kaskadami, niespecjalnie zważając na to, jak ktoś miałby odnajdywać ich brzmienie. Odwieczny egoizm ubierał go w coś mało przyjemnego albo szorstkiego, jego samego napawając dreszczem, innych zaś ― krytyczną oceną tego nienormalnego materiału; ale wszystko to znaczyło tyle przecież, co zeszłoroczny śnieg albo kupa portowego błota ― przyklejało się wszakże do nadwyrężonych zelówek, niekiedy przypominając o sobie w najbardziej niewybrednych momentach.
W chwili kryzysu, która majaczyła pod powiekami pomiędzy zmierzchem a świtem, niekiedy w zamroczonym wódką śnie, niekiedy w trzeźwej bezsenności; w chwili kryzysu, gdy samotność, do której był tak bezwstydnie przyzwyczajony, okalała go mackami doszczętnego zepsucia. I wtedy, wtedy właśnie, wygodnie nazywał się Niewinnym, a zarazem Pokrzywdzonym; imiona te dobrze znała tafla zaparowanego lustra, jeszcze lepiej ― stronica wysłużonego dziennika, on sam jednak w charakterze drażniącej mantry udawał, że nie zna ich echa.
A w rzeczywistości znał od dawna. Tak dawna, odkąd nie żył jego ojciec, odkąd matka pogrążyła się w bezsilności i marazmie, odkąd rozstał się z dziewczęcą miłostką z Hogwartu; tak dawna, odkąd niegojące się rany pretensji ― do całego świata, niekiedy też samego siebie ― próbował leczyć zadowalającymi umysł ideami wielkości i ambicji, pieniędzy i majątku, wreszcie ― wolności i swobody. Ich namiastki poznał w Cardiff, na okręcie jednym i drugim, na robocie legalnej i półlegalnej, przy kobiecie tej czy tamtej; wciąż jednak drażniło to nienasycenie, wciąż jednak chciał więcej, choć ten kurewsko słomiany zapał szybciej to gasił iskrę, niżby ta zdążyła się znaczniej rozjuszyć. Słomiany zapał a może trwoga przed ryzykiem?; może więcej w tym było tchórzostwa czy szlachetnej myśli, która stopowała ciało przed wykonaniem tego jednego dodatkowego kroku? Sam tego nie wiedział, a zatem i ona nie była zdolna tego ocenić; chwilowo jednak zdawał się o tym zapomnieć, rozsmakowując się w specyficznym nastroju balu, jej pociągającej nawet otwartości, w końcu też i imaginacji interesu, który zajmował go od miesięcy co najmniej kilku.
― Nie bierz tego do siebie... To tylko fantazja człowieka, który za dużo myśli i za mało zarabia ― krzywy uśmiech rozciągnął się w tonie autoironii, gdy tak personalnie odbierała tamte słowa; przez moment podobało mu się nawet, że tak zadziera nosa i protestuje, że szuka w jego wydumanych wyrazach czegoś bardziej namacalnego, naturalnie stawiając siebie w pozycji porównania. ― Nie wątpię, że jesteś, Moss. Wiem, że możesz ― rzucił jeszcze dla połechtania jej ego, gdzieś pomiędzy obrotem a kolejną banalną figurą, kończącą ten leniwy taniec. ― Ale bogate wdowy są bezpieczne. Ty ― nie ― wyznał niejednoznacznie, po raz pierwszy od dawna ― albo pierwszy kiedykolwiek ― wyrysowując niewidzialną granicę własnej nieufności; mur, który zbudował od chwili, gdy poznała jego grzechy i parszywe sekrety, jednocześnie przedstawiając się wątpliwym profilem sprzedajnej barmanki, który w istocie nijak ją przecież definiował. Bliskie sąsiedztwo nie zmywało tego powidoku sprzed oczu.
― A na co masz ochotę? ― I choć podejrzewał na co, tak pod wpływem maski sprowokował do wyznania, do kroku dalej, głębiej, bardziej; od zawsze bowiem balansowali na krawędziach tych słodkogorzkich niedomówień i dwuznaczności. Muzyka przycichła, zastąpiona melodyjną aranżacją pojedynczej harfy i skrzypiec; karnawałowe ozdoby zsunęły się z twarzy, ręce ― odnalazły w spontaniczności, a sylwetki ruszyły w stronę nieznanego.
Tam, do biblioteki, gdzie liczył znaleźć mugolską publikację o średniowiecznej Anglii i ówczesnym chrześcijaństwie; w głowie zapisał tytułów co najmniej kilka, ale jeden interesował go najbardziej.
― Nie powiem... Najwcześniej w domu, o ile się uda ― przyznał cicho, zerkając na nią porozumiewawczo, nim do nosa nie dobiegł intensywny zapach kurzu i zawilgotniałego papieru. ― Wchodzisz i odwracasz uwagę tych, którzy mogliby się do mnie przypieprzyć... Zbiory zostały zabezpieczone na czas zjazdu ― poinstruował, kątem oka dostrzegając nie ciało podstarzałej bibliotekarki, lecz czujny i powątpiewający wzrok pomarszczonego woźnego.
A Złota legenda i Żywoty świętych przemykały wzdłuż pamięci, gdy pospiesznie wyszukiwał ich spojrzeniem na wysokich regałach.

| PS: 60
1x k100 (czujność):
16
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#14
Philippa Moss
Akolici
Musimy mieć wytrwałość i ponad wszystko wiarę w siebie. Musimy być pewne, że mamy do czegoś talent.
Wiek
25
Zawód
barmanka, matka niuchaczy
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
25
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
11
Brak karty postaci
18-12-2025, 18:16
Ależ gładko przychodziły mu te słowa, ależ oczywistości próbował jej niestarannie wręcz podsunąć, składając do kupy te niewyszukane, zawsze idealnie pasujące do takich czy owakich zarzutów, formułki wyjaśnienia. Bo za dużo myślał, bo za mało zarabiał, bo nie było to coś, co powinno jakkolwiek zauważalnie odbić się na jej istnieniu. Przypuszczalnie nawet mógł mieć rację, ale pod niewzruszoną, przyjazną dla oka powłoką coś jednak pękło, coś porysowało dobrze wymodelowaną myśl. Gdyby powiedziało to tysiąc innych mężczyzn, nie wydarzyłoby się nic – prócz jej śmiechu, prócz jej poczciwego spojrzenia i gestu zaklepującego wysłużone, zmęczone plecy portowego kmiota, któremu przewracało się już w tyłku od wszelkich braków i który ten czy drugi raz odważył się na garść górnolotnych wyobrażeń, przy okazji gdzieś po drodze dziwaczejąc i gubiąc samego siebie. To chodziło o Michaela. Dlatego gorzko jej smakowało to jałowe gadanie, choć zapewne z pełnym przekonaniem mogłaby przyznać się do całkowitej obojętności. Bo przecież tak być powinno. Tyle że wcale nie było.
- Za dużo myślisz – powtórzyła po nim, dając się poznać teraz jako ta, która faktycznie przemawia z pełnym przekonaniem. – To na pewno – powtórzyła ciszej, ledwo co zatrzymując w ustach kilka dodatkowych słówek, który aż się prosiły o zadrapanie jego jestestwa. Drań, pomyślałyby te wszystkie Philippy, najlepsze doradczynie, niepamiętające nigdy o tym, co było kiedyś i zdecydowanie żyjące tylko i wyłącznie tym nowym, jedynym akceptowalnym wcieleniem mnie.
Jeśli jednak podejmował szlachetne dążenia do jej zagniewania, kolejne z zapadłych zbyt lekko stwierdzeń zdawały się idealnie dopasowywać do tychże ambicji. Jesteś niebezpieczna. Skłócone w niej dwie interpretacje przekrzykiwały się, próbując wymusić adekwatną odzywkę. Przecież najpierw ją to połechtało: ot, zdradził to poszerzający się uśmiech, cwaniacki błysk w oku i uginająca się do subtelnego zbliżenia główka kobiety. Myślała: obawia się, że wreszcie mi ulegnie. Później: ta druga, drapiąca wstrętnie myśl o jego wierze w jej czysto grzeszny, niechlubny zamiar wobec jego poukładanego chaosu. Myślała: obawia się, że go zniszczę i pozostawię bez choćby mokrego śladu na zarzyganym portowym bruku. Lecz smakując stopniowo tych zwaśnionych osobistych interpretacji, dochodziła do wniosku, że nawet gdyby teraz spytała, on i tak nie rozwinąłby tematu. Zawsze to robił. Zawsze coś tajemniczo zaznaczał, pozostawiając ją z podłym niedosytem. Potrafił mieszać, podczas gdy to ją posądzał o konfunfowanie.
– Jesteś pewien? Że jestem? Przecież nawet nie spróbowałeś… –
zarzuciła więc, czarując w parze ze znów lekko poruszającymi się w tym objęciu palcami, które zdawały się zdobić wypowiedź jakąś miękką pieszczotą. Wydał sąd, choć nie doszło do zbrodni. Ten mężczyzna dążył do jej osobistej zguby. – Zawsze wybierasz te nudne i wygodne rozwiązania? – podpytała, choć wcale nie potrzebowała poznać odpowiedzi. Rzucone między dwoma twarzami pytanie zakończyło się z chwilą, gdy usta przestały nęcić go ciepłym promieniem. Wtedy nagroda jest równie licha jak twój wysiłek, Michaelu.
– Powiem ci… później – odpowiedziała, darując sobie te mozoły i teraz tak chętnie wybierając opcje, które on uwielbiał wykorzystywać w jej towarzystwie. Z niezaspokojoną ciekawością.
I jakże bez zaskoczenia on w ramionach pokrewnego komunikatu pokierował ich do biblioteki. Słuchała. Jednocześnie jednak dłoń odgarnęła włos z nagiego ramienia, materiał na ciele wkrótce też obciągnął się w dół, ujawniając pokusę dziewczęcego uroku. Patrzyła mu wtedy w oczy. – Nic prostszego – oświadczyła z pełnym przekonaniem, ruszając niemal natychmiast w kierunku podstarzałego woźnego. Oblech. Nie różnił się jednak wiele od rynsztokowego świata, z którym użerała się w swej taniej rutynie. Tak też podeszła do chwilowo okupowanego przez jegomościa bibliotekarskiego biureczka.
– Ależ z pana strażnik –
zachichotała, pochylając się lekko przez blat w jego stronę. – Wytworny jak ten imponujący księgozbiór – kontynuowała sunąc wymownie dłonią po wyglancowanym blacie ze starego drewna. – Niech zgadnę. Poezja. Lubi pan poezje… Szkoda, że te dzisiejsze dzieciaki gardzą porządną literaturą – westchnęła teatralnie, zasłaniając swoją wygiętą nieco prowokująco sylwetką widok na strategiczną część głównego przedsionka. Stanęła wkrótce później bokiem, aż za dobrze czując na sobie wzrok tego nieprzyjemnego dziadygi. Ciekawe czy na te młode nauczycielki też łypał takim roziskrzonym okiem. – Proszę mi zdradzić… proszę mi zdradzić, czy ma pan swój ulubiony tomik poezji? – kontynuowała, bawiąc się z boku jakże żenującą sytuacją. A Michał? Udało mu się?


PS: 60
1x k100 (urok osobisty):
44
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#15
Leonie Figg
Akolici
he was hanged from the gallows that he built for me.
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
30-12-2025, 16:03
Odpowiedź dla Lara Keith Croft


Wytkniętym spomiędzy warg językiem skomentowała kwilenie Keitha, próbującego osłonić swoje żebra przed natarciem. Póki podłoga odmawiała wypuszczenia podeszw Leonie był bezpieczny na pewien dystans, ale puchonka wybierała wiarę w to, że magia Irytka niebawem odpuści, a jeśli nie, to że razem z Croftem wpadną na genialny pomysł położenia kresu figlom nieśmiertelnego urwisa. Bogowie, dlaczego akurat ona? Dlaczego musiała przyciągać pecha, jakby ktoś w dniu narodzin zamknął w jej ciele magnetyzm accio na wszystkie nieszczęścia? Przecież to miał być wspaniały dzień zdrapania rdzy ze szkolnej nostalgii i przynajmniej na tę jedną okazję Dumbledore mógł zamknąć Irytka gdzieś w skrzyni nieprzepuszczającej ektoplazmy. Jeśli kierował się górnolotną ideą odnowienia wszystkich wspomnień, łącznie z rozdrażnieniem i bezsilnością łączoną z postacią poltergeista, to nikt nie mógł być pewien, że nie otrzyma tej nocy szlabanu albo pracy domowej - w końcu to tak samo przyjemne hogwarckie bodźce.
- Nie mów "serduszko", bo jeszcze Krwawy Baron naprawdę przyjdzie i wyśmieje cię za te eufemizmy - rzuciła zaczepnie i uśmiechnęła się szeroko, jak widać niespecjalnie przejęta teatralnym pokazem Keitha; była to jednak tylko powłoka, zewnętrzna przebojowość, którą wyzwalały w niej stare ściany szkockiego zamku, przysłaniające uwrażliwione włókna wdzięczności za to, że kiedy na horyzoncie pojawił się problem, on w mgnieniu oka już przy niej był, gotów walczyć z przeciwnikiem, z którym i tak nie zdołałby wygrać. A jednak stanął w szranki. Znalazł sposób na odpędzenie Irytka, został, zamiast wyśmiać ją i odejść, stał się dobrym ognikiem historii o niefortunnej podłogowej pułapce.
- Na początku chciałam ci powiedzieć, słowo! - zarzekła się i tym razem sama położyła rękę na sercu w solennym dowodzie przysięgi, gdy historia o obuwiu ujrzała światło dzienne. - Ale byłeś tak śmiesznie zapieklony w swojej złości i poszukiwaniu winowajcy, że nie mogłam sobie odmówić pogoni za tym wielkim złoczyńcą. Buty i tak trafiły na miejsce - dodała w ramach odciążenia swojego sumienia, rozbawiona; doskonale pamiętała, jak podczas tamtego dnia chodziła z nim po zamku i inwigilowała potencjalnych sprawców, udając, że nie ma pojęcia o szczegółach dowcipu i ledwo tłumiąc salwy śmiechu. - A już i tak tego nie robię? - wywróciła oczami, gdy wspomniał o kocu i herbacie, jakby było to dla niej pierwszyzną. Ilekroć Crofta dopadały problemy zdrowotne, zjawiała się na progu jego mieszkanka i wcielała się w porządną starszą siostrę, robiąc wszystko, żeby szybko postawić go na nogi. Gotowała rosół, upewniała się, że przez okna nie wpadał ziąb, sprawdzała jego temperaturę i zabierała do prania przepocone gorączką piżamy.
Psotliwość ustąpiła z uśmiechu pod naporem łagodnej melancholii, gdy wyobrażała sobie szklarnie naszkicowane opowieścią Keitha. Być może rozmyślnie odkładała w czasie zajrzenie do ulubionego punktu na szkolnej mapie, przeistaczając je w deser, który zje jako ostatnie danie.
- Obiecałeś Riven - powtórzyła wolno, przeciągając zgłoski w niedwuznacznej insynuacji. Co prawda zarzekał się, że to jedynie przyjaciółka, ale właściwie co stało na przeszkodzie, by stała się dla niego kimś więcej? Thorne była zabawna, charyzmatyczna i śliczna, razem z Keithem stworzyliby urokliwą parę - a pijana szczęściem Leonie bardzo chciała posyłać je dalej, rozprzestrzeniać na innych ludzi, również zasługujących na miłość, która odnalazła ją pod postacią Jaspera. Niestety przyjaciel znów szybko rozgromił jej nadzieję. Nadal pragnął się bawić, nadal pragnął być wszędzie i ze wszystkimi, nadal chciał beztroski, a ona nie miała prawa tego oceniać, tak jak i nie powinna chcieć go zmieniać. - No dobrze, tylko obiecaj, że pokażesz tym wszystkim sztywniakom, jak się tańczy - mruknęła i poklepała go lekko po ramieniu, dziś dając mu spokój.
Już w momencie wypowiadania inkantacji zrozumiała, że coś było nie tak, lecz nie przewidziała skutków, które przyniesie za sobą felerny czar. Zamkowa posadzka wokół jej stóp rozmiękła, z początku pozwalając Leonie myśleć, że może po prostu rozpuściła jakimś cudem swoje buty, ale nie, kiedy zaczęła zapadać się w piaskowej rozpadlinie, jej serce przeszło do galopu, a strach znów sprawił, że zamarła. Zawsze tak się działo. Kiedy przerażenie zaciskało się wokół kości truchlała, zamiast uciec albo podjąć walkę z żywiołem; kiedyś to ratowało jej życie, dziś jednak tylko zabierało cenny czas. Słowa Keitha trafiały do jej głowy zamglone, jakby nie mogły przebić się przez membranę wypełniającego ją początkowo napięcia, odepchniętego na bok, kiedy przyjaciel zaczął wyszarpywać ją z ruchomych piasków. Wówczas Leonie otrzeźwiała, ze zdeterminowanym jęknięciem zmuszając ciało do stawienia oporu głodnej podłodze. Przytrzymywana przez Crofta mocno zaciskała dłonie na jego ramionach, a kiedy dzięki jego staraniom wydostali jedną z nóg czarownicy poza pole nieudanego zaklęcia, podparła się na niej, warcząc przez zaciśnięte zęby i walcząc o drugą kończynę. Aż nagle - trach! Udało się, runęli na bezpiecznie twardą podłogę, dysząc, choć to jego wysiłek był niepomiernie większy, niż jej. Uratował ją po raz kolejny, bogowie, kiedy miała zacząć spłacać te długi wdzięczności?
- Wiesz... - zaczęła pomiędzy głębokimi haustami oddechu, podpierając się na łokciach. Spojrzała przy tym w dół i ze zdumieniem zauważyła, że nadal ma na sobie buty, może podłoga uznała je za niestrawne. - Nigdy tak bardzo nie cieszyłam się z tego, że mogłam obić sobie kość ogonową - westchnęła, czerwona na twarzy, i poklepała posadzkę, która pozostała stała i rozkosznie godna zaufania; przypominało to zaoferowanie pieszczoty psidwakowi. - Jesteś cały? - spytała, zamiast wstać jeszcze przez moment pozwalając sobie na leżenie, przynajmniej do chwili, aż raptowne uderzenia serca wreszcie spowolnią.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#16
Keith Croft
Akolici
Wiek
23
Zawód
Pracownik restauracji
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
9
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
6
Siła
Wyt.
Szybkość
10
8
8
Brak karty postaci
02-01-2026, 19:37
Odpowiedź dla Leonie Figg

Nawet mimo tej przygody z Irytkiem czy wszystkich innych sprzed lat nadal uważał, że powrót po tylu latach w szkolne mury był dobrym pomysłem. To nie tak, że wszystkie jego wspomnienia związane z Hogwartem były dobre, ale jednak starał się trzymać tylko tych lepszych. Życie nie było usłane różami, dość szybko się o tym przekonał, ale starał się z niego czerpać całymi garściami, wszelkie porażki przekuwać w sukces albo chociażby się na nich po prostu uczyć. Miał się nigdy nie dowiedzieć jak potoczyłoby się jego życie gdyby ojciec jednak żył, gdyby nie ożenił się z ta okropną kobietą, a jego biologiczna matka jednak zdecydowałaby się przyjechać z nimi do Anglii. Kiedyś dużo o tym gdybał, ale finalnie doszedł do wniosku, że nie ma to najmniejszego sensu. Jedynie zaśmiecał sobie głowę wyobrażeniami, które nigdy nie będą miały miejsca, zamiast skupić się na tym co tu i teraz.
- A niech się wyśmiewa, już to na mnie kompletnie nie robi wrażenia. - pokręcił głową z rozbawieniem.
Kiedyś brał dużo rzeczy do siebie i wiele osób to wykorzystywało. Jego niegdysiejsza pogoń za byciem zaakceptowanym, lubianym nie raz sprawiła, że naciął się bardzo nieprzyjemnie i przez to stał się o wiele bardziej ostrożny. Nie zakładał, że ludzie są dobry z reguły, zdobycie jego zaufania w tym momencie wymagało sporo czasu. Musiał się upewnić, że ikt go w żaden wredny sposób nie będzie chciał wykorzystać, tak jak miało to miejsce w szkole. Dobierał przyjaciół z wielką uwagą, ale kiedy już komuś zaufał, był w stanie dla tej osoby zrobić wszystko, nie patrząc na swój dobrostan.
- Dobra dobra, już się tłumacz. Miałaś ubaw i tyle. - zaśmiał się patrząc na nią.
Pewnie gdyby dowiedziałby się o tym w szkole jego nastawienie byłoby inne, teraz jednak to wszystko nie miało znaczenia. W tamtym momencie był naprawdę zirytowany, bo chociaż nie brakowało mu niczego, a w sypialni miał jeszcze kilka par butów, to jednak akurat te konkretne upodobał sobie najbardziej. Z resztą potem sam się śmiał z całej tej sytuacji, zwłaszcza z tego jak Leonie sama przesłuchiwała podejrzanych z typową dla siebie miną. Teraz wiedział, że miała z tego niezłą frajdę, sama będą głównym winowajcą. Nie zmieniało to jednak faktu, że teraz po prostu się z nią drażnił.
- Ale czy ja powiedziałem, że nie robisz? - uniósł brew ku górze - Jestem ci mega wdzięczny za całą pomoc, którą mi ofiarujesz. Nie mówię tylko o pomocy w chorobach, które mnie czasami atakują, ale całokształt. Nie wiem jak przetrwałbym szkołę gdyby nie było ciebie w pobliżu. Nie wiem czy kiedykolwiek będę w stanie ci się odwdzięczyć za to wszystko. - uśmiechnął się łagodnie.
Chociaż fakt, że był przy niej i nigdy nie skreślił ich przyjaźni, traktował ją jak siostrę, nie był dyktowany tylko tym, że był jej wdzięczny. Oczywiście, w dużym stopniu tak, ale prawda była taka, że po prostu lubił jej towarzystwo, ich przepychanki i żarty i w ogóle tą całą relację, która ich łączyła. I chociaż początkowo trochę męczyły go jej nagabywania o ustatkowaniu się i w ogóle to doskonale zdawał sobie sprawę, że robi to dlatego, że chce dla niego jak najlepiej, tak jak on chciał dla niej. Sprawa z Riven jednak była całkowicie zakończona. Na całe szczęście to co się między nimi wydarzyło nie zaprzepaściło ich znajomości, ale jednak nawet jeśli kiedykolwiek pomyślał, że ewentualnie mogłoby to coś więcej, teraz nie miało sensu. Niecałe dwa tygodnie wcześniej był świadkiem sceny, która całkowicie utwierdziła go w tym przekonaniu. Barmanka była całkowicie poza jego zasięgiem teraz kiedy związała się z kapitanem Łani. Przyjaciele nie witali się w tak zażyły sposób jakiego był świadkiem. Życzył im jak najlepiej, cieszył się, że się odnaleźli. Zmniejszyło to zdecydowanie jego wyrzuty sumienia po tamtej nocy, której nie do końca pamiętał.
- Oczywiście, że im pokażemy, nie ma innej opcji w ogóle. - pokiwał głową przywdziewając na usta swój lekkoduszny uśmiech.
Po chwili jednak przestał o tym wszystkim myśleć. Walka z piaskami, w które zmieniła się posadzka zajęła całkowicie jego umysł. Nie spodziewał się, że będzie go kosztowało tyle wysiłku, ale kiedy oboje wylądowali bezpieczne na stabilnym podłożu był z siebie zadowolony. Potrzebował kilku chwil żeby uspokoić oddech, po czym obrócił głowę w stronę leżącej obok Leonie.
- Czasami to czego spodziewamy się najmniej daje nam najwięcej radości. - powiedział z rozbawioną miną, po czym uniósł się na łokciach, a po chwili do siadu lekko się krzywiąc czując ból w plecach - Do wesela się zagoi, nic mi nie jest. - pokręcił głową z uśmiechem rozmasowując obolałe miejsce - O patrz i nawet buty zachowałaś. Jak nogi? Będziesz mogła na spokojnie wstać? - przyjrzał się jej uważnie, w razie czego gotów pomóc jej na tyle na ile był w stanie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#17
Thalia Wellers
Zwolennicy Dumbledore’a
I disgust you, repulse you, oh babe we’re the same
Wiek
32
Zawód
żeglarka, przemytniczka
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
10
15
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
13
7
Brak karty postaci
06-01-2026, 00:16
Wątek z Kennethem
Nie mogła się spodziewać, że akurat jej kroki skierują się w stronę biblioteki, ale musiała przyznać, że brakowało jej tego miejsca pod względem tego, jakie historie tam znajdowała. Kiedy jeszcze była bardziej małym i upartym smarkaczem, nikt nie spodziewałby się, że szkolny zawadiaka tutaj będzie znajdować azyl, ale uwielbiała sięgać po kolejne książki, które opisywały morskie wyprawy ciekawych załóg. Tylko oczywiście, szybciej sięgała po historię w których to kobiety grały pierwsze skrzypce, a ich odwaga była doceniania przez załogę. Teraz wracała do tych historii z pewnym utęsknieniem, nie tylko jako do symbolu pewnej naiwności, ale może i nadziei. Nie sądziła, aby historia zapamiętała ją tak, jak zapamiętała te kobiety, ale być może kiedyś znajdzie dla siebie miejsce, w którym nie będzie czuć się tak, jakby naprawdę było jej tam miejsce.
To miejsce było również miłym oddechem, przestrzenią na własne myśli. Uwielbiała być w tłumie i zdążyła odwiedzić już parę miejsc w zamku, przewrócić zbroję w korytarzu (nieumyślnie i na szczęście bez świadków), wylać napój na sukienkę tej zołzy ze Slytherinu (to akurat specjalnie), oraz odwiedzić pokój wspólny, przyglądając się kominkowi obok którego miała w zwyczaju przesiadywać, zwłaszcza w dłuższe wieczory.
Teraz wędrowała między regałami, ze stukotem jej obcasów jako jedynym dźwiękiem który jej towarzyszył. Miękka suknia z ciemnoniebieskiej bawełny wraz z dekoracyjną, półprzezroczystą tkaniną nałożoną na podstawowy materiał, błyszczącym się delikatnie niczym odbicia światła na wodzie, wydawał się nieść ze sobą symbolikę która dopiero teraz przyszła jej do głowy, a wydawała się bardziej zabawna niż wypadało to przyznać – bo oto przecież statek Thalia postanowił zawitać do portu, pytanie tylko, czy dane mu będzie w nim zostać na dłużej aby załoga mogła się nacieszyć wyczekiwanym odpoczynkiem, czy jednak będzie musiała wypłynąć wcześniej, to wieczór dopiero miał pokazać.
Wodziła palcami po grzbietach książek, bezmyślnie kierując swoje kroki w stronę następnego zakrętu, kiedy przyszło jej stanąć twarzą w twarz z kolejnym cieniem przeszłości – takim, o którym niekoniecznie dało się zapomnieć, ale taki, który nie był z gatunku tych przyjemnych. I nie miała złudzeń, że wina w tym wypadku była absolutnie przez jej stronę.
Spoglądała na niego z paniką, zagubieniem i zdenerwowaniem w jednej chwili odmalowującymi się na twarzy niczym barwnik wpuszczony do wody. Wiele słów i myśli kłębiło się w jej głowie, gardło jednak miała ściśnięte tak że żadne słowo nie przebiło się na wierzch. Po tylu latach wyglądał tak znajomo jak i inaczej, zupełnie jakby stary obraz olejny uzupełniono świeżymi farbami a brakujące elementy domalowano na gotowy produkt.
- Kenneth… - tyle była w stanie wykrztusić, niemal chcąc aby nogi poniosły ją daleko, a jednocześnie nie będąc w stanie zrobić nawet kroku.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#18
Kenneth Fernsby
Czarodzieje
Wiek
31
Zawód
Kapitan "Złotej Łani", przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
11
12
Brak karty postaci
06-01-2026, 13:11
Kapitan szedł bez pośpiechu, dłonie splecione za plecami, kroki niosły się miękko po kamiennej posadzce. Zostawił za sobą rozmowy, spojrzenia, gwar. Gdzieś na schodach mignęła mu sylwetka Riven, ale nie zatrzymał się. Nie wszystko trzeba było brać na wyłączność, nie każdą chwilę zawłaszczać. Od tego był inny czas, inne miejsca i wspólne noce. Chciał pobyć sam ze sobą. Zajrzeć w stare zakamarki, które pamiętał jeszcze zanim został kapitanem, zanim morze stało się codziennością, a nie marzeniem. I kiedy poczuł ten znajomy ucisk w piersi, coś na kształt sentymentu, parsknął cicho śmiechem. On, łapiący się na wspomnieniach jak uczeń na wakacyjnych powrotach. To było mu obce. A jednak ostatnio wracało coraz częściej, jak uporczywy przypływ, którego nie da się całkiem zignorować. Biblioteka przywitała go zapachem starego papieru i ciszą gęstą jak mgła nad wodą. Przekroczył próg niemal z nabożeństwem, a echo zamykanych drzwi zabrzmiało w jego głowie znajomo. Tu właśnie spędzał długie godziny jako dzieciak, pochylony nad tomami cięższymi niż jego plecak. Wypożyczał wszystko, co miało cokolwiek wspólnego z morzem: opisy morskich stworzeń, bestiariusze, zapiski dawnych żeglarzy, nawet te księgi, które bardziej straszyły niż uczyły. Wiedział już wtedy, jeszcze zanim pierwszy raz postawił stopę na pokładzie, że swoje życie zwiąże z wodą i tym, co kryje się pod jej powierzchnią. Przeszedł wzdłuż regałów, pozwalając palcom sunąć po grzbietach ksiąg, jakby sprawdzał ich obecność. Uśmiechnął się do wspomnień o sobie sprzed lat, chudym, zbyt ambitnym, głodnym świata większego niż mury zamku. Może właśnie dlatego tu wrócił. Po przypomnienie sobie jaką drogę przebył po opuszczeniu Hogwartu.
Zobaczył ją nagle, między regałami, jakby wyszła wprost z jednego z tych wspomnień, które przed chwilą próbował oswoić. Na moment pomyślał, że to tylko gra światła, że sentyment płata mu figle. To była ona. Ta sama sylwetka, ten sam sposób trzymania ramion, jakby wciąż była gotowa na cios albo ucieczkę. Zatrzymał się, a w piersi coś ścisnęło go nieprzyjemnie, ostro, jak źle zawiązana lina. Kiedyś myślał o niej jak o przyjaciółce. Kimś, kto rozumiał morze tak jak on, nawet jeśli musiała je poznawać z ukrycia. Pamiętał tamte lata aż za dobrze; jak zmagała się z uprzedzeniami, jak była jednocześnie czarownicą i marynarzem w świecie, który nie chciał jej zaakceptować w żadnej z tych ról. Ukrywała się, a gdy w końcu odważyła się pokazać prawdę — swoją płeć, swoją tożsamość to fala rzeczywistości była jeszcze brutalniejsza. Ludzie poczuli się oszukani. Wtedy próbował z nią rozmawiać. Tłok myśli wrócił jak sztorm. Chciał jej wytłumaczyć, może zbyt szorstko, że napakowana cudzymi uprzedzeniami, przyjęła je jak własne i pozwoliła im kierować decyzjami. Zamiast walczyć, czasem sama podkładała się pod ciosy. Spędzili długie godziny na rozmowach, na nocnych spotkaniach, na pakowaniu się w kłopoty i wyciąganiu z nich nawzajem. A potem odeszła. Bez słowa. Bez pożegnania, bez wyjaśnienia. Zniknęła z jego życia jak statek, który nagle zmienia kurs i nie odpowiada na sygnały.
Oparł się niedbale o regał, barkiem wciskając się między ciężkie tomy. Skrzyżował ramiona na piersi. Stał tak, milczący, pozwalając ciszy biblioteki rozciągnąć się do granic wytrzymałości wraz z szeptem jego imienia. Lustrował ją powoli, bez wstydu. Kiedy w końcu się odezwał, jego głos był spokojny, niemal obojętny, jakby opowiadał o pogodzie sprzed lat. -Przylądek Horn. Sztorm. Połamało maszty, poszycie pękało w szwach. Myślałem, że uciekasz i potrzebujesz pomocy, o którą bałaś się poprosić. - Zawiesił spojrzenie na jej twarzy, twardo, bez mrugnięcia. -Kiedy straciłem prawie życie, odpuściłem. - Słowa opadły między nich ciężko, jak rzucona kotwica. Niewypowiedziane pytanie zawisło w powietrzu.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#19
Thalia Wellers
Zwolennicy Dumbledore’a
I disgust you, repulse you, oh babe we’re the same
Wiek
32
Zawód
żeglarka, przemytniczka
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
10
15
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
13
7
Brak karty postaci
06-01-2026, 17:44
Odpowiedź dla Kenneth Fernsby

Były dni kiedy wierzyłaby mu we wszystkim, co by jej powiedział. W przyjaźni zbudowanej nie na prostych wyznacznikach czy tym samym miejscu ale na dzielonych pasjach. Na czymś, czego musieli się uczyć razem, co nie przychodziło łatwo nikomu i gdzie dzielony ból mógł naprawdę zbliżyć do siebie. Co więcej, jej sekret był z nim bezpieczny, czy to z jego kaprysu czy to z sympatii do niej, ale naprawdę doceniała szansę, którą jej to dawało, zwłaszcza w świecie, gdzie wyzwanie stawiane kobietom było na każdym kroku.
Gdyby pewnie go posłuchała, przyszłość mogłaby się potoczyć inaczej. Gdyby dała mu szansę na rozmowę, możliwe że ich życie wyglądałby nieco inaczej – albo głównie jej. Ale tam, gdzie Kenneth podchodził z opanowaniem, ona podchodziła z pasją która nierzadko przeradzała się w agresję. Jego wewnętrzna siła przejawiała się w pomyśleniu, co na zawsze zdarzało się jej. Lecz zanim mógł jej pomóc, to ona zadecydowała za ich oboje. Pozwoliła aby niebezpieczeństwo nowego życia zadecydowało nad jej wyborami, a nie jej przyjaźń – a od tego czasu, nawet teraz, cierpiała z powodu tego, co zadecydowała. 
Dłonią której nie mógł widzieć mocniej złapała regał po swojej stronie, niemal wbijając paznokcie w drewno półek. Jeżeli czegoś najbardziej mogła się obawiać, to chyba właśnie tego – spokoju. Przyzwyczajona była do krzyków, złości cudzej albo własnej, przedmiotów lecących w jej kierunku by z trzaskiem obok jej głowy rozsypać się na wiele kawałków. Przyzwyczajona do agresji od dzieciństwa, od tego, że pierwszą bliznę zostawiła na twarzy sobie sama, wybijając szyby czystym wybuchem dziecięcej magii. Potrafiła się odnaleźć w sztormie emocji, dając mu się ponieść.
To spokojne, chłodne podejście było dla niej nie do zniesienia. Wolałaby już aby wykrzyczał do niej swoje żale, uparł się na udowodnieniu jej, jak bardzo niewłaściwe było to, co zrobiła przez podniesiony głos. Ale on wolał czystą kalkulację, chłodne fakty, rzeczy, które były prawdą i najmniej pożądanym lustrem na świecie – odbijającym szczerą rzeczywistość prosto w jej twarz przed którą ciężko było jej uciec.
Bo co miała mu powiedzieć? Przepraszam? Nie brzmiało to jak słowo które mogłoby cokolwiek zmienić, ani wynagrodzić mu ten czas. Nie miałam zamiaru ci tego zrobić? A jednak zrobiła, a zamiar i chęci nie mogą się równać z konsekwencjami czynów. Ale nie mogła stać i milczeć, chociaż wzrokiem ledwie wytrzymywała jego spojrzenie. Niczym niesforny uczeń na szlabanie, chociaż do szlabanu miała znacznie więcej odwagi. Jak zawsze, niewłaściwie ulokowane odczucia.
- Nigdy bym nie chciała, aby coś ci się stało przeze mnie. – No dobrze, może mało wyjątkowe i dalej nie pomagające w wyjaśnieniu sytuacji, ale przynajmniej początek. A teraz, Wellers, powiedz coś więcej.
- Kenneth, ja…rozumiem. Bądź zły, albo…zdenerwowany. Masz do tego prawo. – Chciała coś jeszcze powiedzieć, ale ostatecznie nie wiedziała co ma powiedzieć, oparła się również o regał, a jednak nieco inaczej, z głową bliżej drewna, spoglądając na niego nieco bardziej spod ukosa.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#20
Michael Scaletta
Czarodzieje
wolność — kocham i rozumiem
wolności oddać nie umiem
Wiek
26
Zawód
kradnie, co popadnie
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
11
15
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
7
10
Brak karty postaci
07-01-2026, 00:52
Odpowiedź dla Philippa Moss

W całej jego nieskomplikowanej osobowości zawsze, w istocie, jakby na przekór, drżało całkiem sporo kompleksowości; bo jak na portową szuję, podrzędnego kieszonkowca i amatora ciepłej wódki o zafajdanych butach w jego ciele, niezmiennie, na priorytetowej pozycji, odnaleźć się dało skrawki jakiejś duszy. To dziwne, ciągle żywe przekonanie, że pod fasadą obojętności tak naprawdę dzierżył we wnętrzu melancholię; to dziwne, ciągle żywe przekonanie, że w całej swojej prymitywności tak naprawdę sięgał jakichś nienormalnych wyżyn; to dziwne, ciągle żywe przekonanie, że zwyczajowe milczenie wygodnie zakrywało nieprzeciętną wrażliwość, nieoczekiwane konstatacje zaś ― ogrom krążących, a przy tym być może wstydliwych, myśli.
I chyba ona jedyna jakkolwiek pojmowała to swoimi wścibskimi oczyma; i chyba ona jedyna za mrukliwą, enigmatyczną sylwetką odnajdywała coś bynajmniej nie nudnego, bynajmniej nie trywialnego. Czuł to gdzieś podskórnie, ilekroć spijali wspólnie ślady gorzkiej kawy na sąsiadujących ze sobą balkonach; czuł to gdzieś w podświadomości, ilekroć łapczywym spojrzeniem tak niewinnie pragnęła dostać więcej, i na tymże właśnie, ponurym życzeniu, swojego triumfu nie osiągała.
A on nie nagradzał jej z premedytacją, skurwysyńsko odgradzając murem własne powinności od cudzych chęci; a on celowo doprowadzał ją to do wrzenia, to do znużenia, nie pozwalając prostemu światu Philippy Moss wedrzeć się do jego własnego ― choć ten jego wcale nie był tak zupełnie odmienny. Tak było im łatwiej, tak było im bezpieczniej ― nie wiedzieć za dużo, nie istnieć za blisko; bez pretensji, bez roszczeń, bez bladych oczekiwań uformowanych przez skrzywdzone serca ― bo tych i tak nie potrafiliby wzajemnie spełnić. On to był przecież zbyt zachowawczy dla ukochanej przez nią spontaniczności, on to był przecież przesadnie zamknięty dla jej otwartego usposobienia; ona zaś nigdy nie miała wystarczająco go poukładać, wystarczająco wytresować na brzmienie osobistej mantry ― miłości i zaufania nie znając personalnie, nauczyć by go nie potrafiła, do wolności, z dala od odpowiedzialności, tęskniąc osobiście, przekonać by nie zdołała.
I on chyba pojmował to lepiej, więc usilnie wzmagał się przed choćby próbą; i on chyba, w toku tych górnolotnych rozważań, z tego powodu tak banalnie pozwolił sobą ją, tak po prostu, skreślić.
Bo ona nie była ― i nigdy najpewniej zmienić się to nie miało ― pisana jemu; bo on nie był ― i nigdy najpewniej nie miał być ― odpowiedni dla niej.
Czasami jednak ― w świadectwach dojmującej samotności, albo omamie niestrawionego jeszcze rumu ― dopuszczał do siebie co innego. Scenariusz nierozpisany przez pragmatyzm, plan uwikłany przez bladą ciekawość ― jak pachnie jej skóra, jaki powidok pozostawia na niej jej oddech; dzisiaj pytanie to, niesione entuzjazmem wspólnego tańca albo błahą wycieczką do biblioteki, na powrót ugrzęzło w gardle, ale z niego najpewniej nieprędko miało się wyrwać. O ile kiedykolwiek.
― Pewien może i nie... ― przyznał cicho, gdy tak gdybała oburzona, w odpowiedzi na ruchy jej palców wzmacniając też uścisk tych własnych. ― Myślisz, że powinienem się przekonać? Zanim wydam ostateczny osąd? ― sprowokował więc, kiedy zarzucała mu wygodne rozwiązania; odpowiedz, przemawiały brązowe oczy, ale reszta twarzy cierpliwie czekała na wyrok. O swojej potrzebie nie chciała jednak powiedzieć niczego więcej, stąd też nie przypuszczał, by i tym razem szczerość oblepiła krążące wokół nich powietrze ― w niedopowiedzeniu tkwili od zawsze i tego zmieniać też pewnie nie należało. Czy na pewno?
Krok zwiastujący przybycie do biblioteki był żwawszy od oczekiwanego, ale stary oblech zasiadający za biurkiem nie odnotował nawet obecności innej od tej kobiecej; on tymczasem zginął na chwilę ― dłuższą niż krótszą ― pomiędzy regałami chętnie opisującymi mugolskie zagadnienia ze świata. Połowiczny mrok nie ograniczył trzeźwości umysłu, ale w nim grzbiety starych ksiąg wyglądały wyjątkowo podobnie; dobiegające z oddali pomruki rozmówki prowadzonej przez Moss nakazywały jednak przyspieszyć ruchy ― i tak zakurzona oprawa w końcu wpadła mu w ręce, tak niepozorna książka wreszcie odnalazła swojego wiernego czytelnika. Wcisnąwszy ją pod pachę, skierował się do wyjścia, ale tam niepozorne ulotnienie się uprzykrzyć miały żylaste palce woźnego, już to wędrujące w stronę odsłoniętego uda Phils, już to gotowe zapoznać się z tym, jaką poezją mogło być dlań jej młode ciało.
― Ty obrzydliwy capie ― stwierdził tylko bez namysłu, z przedmiotu swojego zainteresowania czyniąc ― bez zapowiedzi ― z pozoru niegroźną broń; bo książką, jakby w charakterze kary, postanowił zamachnąć się wprost w kierunku ręki tego zboczeńca. Przemoc nigdy nie była rozwiązaniem, ale dziś ― gdy ona pomagała mu w tak durnej sprawie ― wydała mu się najsensowniejszym rozwiązaniem.
Zresztą, już kiedyś go stąd wyrzucono; zresztą, skoro i tak mieli stąd już pryskać, żadna to strata, jeśli tamtemu połamie jeden palec.
1x k100 (cios w rękę):
92
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): « Wstecz 1 2


Skocz do:

Aktualny czas: 11-01-2026, 00:41 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.