• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Rozgrywka > Mgły czasu > Mary senne > SEN - A ja tobie bajki opowiadam, szeptów twoich słucham bardzo rada
Strony (2): 1 2 Dalej
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Philippa Moss
Akolici
Musimy mieć wytrwałość i ponad wszystko wiarę w siebie. Musimy być pewne, że mamy do czegoś talent.
Wiek
25
Zawód
barmanka, matka niuchaczy
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
25
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
11
Brak karty postaci
05-01-2026, 23:24

Kiedyś, gdzieś, w moim śnie...
... a może jednak w Twoim śnie?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Philippa Moss
Akolici
Musimy mieć wytrwałość i ponad wszystko wiarę w siebie. Musimy być pewne, że mamy do czegoś talent.
Wiek
25
Zawód
barmanka, matka niuchaczy
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
25
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
11
Brak karty postaci
05-01-2026, 23:27
To były ostatnie pończochy. Ostatnia porzucona gdzieś w kącie szuflady para – towarzyszka samotnej potańcówki sprzed kilku miesięcy. Podła chwila, spijane z przesuszonych ust krople chwilowego zapomnienia. I spojrzenia, obce spojrzenia wyławiane z mdłego tłumku, który nie miał żadnego znaczenia. Nic, tylko obojętna i żywa obecność. Zapamiętały to podłe uczucie. Gdy późnej nocy wróciłam do domu, zwijałam je razem z warstewką taniego nylonu.
To była choinka taka, jaką miewaliśmy w bidulu. Miewaliśmy, bo czasami brakowało nawet drzewka. Rysowaliśmy je wtedy, dekorując kolorową kredą tak smutną i bladą rzeczywistość. Teraz jednak była. Rozkładała się bezwstydnie, prężyła długimi zielonymi gałęziami po salonie, drapiąc frywolnie dawno zapomniany w czułościach kąt. Zdobiłam ją kilkoma nijakimi pierdółkami z dna niuchaczowych brzuchów. Mieniły się prowokująco, zachęcały cztery włochate kulki do większego wysiłku w imię niesamowitych poszukiwań. W stronę drzewka rozprostowywałam nogę, wygodnie spoczywając na sofie. Nęcący materiał rozciągał się aż do połowy uda. Która z nas bardziej wodzi na pokuszenie? Ona czy ja?
To był popularny kawałek, świszczący nieco, bo stare czarodziejskie radyjko zaniemogło raz czy dwa. Z roku na rok służyło coraz gorzej. Wyszumiało się, choć zdarzały się jeszcze godne chwile. Zdarzało się, że tu i tam wyrwało do tańca, wciągając w wir krótkiej, acz intensywnej, rozrywki. Wszyscy tu znali ten przejmujący refren, choć puszczało się to zwykle w grudniu. W towarzystwie zielonych igieł i stosownej elegancji. Wszystko było wtedy po coś, wszystko wtedy było ważne i nieważne. Pamięć wracała i pamięć się traciło. Świat materializował się w zupełnie innym rodzaju magii. Nuciłam ją każdego roku. I każdego roku czekałam, aż przyjdzie ktoś i posłucha jej ze mną. Zawsze przychodził ktoś inny.
To był Michael Scaletta. Mój gość, mój przybysz. Tylko na niego Nochal reagował z tak unikalnym entuzjazmem, żywo zdrapując pazurami resztki farby ze starych drzwi do mieszkania w kamienicy. Pożarłby go na półpiętrze, gdybym tylko nacisnęła klamkę i pozwoliła mu godnie przywitać przyjaciela. Przywykłam do specyficznie okazywanej sympatii. Psa dla złodzieja. Złodzieja dla psa. Barmanki dla złodzieja i wreszcie złodzieja dla barmanki. Gdy chwilę temu malowałam usta, rysując linie w kawałku spękanego zwierciadła, opowiedziałam sobie samej o absolutnym braku oczekiwań. To tylko zwykły dzień, zwykłe spotkanie, zwykła krzątanina z kąta w kąt. W nic nie miałam wierzyć, na nic nie miałam liczyć. Tylko żeby przyszedł i żebym nie siedziała sama. Na granicy szaleństwa wystarczyła jedna dodatkowa godzina sierocej samotności i otchłań połknęłaby jeszcze jedną duszę. Moi marynarze umierali na morzu, ich barmanki w dokowym rynsztoku. Nie pasował mi taki los, choć coraz częściej wyobrażałam sobie, że tak to się właśnie stanie. Otulona piękną czerwoną sukienką – jak teraz – i z twarzą godną przyzwoitej aktoreczki z czarodziejskiego teatru. Mogłabym sobie znaleźć jakąś lepszą rolę. Tylko za każdym razem coś szło mocno nie tak.
Daj mi jedne normalne święta. Tak normalne, żeby następne również były z tobą. Jedyny prezent, jakiego potrzebuję. – Spokój, Nochal! Słyszysz? Spokój! – burknęłam do psidwaka, posyłając go na posłanie w kącie korytarzyka. Szanta wylegiwała się na moim materacu w sypialni, zupełnie ignorując pewną wizytę. Świąteczny wieczór prześpi. Nochal jednak zawsze stał na straży. Cześć.
Bombarda w piersi. Dziwne wrażenie. Stanęłam w progu, wypuszczając obłok zapachu smacznych potraw na potworną klatkę schodową. Uśmiechnęłam się, popatrzyłam krótko, wsunęłam dwa place za jego pasek i tak pociągnęłam ciało gościa wprost do wnętrza lokalu. – Zdejmij… - zaczęłam zaczepnie, pozwalając sobie na spektakularną pauzę. – buty, płaszcz i ten guzik… jest ciasno – wymruczałam, sięgając palcami do kołnierzyka jego koszuli. Przychodził z chłodnej ulicy, a jednak wydawał się parzyć, kiedy musnęłam palcem skórę na jego szyi, samodzielnie dokonując owego rozpięcia. Poprowadziłam go do nędznego saloniku, gdzie czekała nasza wspólna wieczerza. Za jego plecami Nochal dokonał przenosin jednego męskiego buta, ale najpewniej żadne z nas nie zdołało się zorientować w tym względzie. – Wyglądasz naprawdę dobrze – skomplementowałam go pierwszy raz, szczerze zachwycona kolorami wracającymi na umęczoną przez ostatnie tygodnie twarz. – Podobasz mi się – dodałam jeszcze, przygryzając przy tym lekko usta. Miałam dobry nastrój. Może tylko zbyt śmiały. Cholera.
– Załatwiłam choinkę, wiesz? – pochwaliłam się, prędko zmieniając temat, kiedy już stanęliśmy w pokoju. Gdy nie było co włożyć do garnka, drzewko stanowiło luksus. Mewa zamówiła o jedną więcej. Przecież nie kupiłabym jej sama. On o tym wiedział.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Michael Scaletta
Czarodzieje
wolność — kocham i rozumiem
wolności oddać nie umiem
Wiek
26
Zawód
kradnie, co popadnie
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
11
15
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
7
10
Brak karty postaci
05-01-2026, 23:50
To była przedostatnia koszula. Ta druga leżała na dnie szuflady w komódce, rozdarta w jednym miejscu, błagająca niemo o sprawną rękę kobiety, która igłą i nicią nadałaby jej całkowicie nowej jakości. Znał jedną, o wszechstronnych zdolnościach, o imponującej życiowej zaradności, o sercu miękko wybijającym znajomy rytm; znał jedną i tą samą, która przed miesiącami mniej więcej dwoma zamiast kawałka starej szmaty uparła się cerować pozostałe dziury jego istnienia. Dziury mniejsze i większe, te nierówne i wyrysowane jakby od cyrkla; te nad wyraz kłopotliwe, irytujące, na przekór wystawiające ich obydwoje — a raczej ich niejasną znajomość i skrywane w duchu, przylepione do świadomości, myśli w sprawie tego drugiego — na próbę.
Tak przez dni kilka lawirował z nią w eterze pomiędzy miłością a nienawiścią; tak przemawiał do niej raz czule i wdzięcznie, by niedługo później żałośnie krzyczeć i sucho, bezgłośnie — bez łez i szlochu — płakać; tak wytrzymał mękę skrętu przede wszystkim dla niej, na odwyk godząc się prędzej z wymuszonej konieczności, niźli osobistej potrzeby. Więc nie wieszczył sukcesu, w istocie bowiem na straty spisał się już dawno, jeszcze czasami mamiąc tylko wrażeniem kontroli; więc ćpanie rzucił dla niej z godziny na godzinę, karmiąc się leciwymi pocieszeniami, które łaskawie i cierpliwie wypluwała, samemu nijak chyba angażując się w walkę o coś, na czym mu przecież nie zależało.
I był pewien, że bez niej przegrałby po raz kolejny; że po rzyganiu jednym lub drugim, po tym łażeniu po ścianach i spoconym, bolącym i drżącym ciele, zaraz na powrót obudziłaby się w nim podła desperacja skwitowana kolejną działką.
I był pewien, że bez niej — a może tej głupiej świadomości, że Philippa po prostu oddychała w jego pobliżu, choćby i śpiąc błogo w cieple obcej pościeli — nuciłby bez iskry w głosie znowu w życiu mi nie wyszło.
I był pewien, że bez niej, gdy po dniach czterech czy pięciu wreszcie zbudził się bez mdłości, gorączki i palących wnętrzności, bezwstydnie pospaceruje do doków i znajomej, pryszczatej twarzy narkomana pozbawionego imienia — bo on miał dostęp do wolności i euforii, bo on za kilka drobnych sprzedać potrafił spory kawałek pięknych, kolorowych snów o rzeczywistości, które smakowały lepiej od czegokolwiek, co zdążył w życiu poznać.
Tak by zapewne było, gdyby prędko o nim zapomniała, gdyby nie chciała pokazywać mu swojego — czasem może i nawet wymuszonego — uśmiechu, gdyby nie odwiedzała go niemalże codziennie, wymyślając najbardziej angażujące z zajęć. Wynalazła w własnym mieszkaniu każdy ubytek do uzupełnienia, każdy skrawek odpadającej tapety albo marszczącej się farby, każdą nieprawidłowość podłogowej deski; pewnie parszywe knuty, które upchnęła w ramy bankowej skrytki, nie miały znaleźć przeznaczenia w nieplanowanym remoncie jej portowej klitki, ale jemu nie przemknęło to nawet przez myśl.
Z zadowoleniem szukał jej zadowolenia i aprobaty, z niemą potrzebą przyjmował każde zadanie — odprowadzał do pracy i z pracy, czytywał książki, które wskazała, choć nie wydawało mu się nigdy, by była ich pasjonatką; wreszcie — szykował się do ambitnego spełnienia polecenia zarobienia sporej kasy, nawet jeśli w życiu potrafił tylko nie najgorzej kraść.
— No proszę — wymamrotał tylko cicho na wejściu, taksując wzrokiem odświętność jej stroju, z obojętnością znosząc zaś zwyczajową zazdrość psidwaka; wyglądała dobrze i zdawała się trwać w równie dobrym nastroju, ale tego nie podsumował już żadnym komentarzem. — Ciasno? — drążył dalej, w zapomnianej na ostatnie miesiące manierze żywiołowości, jakby przez moment byli zupełnie innymi ludźmi. — A tu... — przerwał, zaczepnie hacząc palcem z kolei o jeden z guzików biegnących wzdłuż jej pleców, tym samym igrając z zapięciem czerwonej sukienki — tu nie jest ciasno? — retoryczna i nieszkodliwa zaczepka trwało sekund ledwie kilka — pewnie tyle samo, ile zajęło jej bawienie się jego kołnierzykiem; a potem dłonie kobiety i mężczyzny oddaliły się od ciała tego drugiego, na powrót udając niemalże niewinność. — Ostatnio mówisz to coraz częściej... Wymyśl coś nowego, to już na mnie nie działa — dopowiedział wkrótce, w ironicznej przekorze, którą bez cienia wątpliwości zdradzał jednak uśmiech; rzeczywiście wyglądał lepiej, rzeczywiście przypominał nawet dawnego siebie, a i sposób bycia wyrywał się z wolna z więzów zobojętnienia, w którym tkwił od dłuższego czasu.
— Ja załatwiłem prezenty — przyznał po chwili, przez moment przyglądając się nieco nierównej i zgoła oskubanej z gałęzi choineczce, by pod jej spód podrzucić w końcu dwie paczki; coś skromnego dla niej i coś dla całego tego szalonego zwierzyńca, bardziej w charakterze gestu, niźli popisu zasobnej sakiewki, chociaż jasnym było, że w tych dwóch paczuszkach schował też całą niewypowiedzianą wdzięczność swojego ducha.
W tej dla niej też list, który przeczytać miała w samotności, z dala od czyichkolwiek oczu i uszu, co najwyżej pod nadzorem Nochala; list, w który wkomponował wiele — z pozoru pustych — słów i frazesów, a jednak od dawien dawna nie otwierał się tak przed absolutnie nikim.
— Ale do nich dobierzesz się dopiero po kolacji — postanowił cicho, zasiadłszy przy stole, na krześle towarzyszącym temu, na którym bacznie, od dłuższej chwili, zasiadał jej psi strażnik. — Co za chujek. Na złość oślinił mi już talerz — zauważył jeszcze, w ostateczności dość litościwie głaszcząc go za uchem.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Philippa Moss
Akolici
Musimy mieć wytrwałość i ponad wszystko wiarę w siebie. Musimy być pewne, że mamy do czegoś talent.
Wiek
25
Zawód
barmanka, matka niuchaczy
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
25
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
11
Brak karty postaci
05-01-2026, 23:53
Sprawdź. Przekonaj się. Zbadaj. Nie.
- Odpowiednio – podkreśliła, siląc się na jakże głęboką i absurdalną przy jej temperamencie powagę. Każde inne wcielenie Philippy przecież kontynuowałoby soczystą grę i odpowiednio zareagowałoby na zaczepkę. Odezwało się jednak to jedno jedyne wcielenie, które nagle zboczyło z samodzielnie narzuconego kursu i, choć wcale nie zwijało żagli, dopiero wkrótce obrać miało obiecujący kierunek. – Jest odpowiednio – podkreśliła jeszcze dodatkowo, jakby za pierwszym razem nie wystarczyło. Czyżby sugerował niewłaściwe dopasowanie kreacji? Oczywiście, że nie. Cielesny kontakt został jednak prędko ucięty, a dalszą grę zmuszony był porzucić. Nie podejrzewała go o to, by mógł ją skutecznie przedłużyć. Miała cel czy nie? Trudno było jednoznacznie stwierdzić, choć z całą pewnością raczej pierwszy wariant wydawał się bardziej prawdopodobny.
- Robisz się wymagający… - zawsze byłeś oporny. Cholernie oporny na mnie. – Nie jestem pewna, czy chcę być bardziej kreatywna, panie Scaletta. Szczera jednak jestem. I bardzo bezpośrednia. To ci nie wystarczy? – spytała znów dobrze znanym mu tonem. Lekka prowokacja, głębokie spojrzenie – takie przed, którym się nie ucieka – i wreszcie odrobina emocji wpływająca na przypudrowaną twarz. Wszystko miała pod kontrolą.
Nie przyszedł z pustymi rękami. W krzątaninie i powiewaniu spódniczki uśmiech wkroczył na usta Philippy i wcale nie dlatego, że miała jakieś oczekiwania, że czegoś od niego chciała. Tylko po prostu ten stan rzeczy przyjemnie połaskotał ją gdzieś w żołądku. Tuzin pruderyjnych zaczepek cisnęło się jej wtenczas na usta, bo zalotną naturę trudno było uspokoić i skryć, kiedy już przestała być duszona przez nieznośne opary melancholii. Ja też mam prezent. Nie muszę czekać do kolacji, by się dobrać, skarbie. Zamiast idealnie skrojonej kokieteryjnej formułki poczuł tylko tanie perfumy, kiedy stanęła tuż za nim i pochyliła się, zmuszając dwa ciała do lekkiego tarcia. Wszystko po to, by zabrać nieszczęsny wilgotny talerz. – Wymienię. Jesteś pewien, że to złość? Niektórzy odrobiną śliny okazują to przyzwoite uczucie… - wtrąciła po swojemu, już za chwilę znikając gdzieś w korytarzu.
Gdy wróciła, wraz z nią na stole pojawiły się skromne dania. Wszystko, co tylko mogła podwędzić z Mewy lub ugotować ze skromnych porcji żywieniowych, jakie tylko mogła dostać w porcie w tych trudnych czasach przy swoich jakże nędznych zarobkach. Całe szczęście, że napiwki były całkiem niezłe, choć niektórzy starzy piraci wciąż zdawali się mieć jej za złe nieobecność i porzucenie bandy. Z tygodnia na tydzień wszystko wracało do normy i coraz pewniej czuła się na terytorium, które niegdyś nazywała swoim królestwem. Ten wieczór, ta noc, te święta – to wszystko również wreszcie miało okazać się normalne. Po prostu chciała jednego dobrego wspomnienia po całej pechowej litanii z ostatnich kilku miesięcy.
- Najpierw zupa – oświadczyła, sięgając po chochlę i polewając mu natychmiast do miski odpowiednią ilość. Bez pytania. Blaski świec rozjaśniały wnętrze nędznego saloniku, ślizgając się namolnie po zasiadłych naprzeciwko siebie sylwetkach. – Potem rybia potrawka. Kapitan Złotobrody mówił, że to z morskiego węża, ale wcale w to nie wierzę. Jadłeś kiedyś? Morskiego węża? – podpytywała, ponad stołem chwytając łyżkę a pod stołem lekko, drażniąc go czubkiem pantofelka po kostce. Niby przypadkiem. – Wesołych świąt, Michaelu.
Nochal zaszczekał, wsuwając nos na pokrytą białym obrusem powierzchnię stołu. – Och, nie, ty już dzisiaj jadłeś – zareagowała, obrzucając psa niby ostrzegawczym, surowym spojrzeniem. – Teraz musimy się dobrze zająć naszym gościem…
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Michael Scaletta
Czarodzieje
wolność — kocham i rozumiem
wolności oddać nie umiem
Wiek
26
Zawód
kradnie, co popadnie
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
11
15
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
7
10
Brak karty postaci
05-01-2026, 23:57
Jakieś urokliwe światełko tak nagle rzuciło zachwycający blask na profil jej twarzy; jakieś urokliwe półsłówko przekory wypłynęło spomiędzy pełnych ust, sycąc duszne powietrze mieszkania czymś na kształt niemej satysfakcji. I wszystko to chwilowo wydawać się mogło jakieś abstrakcyjne, choć do skóry dobierało się przecież całkiem naprawdę; nie powstrzymał więc mimowolnego uśmiechu na krótki wyrok o odpowiedniości, nie podsumował go też inaczej od nienachalnego przewrotu ciemnymi oczami wzdłuż materiału jej sukienki. Od zawsze miał w sobie jakąś niewinność, nawet jeśl jego czyny i myśli wędrowały często znacznie dalej; od zawsze wydawał się taki poukładany, szczególnie w tym swoim zapiętym pod szyję kołnierzyku, napiętym jakby na przekór temu, co dryfowało w nim zupełnie bezskładnie. Ulepiły go kontrasty, te niesforne zespoły dwóch konkurujących ze sobą sił; bo, po prawdzie, był przecież chłopcem z dobrego domu — chłopcem z osobowością, wartościami i wielkim sercem, nawet jeśli to czasami przygrywało rytmem nieuzasadnionego buntu. To port wypalił na nim ślady kogoś innego, utrwalając wszystko to, co odbierało mu duszę i człowieczeństwo; to, co niechlubnie uwypukliło wady i sprawnie je kompromitowało; to, co w miejscu zaakceptowanym z wyboru czyniło go wyjątkowym, jednocześnie skazywało na serię wyzwań, których inni nie musieli nigdy doświadczać.
Z wychowania tak uprzejmy, że nieznośnie przejęty własną niemoralnością, ale i zepsuciem całego świata; z natury tak poszukujący wolności, że zarazem niebezpiecznie stąpający wzdłuż decyzji wyraźnie dudniących ryzykiem. Z charakteru tak emocjonalny, że żałośnie wręcz na wszystko podatny; z doświadczenia na tyle rozczarowany, że w końcu zobojętniały, zdroworozsądkowo hamujący wszystko to, co mogłoby nieść potencjalną szkodę.
Tak więc i teraz wkraczał z wolna w głąb rzeczywistości, której pragmatyzm nie pozwalał się oddać, choć wszystkie znaki na niebie i ziemi podszeptywały, by to w końcu uczynił; tak więc i teraz, w rzekomo pozbawionej większego znaczenia wizycie w jej domu, na uroczystych świętach, ze skromnym prezentem w dłoniach i mimiką nie wyrażającą żadnego konkretu, do jego prostych gestów dało się dopisać kilka większych sensów.
A on sam trochę się ich chyba teraz obawiał.
A on sam wolałby zarazem, by i ona ich nie dostrzegała.
— Mężczyźni miewają swoje kaprysy… — zauważył w tonie wytłumaczenia, choć sam ich chyba nie aprobował; dodał więc zaraz: — ale taka w tym rola kobiet, by ich, co do zasady, nie spełniać. — Tak wybrzmiał kontrowersyjny osąd, wraz z nim oczy spoczęły na nieco ogołoconej z igliwia choince, a do nozdrzy dotarł zapach znajomych perfum. Na jej słowa zaśmiał się cicho, autentycznie, choć tego mogła już nie wyłapać, zniknąwszy zawczasu z wilgotnym talerzem. — Ślina to nowa emocjonalna waluta? — rzucił głośniej, pomiędzy palcami mierzwiąc skraj taniego obrusu. — Ależ to pachnie, Moss! — dopowiedział po krótkiej chwili, gdy zamajaczyła z wazą parującej zupy i nie omieszkała poczynić w tym zakresie stanowczych postanowień.
— Chyba nie, chociaż kto wie… W portowych obiadach znajdziesz wszystko — Od morskiego węża, po podeszwę starego buta, a co najlepsze — te i tak będą smakować podobnie. — Wesołych świąt, Phillie — padło wreszcie w ciszy stukających o porcelanę metalowych łyżek, nim Nochal nie zagościł w pobliżu ich kolacji. — No weź, nie bądź taka surowa, daj mu coś jeszcze — zaproponował cicho, niby przypadkiem zahaczając o czubek jej pantofla, który niedawno kołysał się nieopodal jego kostki.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Philippa Moss
Akolici
Musimy mieć wytrwałość i ponad wszystko wiarę w siebie. Musimy być pewne, że mamy do czegoś talent.
Wiek
25
Zawód
barmanka, matka niuchaczy
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
25
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
11
Brak karty postaci
05-01-2026, 23:58
Kłopot w tym, że ona właśnie coś dostrzegała. Pokrętnie w sobie, nieco bardziej podstępnie w nim. Od dawien dawna już nauczyła się wzniecać w sobie ten rodzaj odwagi, który pozwalał na bezpardonowe przedzieranie się przez odmęty ludzkich umysłów i piętrzących się tam pragnień, sekretów, smutków – wszystkiego, co mogło dostarczyć jej towar na tyle chodliwy, aby tylko mogła zyskać coś całkiem cennego. Z nim przecież robiła dokładnie to samo. Za każdym razem wypuszczała długie, podstępne macki, lokując je gdzieś przy jego ciele i tylko czekając, aż nadejdzie ta cholerna chwila słabości i wyśpiewa wszystko. A ona to wykorzysta. Tak tutaj działali ci zdolni do przetrwania. Tak tutaj od lat kręcił się dokowy biznes, między makrelą i beczkami z tanim winem. Każdy skrzętnie pilnował swoich interesów. A ona nawet teraz mogła mieć jakiś cel, nawet teraz mogłaby o coś walczyć. Tylko że teraz nie była już Philippą Moss, która wciskała mu łapska do kieszeni spodni, by tylko dosięgnąć pazurami do podwędzonej kwadrans temu sakiewki. W niej było wiele historii, rozdział za rozdziałem, od przedsłowia z płaczącą na ulicy kilkulatką po jakiś tam bliżej nieokreślony finał, który przecież też ją kiedyś czekał – może był bliżej, może był dalej. Teraz pisał się jeden z tych środkowych kawałków opowieści. Taki poprzedzony strumieniem łez, wodospadem inwektyw i brutalnych uroków, które gwałciły spokój devońskich drzew, gdy nikt nie patrzył. Właśnie dlatego teraz, gdy coś dostrzegała, wcale nie miała dla niego rozczarowującej, złowieszczej intencji. Może jedynie prosiła się, czasem tak perfidnie, o jeszcze więcej uwagi. Bo nikt inny jej takiej nie dawał? Nie. Bo tak karmiła swoje rozdymane ego? Nie.
Bo.
Palce jakoś tak samoistnie gniotły warstwy wypłowiałego obrusu. On mówił o kaprysach, których nie chciało spełniać. Ona czuła, że mogłaby spełnić jakiś jego kaprys. Chciałaby. Kłopot w tym, że wcale ich nie znała. Wargi samoistnie zagniatały się w sobie, jakby nie wolno im było przepuścić kotłujących się w środku słów. Jakoś źle to wszystko przyjęła.
- Ślina od wieków łączy, Michaelu – przemówiła wreszcie tonem dość przemądrzałym, po powrocie z wazą, po rozproszeniu natrętnych myśli. Jemu musiała to tłumaczyć?
Gdy zaś ucichły resztki ich wzajemnie składanych życzeń, jej głowa pochyliła się nad miską zupy. Brązowe oczy zamrugały do beznamiętnego widoku płynnego dania, brązowe kosmyki prawie się w nim zapluskały, bo zapomniała je odgarnąć. Nie pamiętała w swoim życiu żadnych dobrych świąt. Każde miały swój dramat, każde dźwigały niedolę – mniejszą lub większą, ale zawsze. Teraz też, mimo nieustających starań, odczuwała skrajną niepewność. Zawsze przecież robiła wszystko, co mogła. I zawsze kończyło się tak samo. Dopiero potem uniosła głowę. – A co on by chciał? – spytała w końcu, wyraźnie zamyślona, trochę niespodziewanie sprowadzona z naprawdę dalekich kontynentów rozważań. Zamrugała wreszcie. – No chodź tutaj – zawołała do Nochala, a ten prędko i jakże łapczywie powybierał z jej placów kawałki ryby, które wcześniej zgarnęła z jednego półmiska. Szorstki język zwinnie zmywał ślady wonnych przysmaków, a Philippa wzięła głęboki wdech i uderzyła łyżką dźwięcznie o ściankę talerza. Walkę o apetyt odbywała właściwie od pierwszego dnia wojny. Połknęła pierwszy łyk zupy, ale towarzyszył temu proces, o którym Michael nie miał pojęcia. Tak bardzo nie znosiła osobistej lawiracji nastrojów. W czarodziejskim radyjku wybrzmiał nowy utwór, wyjątkowo smętny. Nochal zaszczekał, domagając się dodatkowej porcji przysmaków, ale Philippa to zignorowała. – Jak się czujesz? – spytała nagle. Skoncentrowane na nim spojrzenie nie chciało pozwolić, by jakimś złodziejskim sposobem zdołał wymigać się od tej odpowiedzi. Wiele ostatnio przeszedł. Po prostu chciała wiedzieć. I skraj, do którego dobrnęły jej myśli, nie pozwalał teraz, by powiedziała cokolwiek innego.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Michael Scaletta
Czarodzieje
wolność — kocham i rozumiem
wolności oddać nie umiem
Wiek
26
Zawód
kradnie, co popadnie
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
11
15
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
7
10
Brak karty postaci
06-01-2026, 00:00
Płomienie świec odbijały się w ich oczach, wosk topił się już bez ładu i składu, w iście gotyckiej manierze spływając w dół po fikuśnym kandelabrze, wprost na obrus. Nochal czuwał gdzieś nieopodal, trochę jakby pochrapując, a może sapiąc wymownie na cały zestaw tych intensywnych zapachów, trudno stwierdzić; gdzieś na sąsiednim, pustym krześle zamajaczyła jeszcze urokliwa, futrzana kulka, więc z sympatii do złodziejskiego fachu podrzucił niuchaczowi jakiegoś zaplutego knuta wyciągniętego cudem z dna kieszeni w spodniach. Czasem też zajrzał do zawartości talerza, w ostateczności jedząc jednak z mniejszym entuzjazmem, niż sugerowałaby jego reakcja; i było mu nawet trochę z tej okazji głupio, jakby sam wyrzucał sobie teraz niemo pretensje za to, że brak apetytu zdradzał jeszcze niedawne grzechy jego nierozsądnych decyzji, ale nawet jej odechciewało się korzystać z pełni zorganizowanych świąt.
Widział to, widział, choć od zawsze mogła sądzić, że miał do tego oczy nie dość czujne; widział, że czasami jeszcze traciła siebie, że czasami ten ciężar, który niechlubnie spoczywał na jej barkach, stawał się zbyt przytłaczający. I wcale się jej nie dziwił, bo choć obiecali sobie niedawno temu, że swoją obecnością załatają dziury wyryte niegdyś w ich codzienności, miała to zasrane prawo niezmiennie czuć się samotną. Może to ta smętna melodyjka z radia, którą poprzedziła wesoła kolęda, a może on — wbrew temu, ostoją czego miał się po odwyku stać — po prostu niewiele potrafił jej dać.
Niewiele pewności, niewiele stabilności, niewiele spokoju, wreszcie — żadnego wytchnienia, choćby pałętał się w jej pobliżu już na całe wieki.
Ona dała mu świeży start, uświadomiła, że jeszcze nie jest za późno; uleczyła, wsparła, nakarmiła nadzieją, więc dzisiaj nie gnił naćpany w kącie, tylko uśmiechał dyskretnie zza blatu stolika, uzależniony już od czegoś innego, choć nie miałby chyba odwagi przyznać jej tego głośno.
A on w gruncie rzeczy nie dał jej niczego, co najwyżej siebie, co najwyżej nowy komplet problemów, które musiały trawić jej umysł za każdym razem, gdy spoglądała na rysy jego twarzy.
— Cóż… — zaczął w skonfundowaniu, gdy psina dostała swój kawałek ryby, a ona wydusiła wreszcie gnębiący przedmiot refleksji. Tak wydawało mu się, że w każdy inny dzień roku szczera odpowiedź wydusiłaby coś na kształt mizernego różnie, bo tak przecież, po prawdzie, było, ilekroć tylko obejmowały go szpony kryzysu i obrzydliwej tęsknoty za euforią tamtego ścierwa; tak wydawało mu się, że teraz właśnie, w otoczeniu nieco łysej choinki i migających światełek, powinien wyznać coś bardziej stosownego, więc dodał po chwili:
— Dobrze — zaraz odrzucał stołową łyżkę i odgarniał parę jej niesfornych kosmyków za ucho, własną dłoń lokując gdzieś na skraju kobiecej żuchwy, szyi, karku. — Tak w ogóle i tu, z tobą — a potem ręka zjechała po ramieniu gdzieś do jej palców, bezwładnie ukrytych na podołku, ściskając je mocno, pewnie. — Powiedz mi — szepnął, szukając jej brązowych oczu — Powiedz, o co chodzi. Nie dam ci spokoju.
I nawet nie próbuj kłamać, bo już wiem, kiedy to robisz.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Philippa Moss
Akolici
Musimy mieć wytrwałość i ponad wszystko wiarę w siebie. Musimy być pewne, że mamy do czegoś talent.
Wiek
25
Zawód
barmanka, matka niuchaczy
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
25
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
11
Brak karty postaci
06-01-2026, 00:02
Choć tysiąc palców wskazałoby właśnie ją, gdyby ktoś szukał kogoś, kto nie traktował świata poważnie, to wciąż byłoby kłamstwo. Ta nieznośna pułapka pozorów, w którą tak łatwo można było wpaść, muskając okiem ledwie powierzchnię, łapiąc te kilka strzępków, wyciągając z pamięci kilka nieco przytartych już wspomnień. Oni zawsze mieli o niej jakieś obrazy, często malowane sprytnie przez nią samą. Budowała wokół siebie świat o silnie zarysowanych konturach. Nikt nie przechodził dalej, nikt nie wciskał się głębiej, nie poznawał bardziej. Może ci bardzo nieliczni. Może też on. Pewnie tak. Tylko że ona od pierwszej zanotowanej w pamięci lekcji życia była zupełnie na serio. Totalna, bezpardonowa, wierna. A z drugiej strony lekka, frywolna, zdradziecka i przekupna. Balans bywał trudny do osiągnięcia. Tak długo myślała, że wie, kim jest, czego pragnie, dokąd zmierza i co osiągnie. Ostatni rok zachwiał całym tym solidnie budowanym przez kilka lat światem. A kiedy patrzyła mu w oczy, czuła, jak myśli zaczynają się kołysać jeszcze bardziej, co rusz unieruchamiane przez uparte podmuchy zgubnej pewności.
Cóż. No jasne. Nigdy nie lubił opowiadać o sobie, podczas gdy ona zawsze pokrętnie szukała sposobów, by wyciągać z niego słowa. I nie z niego pierwszego. Nie liczyła i tym razem, że da coś więcej, że wysili się jakoś bardziej, choćby i na te kilka byle jakich sylab, z których ona mogłaby złożyć jakąś sensowną interpretację. Każdy przewijający się przez jej życie facet zmuszał ją do tego samego. Nawet jej brat. Dobrze. To już było coś więcej. Nabrała powietrza do płuc, kalkulując bezgłośnie, czy to już koniec. Jeśli tak: czy powinna w to uwierzyć? Porzucona na drewnianym blacie łyżeczka zadzwoniła symbolicznie, nim dobrnął palcami do wytrąconych pasm, najpewniej zmierzając gdzieś jeszcze dalej. Do nasilającego się pod skórą drżenia. Ona poczuła, że nie wolno jej wyjść z roli.
– Mhm, cieszy mnie to. Więc przyznasz, że jestem wyśmienitą gospodynią? I że ten jeden raz nie zwiejesz, cwaniaczku? Nawet jeśli… - urwała, koncentrując się na wzajemnym dotyku ich palców. A potem znów spojrzała mu mocno w oczy. – coś ci ukradnę – dodała z namysłem, tykając go lekko tym ostrym paznokciem. Bo czemu nie?
Już to przerabiali, już wyrwał ja spod skorupy, z mdłych odmętów, z czarnej udręki. Już raz dotarła na skraj, odgrywając spektakl zadręczonej. Nie chciała znów. Nie teraz. Pokręciła więc lekko głową, a obserwujący ją Nochal poruszył się gdzieś niespokojnie, najwyraźniej zaciekawiony sytuacją. – Przecież teraz rozmawiamy o tobie. Chcę rozmawiać o tobie. – Sięgające głębiej palce owinęły się wokół jego nadgarstka, by zaraz zanurzyć się pod rękawem koszuli. – Moje koszmary już poznałeś – dodała po chwili zupełnie zwyczajnym, lekkim tonem. – Czasem lubię sobie z nimi podyskutować. Jest lepiej, kiedy nie zdycham sama w tych czterech ścianach – kontynuowała nagle, choć wydawało się, że nie ma już więcej nic do powiedzenia. Jakby próbowała między wierszami opowiedzieć mu o tym, że jego towarzystwo jest cenne. Że on jest cenny. Za każdym razem jednak to ona wychodziła z inicjatywą, to ona przychodziła, by ratować i obiecać cały świat. Jej słowa były pierwsze, jej dłoń dotykała pierwsza. Chyba nie czuła się gotowa, by robić to ponownie. Chyba zbyt wiele razy już słyszała nie dam ci spokoju. A potem wszystko przepadało. – Wystygnie ci…
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Michael Scaletta
Czarodzieje
wolność — kocham i rozumiem
wolności oddać nie umiem
Wiek
26
Zawód
kradnie, co popadnie
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
11
15
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
7
10
Brak karty postaci
06-01-2026, 00:03
Wzrok od dłuższej chwili nieznośnie pałętał się to tu, to tam, pomiędzy pływającym w zupie grzybkiem a zawiniętym niesfornie rogiem dywanu, który jeden z jej psich towarzyszy już zaraz miał uznać sobie za przedmiot niewinnej zabawy; i choć ciszę przetykały zwykle zaledwie brzęk porcelanowego talerza albo strzępki smętnej melodyjki, płynące z oddalonej od salonu kuchni, wzajemna obecność wydawała się odczuwalnie wisieć w powietrzu — wisieć i wchłaniać w skórę, uderzać swoim zapachem nozdrza, osadzać na kosmykach włosów i euforycznie rozszerzać źrenice, potem jeszcze usta w szerokim uśmiechu.
Bo lubił te akurat święta, lubił być ich gościem, lubił to nienachalne migotanie lampek w rogu i przejęte krzątanie się wśród kątów gospodyni tego domostwa.
Bo lubił tu zaglądać, choćby i w miernej motywacji odmalowania ściany jednej czy drugiej, choćby i w potrzebie zrobienia dziury w tynku, by później pokornie ją z powrotem załatać.
Bo lubił jej słuchać i na nią patrzeć, a czasami tylko siedzieć wspólnie w niemej zadumie nad kubkiem parszywej kawy.
Być może odnajdywał w tym jakieś popieprzone sedno sensu tego podłego życia; a być może chodziło po prostu o to, że ktoś wreszcie majaczy obok, znając przy okazji wszystkie grzechy, wyroki i nadużycia jego niedawnej codzienności, bynajmniej go za nie karcąc.
Dziś była jednak nieswoja — nawiedzana od chwil co najmniej kilku wizjami zbędnego lęku, nastrojem zgryzoty, wreszcie i kwaśną miną, jak gdyby z jawnym niezadowoleniem oceniała to wszystko: Boże Narodzenie, przywdzianą sukienkę, swoje życie, a może i nawet jego samego.
— Więc to wszystko dlatego, że jesteś głodna komplementów? — współmiernie grał w przyjętej przez nią konwencji, nawet jeśli żadne z wybrzmiałych w eterze słów nie wydawały się autentyczne. — Postarałaś się. Ładnie wyglądasz, zrobiłaś dobrą kolację, nawet przystroiłaś mieszkanie… — wymieniał powoli, oszczędnie ważąc każdą głoskę, by wkrótce skwitować to jakimś gorzkim podsumowaniem — Ale ty i tak mi nie wierzysz. W żadne z tych słów. Ani w tamte sprzed dwóch miesięcy, kiedy obiecywałem, że już nigdy nie zwieję, że cię nie zostawię — palce puściły palce, a ręka spróbowała odsunąć się gdzieś na bok, jakby urażona zadręczającym ją zwątpieniem, jakby i w niego wstąpiła w końcu niepewność — nie pierwsza zresztą, tych nieuleczonych miał jeszcze kilka, ale niekiedy wygodniej było tłumić je wszystkie, tak po prostu założywszy płaszcz pozornego optymizmu. Drżące ciepło cudzych opuszków natarczywie dobijało się jednak do nadgarstka.
— Więc nie rozmawiajmy. O mnie, o mnie też nie — postanowił niedługo później, akcentując dwie ostatnie sylaby i odwracając oczy gdzieś w stronę lichego, w znacznej mierze ogołoconego z igieł świerka; westchnienie rozniosło się po pokoju, gdy ona opowiadała o swoich koszmarach, gdy twierdziła tak odważnie, że znał już każdy pokraczny skrawek jej ducha i — tak nagle — że wystygnie mu tamten nieistotny kawałek ryby. Na moment skotłowała się w nim chyba jakaś nienormalna złość — na nią i współtowarzyszący brak zaufania, na nią i ten iście najgorszy moment, w którym mógł dopaść ją kryzys — ale odpuściła równie szybko, pęczniejąc w ostatkach wyrozumiałości wylewających się z jej brązowego spojrzenia.
— Chodź do mnie, teraz — powiedział więc tylko, odsuwając się od drewnianego blatu stołu i rozkładając nieznacznie ramiona, jakby zapraszał ją na własne kolana i, tak po prostu, chciał podarować świadomość, że jest tu z nią i poniekąd też dla niej — ten najcenniejszy, być może, prezent tegorocznych świąt, którym wymienili się przecież już na progu.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#10
Philippa Moss
Akolici
Musimy mieć wytrwałość i ponad wszystko wiarę w siebie. Musimy być pewne, że mamy do czegoś talent.
Wiek
25
Zawód
barmanka, matka niuchaczy
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
25
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
11
Brak karty postaci
06-01-2026, 00:04
Słuchała, ale brzuch z dozą jakiegoś ciężkiego zrezygnowania wypełniał się stopniowo powietrzem, by w końcu mogła westchnąć. Każdorazowy powrót do tego, co już kiedyś było, wydawał się karkołomny. Nieosiągalna aura, która wyparowała z chwilą, kiedy pewnego dnia została po prostu sama, gdzieś z dala od ulubionego portu i pozornego przeświadczenia, że jednak ma rodzinę, że jednak gdzieś błyszczy jaśniej, że jednak dla kogoś coś znaczy. Nie można było dwa razy podążać tym samym szlakiem. Ale przecież ona to robiła, ba, nawet wielokrotnie. Może zdołała wydeptać tamtą drogę już tak mocno i tak boleśnie, że obietnica jeszcze jednego przejścia wydawała się być tym okropnym koszmarem, przez który nie można było usnąć. Dotyk ustąpił, jakby zrażony, jakby skrzywdzony – psuła i to. Tyle razy łataną szorstkimi nićmi relację z tym portowym złodziejaszkiem.
– Oni wszyscy mówili to samo – mruknęła, dając mu później przestrzeń, by mógł zdeptać to podsumowanie jakże spodziewanym „ja nie jestem wszyscy, ja jestem inny”. – Ale może to jest mój los. Przecież urodziłam się już zostawiona… - dodała tylko jeszcze bardziej posępnie i pomyślała, że to dobry moment, żeby otworzyć wino i przełknąć gorycz dobijającej obecnie melancholii. Mogła uczynić tak cholernie wiele, żeby tylko odbudować tamtą perfekcyjną pozę, wrócić do odgrywania dobrze dopasowanego wcielenia. A potem przy nim na nowo zaczynała się sypać. Wejrzenie opadało gdzieś na obrusy i podniszczone drewniane podłogi, usta ściskały się nieco nerwowo. Czuła nutę jego rozczarowania, piekła, jak świeża, brudna rana, ale przecież takich miała już mnóstwo. Czy on wiedział, że ona nie wiedziała już, w co wierzyć?
Trucizna ulatniała się ponad stołem, który ich dzielił. Za jej sprawą. Przez nią. Przecież ten wieczór miał być idealny, niezmącony smutkiem. Lekki i daleki od bagnistego marazmu, w którym właśnie powoli się topiła. On wzdychał, ona wzdychała po nim, czując, że jeszcze chwila, a katastrofa ściśnie ją mocno ramionami, by finalnie udusić. Nigdy nie miała w swoim życiu tak niezadowalającego okresu. Nawet w dzieciństwie.
Krzesło poszurało głośno, przyciągając błyskawicznie uwagę wszystkich zwierzęcych towarzyszy. Podniosła się z siedziska, dość zaskoczona, ale zupełnie chętnie przyjmująca jego… rozkaz, prośbę, pokusę – czymkolwiek to miało być. Teraz. Palce posunęły się po brzegach stołu, kiedy obchodziła go, by wreszcie dotrzeć do Michaela. Zapachniało świerkiem. Pies podążył zaraz za nią, wyraźnie ciekawski kierunku jej tułaczki. Bo te kilka kroków zdawało się być wielką przeprawą, ale tylko przez chwilę. Wsunęła się w końcu na jego kolana zupełnie miękka i jakby oddana. – Wierzę ci – przemówiła w końcu, pozwalając rękom opleść go w pasie. Przytuliła się, a rozpływające się w powietrzu zapewnienie okazało się być prawdą, choć miał pełne prawo w to powątpiewać. Uniosła głowę, by spojrzeć mu w oczy. – Chciałam być tu z tobą, właśnie tego dnia. A ty jesteś – kontynuowała powoli, jakby ostrożnie. Jedna z jej dłoni przesunęła się na jego ramię, by leniwie podsunąć się wyżej. Palec musnął męską szyję, a ona przechyliła nieco głowę, wciągając jego dobrze znany już zapach. Dwa merdające ogony Nochala otarły się o jej bok, kiedy ten coraz bardziej nerwowo zaczynał się wokół nich kręcić. Zignorowała to. Złączyła ich usta, pozwoliła powiekom opaść, pozwoliła myślom zawirować w nowym, ciepłym wietrze. Dotyk sprowokował impuls, a ciało napięło się w fali nagłego zachwytu, choć sam gest nie był mocny i przesadzony.
Nie chciała go stracić.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): 1 2 Dalej


Skocz do:

Aktualny czas: 11-01-2026, 00:41 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.