• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Centralny Londyn > Teatr Magiczny "Arkadia" > Loża honorowa
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
13-11-2025, 19:39

Loża honorowa
Loża honorowa znajduje się tuż przed Dużą Sceną, lekko wyniesiona ponad pierwszy rząd, tak aby goście mieli perfekcyjny widok na każdy gest aktorów. Ograniczona niską, elegancką barierką i wyłożona miękkim, ciemnym welurem, wyróżnia się dyskretną, ale wyraźną estetyką miejsca zarezerwowanego dla najważniejszych osób. Zasiadają tu politycy, wysocy urzędnicy oraz przedstawiciele znakomitych angielskich rodów czarodziejskich, często zapraszani na premiery i wydarzenia galowe. Fotele są wygodne, stabilne, a niewielki stolik ułatwia ułożenie programów i notatek. Subtelne zaklęcie wzmacnia akustykę, dzięki czemu kwestie ze sceny docierają wyjątkowo czysto, bez szmeru z widowni. Oświetlenie przy loży pozostaje przygaszone, tak by uwaga skupiała się wyłącznie na przedstawieniu.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Rodric Carrow
Śmierciożercy
Wiek
28
Zawód
Służby Administracyjne Wizengamotu
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
10
17
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
3
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
3
Brak karty postaci
20-12-2025, 21:35
3 marca 1962


Jedną z niepisanych zasad w czarodziejskim światku arystokratycznym jest to, że na barki najmłodszego syna/córki zrzuca się obowiązki reprezentowania rodziny, podczas wydarzeń o mniejszym znaczeniu. Okazuje się, że na tych seniorzy rodu niekoniecznie czują się zobligowani do pojawiania. Przykładem może być premiera spektaklu, na którą zostali zaproszeni Carrowowie. Jasne, że ktoś z rodziny pojawić się powinien, to ukłon w stronę reżysera, dyrektora teatru, czy szanowanego przyjaciela, który jest producentem. Ale na tego typu wydarzenia nie przyjdzie głowa rodu, nie przyjdą seniorzy ani dziedzic. To wydarzenia dla najmłodszych winorośli oraz dam, ze szczególnym uwzględnieniem seniorek.
Tym sposobem była to moja trzecia premiera w tym roku.
Zgodnie z decorum takich wydarzeń, rozpoczęliśmy wcześnie od koktajli, kilku minut rozmowy, bo po przywitaniu wszystkich gości okazuje się że mineła przynajmniej pół godziny. Później przeszliśmy już do miejsca, gdzie mieliśmy siedzieć, odprowadzani ciekawskimi spojrzeniami innych gości teatru, których zawsze interesuje kto zaszczycił swoją prezencją ten wieczór. Jeżeli chodzi o inne osoby zasiadające w Loży, to mieliśmy tu same crème de la crème - szef Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów wraz z rodziną i orientalnie wyglądającymi gośćmi, kilka dam z szanownych rodzin błękitno-krwistych, kilka czysto-krwistych małżeństw, w oczy rzuciła mi się nawet jedna osoba, którą znam ze spotkań Śmierciożerców. Mogę przyznać, że towarzystwo dopisało, a ja jak się okazuje bryluję w tym środowisku coraz sprawniej z premiery na premierę. Myślę, że dość dobrze reprezentuję rodzinę, chociaż wątpię czy kiedykolwiek usłyszę to od Cassiusa. Natomiast na pewno moja obecność porusza innych. Teraz na przykład dwie leciwe damy uparły się (oczywiście uprzejmie), że mam z nimi usiąść. Nieświadom, że mają w tym działaniu swoją agendę i każda ma po 2 wnuczki na wydaniu, siedziałem z babciami w pierwszym rzędzie Loży Honorowej, zasłaniając widok przynajmniej tuzinie osób. Jak na to, że jako czarodzieje możemy wszystko, to wciąż spotykam tak pragmatyczne problemy w życiu jak to, że siedzenie w teatrze jest na mnie zdecydowanie niewymierzone. Mnie to oczywiście nie boli, bo ja widzę wszystko, ale denerwuje mnie charczący za plecami jegomość, bo podejrzewam że jego reakcja jest spowodowana tym, że chociaż dostał zaproszenie do Loży, to nic nie widzi, bo usiadł przed nim dwumetrowy mężczyzna.
Chociaż moim zdaniem, niewiele tracił, bo było to jedno z nudniejszych przedstawień na których byłem. Całą energię wkładałem w to, by nie ziewać (arystokracja nie ziewa), lub nie zamykać oczu (arystokracja często śpi na takich wydarzeniach, ale uchodzi to raczej gdy masz 70+, a nie ledwo pod trzydziestkę). Miałem wrażenie, że muzyka nie nadąża za baletnicami, albo one nie nadążają za muzyką. Fabuła spektaklu też mi się nie podobała, gubiłem wątek już przynajmniej trzy razy, a nie zbliżyliśmy się jeszcze nawet do końca aktu drugiego.
Siedziałem więc rozdrażniony, czego po sobie rzecz jasna nie pokazywałem i co jakiś czas tłumiłem odruch wymiotny, kiedy staruszka siedząca obok szeptała coś w moim kierunku . Starsi ludzie mają w swoim oddechu coś co mnie odrzuca i przypomina mi zapach zgnilizny. Kobieta nie przestawała mnie zagadywać, a ja potakiwałem, wcale jej nie słuchając. Mogłaby mnie nawet teraz pytać, czy przyjdę w weekend odwiedzić jej wnuczkę i wziąć ją na przejażdżkę, a ja nie wiedziałbym, że się zgodziłem.
I nawet nie wiem kiedy, coś przykuło moją uwagę na scenie, a właściwie ktoś. Teoretycznie w balecie chodzi o to, żeby nie odstawać, bo chodzi o efekt zespołu a nie jednostki. A jednak kiedy mój wzrok skierowany był na scenę, patrzyłem tylko na jedną tancerkę. Wyróżniała się. Kiedy cały zespół robił ruch, jej ciało zdawało się robić go z większą gracją. Skórę miała tak jasną, że wydawała się emanować swoim własnym światłem. A może odbijała tylko światło, tak intensywnie jak księżyc w pełni? Obserwowałem ją na tyle długo, że zacząłem być przekonany, że ten całe to przedstawienie to jest jej własny solowy występ. Wszystkie inne postaci rozmywały mi się w oczach i muzyka przycichła. Już nawet nie uważałem, że to najgorsze przedstawienie. Właściwie to nie miało znaczenia, bo liczyło się tylko to, że zobaczyłem coś co mogę porównać tylk odo objawienia. Kiedy znikała ze sceny zastanawiałem się, gdzie poszła, natomiast kiedy wracała odmotywałem to momentalnie. Mój wewnętrzny spokój nagle wracał, charczący jegomość przestawał istnieć, a odrzucający zapach z ust starej lady rozpływał się, jakby samo to, że wiem gdzie jest tancerka pomagało mi zachować zen. Nim się obejrzałem nastała przerwa przed aktem III. Światełka na ścianach rozbłysły mocniej, ludzie zaczęli podnosić się ze swoich siedzeń, komentując to co działo się na scenie.
Ja siedziałem w krześle. Moja mina tego nie mówiła, bo wyglądałem jakbym był co najmniej obrażony na cały teatr, ale w środku mnie gotował się Carrow, którego nie miałem w sobie już dobre pięć? lat. Kiedy ostatnio przeżywałem coś podobnego, kiedy ostatnio miałem poczucie, że chcę mieć tą dziewczynę, było to tak dawno, że właśnie teraz dotarło do mnie, jak dużo minęło czasu. I nagle to za czym nie tęskniłem, stało się moją pierwszą potrzebą. Musiałem dostać ta dziewczynę, poznać ją, powąchać jak pachną jej włosy. Jeszcze przed trzecim dzwonkiem skinąłem na chłopca obsługującego naszą lożę i powiedziałem, żeby załatwił kwiaty dla tancerki. A później cały trzeci akt siedziałem tak skupiony na sztuce, jakbym sam ją napisał, czy wyreżyserował. Gdyby ktokolwiek porównał moją postawę w pierwszym i trzecim akcie, zobaczyłby różnicę, bo kiedy na początku spektaklu siedziałem sztywno ze zblazowaną miną, tak w ostatnim akcie opierałem się w fotelu, moje spojrzenie było skupione, zasłaniałem usta i marszczyłem brew. Cierpiałem wewnątrz, bo nie wiedziałem jak to możliwe, że przez samo oglądanie kogoś na scenie, mogę mieć takie niezrównoważone myśli?
Koniec tańców. Ukłony, brawa, kwiaty. Ludzie wstawali, ja wyszedłem.
Później był bankiet. W skrócie - bankiety po spektaklach to okazja dla pozyskania dodatkowych funduszy od gości. Często wzorem teatru z początku wieku, tancerki zostają po występie przypisane do swoich gości, których będą zabawiać. Tym razem chciałem jednak pozostać na tyle anonimowy, na ile to możliwe, więc nawet nie szukałem osoby, która mogłaby mnie "przypisać" do mojej tancereczki. Wróciłem więc na bankiet bocznymi drzwiami, kiedy starsze lady odjechały do swoich posiadłości, a wśród twarzy nie odnajdywałem ludzi z pracy. Zostało sporo tancerzy, najwyraźniej tylko mi to przedstawienie się nie podobało, bo zdawało się, że świętują. Na całe szczęście została też ta, która przykuła moją uwagę. Zanim podszedłem, zastanawiałem się jak zareagowała na bukiet, który odemnie dostała. Był on z różowych hortensji, co w języku kwiatów oznacza coś skandalicznego, bo zaproszenie do romansu, więc podejrzewałem, że mogła być nieco poruszona tym gestem. Z drugiej strony podejrzewałem, że mam do czynienia z prostą dziewczynką, która na pewno się ucieszy z tego, że dostała wielki i piękny bukiet. Nie wiem czy bardziej przeszkadzało by mi to, że nie wiedziałaby co jej sugeruję, czy wiedziała i planowała odmówić. Nastał ten moment przed rozmową, kiedy jeszcze nie wiem z kim mam do czynienia, czy kiedy się odezwie będzie mówiła same głupstwa, czy może okaże się mądrzejsza odemnie (ha! dobre). Miałem spojrzenie skupione na niej i podpierałem ścianę, jakbym czekał kiedy będzie w końcu wolna.
Ale ona wcale nie miała być wolna, może minęła moja chwila, bo nagle obudziłem się, że widze jak żegna się z przyjaciółmi z teatru. Wychodzi?! Oburzony, odepchnąłem się w końcu od ściany i przerzucając pomiędzy palcami jeden z pąków hortensji (tej z którego był bukiet) ruszyłem szybkim krokiem przez salonik i zastąpiłem jej drogę. Miała w buzi coś zachwycającego i chyba odjęło mi to mowę, bo jedynie uniosłem dłoń z kwiatkiem tak, że pojawił się przed jej twarzą i dość cicho przyznałem:
- Jestem fanem pani talentu
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Leopoldine Flint
Czarodzieje
to be a woman is to perform
Wiek
23
Zawód
wschodząca gwiazda baletu
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
13
16
20
Brak karty postaci
21-12-2025, 20:47
Żadne z luster, które odbijały jej sylwetkę, nie było jej znajome. Nie była znajoma również im - cichym, nieporuszonym świadkom przygotowań do wystąpienia. Gdy rozpoczynała swoją karierę, nie spodziewała się tego, jak balet może różnić się od tego, które miejsce wybrał sobie za dom. Cisza panująca w garderobie brzmiała zupełnie inaczej niż ta w teatrze imienia Kirova. Nawet mury Arkadii oddychały w zupełnie inny sposób. Nie mogła się skupiać na tym, co było obce. Komfort myśli i skupienie odnajdywała zawsze w tym, co znajome. Pośród pudrów, pachnideł i kosmetyków do włosów znajdowało się coś jeszcze. Srebrzysty metronom, pozostający w milczącym bezruchu, do czasu, w którym smukłe palce Leopoldine poruszyły jego wskaźnikiem, a przestrzeń wypełniło rytmiczne tik-tak. Tyle pomogło w odzyskaniu znajomego napięcia mięśni. Była gotowa. Urodziła się gotowa. W głowie młodej kobiety nie było bowiem miejsca na zwątpienie w siebie, w swoje umiejętności, w kostium, scenę, całe corps de ballet. To było premierowe przedstawienie, to, które reklamowała sama sobą, spoglądając z afiszy wywieszonych w najbardziej uczęszczanych miejscach stolicy, centrach stolic hrabstwa, a także z rubryki Proroka Codziennego, z tych kilku marnych stron poświęconych sportowi i kulturze. Ze wschodzącej gwiazdy baletu radzieckiego zmienić się miała w najjaśniejszy punkt na firmamencie brytyjskiej kultury w zaledwie jeden wieczór.
Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem.
Oddech w rytm muzyki, serce bijące wtedy, gdy tylko znajdzie na to czas.
Usta zastygły w znanym, tradycyjnym mikrouśmiechu — bywały dni, gdy naprawdę nie potrafiła odróżnić wyuczonego, scenicznego grymasu od miny, która przychodziła jej zupełnie naturalnie, bo była jej częścią. Stopy ustawione zostały już w pierwszej pozycji, gdy zza kulis oglądała ciężką, bordową kurtynę. Czasami, przed występem, wyobrażała sobie, że kurtyna opada wprost na nią. Wyglądała na bardzo ciężką. Wystarczająco, aby kogoś przygnieść, zadusić, złamać. Umrzeć na scenie. Cóż za piękna śmierć.
Teraz jednak jej myśli uciekły w innym kierunku. Palce ostrożnie sunęły po materiale, jeszcze przed chwilą chłodnym w kontakcie ze skórą, teraz stapiającym się z nią bez problemu. Sprawdzała każdy szew, fragment po fragmencie, upewniając się w myślach o jego trwałości. Ona sama była takim szwem — stając się twarzą baletu w "Arcadii" była odpowiedzialna za to, jak zapamiętany zostanie nie tylko ten występ — ale również każdy kolejny. Musiała dać z siebie wszystko.
Wejście na scenę, pod ciepły blask reflektora, zmieniło wszystko. Czas przestał płynąć w prostej linii, stał się rozciągliwy, gdy wykonywała pierwszy przeskok, jak powitanie z widownią, którą ledwo widziała, a miała oswoić. Światło padało na nią dokładnie tak, jak tego żądała: w jednej chwili uwydatniało drobne drżenie łydki, do dostrzeżenia tylko przez prawdziwego miłośnika baletu, w innym podkreślało smukłość szyi, w jeszcze kolejnej — ciało zastygłe w bezruchu pozornie niewymagającym, w praktyce zmuszającym całe ciało do wycieńczającego wysiłku. Malowała obraz nie tylko sobą, nie tylko asystującym jej momentami partnerem. Historię opowiadał również jej cień, jej mimika, nawet ułożenie włosów. Deski teatru były inne, wciąż nieznajome, a przez to jeszcze bardziej wymagające. Zmuszały do podejmowania decyzji na bieżąco, nie pozwalały nawet na moment zawahania się. Ale nie była w tej bitwie sama. Orkiestra spisywała się przednio, oplatała ją muzyką, a ona, tancerka, brała ją jako swoją. Oddechy zrównały się z rytmem melodii, która mogła trwać tylko pół minuty, a może towarzyszyła jej od samego narodzenia?
Ledwie rejestrowała światło i ciemność, scenę i publikę, dwie sprzeczności niemogące bez siebie istnieć. Gdyby tylko tego chciała, mogłaby sobie wyobrazić, że była w tej przestrzeni sama. Ale doskonale wiedziała, że była czujnie obserwowana. Czuła nie tylko nacisk powietrza na skórę, ale także ostrza spojrzeń. Ilu ludzi mogły pomieścić loże, ile par oczu mogło na nią spoglądać? Nie miała pojęcia. Czy miało to w ogóle jakiekolwiek znaczenie? Oczywiście, że nie.
Kończąca sekwencja nie oznaczała możliwości rozluźnienia się. Mięśnie napięły się jeszcze mocniej, przejęła kontrolę nawet nad tymi z nich, o których istnieniu nie wiedziała. Obrót, wysok, zawieszenie, kolejny wyskok, obrót.
Czyste lądowanie, bez fałszywego dźwięku.
I cisza, cisza rozciągnięta w nieskończoność, gdy trwała w arabesce, a ciało trawione było ogniem wysiłku.
Oklaski — och, jak prosto było sercu rozpocząć bicie w ich rytmie. Wreszcie powróciła do pierwszej pozycji, na scenę weszli pozostali tancerze. Przyszedł czas na pożegnanie się ze sceną, wciąż w rytmie oklasków. Ukłon, jeden, drugi, trzeci. Bukiet kwiatów trafił w jej ręce, ale przedstawienie nie skończyło się, nawet gdy opadła kotara. Pot płynął w dół pleców, ciało płonęło wciąż, nawet bez reflektorów. Było zbyt wcześnie na ogłoszenie sukcesu. Zbyt późno, aby wymówić się od udziału w bankiecie i wybrać cichy powrót do Tir Eilean.
Ponownie w garderobie przechodziła kolejną transformację. Gdy zasiadła przy toaletce, jej oczy były już inne. Obecne. Ciemniejsze w wyrazie. Jej własne. Ciężki, sceniczny makijaż był zmywany metodycznie, uważnie i pewnie. Ciało, przed chwilą rozgrzane do czerwoności, stygło powoli, czekając na oczyszczenie. W odbiciu lustra widziała suknię bankietową. Perłową, połyskującą, o prostym kroju i z odkrytymi ramionami i fragmentem pleców dzięki wycięciu w kształcie łezki. Na toaletce czekały już kolczyki z drobnymi perłami i cienka, złota bransoletka. Makijaż pozostał subtelny — rzęsy czernione mascarą, zaróżowione policzki, usta pociągnięte różanym tintem. Ciało nie pracowało — ciało miało być prezentowane.
I wtedy dopiero jej wzrok dosięgnął ułożony na kolejnym stoliku, wielki bukiet różowych hortensji. Brew uniosła się do góry, wydawało się jej, że nie było ich w garderobie przed występem. Zaintrygowana podeszła do bukietu, między miękkimi kwiatami szukając liściku, który mógłby zdradzić jej, któż postanowił zachować się aż tak impertynentnie. Gdyby były to inne kwiaty — inne niż te, które każdej dobrze wychowanej damie kojarzyły się tylko z zaproszeniem do romansu — pewnie nie kłopotałaby się z odnalezieniem nadawcy.
Jeden ostatni, ironiczny uśmieszek rzuciła swemu odbiciu, nim wyszła z garderoby.
Brylowała między gośćmi, zbierając gratulacje za gratulacjami. Odpowiadała głównie uśmiechem i skromnym pochyleniem głowy — nie zależało jej szczególnie na pochwałach od bogaczy, bowiem nie robili oni na niej takiego wrażenia, jak na chociażby biedniejszej baletnicy. Jej ruchy były wyraźnie oszczędniejsze niż te, którymi czarowała na scenie. I choć wciąż trwała wyprostowana, wydawało się, że robi to tylko i wyłącznie przez wzgląd na przyzwyczajenie. Nie chciała jednak pokazywać zmęczenia, spychała je głęboko w siebie. Trzymany sztywno kieliszek stanowił po części tarczę, za którą, jak myślała naiwnie, mogłaby się skryć, gdyby naszła na to potrzeba.
Wymieniła się ostatnimi uprzejmościami z toawrzyszącymi jej tancerzami, w połowie pełen kieliszek szampana odstawiając na tacę przechodzącego obok kelnera. Wciąż pozostawała uśmiechnięta, uprzejma, choć nie zapraszająca. Myśli na moment powróciły w stronę różowego bukietu. I chyba to wystarczyło, by nagle, jakby znikąd, wyrósł przed nią mur. W postaci mężczyzny, którego zmierzyła ostrożnym spojrzeniem, od stóp do głów. Pomylił się? Nie, tak nie mogło być. Wszelkie wątpliwości rozmyły się, gdy uniósł dłoń, w której trzymał pąk hortensji.
Tej samej, której bukiet zdobił teraz garderobę pierwszej solistki. Znów objął ją zapach chłodny, wodny, charakterystyczny dla hortensji.
— Czyni mi pan tym wyznaniem ogromną przyjemność — jej głos był miękki, choć nosił w sobie delikatną chrypkę wynikającą z wysiłku. Spojrzenie Leopoldine nie sięgało twarzy mężczyzny, skupione tylko i wyłącznie na kwiecie. Byłoby znacznie wygodniej — tak dla niego i jej — aby pozostał dla niej anonimowy. — Która, jednakże, byłaby większa... — kontynuowała, powoli unosząc swoją dłoń. Dopiero gdy jej ciepłe palce zetknęły się na moment z palcami mężczyzny, gdy odbierała oferowany pąk, spojrzała w górę, wprost w jego twarz. Przystojna, doskonale skrojona, dobre geny. Kącik ust drgnął z odrobiną ironii, gdy zniżyła głos do szeptu, dosłyszalnego tylko dla ich dwójki. — Gdyby darowane kwiaty nie niosły ze sobą wiadomości, za której śmiałość winna byłabym się śmiertelnie obrazić. Uznam jednak, drogi panie, że jest to wynik niefortunnego nieporozumienia. Czy zdolny byłby pan przystać na takie rozwiązanie? — główka pierwszej solistki przechyliła się lekko w bok, choć spojrzenie wciąż czekało na skrzyżowanie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Rodric Carrow
Śmierciożercy
Wiek
28
Zawód
Służby Administracyjne Wizengamotu
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
10
17
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
3
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
3
Brak karty postaci
21-12-2025, 22:05
To, że kiedy dziś opuszczę teatr, twarz dziewczyny, która zajęła miejsce w mojej głowie, będzie wołać mnie z afiszy, jest karą o której istnieniu jeszcze nie wiem. Już zaczynam zbierać żniwo, czy raczej warzyć piwo, za które będzie owa kara, a moje myśli puchną od tych w których tańczy. Może nawet widziałem te plakaty, może nawet podświadomość wskazała mi ją na scenie, bo skojarzyła z twarzą reklamującą występ. To jednak problem Rodrica z przyszłości, który wyjdzie z teatru przemieniony i zacznie widzieć twarz tancerki na każdym rogu. Nie wiem tego jednak, ta możliwość pozostaje w tym momencie w sferze rzeczy na których się nie skupiam.
Nie skupiam się również na tym, że pod twarzą zapisane było nazwisko, które powinno mi coś mówić. Które powinienem od razu odnotować, które byłoby swego rodzaju zabezpieczeniem przed niebezpieczeństwem, które wymalowałem w różowych hortensjach. Ofiarowałem na tacy swoją głowę a przypomina ona pięć wielkich kapeluszy różowej hortensji. Niczym glowa Jana na tacy, tak i moja wylądowała w garderobie pierwszej solistki. Te okazałe kwiaty, składające się z mniejszych, przypominających motyle, to metafora serca które wypełniają emocje buzujące jak stado motyli, które wykluły się przez zbyt gorące uczucia. Może trzeba było postawić na kwiat który jest bardziej pospolity w takich sytuacjach, który jedynie zostawia wiadomość "Dziekuję za występ" i słodkim zapachem spowija pomieszczenie.
Ofiarowałem jednak propozycję, którą oczekiwałem, że tancerka przyjmie z wdzięcznością. Doceni moje uczucia, wyczuje ciężkość sakiewki i zobaczy swoją przyszłość w różowych barwach.
Odzywa się, tak jak podejrzewałem jest właścicielką słodkiego głosiku, który koresponduje z jej filigranową postawą. Mamy spojrzenia utkwione w przedmiocie tego spotkania - pąku. Mimowolnie obracam w palcach kwiat, który wkrótce trafił pomiędzy jej palce, odnotowuję, że w końcu uniosła spojrzenie, lecz kiedy bada spojrzeniem moją twarz, moje oczy jeszcze przez moment są spuszczone. Motywuję się do szybkiego działania, bo wiem, że jakiekolwiek przemyślenia związane z analizą tego, co stało się podczas występu, muszę zostawić sobie na później. Staram się odseparować te myśli, by mieć szansę na skupienie się na tym co się dzieje. Dziwi mnie natomiast co słyszę, niepokoi wręcz. Mam wrażenie, że to co usłyszałem to dość jasny sygnał, że dama jest zupełnie niezainteresowana moją propozycją. I jest to jakiegoś rodzaju niepowodzenie, z którym nie chce się mierzyć. Tą myśl więc również spycham na bok, bo jest w tej całej sytuacji zupełnie rozpraszające.
Powoli przesuwam spojrzenie w jej oczy, może okazać się, że to ostatnie miejsce w które będę patrzył. Z tonu wyczytałem, że chciałaby jednoznacznie zakończyć to spotkanie, a ja jestem tylko kolejnym natrętnym wielbicielem. Wyjątkowo poruszyła mnie ta wizja, że jest na tyle pewna siebie, że nie boi się odtrącić kogoś, kto nie wie kim jest. Chyba że wie, ale wtedy byłoby to niemądre, więc skłaniałem się ku pierwszej teorii.
Wbrew typowej dla mnie naturze, która nie znosi oporu, musi mieć zawsze ostatnie zdanie i nie cofa się przed przemocą, w obliczu tak delikatnej sprawy jak potrzeba oswojenia kwiatuszka, którego istnienie ma realny wpływ na moje zadowolenie, jestem skory przystać na jej propozycję, każdą jaką da.
- Kuszące, mógłbym wówczas zachować twarz w Twoich oczach - zgodziłem się, chociaż nieco mnie rozbawiło to, jak bardzo zależy mi na tym, by solistka nie zapomniała o mnie, gdy wycofam się do cienia, a ona wyjdzie i wyrzuci kwiaty na pierwszym skrzyżowaniu. Przechylam głowę w tę samą stronę co ona. - Tylko.. jeżeli przystałbym na to rozwiązanie, to mogłabyś pani odnieść mylne wrażenie, że moje intencje są niepoważne. A ja nie wybaczę sobie, jeżeli nie zaproszę Pani na kolację - staram się nie brzmieć desperacko, ale widać, że zależy mi na tym, byśmy nie zakończyli tej rozmowy w trzech zdaniach stojąc na drodze do wyjścia z powoli pustoszejącej sali bankietowej.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Leopoldine Flint
Czarodzieje
to be a woman is to perform
Wiek
23
Zawód
wschodząca gwiazda baletu
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
13
16
20
Brak karty postaci
28-12-2025, 17:52
Pozostanie poza granicami kraju po ukończeniu nauki w Instytucie Durmstrang pozwoliło jej uniknąć wciąż obecnej w wyższych kręgach ceremonii debiutu. Wieść o tym, że ktoś taki, jak Leopoldine Flint istniał, była żywa zapewne tylko w kręgu szeroko pojętej rodziny — tak tych ze strony ojca, jak i strony matki. Nie wiedziała jeszcze, co powinna o tym sądzić. Z jednej strony bowiem przywykła już do bycia rozpoznawalną, w Leningradzie była już gwiazdą na swoich własnych zasadach. Bariera kulturowo—językowa sprawiała przy tym, że niewielu czuło się na tyle pewnie, aby przekroczyć granicę niemej aspiracji i próbować skraść jej uwagę w bardziej wymagający zaangażowania sposób. To dawało swobodę do opuszczania teatru wtedy, gdy tylko miała na to ochotę, swobodę do oddawania zabawiania gości bankietowych innym koleżankom.
Minęło dobrych kilka miesięcy od czasu, gdy ostatni raz ktoś wręczył jej kwiaty tak publicznie.
Wtedy był to bukiet róż. Hortensje są bardziej wykwintne w swej formie, mniej szablonowe i chcąc nie chcąc naprowadzają myśli Leopoldine na inne tory. Mogły zostać wybrane zupełnie przypadkowo — wtedy doszło faktycznie do niespodziewanej w skutkach pomyłki, a to wszystko dlatego, że delikatność kwiatów i ich subtelna barwa bardzo dobrze oddawała klasyczne piękno baletu. Mogły zostać wybrane nieprzypadkowo — wtedy mężczyzna obracający w swych długich palcach ich pąk mógł świadomie unikać róży, a to z kolei niosło za sobą niezbyt zadowalającą implikację, że miał doświadczenie w kwietnych prezentach. Skoro był to jej premierowy występ, czy wypatrzył ją z afiszy? Czy po prostu zaopatrzył się w kwiaty ot tak, na wszelki wypadek? A jeżeli nie? W takim wypadku musiał być bajecznie, jak mawiały ściszonymi szeptami coryphee, bogaty. Czyli być kimś, z kim prędzej czy później spotka się na salonach.
Przez chwilę, ułamek sekundy, skupiła się na jego dłoniach. Nie dostrzegła tam obrączki, przynajmniej ten widok przyniósł jej niespodziewaną półulgę. Gdyby był żonaty, musiałaby zastosować wobec niego jeszcze bardziej dosadne metody odmowy. Niedługo miała wyjść za mąż, a jeszcze nie poznała swojego narzeczonego. Niechybnie ten miałby powody do niezadowolenia, gdyby nagle obrała jedną z głównych ról w małżeńskim skandalu. Niemniej jednak wargi wciąż utrzymywały drobny, sceniczny uśmiech.
— Jest to nie tyle kuszące, co konieczne, drogi panie. Nie nawykłam otaczać się ludźmi, o których mogłabym mieć złe mniemanie — dawała mu szansę, oczywiście, że tak. W głowie Leopoldine nie zapadła jeszcze decyzja, czy robiła to bardziej przez wzgląd na konieczność uniknięcia kompromitującej sceny wśród bankietowych gości, gdyby zaczęła zaprzeczać bardziej stanowczo, czy dlatego, że była ciekawa, do czego jeszcze mógł być zdolny ten nieznajomy mężczyzna. Rozsądek krzyczał natomiast, że powinna ukrócić wszelkie próby wywołania romansu tu i teraz — nauczyć się na błędach, nie wpadać ponownie w sidła tego, który mógłby być gotów pomyśleć, że drobna baletnica zrozumie za późno, iż była tylko ofiarą, trofeum, nagrodą — nigdy zaś partnerką, towarzyszką.
Mimo to słuchała jego słów, ledwie powstrzymując się od chichotu, gdy przechylił głowę w dokładnie tę samą stronę, co ona kilka chwil wcześniej. Było to na pewien sposób czarujące, uroku nie można było mu odmówić. Chciała sprawdzić, czy w tym naśladowaniu posunie się dalej. Niby zatopiona we własnych myślach przysunęła pąk hortensji do swych ust, wargi musnęły delikatnie kwiaty, gdy chowała za nimi swój uśmiech.
— Czy powinnam zatem podzielić się z panem swoim adresem, aby postąpił pan zgodnie z manierami i wysłał mi oficjalne zaproszenie? O dorożkę proszę się nie martwić, dotrę sama — coraz bardziej podobała się jej ta gra; miała wrażenie, że zostawia mu coraz to więcej okruszków informacji, po których musiałby domyślić się, że nie miał do czynienia z byle tancerką. Ale nim odkryje przed nim wszystkie karty, musiała zmusić go, aby zrobił to przed nią. — Dodam tylko, że nie zdradzam swojego adresu nieznajomym. Będzie pan łaskawy zdradzić mi, komu powinnam dziękować za te przepiękne kwiaty?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Rodric Carrow
Śmierciożercy
Wiek
28
Zawód
Służby Administracyjne Wizengamotu
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
10
17
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
3
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
3
Brak karty postaci
28-12-2025, 19:31
Nawet nie wiedziałem, że lawiruję na granicy społecznego faux pas, kiedy tak wiszę nad zjawiskową baletnicą. Gdy wrócę do domu, będę pił tonik za tonikiem, by wyczyścić z pamięci słowa, którymi raczyłem kobietę pokroju własnej matki. Może to nie będzie dziś czy jutro, ale na pewno przytrafi mi się to jeszcze w tym kwartale. Najpewniej jakoś w maju, ale już nie spojleruję - jak wiecie, wcale, ale to wcale, nie wierzę w przepowiadanie przyszłości.
A wszystko przez absurdalny pomysł, by posyłać angielskie dzieci, które należą do angielskiej ziemi, do szkoły gdzieś pod Kołem Biegunowym. No i oczywiście nie wysyłanie ich na wydarzenia błękitnokrwistych do krajan. Ergo - to nie moja wina, że całe to spotkanie może tak wyglądać, że mam czelność mówić w tak bezpośredni sposób do niewiasty, że mam ją za kogoś stojącego niżej ode mnie na drabinie społecznej, kogoś kto mógłby awansować jedynie dzięki mojej uwadze, którą teraz tak łaskawie jej daję. Mam pewną niepewność, kiedy tancerka nie przyjmuje moich darów z przewidywaną wdzięcznością, oraz kiedy chce ze mną dyskutować. Może jest nie tyle pewna siebie, co zadziorna? Taką cechę z tego co wiem, mają osoby urodzone nieco niżej.
-A więc przyznajesz mi rację?- podejmuję jej odpowiedź pod lupę i daję jej chwilę na to, żeby jeszcze nie wiedziała o czym do końca mówię. Patrzę wtedy w jej oczy starając się przekazać moimi szeroko otwartymi, jak cieszy mnie, że przyznała mi rację. Na chwilę to pytanie zawiśnie pomiędzy nami, aż nie wyjaśnię: - Że koniecznie powinniśmy się otaczać swoją obecnością? - zdaję się być niesamowicie z siebie zadowolony, bo już dawno tak długo nie rozmawiałem z dziewczyną, która ma na mnie taki wpływ.
Rozsądek - to co ona ma w swoim orężu, ja zostawiłem gdzieś za drzwiami teatru, ostatni raz widziany był on ze mną jeszcze podczas pierwszego aktu. Obecnie nie wiem gdzie mój rozsądek, chociaż godna podziwu jest jej postawa, tyle że ja oczywiście wciąż zachodzę w głowę dlaczego tancerka nie zaprosiła mnie jeszcze do swojej garderoby, zupełnie nieświadom, że jeżeli faktycznie tak skończyłaby się ta rozmowa, to bardzo by mnie to koniec końców zabolało.
Kwiat muskający dziewczęce usta, znów jest powodem do rozkojarzenia się. Chciałbym teraz być tym kwiatem, który ma prawo na tak bezpardonowe składanie pocałunków. Może to te myśli krążące wokół ust i kwiatów nie pozwoliły mi zebrać okruszków w odpowiednim momencie.
- Racja - sięgam do wewnętrznej kieszonki ubrania, gdzie trzymam liściki na taki moment jak ten. Wyciągam bilon na którym przed występem zapisałem sobie listę rzeczy, którymi będę musiał zająć się w poniedziałek po powrocie do pracy. Lubiłem robić takie listy, to pomagało mi uporządkować myśli. Główną pozycją było przygotowanie harmonogramu spraw dla sędziego, ale miałem jeszcze do wykonania kilka poprawek do raportów oraz sprawdzenie nowych spraw, które mogły przyjść przez weekend. Były to sprawy zupełnie nieatrakcyjne dla artystycznej duszy, podejrzewałem, że nie zwróci na nie najmniejszej uwagi. Upewniłem się, że daję jej kartkę czystą stroną.
Skoro więc zajęła się jak mniemam podawaniem mi adresu, rzucam szybkie spojrzenie wokół, bo zdaje mi się, że jeżeli rozegram to dobrze, to może jeszcze dziś będę jadł. Niestety blask grand prize, na którym się skupiałem sprawiło, że oślepłem i nie zwracałem uwagi na okruszki, które dostawałem, a które nieuważnie depczę. Więc była gwiazdą, pewnie niejednokrotnie dostawała zaproszenie od wielbicieli. Pewnie zna niejednego, o wielu mogła też słyszeć. Może jest dyskretna i skąd wie, jakie są zwyczaje. Zdaje się, że ja sam nieco stężałem, bo nie wiedziałem, że tak trzeba. Może jej chodzi o pieniądze? Tak, na pewno chciałaby usłyszeć dźwięk sakiewki zanim przystanie na moje propozycje. Żałowałem, że nie mam luźniejszej szaty w której zawsze coś brzdąka.
Wyrwany z zamyślenia, widzę że wciąż jeszcze nie podała mi adresu, co ponownie mnie rozczarowuje i wtedy słyszę słodką prośbę o wyjawienie imienia. Niegrzecznie nie przedstawić się na samym początku, przyznaję. Pochylam nieco głowę, co w tej sytuacji jest niezbędne, bo mam do czynienia z osóbką bardzo niską. - Wolałbym, żeby to zostało tylko pomiędzy nami, bo pewnie już o mnie słyszałaś. Moja sława mnie wyprzedza. Leopold Flint, miło mi poznać
Dlaczego nie powiedziałem, jak się nazywam na prawdę? Bo wbrew temu co właśnie się tu wyczynia, nie mogłem pozwolić, żeby po Londynie szalała plotka o tym, że Carrow robi słodkie oczy do jakiejś tancerki baletowej. Poza tym, czułem, że znany i lubiany w towarzystwie Flint, będzie robił lepsze wrażenie na dziewczynie z miasta.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Leopoldine Flint
Czarodzieje
to be a woman is to perform
Wiek
23
Zawód
wschodząca gwiazda baletu
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
13
16
20
Brak karty postaci
02-01-2026, 19:23
Kącik ust powędrował nieco w górę, jakby w odpowiedzi przed odpowiedzią — dokładnie wtedy, gdy stojący przed nią mężczyzna zaczął przyglądać się jej tymi szeroko otwartymi, brązowymi oczami. Był zaskakująco pewny siebie, jak na człowieka, który nie miał pojęcia, z kim właśnie rozmawia, komu składa propozycje, które z ust błękitnokrwistego dżentelmena wyjść nie powinny; a przynajmniej z ust błękitnokrwistego dżentelmena z wyobrażeń, którymi karmione były ich siostry i córki. Gdyby była bardziej naiwna od swych koleżanek czy rówieśniczek, gdyby jej losy nie zostały ukształtowane pośród zaśnieżonych, stromych szczytów Norwegii, w ogóle nie byłaby w stanie przypuszczać, że może mieć do czynienia z przedstawicielem swej własnej kasty. Życie poza Anglią, jej nietypowa bądź co bądź ścieżka, nauczyły ją jednak wątpić w to, co darowuje jej los. Nie wierzyła ślepo w obietnice, w słowa, które łatwo było zepchnąć na dalszy plan, aż wyblakną wreszcie na tyle, że pamięć o nich zaginie. To samo niekonwencjonalne podejście sprawiało, że nagle poczuła zaskakującą ochotę ciągnięcia tego teatrzyku dalej. W którym momencie powinie mu się noga?
— "Koniecznie" to bardzo silne słowo, nie sądzi pan? — odpowiedziała po przydługim milczeniu, które otworzyło mu drogę do wspaniałomyślnego naprowadzenia naiwnej tancerki na tok własnych myśli. W jej głosie słychać było kokieteryjne rozbawienie, a mina, jaką przybrała, mogła zasugerować, że na poważnie zastanawiała się nad darowaną propozycją, pomimo wcześniej zarysowanego dystansu. Wszystko to było jednak grą aktorską, rolą, w którą weszła nie dla jego, a swojej uciechy. Nie sądziła, że ten wieczór mógłby potoczyć się w tak przedziwny sposób, ale nie śmiała nawet narzekać. Zmęczenie, które jeszcze przed chwilą osiadało na każdym fragmencie jej ciała, stało się jakoś bardziej znośne.
Za kwiatem schowała rozciągające się w coraz szerszym uśmiechu usta, gdy nieznajomy wyciąga z kieszeni bilon, a gdy ten trafił w jej ręce, zgodnie z założeniami nie zapoznała się z resztą zapisków spisanych — miała nadzieję — jego ręką. Zauważyła jednak, że jego charakter pisma wcale nie można było określić niedbałym, a to tylko utwierdziło ją w przekonaniu, że miała przed sobą... Niezwykle ciekawy prospekt towarzyski. Na szczęście dla Rodrica Leopoldine nie zwykła rozsiewać plotek.
— To, co zwiemy różą, pod inną nazwą równie by pachniało — słowa uciekły z jej ust prędzej, niż dalsza część wypowiedzi Rodrica, na całe dla niej szczęście. Bowiem zdążyła puścić w stronę nachylonego ku niej mężczyzny porozumiewawcze oczko, swoistą pieczęć, która miała trafić na pergamin ich (jego?) paktu. Nic nie mogło jej jednak przygotować na to, co nadeszło ledwie sekundę później. Leopold Flint, miło mi poznać. — Hah! — śmiech wydostał się z jej ust zanim zdążyła przykryć je dłonią, aby stłumić narastające w niej rozbawienie. Ciałem wstrząsnęła kolejna fala, już tłumionego śmiechu; musiała przymknąć powieki, czując, że łzy niekontrolowanie napływają jej do oczu. Powoli uniosła dłoń, w której trzymała podarowany do spisania adresu bilecik, prosząc swego rozmówcę o odrobinę cierpliwości, gdy kręciła z niedowierzaniem głową, aż wreszcie, po kilkunastu sekundach, nabrała głęboki oddech, starając się powrócić do pełnej powagi, ponownie wstąpić w rolę. Och, dawno nikt jej tak nie rozbawił. — Przepraszam, panie Flint, myślałam, że dżokeje nie są aż tak wysocy — posłużyła się pierwszym wytłumaczeniem, które przyszło jej do głowy, choć i tak w jej głowie brzmiało ono tak idiotycznie i bez sensu, jak nieznajomy mężczyzna przedstawiający się jej nazwiskiem — oraz, oczywiście, imieniem brata bliźniaka. Skupiła spojrzenie na bileciku, na którym kreślić zaczęła adres rodowej rezydencji Flintów, Tir Eilean w Margate, Kent. Musiała zająć się czymś innym, bowiem każda próba rzucenia mu ukradkowego spojrzenia niosła za sobą ryzyko ponownego wybuchnięcia śmiechem.
Spokój, Leopoldine.
Wreszcie przyszła pora na zakończenie pisania, podarowania mu jego własności. Na całe szczęście doświadczenie sceniczne znów okazało się niezastąpione, po początkowej fali ekspresyjnego rozbawienia, przestąpiła jeden krok, na ukos od mężczyzny, zatrzymując się tak, że przed dotknięciem ich ramion od przodu, nie od boku, powstrzymywała ich odległość kilku centymetrów.
— Leopold — zaczęła w charakterystycznym Wienerisch, jednym z dialektów, który znaczył wczesne lata jej dzieciństwa i na zawsze zaanektował ważne miejsce w jej sercu, pamięci, duszy. — To nietypowe imię. Czy to nie pańska siostra ma debiut w naszym teatrze za kilka dni? Och, mam nadzieję, że nie będzie miał mi pan za złe, panie Flint, ale marna z niej pierwsza tancerka. Jestem pewna, że nawet gdybyśmy tańczyły obok siebie, nie mógłby pan oderwać wzroku właśnie ode mnie — mówiąc to, wcisnęła pąk hortensji wprost w butonierkę mężczyzny, na koniec przyklepując jeszcze kieszonkę, aby poczuć, czy gałązka nie wypadnie z niej za kilka chwil. Była ciekawa, czy łyknie haczyk. Czy byłby w stanie umniejszyć talentowi siostry, tylko po to, aby móc skomplementować ją. — Wiem, że ciężko się o tym mówi w kontekście rodziny, ale musi mi pan wybaczyć tę śmiałość, jestem artystką przede wszystkim, dopiero później skromną, czy tam rozsądną kobietą. A mój artystyczny zmysł podpowiada mi, że skoro mamy otaczać się swoją obecnością, mogę być z panem szczera. Proszę powiedzieć mi, że się nie mylę.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Rodric Carrow
Śmierciożercy
Wiek
28
Zawód
Służby Administracyjne Wizengamotu
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
10
17
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
3
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
3
Brak karty postaci
02-01-2026, 21:49
Teatrzyk teatrzykiem, bo to co dla młodej tancerki było jedynie kaprysem i grą pozorów, dla mnie było nieodpartą koniecznością. Ja nie byłem w stanie powstrzymać pewnych słów przed wychodzeniem z moich ust, nie mogłem powstrzymać się przed zasiedzeniem się na bankiecie z okazji premiery, nie mogłem powstrzymać się przed pilnowaniem spojrzeniem każdego ruchu mięśni na jej twarzy. Jakaś obsesja, którą miałem na punkcie tego tańczącego anioła, opętała mnie i nie byłem w stanie zachować się w żaden racjonalny sposób.
Jedyne na co mnie jeszcze było stać, to pilnowanie rąk przed zbyt zuchwałym przekraczaniem granicy cielesności, chociaż z każdą chwilą stawało się to coraz cięższe. Widoczna w moich oczach panika nie wynikała więc z tego, że podejrzewałem, że mam do czynienia z osobą wyżej urodzoną (to mi nie wpadło do głowy), ale z tego, że obawiałem się, że magnetyzm który przyciągał mnie do tancerki nie pozwoli mi dłużej trzymać rąk przy sobie.
- Jedyne na jakie mnie teraz stać - jeszcze wszystko toczy się ustalonym torem, nie zdążyłem ujawnić swojego imienia, uśmiechamy się do siebie. Ona uśmiecha się pięknie, czasami chowa się za kwiatuszkiem, ja uśmiecham się niespodziewanie, nie wiem kiedy ostatnio uśmiechałem się tak długo. - Obawiam się, że jeżeli mamy zjeść wspólną kolację, będziemy zmuszeni być w swojej obecności. Ja osobiście nie mogę sie już doczekać
Już planuję gdzie pójdziemy, chociaż jednocześnie w głowie zdaję sie nie mieć żadnej myśli poza tą, która adoruje moją tancerkę. Lokal będzie ważny, ale równie ważne będzie miejsce w lokalu gdzie usiądziemy. Jeżeli uda nam się dostać stolik na uboczu, będę na pewno czuć się pewniej, niż gdybyśmy siedzieli na samym środku w świetle oczu całej restauracji zwróconych ku nam. W odróżnieniu do tancerki, ja nie czuję się komfortowo na scenie.
Dobrze, że oboje lubimy Szekspira, może jak kiedyś odkryje moje kłamstwa, będzie jej łatwiej je zrozumieć. Nie spodziewałem sie, bo skąd, że może odkryć je tak szybko. Na początku dziwi mnie jej śmiech. Mam od razu myśl, że na pewno Leopold już nie raz podrywał tutaj jakieś tancerki, więc może źle trafiłem i tą też zdążył kiedyś uwodzić? Nie dziwi mnie to wcale, panna jest olśniewająca. Zachodzę w głowę. Czy powinienem być ostrożniejszy? Rzucić nazwisko Rockwooda albo Lestrange? Tylko kto by uwierzył, że oni przychodzą to teatru... Chociaż z zewnątrz tego nie widać, w środku się gotuję. Cóż ten Flint znów uczynił, że samo wspomnienie jego nazwiska wywołuje taką reakcję. Czy zbłaźnił się przed którąś z dam, a ta powiedziała koleżankom? Wiem jedno, nie mam już stąd odwrotu. Staram się więc iść w to, przekonując się, że to nie ze mnie tak de facto śmieje się tancerka. Uwaga o wzroście była trafna, ale Flint też nie należał do niziołków, podejrzewałem więc że mogło faktycznie o to chodzić....?
-Och, tak to kwestia skali. Oglądając nas z trybun może wydawać się, że jesteśmy nieco niżsi. Byłaś pani kiedyś na wyścigach? - wtedy uderza mnie ta myśl, że istnieje możliwość, że ona wie jak wygląda prawdziwy Flint co powiedzmy sobie szczerze, postawiłoby mnie w dość niezręcznej sytuacji.
A może nie jest jednak tak tragicznie?
Mam przecież jednak bilecik. Przyjmuję go niczym trofeum, jakbym tym bilecikiem chciał pogratulować sobie sprytu, wdzieku i czegokolwiek co sprawiło, że ta zjawiskowa artystka pójdzie ze mną na obiad. Przelotnym spojrzeniem sprawdzam, czy adres jest pełen i widzę że to co jest tam napisane przypomina adres. Nie powiem jednak, żebym przeczytał co było tam napisane. Chowam karteczkę spowrotem do kieszeni, kiedy tancereczka nagle się do mnie zbliża,chyba zupełnie nieświadoma, że jeżeli będzie mnie tak kusić, to na prawdę nie będę w stanie się powstrzymać. Ze zdumieniem słucham co ona też opowiada. Leopold? Siostrę? Nie, nie sądzę, że ma siostrę. Przecież musiałbym ją widzieć, a nie widziałem jej nigdy. Zresztą znając Leopolda, trudno byłoby ją przeoczyć, bo wystawałaby ponad resztę kobiet i garbiła się jak brat. Tak, w moim przekonaniu bliźniaczka Leopolda wyglądała jak on, tylko ubrany w suknię. Chociaż zaraz... czy siostry bierze się do saloników dla dżentelmenów, czy bierze je się na polowanie, albo do pracy? Przez chwilę wątpię sam w siebie, ale szybko odpędzam te myśli. Prawdę mówiąc, nie ma znaczenia co ta dama mówi o prawdopodobnie-urojonej-siostrze-Leopolda. Bardziej już zastanawia mnie ton w jaki przeszła ta wymiana zdań. Najwyraźniej imie Leopolda wciąż działa na kobiety, a ta postanowiła się otworzyć i podzielić tym co jej leży na sercu. Osobiście wolałbym sam na nim leżeć.
- Nie sądziłem, że wśród baletnic panują takie zawzięte opinie, brzmisz pani trochę jakbyś nie przepadała za panną Flint - aż mi serce zadudniło, kiedy dostałem kwiaty spowrotem do kieszonki. Nie przetrawiam jednak tego jako niczego obraźliwego, bo czuję już w nosie zapach perfum, który poczułem od tego, że stała tak blisko. Omamia to mnie już doszczętnie, więc nie, nie jestem w stanie bronić honoru jakiekolwiek prawdziwej - czy - nie panny/pani Flint.
- Obawiam się, że to mogłoby się wydarzyć. Dziś też nie mogłem oderwać wzroku, tańczysz pani wspaniale. Może kiedyś zatańczysz dla mnie? - skoro już i tak stała blisko, to wystarczyło się nieco przychylić, by ostatnie słowa powiedzieć na tyle cicho, by usłyszała je jedynie zainteresowana.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Leopoldine Flint
Czarodzieje
to be a woman is to perform
Wiek
23
Zawód
wschodząca gwiazda baletu
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
13
16
20
Brak karty postaci
05-01-2026, 19:14
Doskonale wiedziała, że zachowując się w ten sposób, wystawia cierpliwość Leopolda na próbę. Robiła to w końcu celowo, pragnąc sprawdzić, do czego był w stanie posunąć się tajemniczy adorator, żeby zdobyć choć chwilę jej uwagi — wszak tym była właśnie wspólna kolacja, która stanowiła swoistą zachętę, przynętę. Na jej haczyk w zamyśle miała się złapać właśnie baletnica, ale ostatecznie, może zrządzeniem losu, a może zgodnie z planem wszechświata, na haczyk złapał się właśnie on. Leopoldine skłamałaby, gdyby powiedziała, że nie uważała tej sytuacji za absolutnie zabawną. Coś mówiło jej, że może rozsądniej byłoby ukrócić całą tę maskaradę i wypunktować absztyfikanta. Tak pewnie postąpiłaby młoda dama o krystalicznym sercu i jeszcze czystszych intencjach. Leopoldine Flint niestety nie składała broni pierwsza. Nie, gdy mogła doprowadzić do jeszcze większej klęski przeciwnika. Pomimo delikatnej budowy krew Flintów krążyła w jej żyłach, ze wszystkimi swoimi wadami i zaletami. Ale dzięki temu mogła pobawić się swoją zdobyczą jeszcze troszkę, przypominając w ten sposób znudzoną kotkę.
— Zna pan jeszcze jakieś? Fascynuje mnie ten żar, który bije z każdego waszego słowa — nie odrywała od niego wzroku, kierując doń swe zdanie głosem niemalże drżącym od udawanego zachwytu; chciała bowiem sprawiać wrażenie absolutnie nim oczarowanej. Dziewczęcia takiego, któremu można było szepnąć do ucha byle bzdurki, słowa pierwsze z brzegu: encyklopedia, onomatopeja, dyskurs, czy nawet apelacja, a po których usłyszeniu omdleje ona finalnie z zachwytu; przed upadkiem na marmurową podłogę oczywiście miałby ją ustrzec jej adorator, który porwałby ją w swe silne ramiona, uniósł jakby ważyła tyle co piórko i pocałunkiem zwrócił jej wszystkie siły, jak w bajkach czytanych małym dziewczynkom. Wyobrażenie czy fantazja były kluczem do zaintrygowania drugiego człowieka. Im więcej tajemnic, im bardziej pobudzona wyobraźnia, tym mocniej chciało się wracać. Do miejsca, do sytuacji, do kogoś. Nieznajomy musiał o tym wiedzieć, podając się za Leopolda. Ciekawe, skąd go znał?
— Uwielbiam wyścigi konne. Czasami nawet obstawiam zakłady, wie pan? — odważnie, zważywszy na fakt, że tancerki co do zasady nie zarabiają kokosów. Konie, cały ceremoniał z nimi związany, był natomiast częścią kultury klasy wyższej; może więc tajemnicza tancerka zawracająca została zabrana na trybuny przez swojego patrona? — Ale gdy próbuję postawić na pana i Villáma, zyski z wygranej nie są za duże. Jest pan największym faworytem — na przypieczętowanie własnych słów puściła mu jeszcze oczko. Czy w ogóle mógł wiedzieć, że tak nazywał się granian Leopolda? Że jego imię pochodziło z języka węgierskiego, będącego jedną z pasji dżokeja, a oznaczało błyskawicę? Mimo wszystko nie chciała być dla impersonatora przesadnie okrutna, postanowiła więc nie zadawać mu dodatkowych pytań. I tak trochę się postarał, skoro przynajmniej wiedział, czym zajmuje się młody Flint.
— Och, drogi panie, balet to kwestia życia i śmierci — w tych słowach nie było nawet krzty kłamstwa. Niewiele osób dopuszczało do siebie myśl, że tak delikatne, niemalże ulotne stworzenia, które występowały na scenie, mogły być względem siebie niezwykle wręcz agresywne. Porażka jednej była szansą drugiej, w tańcu nie było miejsca na sentymenty, tylko na wyniki. Krew, pot i łzy przyświecały tej dyscyplinie, która z każdym kolejnym treningiem i występem przesuwała granice wytrzymałości ciała i testowała silną wolę. Stojąca przed Rodricem Leopoldine w wersji post—występowej prezentowała się eterycznie i delikatnie niespecjalnie dlatego, że właśnie tak chciała. Zmęczenie ciskało jej ciałem niczym szmacianą lalką, to ono wygrywało melodię, w rytm której się poruszała. — Taniec zaś jest wyrazem najbardziej intymnej części duszy tancerki — kontynuowała dalej, ściszonym szeptem, spoglądając z dołu w ciemne oczęta swojego adoratora. Palce pragnęły pozostać na materiale butonierki dłużej, może w chciwym pragnieniu wyczucia pod sobą rytmu, które wygrywało jego serce. Czy przyspieszyło na jej widok, na jej bliskość? Och, nie powinna się tak bawić czyjąś niewiedzą, ale kłamstwo i zachłanność zasługiwały na karę. — Musiałabym być pewna, że będziecie w stanie docenić ten dar, panie. Na początek wystarczy mi, że zadeklarujecie, iż w balecie teatru Arcadia nie ma mi równych. Talentem, sznytem i urodą — skoro nie chciał bronić honoru swojej siostry, nic nie stało na przeszkodzie, aby chociaż słowami dowiódł swojego oddania baletnicy, czyż nie?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#10
Rodric Carrow
Śmierciożercy
Wiek
28
Zawód
Służby Administracyjne Wizengamotu
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
10
17
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
3
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
3
Brak karty postaci
07-01-2026, 23:26
Gdzie była granica, do której chciała mnie zaprowadzić tancerka? Czy była zainteresowana publicznym ośmieszeniem, czy może sama ciekawa była gdzie poczułaby, że musi powiedzieć dość? Może to wcale nie była opowieść o tym, jak daleko posunie się ja-Leopold, tylko wręcz przeciwnie, może to była opowieść o niej? Z mojej perspektywy raczej na pewno chodziło o to, bo byłem pewny, ze obcuję z artystką, której imponują takie amory. Zachęcała mnie zresztą, do ich prawienia. A ja, rozgrzany przedziwnym ogniem, który zapłonął gdy zobaczyłem ją na scenie, zamierzałem je dalej prawić. I dziękowałem bogom za to, że nikt poza nią nie może usłyszeć co mówię.
- Ależ oczywiście. Co powiesz na "nie mogę oderwać od Ciebie oczu, odkąd Cię zobaczyłem", albo "jesteśmy stworzeni, żeby być razem", albo "zdaje się, że amor ugodził mnie strzałą ". - mógłbym dalej mówić te farmazony i pewnie mówię dalej, ale podejrzewam, że nawet ona czuje komizm tej sytuacji i zawtóruje mi śmiechem. Jeżeli nie, to śmieję się pod nosem sam, krótko i niegłośno, ale jednak śmieję się, a to nie zdarza mi się zbyt często.
Zdumiony jestem, że dama mówi, że chodzi na wyścigi. Nie sądziłem, że są one takie popularne pośród baletnic, ale cóż ja wiedziałem o balecie tak koniec końców. Skinąłem głową, jakbym ucieszył się mocno, że zna imię mojego rumaka. Nie byłem pewny, czy powiedziała poprawnie imię konia Leopolda, bo powiedziała go z wyraźnie obcym akcentem, który coś mi przypominał, ale faktycznie kojarzyłem imię Viliam.
-Mam w takim razie nadzieję zobaczyć Panią na trybunach na kolejnych wyścigach - tak na prawdę to nie, bo na kolejnych wyścigach Leopold będzie na torze, a ja będę siedział na trybunie i ciężko mi będzie wtedy wyjaśnić dlaczego utrzymywałem, że jestem nim. W każdym razie czaruje jeszcze ile wlezie: - Może specjalnie przegram kilka biegów, żeby poprawić mnożnik - sugerując, że mógłbym dla niej nawet podłożyć się, byleby coś na tym zyskała. Nie wiem czy Leopold może tak, bo kiedy raz mu coś podobnego zasugerowałem, tylko zmierzył mnie tymi swoimi smutnymi oczami, jakbym conajmniej zaproponował mu spacer po mugolskich atrakcjach turystycznych.
Przechodząc jednak do tej najbardziej intymnej części rozmowy, kiedy pochylam się nad jej uchem, a powietrze z moich ust drażni jej szyję, oczy przymrużone w częściowym błogostanie, spowodowanym taką bliskością obiektu westchnień, słyszę, że jest szansa na taniec i tak, nie ma wątpliwości, że powiem wszystko, by go otrzymać. Zawieszeni w momencie, wpatrujemy się w siebie. Mówiąc przyciszonymi głosami, spajając słowa z ust, bo jeżeli nie usłyszymy szeptu, to ruch ust pozostaje nam, jako ostatnia nadzieja na zrozumienie. Zdaje się jednak, że te słowa, którymi się raczymy nie są aż tak ważne jak to w jaki sposób to robimy. Jednak milknę na dłuższą chwilę po jej warunku, który postawiła w sposób, który kazał mi się zastanowić.
Skąd w niej tyle pewności siebie.
Olśniewa mnie, że ja chaotycznie niecierpliwy, od przeszło dwóch godzin walczący z nieznanymi siłami uwodzenia, podobnymi jedynie do tego, co opisują księgi gdy mowa o wili. Dociera do mnie, że może padłem ofiarą uroku wili? Nie chcę przyjąć tej możliwości, niczym nałogowiec słysząc o konsekwencjach, odrzucam w myślach taka możliwość. Nie, to nie możliwe. Przecież mnie to nie może dotknąć. Nie dotknęło mnie. Jeżeli jednak to nie to, to nie umiem racjonalnie wyjaśnić tego, co się ze mną stało. A jestem najbardziej racjonalnym człowiekiem jakiego znam.
Czuję, jak moje plecy wyprostowują się, czuję się jakbym wybudzał się właśnie z tego snu na jawie. Czy ta bezwarunkowa reakcja, to sygnał, że jeszcze gdzieś tam w środku jestem sobą? Że nie dałem sie zdeptać do cna, jednak jestem Rodrickiem.
- Myślę, że już wiesz moja droga co ja o Tobie uważam. - czyż moje słowa od początku nie potwierdzały tego co ona chce usłyszeć? Ja nie wiem czy chcę, ale ciekaw byłem, czy ona ma już jakąś opinię o mnie. Nawet jeżeli to tylko taka, która określa mnie jako kłamcę.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 11-01-2026, 17:47 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.