• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Londyn, Clink Street 4/27 > Kuchnia
Strony (2): 1 2 Dalej
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
22-11-2025, 14:40

Kuchnia
Blaty bywają lepkie, zlew zawalony brudnymi garami, a notorycznie niewyżmnięta, zwilgotniała gąbka, leży rzucona niedbale gdzieś nieopodal tak długo, aż nie zacznie śmierdzieć. Kosze na śmieci często są przepełnione, co daje o sobie znać słodkawą wonią bioodpadków. Lodówka obklejona magnesami buczy od kilku miesięcy, a Danny nie zadał sobie jeszcze trudu, żeby ją naprawić. Kiedy Sandy weźmie się za porządki, kuchnia wygląda naprawdę uroczo - jakby gospodarowała w niej miła, uczynna i zaradna młoda panna.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Sandy Wilkes
Czarodzieje
tell me who I am – do I provoke you with my tone of innocence?
Wiek
21
Zawód
fryzjerka, niania, drobna złodziejka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
2
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
13
Brak karty postaci
21-12-2025, 20:27
1 kwietnia 1962

Biała falbanka spódniczki w iście dziewiczym stylu nie nawykła do anturażu zagraconej kuchni, zapachu lekko przypalonego cynamonu i rozwiązłych pląsów bluesowej piosenki gramolącej się wprost z radiowego głośnika. Przyzwyczajona natomiast była do epizodu około maniakalnego, kiedy była pani Rookwood oddawała się rodzinnym tradycjom i nie pozwalała odejść od stołu, nawet na desperackie siku, póki nie wypełniło się wszystkich punktów agendy jej świątecznego spotkania.
To mogła być Gwiazdka, Chanuka, jej czterdzieste urodziny albo przesilenie wiosenne i nów księżyca w króliku albo innym zającu; Eleanor miała — ma — mnóstwo wymówek, by dom wcisnąć w ekstrawagancki, desperacki wymysł pseudoświętowania, a mnie kazać ubrać się na galowo, grzecznie, kościelnie, czysto.
Kuchnia Daniela — niedługo królestwo kulinarne państwa Dodge — nie jest ani odświętna, ani grzeczna, ani na pewno nie czysta. Szafki kuchenne i blaty co prawda pozbyły się lepkiego osadu, ale, dla zachowania równowagi, w zlewie piętrzą się naczynia; kolejno blacha, miska, duża szpatułka i wiertła miksera, oblepione cukrowym lukrem. Nie jest galowo, jest słodko.
Czyste ząbki, czyste myśli; na zegarze z kukułką niedługo wybije godzina dziesiąta trzydzieści, a z nieco skrzeczącym radiu rozpocznie się kolejna audycja; ulubiona Daniela, ta, którą pogłaśnia nawet w radiu Marlenki. Wszystkie znaki na ziemi i niebie mi sprzyjają, koniunkcja pomyślności trwa w najlepsze, więc nucąc pod nosem Presleya czy innego Ankę, oblizuję brudne od czekoladowej polewy paluszki i z zaaferowaniem przyglądam się mojemu dziełu.
Cukiernicy na Pokątnej chowają się po norach, bo kwadratowy, trzywarstwowy tort, krwawica tejże nocy i owoc żywota mojej miłości rośnie w oczach, rosną kakaowe litery układające się w Sto lat, Danny!, a czekoladowa podobizna jego ukochanego samochodu, prawie nie odbiega od oryginału. Gdybym przymknęła jedno oko, a wcześniej ubrała okulary przeciwsłoneczne, wystąpiłoby ryzyko iluzji optycznej.
Ziewanie z drugiego końca mieszkania dalekie jest słowiczej pieści; ale rozpoznaję je doskonale, podobnie jak zestaw uniwersalnych przywar dźwiękowych mężczyzn w wieku Daniela, które zwykle zaczynają się od porannego ryku, przechodzą w wzdechy rozciągania krzyża, kończą na bardzo męskich odgłosach plucia do umywalki. Uśmiecham się pod nosem.
Trzask zamykanego stopą piekarnika posyła w dół brzucha charakterystyczne łaskotanie; w trzewiach drgają mi motylki, w dłoniach w końcu mości się pokaźna patera z pokaźnym ciastem, w głowie wirują myśli wszelakie, i każda lepsza od poprzedniej. Jestem tak podekscytowana, że z tego wszystkiego zapominam, które to urodziny (to nawet i lepiej), prawie potykam się o buty w przedpokoju, które mierzyłam chwilę temu (to akurat źle) i wymachuję biodrami na lewo i prawo, a przewiązana w talii wstążka—kokardka podskakuje razem ze mną (znów wracamy do lepiej).
Mam sześć lat i pragnę zostać piosenkarką. Podbijać estrady za wielką wodą, tańczyć i falować złotą sukienką, oplatać palce na diamentowym mikrofonie większym od mojej głowy; widzę Brendę Lee, która wiruje wokół bożonarodzeniowej choinki i—
I nie tak daleko mi od tamtych odważnych oktaw, kiedy spotykam się z solenizantem w korytarzu, rozśpiewując soczyste i pełne oddania Sto lat.
Z kolejną cyferką na blacie jest jeszcze przystojniejszy.
— Tort jest dla ciebie, taki jak lubisz. O, a tutaj pod twoim imieniem jest Marlenka — kwituję, podsuwając ciasto pod nos Daniela, kiedy sąsiedzi mogą już na nowo cieszyć się ciszą po moim wzniosłym recitalu urodzinowym — Prezent główny będzie potem, schowałam go, może go znajdziesz, hm? — szczebioczę, całując jego policzki; jeden, drugi, znów jeden, potem usta — Póki co ja będę nagrodą pocieszenia — prawo—lewo, kołyszę biodrami, a kokarda w talii radośnie podskakuje.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
22-12-2025, 18:07
W gębie mam pełno kurzu, tak, że ledwo mogę oddychać. Haust powietrza - nie, to raczej kubek piasku z pustyni Gobi wtłoczony prosto do gardła, razem z kostkami myszoskoczków, które nie miały szczęścia i skończyły jako pokarm dla drapieżników. To wszystko: ten piach, drobne ości gryzoni i suche badyle mielę i mielę, by móc wpuścić do płuc odrobinę tlenu. Te zaś palą żywym ogniem, bo biegnę - biegnę i biegnę, wyciągając przed siebie nogi, na czole mam niebieską opaskę frotte, która podobnie jak brwi, ma chronić oczy przed materiałem z zewnątrz, który mógłby mi zaszkodzić. W tym przypadku: przed potem. Mięśnie kurczą się i rozszerzają, człowiek jest tylko maszyną, a tą tutaj - mnie - zaczyna podgryzać ząb czasu. Rdzewienie, luźne śrubki, niezidentyfikowane gwizdy, wycieki, luzy w stawach: zamieniając to na ludzkie, mamy podobny zestaw dolegliwości. Nadmierną suchość skóry, łamliwość kości, nietrzymanie moczu i tym podobne, ewolucja zaopiekowała się naszym gatunkiem mniej więcej do osiemdziesiątki (mogło być gorzej, mogłem być mugolem i zostać skazanym na noszenie pieluchomajtek już-zaraz - bo czym jest kolejne dwadzieścia lat, kiedy przeżyło się je już dwa razy?). Nie wiem więc czemu, ale biegnę dalej. Opaska zaciśnięta na czole chłonie ogromniaste krople, łydki napinają się efektownie, w buzi mam więcej i więcej tego przeklętego piachu. Nagle potykam się, lecę mordą na asfalt, toczę się i jak wielka kula do kręgli zbijam wszystko na mojej drodze i… zlany potem budzę się w ciepłym łóżku. Leżąc w skopanej pościeli, sądząc po zapachu niezmienianej od trzech tygodni, nabieram głęboki wdech i pokrzepiony czuję w nim papierosy - ślicznie. Sandy musiała już wstać i otworzyć okno, które od strony sypialni wychodzi na dziedziniec. Hu-ha. Hu-ha. Serce wali mi w piersi, jakbym faktycznie uskutecznił swój pierwszy maraton, ale prędko porzucam te ćwiczenia oddechowe, z niezadowoleniem gramoląc się z wyrka. Budzik-małpa, która stuka o siebie złotymi talerzami wskazuje 10.30, ale jeszcze nie dzwonił. Zegarek kończył w częściach rozbity o ścianę tyle razy, że nawet reparo na niego nie działa. Odkąd w ruch poszedł śrubokręt, nieco się hamuję. Gapiąc się tak na szympansa w żółtym kubraczku, marszczę brwi, dziwne, bo choć lubię sobie pospać, wypadałoby…
– Sandy?! – drę japę, bo miała mieć dziś wolne, więc nie rozumiem, czemu nie zastałem jej obok i czemu nie ugłskała mnie po tym dziwnym śnie. Mała nie odpowiada, ale słyszę jak się krząta, wzruszam więc ramionami, dobra nasza, śniadanie będzie na stole i przyjdę na gotowe - jak zwykle. Obracam flegmę w ustach i spluwam do zlewu, jedną ręką podnoszę klapę od kibla, drugą wyjmuję swój sprzęt, a poranne opróżnienie pęcherza przebiega nadzwyczaj miło i powoli. Kiedyś przeczytałem, że nie wolno wymuszać szybszego oddawania moczu i sztucznie podnosić ciśnienia w wężu, więc od tego czasu bardzo poważnie traktuję przerwy toaletowe. Deski nie spuszczam, ale ręce myję - no, ochlapuję je wodą z dodatkiem dwóch pompek najtańszego mydła. Narzucam na siebie śliski szlafrok we wzór tygrysich pasów i snuję się do kuchni, skąd dochodzą nieoczekiwanie słodkie zapachy. Widzę też ją - jak stoi na końcu korytarza i zaczyna do mnie biec niemal w podskokach. Śpiewając. O nie.
Sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam.
Zastygam na sekundę, na sekundę za długo, więc Sandy zamiast wpaść w moje ramiona, niezdarnie obija się o klatkę piersiową w nieprzystępnej postawie. Piętrowy tort chwieje się na kryształowej paterze, a mi przypomina się, że mieszka tu ktoś, kto pamięta o dniu, o którym ja wolę udawać, że nigdy się nie wydarzył.
Gdy jeszcze nie odrosłem od ziemi, co roku uporczywie czekałem na kawałek biszkopta albo może pudding albo chociaż słodki syrop do owsianki. Parę razy ktoś w sierocińcu dostał czekoladowego cukierka, ale mały Daniel - nigdy. Nikogo nie obchodzę. Przestaję czekać. Dzień jak co dzień, a pierwszeństwo nad urodzinami ma święto generalne: Prima Aprilis. Tak było zawsze, więc nawet jeśli moje własne oczy to naoczni świadkowie, trudno mi uwierzyć, że ona robi coś specjalnie dla mnie. Obejmuję Sandy niezręcznie, wiedziony raczej odruchem niż impulsem umyślnie przekierowanym z mózgu i daję jej się obcałowywać, trzeźwiejąc dopiero od słodkości wyssanej z jej warg. Cukier strzela mi do głowy, więc wpijam się w jej usta zachłannie, jakbym robił jej jeden z etapów resuscytacji krążeniowo-oddechowej. Ten drugi też chętnie zrobię.
– Od razu poznałem – chwalę Sandy, po czym zamaczam palucha w cieście i przesuwam nim po górnej warstwie, zbierając z niej krem. Czas na degustację: z miną znawcy oblizuję go do czysta i kiwam głową z aprobatą, pyszne. W zniszczeniach ominąłem Marlenkę. – Jest taki ładny, że szkoda go jeść. Musimy zrobić zdjęcie – uznaję, ja, wielki krytyk kulinarny. Tort jest zdecydowanie za słodki i prawdę mówiąc, aż mnie mdli, ale dziś… Dziś jej tego nie powiem. – Że czym niby jesteś? – pardon? Wiąże sobie kokardę w talii i udaje niewiniątko, nie chcę od niej przecież nic więcej. Nic - tylko ją. – Może zagramy w ciepło-zimno? – proponuję, tacę z tortem odkładam na pierwszą wolną powierzchnię i idę na nią, zmuszając, by cofała się po własnych śladach. – Ciepło – jestem tak blisko, że znowu możemy się pocałować - cieplej – chwytam ją za biodra – gorąco – obwieszczam triumfalnie, sadzając ją na kuchennym blacie i oblizując jej dekolt, gdzie nie wiadomo skąd znalazła się kropla czekolady.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Sandy Wilkes
Czarodzieje
tell me who I am – do I provoke you with my tone of innocence?
Wiek
21
Zawód
fryzjerka, niania, drobna złodziejka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
2
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
13
Brak karty postaci
01-01-2026, 19:12
Wybitnie kręcą mnie motywy przewodnie.
Lubię tematyczne imprezy i kapitalistyczne witryny sklepów w okresie okołoświątecznym. Lubię, kiedycały świat bezsłownie umawia się na to lubienie czegoś, z jednoczesnym wyrzuceniem poprzedniej wersji do kosza na odpadki, nieświadomy tego, że niedługo, niedługo, bardzo spodoba nam się recykling i wszystko jak leci — modę, ozdóbki, samochody, akcesoria kuchenne, wystroje wnętrz i smaki lodów na gałki — będziemy powtarzać w wielkim kręgu życia raz za razem, co dwadzieścia, góra trzydzieści lat.
Łapię się na forsowaniu koloru dominującego na każde spędzane wspólnie święta, lubię znajdować sobie okazje na nowe tradycje i absolutnie nie łączę elementów zakazanych, coby nie kusić losu. Daniel od jednego i trzech czwartych tygodnia, zakochany jest w syrence o opływowym kształcie, wyjącym silniku i idealnie lśniącej karoserii; Marlenka jest światełkiem tego sezonu naszego wspólnego, życiowego serialiku i chyba nawet nie jestem już o to zła. Skoro Marlenka, tak trop nasuwa się sam — czekoladowa podobizna samochodu na warstwowym torcie sporo mówi na temat mojego pomysłu na tegoroczne świętowanie.
Stłuczkę numer jeden na tej miłosnej autostradzie mamy już za sobą; w śpiewnym amoku wpadam na tygrysią klatkę piersiową i muszę bardzo się starać, żeby czekoladowy przekładaniec nie zsunął się z ładnej patery.
— Hola, kowboju! — wołam piskliwie, chichot zgarnia całą uwagę, bo jego niezdarnego usposobienia nie łączę z jakąkolwiek możliwą niechęcią. Przecież każdy lubi mieć urodziny.
Musimy to uwiecznić — energicznie kiwam głową na propozycję naszego słodkiego duetu ze słodkim tortem na ruchomym polaroidzie — Tak, aparat leży tam na parapecie — chcę wskazać dłonią na zagracony blat pod oknem w naszym salonie, ale solenizant nie próżnuje i po pierwsze — kradnie tort, po drugie — kradnie cukiernika. Nerwowość w brzuchu, kilogramy cukru, niezręczne piosenki i niezdarnie zapakowane prezenty — urodziny to pewna konsystencja rzeczywistości, która spoczywa na półce sytuacji, w których można poczuć się całkiem nierealnie.
— No, tak na chwilę, zanim nie znajdziesz prezentu, a będziesz chciał coś mieć na urodziny — tłumaczę, zupełnie niepotrzebnie, gramoląc się przez nasz wąski, zagracony korytarz z powrotem do kuchni. Motyw przewodni, powtarzam — samochody. W papierze w małe garbusiki spoczywa więc pudełeczko, w pudełeczku urokliwy breloczek. Breloczek oczywiście do samochodu, z samochodem, ze złotym D na dodatkowej zawieszce. Każda mugolska suka wyjeżdżająca na niebieskich światłach z komisariatu zabiłaby za takie cacko, ale żaden z kierowców w hańbiących mundurach (to Danny nauczył mnie takiego patrzenia na skorumpowany świat) nigdy się do tego nie przyzna.
Mój Danny nie musi udawać. Nie musi się przejmować, nie musi stwarzać pozorów, nie musi rozmyślać.
Właściwie nic nie musi — to naprawdę, naprawdę seksowne.
— Dannyyyy... — mruczę, kiedy zniża się do skonfiskowania zagubionych kropel czekoladowego kremu, rozchichotana i rozochocona, bo cały ten urodzinowy rozgardiasz ma w sobie coś bardzo emocjonującego — Powiedz, co chciałbyś dziś robić — kap, kap, całus za całusem, skapują na jego policzki, nos, usta, wymieniamy się sprawiedliwie, wciskając rozpalone wargi pomiędzy każde niedbałe słowo — To twoje święto, tatusiu — przekomarzam się, chichoczę, oferuję, staram. Jego uśmiech to olej napędowy tego dnia, pretekst dla którego zapaliłabym na torcie dwieście, albo i trzysta świeczek.
— Wiesz, bardzo dobrze wyglądasz. Z... klasą — zwłaszcza w tygrysim szlafroku i niepoczesanych włosach, z czekoladowym lukrem w kąciku ust i iskrą w oku — Dojrzale, szarmancko, przy—stoj—nie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
02-01-2026, 12:35
18+

W mojej wersji opowieści mierzę kilka centymetrów więcej - uściślę, że chodzi o wzrost i przekroczenie 180 cm, z innych rozmiarów nie mógłbym być bardziej zadowolony - moje zęby są białe i proste, oddech zawsze świeży, a włosy wyglądają jak z reklamy trwałej na plakatach saloniku, w którym dorabia Sandy. W mojej opowieści podcieram się stufuntowymi banknotami, w pięćdziesiątki dmucham nos, a dwudziestkami wypycham materac. Ależ to by było spanko; żadne ziarnko grochu nie przeszkodziłoby w wypoczynku królewiczowi, który nieopatrznie mógłby tam się przedzierzgnąć w śpiącą królewnę, pierwszy raz zaznając takiego komfortu. W mojej opowieści noszę ekstrawaganckie garnitury od pana Yves Saint Laurent, a w ręce trzymam torebeczkę z wytłoczonym podwójnym “C”: noszę ją, żeby Sandy nie musiała dźwigać, żeby nie dostała przepukliny, żeby pokazać innym, że to najbardziej męska rzecz na świecie.
Kłamstewka ulatują z moich ust swobodnie, jakbym gwizdał sobie radiowy hit, TOP 1 na liście przebojów marca 61’ BBC. Z prawdą mijam się, jakbym robił slalom Marlenką, manewrując między pieszymi, budkami telefonicznymi, skrzynkami pocztowymi i kubłami na śmieci. Rzeczywistości jednak zakrzywiać nie lubię: w lustrze liczę bruzdy na pooranym przez czas czole, grzebykiem zaczesuję włosy tak, by słoneczko na środku głowy nie przebijało się przez sztywne kudły, o zęby nie dbam aż tak - najbardziej o tego złotego, który oprócz puszczania zajączków ma wiele innych zastosowań. Wymyśliliśmy już na przykład przebrania na tegoroczne Halloween: Sandy będzie Dzwoneczkiem, a ja kapitanem Hakiem. Arr. Defekty wizualne przydają się, gdy gram czarny charakter, a taka już chyba moja rola - pana marudy i niszczyciela dobrej zabawy.
Albo nie?
Nagle awansuję na stróża prawa ze złotą gwiazdą na piersi, ostrogami przy wysokich butach, pasie z podwójnymi kaburami przytroczonymi do pasa i mocnym teksańskim akcentem. Chyba kręcą ją obcokrajowcy, czasami prosi, żebym udawał jankesa, a wtedy w zależności od humoru daję jej popis zblazowanego nowojorczyka albo poczciwego mieszkańca Południa.
– Zaraz po niego pójdę – zapowiadam, ja idę, ty czekasz, nie ruszasz się, ale najpierw potrzebuję jeszcze momencik z tobą sam na sam, proszę. Ona nie ma pojęcia, co ja… - skąd zresztą ma wiedzieć, skoro na urodziny dostawała kucyka, w ogrodzie rodzice stawiali jej dmuchańca do skakania, a każde dziecko, które przychodziło na okolicznościowy kinder-bal, wychodziło z torebeczką z małym upominkiem. Zagraniam ją do siebie, bo chyba nie mogę znieść tego, jak na mnie patrzy, przepełniona uczuciami, których nawet nie potrafię nazwać. Sandy, moja słodka aktoreczka, nie musi stawać przede mną golusieńka, żeby pozować nago: tu duma z cukierniczej próby, tam tęsknota (za mną? naprawdę?), tuż obok ciche szczęście z rozszerzenia naszego albumu o kolejne wspólne fotografie. Mało, mało, jej serduszkowata twarzyczka mówi więcej, ale jestem prostym gościem i tak jak oni zatrzymują się na trzech podstawowych kolorach, ja też zatrzymuję się podstawowych emocjach.
– Nie musiałaś, Sandy – lubię materialne rzeczy, ba, uwielbiam je, kocham posiadać, mieć, przeliczać, podziwiać, brać. Dostawać? Tu jest pies pogrzebany, a wraz z nim cała niezręczność i kilkadziesiąt miesięcy wspólnego życia, które dalej mnie nie nauczyły, że bezinteresowność istnieje. Bo nie istnieje, figa tam - wypada co najmniej podziękować, odwdzięczyć się, pozwolić na przełączenie z meczu na jej ulubioną telenowelę, jeśli lecą w tym samym czasie. W oku zbiera mi się jednak jakaś wilgoć, kiedy sobie myślę, że z zaskórników, które dostaje ode mnie na zaopatrzenie lodówki i własne przyjemności, część musiała zachomikować i spożytkować na mnie, zamiast na przykład kupić sobie nowy tusz do rzęs. Prezent znajduję w bębnie starej pralki bo ty tam nigdy nie zaglądasz, Danny - kreatywnie, niebanalnie, twórczo. Z pokerową twarzą rozrywam kolorowy papier w samochody - prawda, że jest przesłodka? - i wydostaje z niego pudełeczko, które w moich dłoniach wydaje się mniejsze niż w rzeczywistości. Potrząsam nim, szczerze zaintrygowany, a w środku coś grzechocze, obija się o ścianki solidnego, kartonowego sześcianu. Rozmiar zgadza się z puzderkiem na pierścionek, ekhm, czyżby jakaś sugestia? Nerwowo szarpię za dodatkową kokardę, otwieram wieczko, sprężynka skacze, a tuż przed moim nosem - emaliowane czerwone cabrio na złotym łańcuszku. Obok - złote D. A ja się tak bałem - ale ze mnie kutas. – Jak ty coś wymyślisz… – spoglądam na nią z błyskiem w oku, gdy tak siedzi na blacie i macha nogami, a biała spódniczka podskakuje, odsłaniając blade uda. – Przyczepię go do kluczyków – szepczę jej do uszka, bo dziękuję nie przechodzi mi przez gardło. Doceniam ją inaczej, werbalnie rzadziej, czynami - częściej, tak jak teraz, kiedy odwrotnie niż zazwyczaj to ja zdzieram przed nią kolana i nurkuję pod dziewczęcymi, białymi falbankami. Może rozgrzały mnie jej całusy, może powoli uczę się, że miło jest dawać, może mam zbyt dobry humor, a może wolę wylizać jej cipkę, jakby to były jej urodziny, zamiast po prostu okazać wdzięczność. Teraz nie muszę mówić nic, z ustami pełnymi jej soków, niestrudzenie pracując językiem, zagłębiając się tam, gdzie chowa przede mną wszystkie swoje skarby. To musi być święto, że ją tam całuję, nie ma moje, jest nasze, a ja, ja jestem wiecznie rozdarty między pochwałą kapitalizmu i słusznością doktryn o potrzebie równości społecznej - w chwili, kiedy akurat za nią gonię. Pieszczę ją i myślę o funduszach emerytalnych, zapomogach i zasiłkach dla bezrobotnych, ale to i tak nie powstrzymuje rozłożenia namiotu; dodatek do niespodziewanego prezentu, czekoladka do zabaweczki, żelazny dowód, jak bardzo jest mi droga, rozumiemy się bez słów.
– Pojedziemy do sklepu i kupimy jeszcze jedną zawieszkę. Wpadłem na taki pomysł, że muszę mieć jeszcze S – przerywam na chwilę, patrzę na nią z dołu, odurzony tym jej porannym zapachem i miękkim meszkiem odrastających włosów, które nigdy nie są kłujące, nie mam zielonego pojęcia, jak to robi. Przebłysk porozumienia i wracam do pracy, odrabiam pańszycznę i choć moje myśli absolutnie orbitują daleko poza przyjemnością Sandy, już nagle wszystkie są o niej - jak się uśmiecha, jak do mnie macha, jak kręci dupką, kiedy spodziewamy się gości i w niedzielę nakrywa do stołu. I to, to naprawdę jest miłe. W kontrze do języka wyschniętego na wiór.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Sandy Wilkes
Czarodzieje
tell me who I am – do I provoke you with my tone of innocence?
Wiek
21
Zawód
fryzjerka, niania, drobna złodziejka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
2
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
13
Brak karty postaci
03-01-2026, 20:11
tw: treści 18+

Gdybym tylko była poliglotką, zaśpiewałabym Sto lat w każdym możliwym języku; na torcie byłaby każda świeczka tego świata, a race podpaliłby nam sufit i sąsiedzi zadzwoniliby na psy. Gdybym miała całe złoto Gringotta, kupiłabym mu wyspę, a przedtem sprowadziła na nią każdy model Marlenki jaki wyszedł ― i zamówiła prenumeratę na wszystkie te, które wyjdą. Stałyby na ładnych podjazdach na drodze do ładnej posiadłości, do drzwi której prowadziłoby nas stadko plastikowych, jaskrawo różowych flamingów.
Piekłabym mu torty codziennie, breloki wieszała do każdej z jego Marlenek, w śpiewnym Happy birthday kaleczyła niemiecki, francuski, fiński i chiński ― wszystko, bo Daniel, choć wydaje się dziwnie zmieszany, przyciąga mnie niedbale i obcałowuje dekolt jak ktoś, kto właśnie odpakował pod choinką prezent swoich marzeń.
To takie miłe.
― Ale chciałam, Danny ― szepczę, kiedy balansujemy na kuchennym blacie ― nie tak dawno chwiał się na nim tort, który zbyt krótko leżakował w lodówce i nie zdążył w pełni zastygnąć w swoim prawie―prostym kształcie ― i wymieniamy się czułostkami tego wielkiego święta ― Zerknij do pralki. To znaczy, do bębna. No, otwórz to okrągłe okienko... ― chichoczę, podbródkiem sugerując mu, gdzie powinien szukać. Ciepło―zimno nam nie wychodzi, nie jestem cierpliwa i każdą planowaną niespodziankę prędzej czy później spalam; skoro jednak dzieje się to już w punkcie jego urodzin, w tej konkretnej dacie i tym położeniu geograficzno―astrologicznym, wszystko jest tak, jak być powinno.
Danny dzielnie znajduje swoją niespodziankę, a kiedy samochodzik―breloczek jest już w jego dłoniach, mnie nawiedza triumfalny uśmiech ― To Marlenka, ale w czerwonym kolorze. Ale wiesz, myślałam, że jeden czy dwa czary z transmutacji i możesz ją mieć na niebiesko ― albo masełkowo, albo na czarno, jeśli aura tajemniczego kowboja z dzikiego zachodu stanie się nowym trendem nadchodzącego tygodnia ― Hej! ― wołam, kiedy sadza mnie na blacie i schodzi nisko; tam nisko. Chichot balansuje pomiędzy nerwowym rozedrganiem a ekscytacją, piąstki na moment zaciskają się na krawędzi taniego karton―gipsu, na którym dwie godziny temu kroiłam czekoladowy biszkopt.
― O, Danny... ― szybka wizualizacja, złote S przy podobiźnie szybkiego samochodu; świecą mi się oczka, błyszczą jak gwiazdki na nocnym niebie, choć niedługo będziemy mieć jedenastą (rano? Przedpołudniem?). Wyginam się i próbuję nie wiercić, a głośny pomruk zadowolenia ucieka mi spomiędzy warg, kiedy instynktownie wplatam dłoń w jego włosy.
― To takie... miłe ― cała ta sprawa z breloczkiem, całe to położenie w pozycji przypodłogowej; cały on, rok starszy, jeszcze lepszy. Zupełnie jak wino, ten sławetny poeta musiał mieć rację.
Sąsiedzi za to muszą nam wybaczyć nadmiar wysokich dźwięków; mamy okazję do świętowania, a ja powód do bycia głośniejszą, tym razem bez popisowego Sto lat.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
04-01-2026, 11:59
18+

Daję nurka w to co bezpieczne i znajome.
W to, co nigdy nie zdradzi, ale pocieszy i ukoi, a więc: prosto w jej ramiona. Drobne, ciepłe i mięciutkie, z ładnym łokciami osłoniętymi warstwą różowej skóry, wygolonymi do zera pachami i malutkimi rączkami, na których normalnie błyszczy kolekcja pierścionków ze szklanymi oczkami i perełkami, ale akurat nie teraz, bo przecież ciężko pracowała w kuchni i jeszcze nie zdążyła ich nałożyć z powrotem po dokonaniu cukierniczego cudu złożonego z mąki, jajek i czekolady. Troszkę się tego wstydzę, wybierania drogi na skróty, ale czy mogę się winić, kiedy z jednej strony czeka na mnie limuzyna z szoferem w gajerze, który otwiera przede mną drzwi i miesza drinka, a po drugiej podłoga to lawa a ja muszę skakać po ukruszonych kamiennych kładkach z osmoloną twarzą. Zapędzić się z nią, przychodzi łatwo i naturalnie, ja po prostu płynę z prądem. Moje dłonie odnajdują zgięcia jej ciała, mościmy się przy sobie, żeby dopasować każdą krzywiznę, jakbyśmy składali puzzle, a ona zapowietrza się nawet nie od przyjemności, ale od troski, którą ubarwiam każdy gest. Łapie mnie w pułapkę i wyjścia są dwa: odgryźć sobie nogę albo wziąć ją podstępem.
Nie ma głupich, panowie.
Całuję ją dokładnie tak, jak chce być całowana w księżniczkowatych fantazjach: o rzeczywistości klasy pracującej przypomina tylko ryk śmieciarki na zewnątrz (znowu nie wystawiliśmy worów) i prująca się nitka pseudojedwabnego szlafroka, która gilgocze jej odsłonięte udo. Zaraz o tym zapomni, bo lądujemy w miejscu, gdzie jesteśmy tylko ja i ona - cudownie romantyczna fasada wzniesiona na w pełni fizycznych fundamentach. Sandy mi prezenty, a ja pcham jej język prosto do ust, bo łatwiej mi klęknąć niż podziękować. Wcale nie chcę przyczepiać breloczka do kluczy, chcę usiąść na nim jak smok na górze złota, schować do sejfu i od czasu do czasu podziwiać, chcę żeby był mój i nikogo innego. Całe życie robię co chcę, ale w zderzeniu z Sandy, nagle zaczynam liczyć się z jej zdaniem i jej potrzebami. Te bywają sprzeczne z moimi: gram w papier-kamień-nożyczki, marynarza albo w piku wieku średniego powoli, powolutku, uczę się dzielić. Bogu co boskie, cesarzowi co cesarskie. Konkluzja jest prosta, święto może być moje, ale to ona musi być szczęśliwa, bo ja… nie wiem czy tak potrafię. Za chwilę wścieknę się na kroplę ciasta, która spadła na kafelki, a ona jej nie starła, zdenerwuje mnie kolejka u jubilera i dostanę wylewu przez billboard przestrzegający przed podwyżkami cen energii. Daję sobie maksymalnie pięć minut tego zawiesistego stanu, w którym grawitacja na Ziemi zachowuje się jak ta na Księżycu, a my orbitujemy dookoła siebie, jakbyśmy w całym wszechświecie mieli tylko siebie. Żadnych satelitów, sond i kosmicznych śmieci, ja uzależniony od niej i ona ode mnie, a każda mała śmierć zbliża ją do prawdziwego szaleństwa na moim punkcie.
Ja przecież tylko czerpię przykład z wybitnych, kładąc się między udami dziewczyny - tak, to niezły pomysł - licząc, że rozwali mi głowę jak arbuza, gdy będę zajęty całowaniem jej warg. Ona cała dygocze, kiedy się staram i troszczę, nóżki zarzuca mi na szyję i oplata mnie nimi jak boa, przyciągając bliżej w jakimś przebłysku władczości. Uznaję go za swój sukces, razem z tym, jak zatapia palce w moich rzadkich włosach i zaczyna erotyczny recital na tak wysokiej częstotliwości, że wszystkie psy w kamienicy zaczynają szczekać i psują nasz moment. Pieprzone kundle.
– Powiedz gdzie, Sandy – patrzę na nią z dołu, usta mam pełne, nieogolone policzki pocierają wnętrza jej nóg, kiedy naśladuję wielkich odkrywców i niestrudzenie poszukuję źródła jej przyjemności. Archeolog w terenie, paleontolog na wykopaliskach, biolog w laboratorium, jestem każdym z nich i żadnym jednocześnie. – Dojdź dla mnie. Patrz na mnie – instruuję ją, a później słyszy już tylko odgłosy mlaskania i zasysania. Wszystkiego najlepszego?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Sandy Wilkes
Czarodzieje
tell me who I am – do I provoke you with my tone of innocence?
Wiek
21
Zawód
fryzjerka, niania, drobna złodziejka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
2
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
13
Brak karty postaci
05-01-2026, 11:53
Lukrowane ludziki i marcepanowe figurki koni, migdałowe gwiazdki i orzechowe rarytasy; do Świąt Bożego Narodzenia nam daleko, ale dla takiej scenerii wszystkie wyszłyby ze swoich piernikowych domostw, spłoszone i zawstydzone, ludzikom pospadałyby guziczki, a konie ruszyłyby w galop, tworząc scenę rodem z serialu typu Bonanza, odcinek specjalny, świąteczny. Wesołych.
Zamiast Gwiazdki mamy inne Święto; coś tam o Prima Aprilis, dobre żarty; rozochocona bliskością gotowa jestem zmienić nazwę w każdym kalendarzu, dopisać do pierwszego kwietnia uroczyste Daniel’s Day i nawet sama, miłościwie Anglii panująca Królowa Elżbieta (marzę o audiencji u niej, święcie przekonana, że doskonale zdaje sobie sprawę z istnienia nas, czarodziejów), musiałaby wyjrzeć przez okno i pomachać swoją elegancką chusteczką.
Może kiedyś — teraz zajęci jesteśmy tym co najważniejsze. Sobą nawzajem.
— Wiesz, możemy się wybrać na przejażdżkę. A wieczorem na bilard, albo kręgle, albo nawet do tego pubu, co tak lubisz… — nie przestaję trajkotać; jestem w tym mistrzynią, wielokrotnym zwycięzcą najwyższego pasa, na który ktoś, specjalnie dla mnie, naszył kolorowe kryształy Svarowskiego. Daniel ma inne zalety, ale w tym mnie nie pobije; nie wydawałoby się też, żeby specjalnie chciał, o czym świadczy jego skrupulatne pozbywanie się czekoladowego kremu z połaci skóry mojego dekoltu, a później szybki, sprawny ruch w dół. Jak na kogoś, kto robi to tak rzadko (choć Betty nawet nie wiedziała o czym mówię, kiedy cicho pochwaliłam się jej naszymi sposobami na udane pożycie), radzi sobie z wprawą prawdziwego nurka głębinowego.
— Chciałam ci też zrobić kartkę urodzinową, ale na co taka kartka, nie? Pewnie powiedziałbyś, że szkoda papie… ru zmielone w gardle nie ma żadnych szans; zamiast niego przychodzi przydługi, mrukliwy jęk. Temu akompaniują zaciśnięte na pasmach włosów palce, niespokojne ruchy i drobniejsze drgnięcia, nogi oplatające jego ramiona i w końcu dygot ciała, którego chcę się pozbyć, bo nagle staje się tak specyficznie wstydliwy.
To paradoks, masochizm, albo jakieś inne zjawisko, które opisują w rubryce Psychologia zdemaskowana na stronie siódmej, w jednym z moich ulubionych pism; rejestruję potrzebę zajrzenia tam od razu kiedy skończymy, jednocześnie tak desperacko upierając się, żeby to trwało jeszcze sekundę dłużej. Albo dziesięć, w porywach do stu.
Instrukcje Daniela są proste, moje intencje zawsze dobre; spełniam jego rozkaz prośbę i sarnimi oczami wodzę za jego spojrzeniem, na pokuszenie, jednocześnie ku spełnieniu; to wszystko staje się nagle hipnotyczną klatką wyjętą z onirycznej baśni dla dorosłych, woń czekoladowego biszkoptu miesza się z ciepłem ciała i zapachem seksu, wpycha się do nozdrzy i otumania mnie na tyle, że nie wiem, czy moment, w którym dygoczę przy nim na wąskim blacie jest rzeczywistością, czy dośnionym na siłę snem.
Nie wiem, czy to był krzyk czy pomruk; dłoń zsuwa się z jego włosów na policzek, później okolice mokrych ust; czerwienię się jak nastolatka, choć właśnie sprawił, że znów poczułam się kobietą.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
05-01-2026, 19:18
18+

Każdy powrót do domu, w którym urzęduje panna Sandy, może nieoczekiwanie przerodzić się nie tyle w święto, co w prawdziwą imprezę. Balangę. A jeszcze konkretniej: parapetówę. Gdy tylko w kubku na szczoteczki do zębów dumnie dołożyła swoją, różową, nalegała na zaproszenie kilku naszych wspólnych (moich-i-już-jej) znajomych. Później, gdy jej rzeczy robiło się coraz więcej i więcej, gdy szukając koszuli z szafy wyciągałem jej golfy, body i sweterki, gdy w końcu spakowała trzy wielkie kufry i na środku salonu przeżyła trzy załamania nerwowe, gdy zadomowiła się już na dobre - zaczęła mnie zaskakiwać. Kalendarzykiem towarzyskich spotkań i małymi zmianami, które dokonywały się w mojej kawalerskiej jaskini - żadna baba przed nią nie zabawiła tu dłużej niż parę tygodni. I szczerze, mniej więcej tyle jej dawałem, ale ona zamiast się spakować i wrócić do matki: zamówiła dywan, pluszowe obicie deski toaletowej i drewniane ramki na zdjęcia.
Dokupiła podkładki pod kubki i talerze, skompletowała sztućce i przesadziła kwiatki. Zmieniła stare zasłony i poprzestawiała meble, tam, gdzie nie były przytwierdzone na stałe (typu kuchenka), żeby ich układ odpowiadał zasadom feng shui, a jej ciężkiej pracy końca nie widać. Wychodzę o dziewiątej, wracam o dziewiętnastej, przekręcam klucz w drzwiach i mam zonk - stoję w progu, święcie przekonany, że wlazłem do sąsiada. No i tak gramolę się jeszcze jedno piętro w górę albo schodzę w dół - no numeracja nie pasuje, muszę wrócić, skąd przyszedłem i pogodzić się z tym, że mojego mieszkania już nie ma. I że odtąd każda celebracja tutaj to jak ta przy przeprowadzce, więc mogę wymagać od gości przynoszenia prezentów: szklanych wazonów w kształcie ryb, świeczek pachnących niedzielnym obiadem u babci i reprodukcji dzieł architektury jak Sfinks i Piramidy w skali 1:1000 (zagracą nam jedną piątą salonu, ale czy warto? Tak). Z moich urodzin też właśnie robimy parapetówkę, a ja ruszam na zwiedzanie swojego nowego-starego gniazdka, które lubię tak samo przed i po remoncie. Odmalowane ściany - pofarbowane włosy, nowa podłoga w jodełkę - opalona skóra po regularnych zabiegach w pobliskim klubie fitness “OdNova”, lampa o obłych krawędziach i ciepłym świetle - perłowe kolczyki skrzące się zaczepnie w odsłoniętych dumnie uszkach. No, dalej, nie wstydź się, pokaż mi wszystko, oprowadź mnie, zatrzymaj się przed każdym eksponatem i opowiedz mi jego historię.
– Tak, pojedziemy, może do Bath, chcesz? I mogłabyś wziąć ten błękitny strój kąpielowy? – proponuję na jednym wdechu, będziemy moczyć się tak długo aż jej skóra zrobi się tak pomarszczona jak moja, po pływaniu zrobimy się głodni jak wilki, zatrzymamy się w przydrożnej knajpie, zamówimy specjalność szefa i odjedziemy bez płacenia rachunku. – Jesteś pewna? Zawsze przegrywasz w bilarda. A co powiesz, żebyśmy wyskoczyli potańczyć? – już-już, już się zamykam, już odwracam jej uwagę od głupawej rocznicy, już daję jej się poznać od tej innej strony, miękkiej i ochoczej, subtelnej, choć językiem operuję raz jak dłutem, a raz jak młotem pneumatycznym, wiercąc głęboko w jej wnętrzu. Białe falbanki łaskoczą mnie w nos, poły czerwonej kokardy spływają po moich ramionach, a mi jest już tylko goręcej w tygrysim szlafroku, jakbym nagle poczuł całą jego sztuczność. Muszę przerwać i zrzucić go z siebie: jednym kopnięciem posyłam go w kąt pastelowej kuchni, a przy okazji daję jej posmakować własnej przyjemności, która lepko osiada na palcach. Pieszczę ją dalej rozważnie więżąc zaborczo łechtaczkę między kciukiem a palcem wskazującym; wiem, że to nie zastąpi wilgotnych ust, lecz przynajmniej podtrzyma temperaturę pieca, teraz rozgrzanego już do czerwoności. – Zrób mi – dyszę, jakbym też był blisko, choć moje blisko to na razie tylko bolesny wzwód i plamy na majtach – na okrągłe – przypniemy ją później do lodówki albo postawimy na kominku, będę patrzeć na te życzenia przez okrągły rok, czytać je potajemnie, kiedy umówi się z koleżankami na manicure, nauczę się ich na pamięć, a te kolejne urodziny i te jeszcze po nich, okażą się już miłe, przyjemne i całkiem wyczekane. Tak jak finisz, przedłużony i rozedrgany, rozdarty na czworo. Łydki obijające się o moje ramiona, oczy, które usilnie powstrzymuje przed mrugnięciem, żeby tylko zrobić mi dobrze, usta, z których ulatuje nieskładne pojękiwanie i ciasna cipka, ciepła, różowa i wymęczona, zaciskająca się nagle tak gwałtownie, jakby była morskim stworem, który chce mnie uwięzić w swojej muszli. Całuję ją tam jeszcze raz, całuję, żeby zapiszczała jak ulubiona zabawka psa Borysa, wciąż wyjątkowo wrażliwa. Całuję ją mlaszcząco, długo i wilgotnie, a kiedy wstaję, zatrzymuję jej palce na policzku i po prostu patrzę. Patrzę i nie mogę się nasycić: błędny wzrok, rumiana buzia i rozwiana grzywka jasnych włosów sprowadzają mnie na manowce, idę za nimi jak na bal.
– Przyniosę ten aparat – mówię ochryple. – Doprowadź się do porządku i zapozuj z tortem.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#10
Sandy Wilkes
Czarodzieje
tell me who I am – do I provoke you with my tone of innocence?
Wiek
21
Zawód
fryzjerka, niania, drobna złodziejka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
2
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
13
Brak karty postaci
05-01-2026, 21:35
— Ten w groszki? Pewnie. Mamy też słomkowe kapelusze, takie do kompletu, pamiętasz? — co z tego, że kwiecień dopiero się zaczyna, słońce jest zdradzieckie i wisi nisko, pozwalając co najwyżej na szaleństwo w postaci braku czapki. Marzę i rozpycham się po swoich śmiałych wizjach, wyobrażam sobie nas na kraciastym kocu, z wiklinowym koszem, z którego wydobywa się zapach świeżo pieczonego kurczaka. Cóż za niebo, Danny jeszcze proponuje mi tańce.
— Tak, super, chodźmy — za manewr pomiędzy punktem A — jego słowami, a punktem B — jego językiem, należy mi się co najmniej Order Merlina. Rozproszenie stawia przede mną przeszkody, aż w końcu tracę wolę walki.
Alabaster koronki kończącej bawełniane figi przestaje mieć swoją cenę, bieliznę oszczędzono i skazano na zapomnienie gdzieś na pełnej okruchów podłodze kuchni. Drobny guziczek przy falbaniastej spódnicy kapituluje na cienkiej nitce i przepada w nigdy niezamkniętej szparze między jedną, a drugą kondygnacją kuchennych blatów. Długi paznokieć zakończony szkarłatem sunie po ciepłym, pamiętającym jeszcze komfort snu karku.
Zakochuję się.
Przepadam, nurkuję, tonę; cokolwiek, bo nagle nasza zagracona przestrzeń robi się jeszcze bardziej ciasna, ruchy Daniela szybsze, ja głośniejsza. Sąsiedzi mogą odmawiać zdrowaśki albo nas przeklinać, wszystko mi jedno, wspinam się na podium miłosnej olimpiady, a orgazm wcale nie jest udawany.
Ma smak strzelającej na języku, pomarańczowej oranżadki, która od nadmiaru cukrowych mini—bomb, mrowi każdy z kubków smakowych i znieczula rzeczywistość.
Pachnie nami; urodzinowym Danielem i szczęśliwą Sandy, której dość ciężko przychodzi ześlizgnięcie z blatu. W międzyczasie przegrywam z natręctwem i kontrolnie sprawdzam, czy zostawiony niedaleko tort nadal jest cały i zdrowy, czy może jego też spotkały skutki małej śmierci.
— To było bardzo miłe, Danny... — czy za takie wariacje powinnam powiedzieć dziękuję? Zwykle to robię; moszczę się na miękkim, starym prześcieradle albo bawię w kotkę z głębokiej dziczy — nasz koc w cętki pozwala mi się wczuć w rolę — która przymila się i mruczy, przytula i jest, po prostu, wdzięczna.
Różowe policzki, ślina w kąciku warg, iskry w spojrzeniu; Sto lat, panie Dodge.
Patrzymy sobie w oczy, a jakaś asteroida na pewno zderza się z wysłanym przez ludzi satelitą; co z tego, oblizuję wargi, gryzę je, rumienię się, cmokam go w nos, zanim jeszcze ucieknie w poszukiwaniu aparatu. Człowiek zagadka, orkiestra, pewnie ma jeszcze wiele przydomków, które będę odkrywać skrupulatnie i cierpliwie, rok za rokiem, aż się pomarszczymy i zmęczymy na dobre.
— Nie powinieneś ty go trzymać? — wołam jeszcze, kiedy solenizant znika za framugą, ale grzecznie wędruje po tort, by niedługo dzierżyć go w dłoniach jak trofeum.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): 1 2 Dalej


Skocz do:

Aktualny czas: 11-01-2026, 00:41 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.