• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Kent, Margate, Tir Eilean > Zejście na plażę
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
17-12-2025, 15:26

Zejście na plażę
Plaża na pograniczu posiadłości Flintów to rozległy, piaszczysty teren ciągnący się wzdłuż linii brzegowej, na granicy prywatnych terenów rezydencji i otwartego dostępu do Morza Północnego. Atmosfera zazwyczaj panuje tam spokojna, sprzyjająca wypoczynkowi i spacerom, choć na styku granic zaznaczone są wyraźne podziały własnościowe i uzasadniona ostrożność wobec obcych.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Leopold Flint
Śmierciożercy
Wiek
23
Zawód
dżokej - wyścigi na granianach
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
18
20
15
Brak karty postaci
17-12-2025, 16:29
1 marca 1962

Mgła nie opadła. Nadal otula rodzinne ziemie, rozlewając się leniwie po ogrodach, zagajnikach i stawach, jakby nie zamierzała ustąpić nawet na krok. Słońce, choć już wstało - jego obecności zdradza blada poświata wyglądająca zza ciężkich chmur – nie ma siły, by przebić się przez szarą zasłonę, której krawędzie oplatają cały horyzont. Z nieba sączy się mżawka, drobne krople stukają w szybę, a świat za oknem wydaje się równie ospały jak pogrążony w porannej ciszy dom.
Stojąc przy oknie, czuję nieprzyjemny dreszcz przebiegający wzdłuż kręgosłupa. Kark mrowieje od chłodu, lecz pomimo niewygody narzuconej przez warunki atmosferze, upór odziedziczony po przodkach, nie pozwala Leopoldowi na zrezygnowanie z porannych rytuałów, które stały się już nieodłączną tradycją jego egzystencji.
Zwleka się z łóżka, gdy jeszcze noc trzyma resztki władzy. Bierze zimny prysznic, pozwalając, by lodowata woda obudziła ciało i wygnała resztki snu. Potem, kompletnie już ubrany, kieruje do jadalni, którą dzieli od sypialni jedno piętro i długi, wąski korytarz. Korytarze tętnią ciszą; jej dźwięk jest gęsty jak mgła za oknem, a jednak w tej ciszy odnajduje spokój, niezbędny do egzystencji. Setki oczu spoglądają na niego z wiszących na ścianach obrazów wiszących na ścianach. Niektóre postacie na malowidłach pozwalając sobie na ciche komentarze, lecz on uparcie milczy, nie wdając się w bezowocne dyskusje z dawnymi mieszkańcami tego domu, choć ich obecność jest nie mniej realna niż wilgoć przeciekająca przez parapety.
Schodząc do jadalni, mruży oczy w obronie przed blaskiem lampy zawieszonej tuż nad stołem. Nigdy nie spodziewał się, że o tej porze ktoś, poza nim, może zająć miejsce przy stole – zwykle jadalnia jest jeszcze wtedy pusta, tym razem jednak, gdy przekraczam próg, zauważam wyraźnie zarysowaną sylwetkę. Ktoś siedzi przy stole, pochylony nad filiżanką, z twarzą częściowo ukrytą w cieniu.
- Nie śpisz już? - pyta zaskoczony; spodziewał się jeszcze wczoraj, że siostra wyplącze się z pościeli dopiero przed południem. Ma przed sobą przecież długą, męczącą podróż i wieczór pełen wrażeń, które jednak sprawiły, że zamienili ze sobą ledwie kilka słów, gdyż ojciec miał potrzebę, by pobyć z młodszą córką. Lecz tych kilka słów wystarczyło, by napełnić Leopolda poczuciem niepokoju. Z tej Rosji wróciła inna, odmieniona. Nie taka, jaką ją zapamiętał, a może to nie ona, tylko on się zmienił?
Tkwiąc w sidłach tego pytania, zaszedł do jej sypialni, gdy na zegarze wybiła północ i zapukał do drzwi, lecz odpowiedziała mu cisza, więc, zakładając, że leży bezpieczna w objęciach Morfeusza, nie wszedł do środka. Przez swoje niedorzeczna przeczucie długo nie mógł zasnąć. Obracał się z boku na bok i zanim jego organizm zdecydował się na sen, zbliżyła się pora pobudki.
Teraz Leopoldine siedzi przy stole, obiera jajko ze skorupki, a jemu brakuje słów. Zajmuje swoje zwyczajowe miejsce, obok siostry. Rozmowa się nie klei. Śniadanie spożywają w milczeniu, a on czuje, jak zaciskają się na nim macki niepokoju. Milczenie w jej towarzystwie nigdy nie było torturą, zwykle potrafi porozumiewać się bez użycia słów, aż do dzisiaj. Dzisiaj jest męką, jego prywatną golgotą, którą pokonuje nie bez trudu. Zabierz mnie na przejażdżkę słowa baletnicy przecinają w końcu cisze, a on przytakuje bez namysłu, łudząc się, że na świeżym powietrzu, w siodle, poczuje się bardziej gotowy na tę rozmowę.
Od półgodziny żwawym kłusem objeżdżając tereny przylegające do posiadłości. Leopold czuje oblepiająca konsystencje deszcz na policzkach, lecz nie mówi nic. Mocniej zaciska dłoń na lejcach. Mimo rękawiczek, przez materiał przenika chłód, który osiada na skórze, głęboko się w nią wdziera, sprawiając, że palce zaczynają kostnieć mu od zimna. Wydaje krótką komendę, wprawiając konia w żywszy galop, a wraz z nią prosi siostrę, by mocniej do niej przywarła. Głośniejszy tętent koński kopyt przedziera się przez cisze, on tym razem czuje mocniejsze podmuchy wiatru na policzkach.
- Cieszę się, ze wróciłaś - przyznaje w końcu otwarcie, podnosząc głos, aby dać mu szanse na przedarcie się przez świst wiatru i końskie prychnięcie, bo na ten rodzaj otwarci może pozwolić się tylko przy niej; tej, która zna jego myśli, zanim znajdują drogę do ust i z gardła wydobędzie się odpowiedni bukiet słów; z tą, którą niegdyś dzielił smutki, bolączki, troski i chwile radości. – Bez ciebie Tir Eilean tętniło pustką.
Tęskniłem bezpośrednio nie pada, ale nie musi, bo te słowa ukrywają właściwie takie znaczenie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Leopoldine Flint
Czarodzieje
to be a woman is to perform
Wiek
23
Zawód
wschodząca gwiazda baletu
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
13
16
20
Brak karty postaci
17-12-2025, 18:14
Wczoraj przedstawiła to miejsce Yelizaviecie jako ich dom. Czuła się odpowiedzialna za los starszej kobiety, którą traktowała nie tylko jako domową pomoc, ale także jako najbardziej zaufaną przyjaciółkę. Choć pochodziły z różnych światów, istniała między nimi więź, której Leopoldine Flint nie potrafiła opisać słowami. Gdy myślała o więzi silniejszej od uścisku czasu i przeznaczenia, miała przed oczami twarz swojego bliźniaka. Twarz, której widoku oczekiwała najbardziej, gdy przekroczyła progi Tir Eilean. Nim znaleźli się — pierwszy raz od dawna — w jednej przestrzeni, wyobrażała sobie ich spotkanie wielokrotnie. Widziała siebie z perspektywy osoby trzeciej, jak rzuca się w ramiona brata, jak on na chwilę porzuca swoją niewzruszoną pozę, tylko na niewielki ułamek sekundy, bo bicie jego serca i siła uścisku ramion zdradziłoby jego siostrze wszystko, co chciałaby o nim wiedzieć.
Powitaniu nie towarzyszył jednak wybuch radości. Choć była bezpieczna, czuła na sobie olbrzymi ciężar zagrożenia i niepewności. Ucieczka od jednego problemu popchnęła ją prosto w ramiona innego. Spotkanie z ojcem przebiegło głównie w ciszy, skrzyżowali ze sobą spojrzenia tylko dwa razy. Tutaj przeczucie jej nie zawiodło, a to właśnie sprawiło, że powrót bolał jeszcze bardziej.
Zniknęła w swojej dawnej sypialni. Słyszała Leopolda, gdy próbował uprosić dla siebie coś na kształt prywatnej, nocnej audiencji. Nie dała rady podnieść się z łóżka. Ciało zastygło w oczekiwaniu, jakby nie do końca pewne, kto faktycznie znajdował się za drzwiami. Cieszyła się tylko, że Yelizaveta nie upierała się na sen w sąsiadującej komnacie. Pchana doświadczeniem, długim cieniem Aleksandra Pavlovicha, pewnie wzięłaby sprawy w swoje ręce. Musiała mu powiedzieć, Leopold miał jak największe prawo wiedzieć o wszystkim. To problemem Leopoldine był ciężar zwierzeń, wstyd, jaki czuła, bo odniosła porażkę. Znienawidzoną przez nią, przez jej dziedzictwo, przez wspólną krew p o r a ż k ę. Nie dała sobie rady z byle krewkim pijakiem z dalekiego wschodu Europy.
Sen miała lekki i zwodniczy. Wreszcie, nad ranem, gdy dzień dopiero rozwijał się wśród ciepłej łuny wschodu słońca, postanowiła zsunąć się z miękkości pościeli. Kilka nawyków wciąż pozostało jej jeszcze z czasów szkolnych. Zimne prysznice nie tylko rozbudzały, ale również napinały skórę, dawały przestrzeń na krótką klarowność myśli. Gdy wystąpiła poza próg swej sypialni na wąski korytarz — zwróciła głowę w kierunku komnat Leopolda. Mógł już wstać, ale nie chciała ryzykować, że nie wyśpi się z jej powodu. Ostatecznie, wciąż czując przenikające ciało napięcie po podróży, z głową w burzowych chmurach toczących ją niepokojów, zeszła do jadalni.
To tam ją znalazł. Pedantycznie obdzierającą jajko ze skorupki ze światłem zbyt jasnym na tę porę dnia, z filiżanką kawy ułożoną nieopodal. Na szyi kobiety wisiał drobny łańcuszek z pojedynczą perłą. Musiała mieć jakieś plany — dziś nie wybrała dla siebie sukienki ani koszuli, ciało ogrzewał miękki sweter z kaszmiru w kolorze gołębiej szarości, pod stołem i obrusem ukrywały się jeździeckie spodnie wsunięte w kozaki o elastycznej cholewce. Słyszała, że wchodził. Ale nie uniosła na niego spojrzenia od razu, chciała dać mu czas na przyjęcie jej obecności.
Dopiero gdy zadał pytanie — proste, trywialne, ale przecież zakorzenione w rzeczywistości — spojrzała na niego. Prawdziwie spojrzała. Jasne tęczówki zatrzymały się na twarzy brata, spokojnie studiując ślady lat spędzonych z daleka od siebie. Jeżeli wydawało mu się, że się nie zmienił — tkwił w olbrzymim błędzie. Zmieniła się przecież i ona; powietrze wokół niej wydawało się jednocześnie zimniejsze i cieplejsze, a ona sama jednocześnie bliska i daleka. Starsza, dojrzalsza, z oczami, które widziały może zbyt wiele, niż opiekuńczy brat by tego pragnął.
— Nie lubię marnować czasu — pada wreszcie z ust baletnicy, miękko i zaskakująco swobodnie. Gdy Leopold zasiada u jej boku, Leopoldine podaje mu koszyk z pieczywem, a następnie półmisek z jajkami przygotowanymi dokładnie tak, jak najbardziej lubił. Nie odzywa się więcej, niepewna tego, od czego właściwie powinna zacząć. Zamiast tego kładzie mu głowę na jego ramieniu — to wyjątkowo proste zadanie, nawet na siedząco różnica w ich wzroście jest znaczna — i przymyka oczy. Tyle mogłoby jej wystarczyć. Po prostu znów być w tej samej przestrzeni. Jakby ostatnich kilka lat nie istniało, jakby nie byli rozdzieleni setkami kilometrów. Jakby nie prowadzili żyć, o których drugie nie wiedziało prawie nic. — Zabierz mnie na przejażdżkę — szepcze wreszcie; brakuje tam słowa proszę, ale wybrzmiewa ono w melancholii jej tonu. Prośba nie jest stalowa, nie przypomina rozkazu, który często pojawia się w nastawieniu Flintów.
Pół godziny później siedzą wspólnie na jednym koniu. Ona z przodu, niedoświadczona, on z tyłu, zdobywca niezliczonych tytułów w wyścigach na granianach. Wełniany płaszcz, który założyła na siebie ,wydaje się cięższy od wciąż wiszącej w powietrzu wilgoci. Ich milczenie przerywa cichy chrzęst sprzączek i pojawiające się raz na jakiś czas parsknięcia silnego konia. Gdy para wydobywa się z nozdrzy zwierzęcia sporymi chmurami, Leopoldine wstrzymuje oddech; ma wrażenie, jakby zwierzę oddychało za nią.
Jeździli tak wiele razy. Gdy świat był jeszcze inny, gdy inni byli oni. I choć przez długi czas milczą, Leopoldine nie czuje na sobie ciężaru ciszy. Pierwszy raz od dawna ma wrażenie, że myśli Leopolda są już na wyciągnięcie ręki. Że gdy wytęży słuch, usłyszy je. Wszystko, co chciał jej powiedzieć, a nie wiedział jak. Zapach mokrej ziemi ugruntowuje ją w teraźniejszości jeszcze bardziej. Czuła to już wielokrotnie, zapach ten kojarzy jej się z dzieciństwem. W jednej chwili prostuje się jeszcze mocniej. Klatka piersiowa brata powinna oprzeć się o jej plecy, pozwól mi sobie pomóc.
— Cieszę się, że tu jesteś — to wyznanie mówi wszystko; Leopoldine nie cieszy się z powrotu do domu, który nie miał pełnej szansy na zdobycie tego miana. Obecność brata jest dla niej najważniejsza, to, że dzielą pomiędzy sobą nie tylko myśli, bicie serca, krew, ciepło końskiego ciała pod nimi. — W Rosji nie było już dla mnie miejsca — zaczęła cicho, z żalem wgryzającym się łakomie w głoski, podobny do rdzy przeżerającej się przez wilgotny metal. — Ile masz dla mnie czasu? Nie chciałabym odciągać cię od obowiązków — to długa opowieść, Leopoldzie, musiał się tego domyślać. Musiał czuć, że siostra próbuje postawić między nimi chwiejny, delikatny most wspólnego zaufania. Że daje mu jeszcze okazję na wycofanie się. A było to coś, czego nigdy dotąd nie robiła. Dzieliła się z nim swymi myślami, triumfami i smutkami zupełnie egoistycznie, bez wcześniejszego pytania.
Coś się zmieniło.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Leopold Flint
Śmierciożercy
Wiek
23
Zawód
dżokej - wyścigi na granianach
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
18
20
15
Brak karty postaci
27-12-2025, 16:28
Wspomina chwile, kiedy jego siostra rzucała mu się w ramiona bez wahania, kiedy dzielili się wszystkim, nawet najmniejszymi sekretami. Teraz dzieli ich dystans, którego nie potrafi zmierzyć słowami, ani pokonać jakimkolwiek gestem. Czuje to wyraźnie, gdy tylko ich spojrzenia krzyżują się przy porannym spotkaniu. Widzi w jej oczach ślady lat, które spędziła gdzie indziej – i tych, które on spędził osobno, daleko od niej. Myśli o tym, jak bardzo się zmieniła – tak bardzo jak on? - choć on sam długo wierzył, że czas nie ma na nich wpływu.
Cisza poranka wydaje się gęsta, dźwięk niosący się po korytarzach domu jest przytłumiony, jakby oboje byli otuleni wspomnieniem dawnych lat. Gdy Leopoldine kładzie mu głowę na ramieniu, przez plecy przechodzi mu dreszcz. Jest w tym dotyku oraz milczeniu więcej bliskości i uczuć niż w tysiącu słów. Chciałby powiedzieć jej wszystko, chciałby usłyszeć wszystko, lecz nie mówi nic. Skupia się na konsumpcji, starając się ignorować uścisk w klatce piersiowej, który pogłębia się, gdy siostra przerywa cisze. W jej prośbie wybrzmiewa nostalgia, potrzeba powrotu do dawnych rytuałów, które kiedyś dawały im poczucie bezpieczeństwa. Bez słowa przytakuje, już planując trasę przez tereny posiadłości.
Pół godziny później siedzą razem na jednym koniu. Leopold czuje ciężar siostry przed sobą i zaufanie, które mu okazuje i które nie wyginęło pomimo tylu lat rozłąki. Zna ten rytm – ciszę zakłóca tylko dźwięki końskich kopyt, chrzęst sprzączek i parsknięcie zwierzęcia. Przez moment wszystko wydaje się takie, jak dawniej: świat prostszy, życie mniej skomplikowane. I oni egzystujący w symbiozie.
Wdycha zapach mokrej ziemi, wyczuwalny po nocnym deszczu. W tej chwili przypominają mu się ich wspólne wyprawy z czasów, gdy byli dziećmi. Błoto na butach, śmiech rozbrzmiewający wśród drzew, poczucie, że świat należy tylko do nich. Pod wpływem jej słów prostuje się w siodle, niemal dotykając klatką piersiową jej pleców.
Zatrzymuje konia przy zejściu na plażę, gdzie słońce przebija się przez chmury, rzucając ciepłe plamy na mokrą trawę. Leopoldine odwraca ku niemu twarz, jej włosy muskają skrawki jego skóry. Przez chwilę milczą, wsłuchując się w cichy szum przyrody, w oddechy konia, w odległy śpiew ptaków. Leopold czuje, jak narasta w nim melancholia, spogląda na siostrę, próbując wypowiedzieć to, co powinien już dawno, lecz słowa grzęzną mu w gardle. Chce wierzyć, że w tym milczeniu rodzi się nowa więź, krucha, ale prawdziwa, oparta na wspólnej pamięci, na zaufaniu, którego nie zniszczyły lata rozłąki.
Cieszę, że jesteś nie wygina jego ust w imitacji uśmiechu i nie przynosi ulgi. Ze spojrzeniem wbitym w dal, zaciska mocniej palce na lejcach. Czuje się teraz, jak oszust, który zdradził jej zaufanie. Ostatni list, jaki do niej napisał, miał pełnić formę ostrzeżenia, lecz, konfrontując się z własnymi obawami, zupełnie inne słowa przeniósł na skrawek pergamin. Wie przecież czemu ojciec zabiegał o jej powrót i był gotowy nowy pojechać do Rosji, by sprowadzić ją do domu. Z tego samego powodu nie pyta, jak długo zabawi na wyspach, bo zna odpowiedź.
- Dokładnie tyle, ile potrzebujesz, by powiedzieć mi wszystko w najdrobniejszych szczegółach - kwituje, zaniepokojony tym, że stosuje uniki. Wiedział, że nie pisała mu wszystkiego, że pewne fakty przed nim zataiła. Nie pyta czemu to zrobiła. Wie, co usłyszy. Nie chciałam cię martwić, Leopoldzie, ani odciągać od twoich obowiązków.
O b o w i ą z k i. Wzdryga się na dźwięk zlepku tych ośmiu liter. Czasem ma wrażenie, że jego egzystencja sprowadza się tylko do nich, do wypełnienia obowiązków, jakie przyjął, rodząc się Flintem – pierwszym i ostatnim synem swojego ojca. A tymczasem chce poznać los, jaki ją spotkał na ziemiach rosyjskich, bo przecież troszczenie się o nią to jeden z jego obowiązków, jaki względem siostry ma brat. Zawsze tak było. Otaczał ją opieką. Przyjmował na siebie ciężar trudnych pytań. W zamian ona gasiła pożary, które on czasem opacznie, czasem nieopacznie, wzniecał.
- Chcę wiedzieć wszystko, moja droga - decyduje z niezachwianą pewnością siebie. – Począwszy od tego,dlaczego nie ma dla ciebie miejsca na rosyjskiej scenie baletu, skończywszy na tym, kim jest kobieta, którą tu sprowadziłaś - ta kwestia jest równie istotna, co cała reszta, bo... – Papa nie lubi obcych pod swoim dachem.
Wymówka, ojciec, odkąd pamiętał, pełnił rolę najlepszej wymówki, jaka przychodziła mu do głowy, lecz po prawdzie to to on nie lubi obcych pałętających się po korytarzach rezydencji, a odkąd na jego skórze zostało wypalone piętno przynależności do popleczników Czarnego Pana, nie przepada za nimi podwójnie. Urosło w nim przekonanie, że sekrety, jakie kryją się w wiekowych murach, należą tylko do ich mieszkańców. I nikt inny nie miał prawa ich poznać.
– Co powiesz na spacer po plaży? Na kąpiel w morzu jest niestety za wcześnie. Nie chcę, żebyś się przeziębiła przed twoją pierwszą premierą.
Jest zadowolona, że rozkwit jej kariery zacznie się na ziemiach brytyjskich, a nie w stolicji Francji?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Leopoldine Flint
Czarodzieje
to be a woman is to perform
Wiek
23
Zawód
wschodząca gwiazda baletu
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
13
16
20
Brak karty postaci
01-01-2026, 19:10
Istnieją na tym świecie pewne rzeczy, których nie można zapomnieć, nawet pod wpływem nacisku mijającego czasu.
Jedną z nich jest więź, która łączy bliźnięta. Jest ona bowiem wyjątkowa, już od czasów antycznych będąca przedmiotem wielu dywagowań, rozpalała ona do czerwoności wyobraźnię artystów, a także i zwykłych ludzi. Nikt nie potrafił zrozumieć jej w pełni. Najbliżej odgadnięcia jej sedna byli bowiem bliźnięta — całe ich pokolenia, następujące po sobie i egzystujące w tej samej czasoprzestrzeni. Leopoldine pewna była, że żaden inny Flint nie był w stanie pojąć, że to, co łączyło ją z bratem, nie było tylko rodzinnym przywiązaniem. Że mogli we wzajemnej ciszy dojrzeć czającą się w sercu drugiego ciemność, poczuć pierwszy przepływ szczerego przestrachu. Co zmieniło się, odkąd widzieli się ostatnim razem? Czy wciąż byli w stanie odnaleźć siebie pośród gąszczu chwastów, które narosły wokół nich przez podejmowane samodzielnie decyzje?
Baletnica uważała, że odnajdzie serce brata bez problemu. Miała je bowiem na wyciągnięcie ręki, jego bezpieczną obecność za swoimi plecami. Ufała mu w każdym aspekcie tego słowa, po raz kolejny zawierzając mu również własne zdrowie i życie. Nie wybierała się na konne przejażdżki z nikim innym, nawet tytuły ojca z przeszłości nie stanowiły wystarczającej przeciwwagi do wiary w umiejętności jeździeckie brata. Zresztą, ojciec był w jej życiu tylko figurą, milczącą i zimną. Leopold z kolei zawsze był żywy; silny, obecny. Tak jak teraz.
Gdyby nie zapach mokrej ziemi, ciepło końskiego ciała i obecność Leopolda, zdolna byłaby pomyśleć, że to tylko i wyłącznie sen. Sen, z którego nie chciała się budzić, bo po raz pierwszy od kilku miesięcy czuła się faktycznie bezpieczna. Iluzja rozmywa się jednak prędko, na jej własne życzenie. Nabierany powoli oddech boleśnie rozciąga tkankę płuc, pęcherzyki powietrza w moment wydają się mieć ostre krawędzie, które wbijają się w delikatne z pozoru ciało młodej kobiety. Pod ubraniami, jej ciało, jej instrument, nosi ślady wieloletniego przesuwania granic swojej wytrzymałości. Leopoldine ma piękną twarz i jest tego świadoma. Bardziej obawia się o to, jak ktoś może postrzegać jej ciało, a razem z nim również i duszę. Przez całe życie nad jej głową unosiło się ledwie widoczne widmo drugiego, marzenia, zakryte przez wielką chmurę tanecznych ambicji. Chciała dorównać swojej mamie, a raczej wyobrażeniu o niej. Drugie imię nadane na jej cześć było dla panny Flint niczym pieczęć, raz na zawsze spajającą jej losy z losami matki.
Mama nie stosowałaby uników — karci się w myślach, twarz zwracając w kierunku morza. Wydawało się, że jej spojrzenie musiało zatrzymać się gdzieś na horyzoncie, ale w rzeczywistości próbowało przecisnąć się dalej. Może poza granicę świata żywych. Dopiero drżenie, ledwo odczuwalne przez ciężar wełnianego płaszcza, sprowadziło ją na powrót na ziemię, a raczej na konia. Do brata bliźniaka. Musiał wiedzieć, o czym myślała, inaczej nie zareagowałby w ten sposób.
— Najpierw pomóż mi zejść, wszystko w swoim czasie — upomina go łagodnie, z siostrzaną czułością, która raz poruszona, wylewać się miała z niej aż do czasu rozłąki. Ta mogła nadejść w każdej chwili; ojciec nie gryzł się w pióro, kreśląc do niej list domagający się powrotu do Anglii. Wiedziała, po co została wezwana, nie było to tajemnicą. Nie wiedziała wszystkiego — nawet tego, kim był ten, komu wstępnie obiecano jej rękę. Nie chciala jednak dowiadywać się tego za wcześnie. Marnować energii i myśli na los, od którego nie będzie w stanie uciec. Była córką swojego ojca, miała obowiązki względem rodziny. Przywileje szły w parze ze stawianymi przed nią wymaganiami, nie mogła być zła na los za to, że dopominał się zapłaty.
Gdy dłonie brata sięgnęły ku jej talii, zsunęła się jednocześnie z konia; zastygła przy tym w klasycznej pozycji porté, oparta o ramiona brata. Tułów pozostawał napięty, cała kontrola skupiała się w ramionach, nogi natomiast wisiały pozornie swobodnie, lecz gdy tylko nogi spotkały się z gruntem, zrobiły to z nietypową, taneczną lekkością. I wtedy dopiero na twarzy Leopoldine pojawił się szczery uśmiech. To nie tak, że celowo wplatała elementy baletu w życie codzienne — był on jej życiem, nie potrafiła inaczej. To, co dla innych wiązało się z teatralnością, było po prostu częścią jej natury.
— Pozwolisz, że zacznę od końca? — spytała, choć jedynie grzecznościowo. Uśmiech, który wcześniej oświetlał jej twarz zniknął tak szybko, jak się pojawił, a wystarczyło tylko wspomnienie o ojcu. Ledwie powstrzymała się przed przewróceniem oczami, lecz musiała pozwolić sobie na skrzyżowanie rąk na piersiach. — To Yelizavieta, moja gosposia z Leningradu. Utrzymywała mój dom, jest przemiłą kobietą, której w ZSRR nie trzymało już nic. Nie chciałam zostawiać jej samej. Zasłużyła na coś lepszego na stare lata — wyjaśniła spokojnym, jeszcze, tonem. Była gotowa walczyć o miejsce dla Lizaviety pośród służby Tir Eilean, nawet jeżeli walka ta miała wiązać się z poważnymi wyrzeczeniami po jej stronie. — Jeżeli już nasz ojciec — nie papa, nie tato. — Jest jej aż tak nieprzychylny, zdecydowałam, że będzie pracować wyłącznie dla mnie. Mówi wyłącznie po rosyjsku, więc nie miałbyś z niej żadnego pożytku, a i on będzie mógł z powodzeniem dowiadywać się o mnie wszystkiego, czego tylko zechce — pod koniec wypowiedzi jej ton przybrał na nieoczekiwanej ostrości. Jej niechęć względem Maerina Flinta była nie tyle wyraźna, co wręcz oślepiająca. Ale to właśnie myślała o swoim rodzicu, że prędzej byłby zdolny wyciągać informacje o swoim dziecku od służby, niż zmusić się do rozmowy z nią samodzielnie. Długie palce zacisnęły się na krótki moment ognistej złości na materiale rękawów płaszcza, aby później rozluźnić się i pogładzić go, jakby należał do żywego stworzenia. Ciężkie westchnienie wydostało się spomiędzy jej ust kłębem pary, gdy uniosła głowę wyżej, wpatrując się w szarawe niebo. Potrzebowała chwili, aby powrócić do siebie.
— Chodźmy — zdecydowała wreszcie, ruszając we wskazanym przez Leopolda kierunku, uwagę o premierze przyjmując jedynie z cieniem uśmiechu na twarzy. Tylko dwa dni dzieliły ją od pierwszego przedstawienia, to naprawdę niedużo. Czy da sobie radę? Musiała. Była nie tylko gwiazdą rosyjskiego baletu. Była Flintem. A oni nie przegrywali.
Nie uciekali też od tego, co trudne. Ale ona wciąż milczała, przez dłuższy moment pozwalając szumowi leniwie rozbijających się o kamienne wybrzeże fal owładnąć jej myślami. Od czego powinna zacząć? Jak przygotować brata na wybuch, który z pewnością go czekał? Jak powstrzymać go przed dostaniem się na pierwszy statek płynący na Bałtyk, bo pchany afrontami wymierzonymi w nią będzie chciał samodzielnie wymierzyć sprawiedliwość? Nie mogła, nie potrafiła go okłamywać. Nie istniał żaden sposób, w który można byłoby podać jej historię tak, aby wybrzmiała łagodniej. Musiała więc przedstawić mu spawy tak, jak się one miały.
— Ma to pozostać między nami — zaczęła śmiertelnie poważnym tonem. Może Leopold mógłby zbyć to żądanie, gdyby nie to, że jego bliźniaczka zatrzymała się i swymi dłońmi chwyciła mocno dłonie brata. — Spójrz na mnie. O tym, co stało się w Leningradzie wiem tylko ja i Yelizaveta. Za chwilę również ty. I tak ma pozostać. Obiecaj mi — gotowa była złapać go za podbródek, siłą zmusić do tego, aby spojrzał w jej oczy, zdjęte powagą, za którą kryło się dostrzegalne tylko przez niego przerażenie. Ta historia nie mogła wyjść poza określony krąg. Sekrety miały bowiem to do siebie, że im więcej osób o nich słyszało, tym większe było prawdopodobieństwo, że stracą swój sekretny status. — Przysięgnij, że nikomu nie piśniesz nawet słówka. I że nie będziesz się mścił.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Leopold Flint
Śmierciożercy
Wiek
23
Zawód
dżokej - wyścigi na granianach
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
18
20
15
Brak karty postaci
11-01-2026, 12:37
Wiedział, że milczenie Leopoldine to nie tylko brak słów, ale cała symfonia emocji, która rozbrzmiewa w ciszy, w napięciu, jakie zakrada się w przestrzeń, którą obecnie dzielą. Czasem ma wrażenie, że ich myśli płyną po tych samych ścieżkach – zwykle nie musi nic mówić, by dostrzec cień, który przesuwa się po jej twarzy, czy drżenie dłoni zaciskających się w drobne piątki. Zazwyczaj nie pyta, nie naciska. Zna ją zbyt dobrze. Wie, kiedy wystarczy jeden gest — delikatne dotknięcie dłoni, by wiedziała, że jest tuż obok.
Od dzieciństwa byli sobie najbliżsi, a jednak czas oraz czająca się za nim dorosłość rozdzieliła ich ścieżki. Kiedyś cisza między nimi nie była pustką, a miejscem, gdzie mogli się chronić przed całym światem — przystanąć, odetchnąć, nawet jeśli każdy oddech sprawiał ból. Może liczyć na to, że dzisiaj jest tym samym?
Teraz, siedząc za jej palcami, na końskim grzbiecie, kąsany przez mocniejsze podmuchy wiatru, czuje jak ta cisza wyrasta pomiędzy nimi jak mur. Z każdym ruchem konia, z każdym szelestem trawy pod kopytami, ich dawny spokój odpływa coraz dalej. Patrzy na jej ramiona, lekko napięte i sam ciska mocniej palce na wodzach. Czuje, jak serce ściska niepokój, a wraz ze swoją propozycją zatrzymuje wierzchowca. Spojrzenie ucieka gdzieś w dal, jakby szukał odpowiedzi w szarej linii horyzontu, zanim, jako pierwszy, opuszcza grzbiet zwierzęcia i chwile później wspomaga siostrę w tym wysiłku.
Ona mówi, on klepie konie po pysku. Przyrzeka mu, że niedługo wrócą, gdy związuje lejce wokół belki, aby mieć pewność, że nic nie spłoszy wieżowca i nie ucieknie ze strachu poza zasięg jego spojrzenia. Koń przez chwile się wierci, jakby wyczuwał jego nastrój, lecz w końcu odpuszcza, a Leopold kieruje spojrzenie na sylwetkę siostry.
Nie komentuje ani tego, jak próbuje się zdystansować od ich ojca, ani roli Yelizaviety w jej życiu. Słucha, a z jego ust nie padają żadne słowa – żadne obietnice, żadne deklaracje, że w Tir Eilean znajdzie się dla tej kobiety miejsce. Ten decyzje podejmie ojciec, nie oni.
- Chodźmy – przytakuje, lecz ich wędrówka nie trwa długo, gdyż a to pozostać między nami zatrzymując go w połowie kroku do brzegu, w którego fale uderzają z dzikim rykiem, siłą swojej destrukcji śląc przypomnienie, jak zwodnicze i przewrotne bywało morze.
Spójrz na mnie wznosi się ponad potępieńczy krzyk mew. Wykonuje je polecenie, podnosząc wzrok, który do tej pory uciekał za linie horyzontu. Moment, kiedy uchwyciła w dłonie jego palce, zakotwicza go w rzeczywistości. Spogląda jej głęboko w oczy, szuka na talerzu jej spojrzenie czegokolwiek, co przybliży go do ukrytej między jej słowami prawdy. Widzi jednak na jej twarzy śmiertelną powagę, którą naznaczony jest najgłębszy mrok jej duszy.
Czasem zapomina, że jest ulepiona z tego samego tworzywa, co on - z flintowej krwi i genów, którą nie uczą przegrywać, lecz wygrywać za wszelką cenę. Czasem zapomina, że nie jest tym małym, lękliwym stworzeniem, które kuliło się w kącie ciemnego pokoju. Jest jego siostra, stworzoną niemal w tej samej chwili, co on.
Ktoś ją skrzywdził? Ugodził nożem zawieść w jej reputacje? Zszargał jej dobre imię? Uwiodła jakiegoś mistrza baletu, któremu strzała amora przeszyła serce, a potem roztrzaskała je na bruku? A jego żona, niepogodzona z tym, że wybrał młodszą, ładniejszą, lepszą, załatwiła Lepoldine wilczy bilet?
- Obiecuję - zgadza się bez chwili namysłu.- Klnę się na imię naszej matki, że nie wyjawię twojej tajemnicy, ale o to drugie - cmoka z niezadowoleniem; szczęka drży, oczy ciemnieją, ciało się spina, mięśnie dopada paraliż.
Ale, zawsze musi być jakieś ale. Tym razem ale tkwi w nim, głęboko, w podstawie jego kręgosłupa, ukryte w jednym z dwunastu kręgów, a jej słowa, alarmujące, wysyłają sygnał ostrzegawczy.
- Nie możesz prosić o coś, co jest sprzeczne z moją naturą, szeretett nővére. Zrobię dla ciebie wszystko i dużo więcej, ale o to jedno mnie nie proś.
Nie potrafi działać przeciw własnej naturze. Instynkt, jaki czasem przejmuje nad nim kontrole, jest jak żywe stworzenie hulające niczym wiatr w klatce żeber. Wie, jak tłumić jego istnienie, tępić jego wściekłe, pragnące krwi zęby destrukcji, ale wyrzeczenie się go byłoby nieludzką profanacją to, kim jest, pogrzebaniem dziedzictwem Filntów, jakie otrzymał w spadku po przodkach i tym , co płynie wraz z krwią w jego żyłach.
- Powiedz mi, co się stało. Teraz musisz.
Inaczej jest gotów zrobić krzywdę tej, która wiedziała tyle, ile Leopoldine. Nie zna rosyjskiego, to prawda, ale bariera językowa to przeszkoda, która nie stanie na jego drodze do poznania prawdy.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Leopoldine Flint
Czarodzieje
to be a woman is to perform
Wiek
23
Zawód
wschodząca gwiazda baletu
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
13
16
20
Brak karty postaci
20-01-2026, 17:05
Nie potrafiła powiedzieć, zdecydować się, co było dla niej bardziej bolesne — świadomość muru, który pomiędzy nimi narósł, czy może fakt, że nie mogła ot tak go skruszyć. Bywały czasy, gdy ich charaktery przenikały się ze sobą w najmniej oczekiwanych cechach. Leopoldine, pomimo sprawianego wrażenia kobiety delikatnej, doskonale znającej swoje miejsce na drabinie społecznej wyższych sfer Wielkiej Brytanii, potrafiła być zaskakująco wręcz niecierpliwa. Tak było również tym razem, bo wydawało jej się, że niecierpliwili się całą trójką. On, ona i wierzchowiec przywiązany dla swojego własnego bezpieczeństwa. Każde z nich miało mniej lub bardziej spokrewnione ze sobą powody swojego pragnienia pośpiechu i to chyba było ich największą tragedią. Przynajmniej do czasu, gdy ciężar sekretu proszącego, nie, błagającego o podzielenie go na dwoje, tak jak robili przez zdecydowaną większość ich wspólnego życia, staje się nie do zniesienia, a przez to dalej — zmusza Leopoldine do zatrzymania się na plaży, złapania za dłonie brata, wreszcie zmuszenia także jego.
Do złożenia obietnicy, której, dobrze wiedziała, nie potrafił dotrzymać.
Gdy oczy Leopolda delikatnie tracą na ostrości, gdy odchodzi gdzieś w krainę własnych domysłów, ona na niego czeka. Po prostu czeka, przesuwając palcami po fakturach jego dłoni, przypominając sobie siatkę zgrubień, których dorobił się od długotrwałego ściskania lejców. To delikatny, drobny rytuał, który ma powstrzymać ją od ucieczki — przed nim, przed sobą, przed przeszłością, której skrawek przywiozła ze sobą do Tir Eilean w osobie Yelizavety. Zimny dreszcz, który przechodzi przez jej ciało, zbiega się z kolejnym mocnym podmuchem wiatru, szarpnięciem za ciężki materiał płaszcza, za włosy nieskryte pod kapturem czy czapką, za szalik, który poderwany do lotu przybrał na moment pozę proporca. W tym samym momencie do jej uszu dobiega to charakterystyczne cmoknięcie, nie musi patrzeć na brata, aby wiedzieć, że drży mu szczęka, bo jej własna robi dokładnie to samo. Wspomnienie matki, jej pamięci, choć przywołane w dobrym zamiarze, zawsze jest podobne do otrzymania ciosu prosto w jamę brzuszną. Na moment przestaje więc oddychać, walczy natomiast z nagłym zamgleniem własnego spojrzenia, bo do oczu nadpłynęły nagle łzy, na które nie miała czasu. Nie miała zresztą znowu tamtych pięciu lat, była dorosłą kobietą, której nie przystało pokazywać swych słabości w sposób tak oczywisty. Ktoś nakładł jej niegdyś do głowy — prawdopodobnie jedna z guwernantek podsuniętych przez babcię bądź ktoś z grona pedagogicznego Instytutu Durmstrang — że łzy były oznaką słabości, z pewnością nieprzystającą do jej nazwiska. Przełknęła je więc, bardziej z przyzwyczajenia niż chęci; podbródek uniósł się nieco wyżej, choć ciało pragnęło przede wszystkim westchnąć boleśnie, puścić wszystkie dotychczasowe spoiwa, którymi ratowała się w najtrudniejszych chwilach samotności, pozwolić temu, co dręczyło nie tylko jej duszę, ale i ciało wypłynąć, jak robiło to wielokrotnie w bliźniaczej obecności.
Postanawia — ponownie wbrew sobie — poczekać z tym jeszcze chwilę. Skoro wytrzymała tych kilka długich lat, jedna rozmowa nie zrobi wielkiej różnicy.
— List od ojca stanowił wygodną wymówkę — rozpoczęła ściszonym głosem, wreszcie puszczając dłonie brata, a samej przechodząc w bok, tak, aby zetknąć się z nim ramionami. Prędko złapała ramię brata w uścisk swych rąk, niedługo później wznawiając ich wspólny spacer brzegiem plaży. Wybrała sobie bezpieczną pozycję, nie musiała wcale spoglądać w oczy brata, gdy snuła swoją opowieść. Wiedziała przecież, że poza swoim odbiciem, zobaczy w nich coś jeszcze. Ale bardzo, bardzo nie chciała przekonywać się o tym, czy miała rację. — Wiem, po co mnie tutaj ściągnął. Więc nie musisz udawać, że o niczym nie wiesz — dodała jeszcze, krążąc wokół tematu. To najlepiej pokazywało, jak bardzo nie chciała go poruszać, z jak wielkim wysiłkiem się to wiązało. — W Leningradzie poznałam pewnego mężczyznę. Adorował mnie, przychodził na wszystkie spektakle. Dawał kwiaty, odpowiednio drogie prezenty. Kochał balet, zupełnie jak ja — już ten początek starczył, aby można było przeczuwać nadejście najgorszego. Już w tym momencie Leopold musiał zdawać sobie sprawę, dokąd zmierza opowieść jego siostry. Nie ona pierwsza i nie ostatnia. — Mówił, że mnie kocha. Ja sądziłam, że kocham jego. Ostatecznie okazało się, że żadne z nas nie chciało widzieć drugiego takim, jakie było naprawdę — kontynuowała, nie zwracając nawet uwagi na narastającą w jej głosie chrypkę. Gardło ściskało się raz za razem, jakby próbowało uchronić ją przed powiedzeniem za wiele, przed obudzeniem w bracie tej samej mocy, która w jej obronie sprawiła, że dłoń nauczycielki baletu została przebita na wylot piórem. Wtedy był tylko dzieckiem, działającym impulsywnie, bez kontroli. Dziś miała przy sobie dorosłego, silnego człowieka, znającego tajniki czarnej magii, wychowanego w wymagającym mrozie Norwegii. I nie mogła sobie wyobrazić, nawet przy najszczerszych chęciach, do czego mógł być zdolny, gdyby tylko chciał. — W olbrzymim skrócie okazało się, że kochał baletnicę. Nie Leopoldine Flint, nie mnie, ale tancerkę, którą mógłby wsadzić do swojej szkatułki i mieć całą tylko dla siebie. Miał napady zazdrości, szalał. Zaczęłam go unikać. Kilkukrotnie próbował siłą dostać się do mojego mieszkania, za każdym razem udało się nam, mi i Yelizaviecie, utrzymać tarczę i drzwi w dobrym stanie. Wreszcie zupełnie stracił rozum, wtargnął na próbę i pobił mojego partnera w tańcu — starała się dobierać słowa zgodnie z prawdą, ale jednocześnie brzmieć tak, jakby opowiadała historię kogoś innego, niż swoją. I może przez moment faktycznie było jej jakoś lżej, ale wspomnienia spadały na nią kolejnymi kaskadami z każdym wypowiedzianym słowem, każdym kolejnym krokiem. Uścisk na ramieniu Leopolda wzmocnił się, z twarzy Leopoldine uciekły niemalże wszystkie barwy. — Okazało się, że on kochał baletnicę, a ja nie wiedziałam, że zakochałam się w potworze. Zdecydowałam, że muszę wyjechać. Nie do innego miasta w Rosji, tam by mnie znalazł. Miałam już nawet przygotowane listy referencyjne do opery w Paryżu, gdy dotarł do mnie list od ojca. I oto historia tego, dlaczego nie ma dla mnie miejsca na rosyjskiej scenie baletu, i dlaczego prosiłam cię o złożenie tamtych dwóch obietnic — próbowała brzmieć lekko. Próbowała sprawiać wrażenie, że to, co działo się przez ostatnie miesiące, zostawiła za sobą w momencie, w którym świstoklik przeniósł ją z Leningradu do Londynu. Ale Leopold był szczególnie wyczulony na nuty fałszu w głosie swojej siostry.
I z łatwością mógł stwierdzić, że cała sytuacja dotknęła ją bardziej, niż starała się to przedstawić.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Leopold Flint
Śmierciożercy
Wiek
23
Zawód
dżokej - wyścigi na granianach
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
18
20
15
Brak karty postaci
24-01-2026, 12:03
Nigdy nie składał obietnic, których nie mógłby dotrzymać – ani jej, ani Agnes, ani ojcu. Ostrze jego słów, starannie wyważonych, rozcina ciszę, która narasta między nimi, gdy powietrza staje się gęstsze od niepokoju, napięte w oczekiwaniu. Gdy mówi każda głoska ma w sobie coś twardego, bezlitosnego. W jego spojrzeniu czaił się lód – jego zdają się być zrodzone z zimowego poranka, z kryształków mrozu osiadłych na szybie. Masakruje ją wzrokiem, wbija go w jej oczy, jakby chciał dosięgnąć jej duszy i roztrzaskać ją na kawałki.
Nie odważyłaby się przerwać kontaktu wzrokowego – wie, jak bardzo to go irytuje. Wie też, że gdyby opuściła spojrzenie, Leopold natychmiast złapałby ją za podbródek, wystarczająco dotkliwie, by poczuła nacisk jego palców na kościach żuchwy, do momentu, aż na skórze nie pojawi się siny ślad po tym uścisku. Zmusiłby ją wtedy do wyjawienia prawdy, do wyrzucenia z siebie wszystkiego, co dotychczas ukrywała, do rozłożenia uczuć na czynniki pierwsze, aż nie zostanie z niej nic prócz nagiej, krzyczącej szczerości i łęz spływających po bladej skórze policzków.
Cisza, jaka zjawiła się po jego nachalnym teraz wystawia na próbę jego cierpliwość; drażni jak swędząca skórą, którą ma się ochotę drapać aż do krwi, aż swędzenie zmieni się w kojący nerwy ból.
Mów, mów, mów, ponaglało ją jego spojrzenie, które nie odrywa od niej na moment, lecz usta milczą, a on czuje, jak cierpliwość wspina się po szczeblach żeber, sięga górnych partii ciała, drapie w przełyk, zmusza go, by z ust wydobył się cichy warkot, jednak tłumi ten odgłos w korytarzu krtani, dłonie zaciskając w pięść.
Nie wie, ile trwa w tym stanie; między tym, co było a tym co jest; nie wie, ile tkwią w tej chwili zawieszenie, ale niepokój coraz mocniej zaciska się pętlą na jego szyi. Ma przez chwile ochotę zacisnął dłoń na jej drobnym ramionach i potrząsnąć ją, zmusić, by w końcu położyła kres milczeniu, ale zamiast tego mocniej zaciska palce na jej dłoniach - mocniej, ale nie boleśnie. W tym geście jest czułość kłócąca się z zapalczywością, jaka usiłuje się z niego wydrzeć.
W końcu jego męki przerywa jej głos. Mruży oczy, zaciska wargi w wąską kreskę, uwalnia dłonie spod uścisku jej palcó i chowa do kieszeni płaszcza; lepiej, żeby pozostały poza zasięgiem jej ciała. Dla niej i dla niego.
- Gdybyś tylko otworzyła mi wczoraj drzwi... - zatrzymuje resztę słów w krtani; może podróż wycieńczyła ją tak bardzo, że jednak zasnęła, a on, oceniając ją własną miara, posądzał ją o coś, co nie powinien? – Nie spałaś, prawda? - nie musi odpowiadać, bowiem odpowiedź dostrzega na talerzu jej spojrzenia; nie spała, nie chciała go widzieć. – Wiedziałabyś, że nie chciałem udawać.
Nie chciał? Kłamstwo. Kłamstwo. Kłamstwo. Ostrzegłby ją o planach ojca, wyjawiłaby jej, co kryło się za jego nagłą troskę o młodszą córkę i jednocześnie próbowałby ją przekonać, że obowiązki powinna przełożyć nad przyjemności, ale nie musi, prawda? Ona o tym wie. Jest córką swojego ojca. Jest, od pierwszego oddechu, jego siostrą. Ta, która lepiej od niego odnajdowała się woli, jaką a narzuca na nią pochodzenie.
Leopoldine mówi dalej, a on słucha, spija każde słowo z jej ust i czuje, jak jej słowa rozniecają w nim najpierw iskra złości, a potem ogień wściekłości, który wypala na krawędzi jego źrenic niebezpieczne ogniki.
Zakochany głupiec. Obsesyjnie upojony wizją. Idiota, który szuka śmierci. I potwór, który na nią zasługuje.
- Przetrącę mu kości, gdy będzie mieć czelność zawitać na Wyspy, by cię odszukać - wyznaje tylko, oddech ma płytki,świszczy nie przyjmie, gdy wypuszcza go z ust. Nie poważy się, prawda? Musi wiedzieć, musi, że na Wyspach czeka go ból.– Jedną po drugiej. Nawet te, o których istnieniu nie wiedział. A potem-
A potem go zabije, zostaje w krtani.
Są obietnice, których nie mógł dotrzymać. I ta jedna, że nie zrobi krzywdy temu, kto skrzywdził ja, była jedną z nich.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 02-02-2026, 12:30 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.