• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Centralny Londyn > Fleet Street
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
08-06-2025, 14:12

Fleet Street
Fleet Street tętni życiem o każdej porze dnia. To słynna ulica londyńska, wciąż kojarzona z dziennikarstwem, choć jej złote czasy powoli przemijają. Kamienice o ceglanej elewacji, fasady przyozdobione szyldami gazet, redakcji i drukarni tworzą niepowtarzalny klimat. Z okien budynków słychać czasami stukot maszyn do pisania, a zapach świeżo wydrukowanego papieru miesza się z aromatem kawy z pobliskich kawiarenek.
Na chodnikach krzątają się reporterzy z notatnikami, urzędnicy i młodzi praktykanci w garniturach z wąskimi krawatami. Co jakiś czas przejeżdża czerwony autobus, a uliczne budki telefoniczne niezmiennie cieszą się popularnością. Atmosfera jest pełna energii, plotek i politycznych dyskusji.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Augustus Rookwood
Śmierciożercy
paint me as a villain
Wiek
32
Zawód
właściciel pubu, przestępca, oszust
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
5
16
OPCM
Transmutacja
7
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
15
10
Brak karty postaci
21-11-2025, 15:32
29,04.1962

Dni, gdy Wielka Brytania pogrążała się w zimowych ciemnościach odeszły w niepamięć, a życie rozkwitało na nowo. Słońce rozpieszczało Londyńczyków już od wczesnego świtu, zachęcając do spacerów w ciągu słonecznego, ciepłego dnia, który przynosił pierwsze zwiastuny zbliżającego się lata. Nikogo nie dziwił więc widok mężczyzny na drewnianej ławce przy maleńkim skwerku z nieruchomą, bo niezaczarowaną fontanną, ani to, że nie ruszał się z miejsca przez dłuższy czas. Wystawiał twarz do słońca, rozkoszując się ciepłem na skórze, mrużył przy tym oczy, niby to przypadkiem, a w rzeczywistości robił to po to, aby odpocząć od widoku obrzydliwych mugoli. Fleet Street była ich pełna. Ich oraz tych dziwnych maszyn na kółkach, które jeździły po ulicach, wprawiając Rookwooda w głębokie poirytowanie okropnymi, pierdzącymi hałasami. Najchętniej wyciągnąłby różdżkę i rzucił kilka zaklęć w najbardziej parszywe gęby, aby pokazać im gdzie ich miejsce, lecz trzymał nerwy na wodzy. Musiał, spętany Kodeksem Tajności, nie uśmiechał mu się pobyt w Tower.
Nie chciał tu być, lecz mężczyzna, o którym pisał mu młody Karkaroff go to tego zmusił. Znajdująca się w pobliżu skwerku czerwona budka telefoniczna tylko dla mugoli była wyłączona z użytku. Każdy niemagiczny, który chciał do niej wejść, by zadzwonić - przypominał sobie o czymś bardzo ważnym po drugiej stronie ulicy. Służyła jako wejście i wyjście z Ministerstwa Magii. I według wszystkich posiadanych przez niego i Igora informacji - tego właśnie używał czarodziej, któremu zamierzali przyjrzeć się bliżej.
Cierpliwie więc znosił wątpliwie przyjemne towarzystwo mugoli, choć niektórzy zerkali na niego krzywo, jakby zdziwieni jego ubiorem; odziany w proste, ciemne spodnie i podobną koszulę, z narzuconą nań kurtką ze smoczej skóry nie wyróżniał się awangardą tak bardzo, jakby mógł. Całe szczęście, że zainteresowani byli głownie sobą. Jedynie jakieś dzieciaki, które najwyraźniej nie miały nic lepszego do roboty niż włóczenie się po ulicach, zauważyły, że czytał dziwną gazetę. Postaci na fotografiach w niej się poruszały, lecz gdy zagrzmiał nieprzyjemnie, natychmiast zwiały nie chcąc mu wchodzić w drogę.
Nieopodal budki pojawił się wcześniej, niż umówiona czwarta po południu, nie chcąc dopuścić do tego, aby wcześniejsze wyjście podejrzanego zniszczyło mu plany.
- No wreszcie - burknął, dziwnie beznamiętnie, gdy znikąd pojawił się obok Igor; nie mógł teleportować się na samej ulicy pełnej mugoli, nie słyszał trzasku teleportacji. - Jeszcze nie wyszedł z pracy. Pewnie mają jej teraz sporo, aby przepchnąć swoje promugolskie pomysły - stwierdził cicho Rookwood. Wstał z ławki na chwilę, aby uścisnąć młodzieńcowi dłoń, po czym zajął swoje wcześniejsze miejsce i na nowo rozłożył gazetę. Od czasu do czasu zerkał w kierunku budki telefonicznej. W jego oczach nie było właściwej mu wesołości, ust nie wyginał zadziorny uśmiech. Wydawał się dziwnie poirytowany, choć irytacja ta nie miała najmniejszego związku z osobą Karkaroffa. - Udało ci się dowiedzieć czegoś więcej? Masz z nim sam do czynienia? - spytał, choć jego spojrzenie wciąż skupiało się na kolumnie sportowej w Proroku Codziennym. Gazety rozpisywały się o ostatniej porażce Jastrzębii z Falmouth z wiedźmami w spodniach.
Wygramy, a jak nie, to przynajmniej rozwalimy kilka łbów
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Igor Karkaroff
Śmierciożercy
his eyes are like angels
but his heart is cold
Wiek
24
Zawód
przedsiębiorca, zaklinacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
25
OPCM
Transmutacja
14
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
14
15
4
Brak karty postaci
03-12-2025, 16:11
Spod zmęczonych powiek wyglądał dziwaczny entuzjazm, nawet jeśli dzisiejszej nocy właściwie nie zaznał snu; ręce niecierpliwie obracały dogasającego papierosa, oczy badawczo śledziły leniwie poruszające się wskazówki zegara, jakby niemo oczekiwały godziny końca.
Bo to był jego ostatni dzień w murach pogrzebowego zakładu, bo ledwie o świcie w urokliwym towarzystwie wspinał się na szczyt majestatycznego Yr Wyddfa; bo wczorajszym wieczorem oglądał znajome, choć nieco już zapomniane, twarze najbliższej rodziny, bo duchem oczekiwał już nawet pompatycznego wydarzenia Zjazdu Absolwentów, o którym tak szumnie opowiadano wzdłuż ministerialnych korytarzy. Naiwna historyjka o pragnieniu budowania wspólnoty w czarodziejskich społecznościach wydawała mu się wyjątkowo pretensjonalnym powodem do wydawania publicznych pieniędzy ― zwłaszcza w zetknięciu z sylwetką nowego ministra, śmiało postulującego równość i zniesienie klasizmu, socjaldemokrację i zrównoważone zarządzanie. Z jakiegoś jednak powodu ściągano ich wszystkich ― szarych, żądnych darmowego alkoholu i obiadu, obywateli klasy robotniczej, a zarazem światowej klasy dygnitarzy z kraju oraz zagranicy ― do przestronnych murów wielkiej szkoły, mamiąc beztroską infantylnych zabaw i nieszczerych rozmówek o szwarcu, mydle i powidle; czymże bowiem innym, jeśli nie krzywym spojrzeniem i przebłyskiem niewybrednej plotki, mieliby dzielić się dyplomanci trzech różnych instytucji, z trudem odnajdujący pewnie pobrzmiewające dla każdego znajomością głoski? Interesujące jego oraz innych popleczników Czarnego Pana wielkie, polityczne przedsięwzięcia i tak miały zdarzyć się nie tam, nie w Hogwarcie; Dumbledore kierował swoim posłusznym pionkiem wszędzie, lecz nie przy skrzacim winie, nie przy szkolnej ławie. Obydwaj wierzyli, że nie warto nadstawiać tam uszu, że nie warto ujawniać się właśnie tam ze swoją brzydką wścibskością, więc za wartościowszy dla ich sprawy cel obrali inną ofiarę.
Zamkniętego w sobie faceta po pięćdziesiątce, od niespełna dwóch miesięcy zatrudnionego na stanowisku Starszego Podsekretarza; enigmatycznego, choć ewidentnie ambitnego pracoholika o zasobnym uposażeniu brudnych tajemnic Nobby'ego Leacha.
W to przynajmniej chcieli wierzyć, pojawiając się tutaj, w obliczu pozornie przypadkowego piątku i pozornie niewiele znaczącej czwartej popołudniu; w to przynajmniej chcieli wierzyć, poświęcając swój wolny czas na podążanie dynamicznym krokiem za nieznajomą sylwetką, która już wkrótce wyłonić się miała w odmętach ruchliwej Fleet Street.
― Aż tak się za mną stęskniłeś? ― stwierdził półżartem na to burkliwie powitanie, wyciągając rękę w stronę czekającego już Augustusa; drugą dłonią poprawił plączący się krawat, zaraz sięgał po byle fajkę, na końcu ― przysiadał na parkowej ławce, wsłuchując się w słowa towarzysza. ― Wątpię, tacy jak oni po prostu lubią pierdzieć w stołek i udawać, że pracują ― rzucił niby od niechcenia, szarym wzrokiem śledząc czasami to czerwoną budkę telefoniczną, to stateczny beton brudnego chodnika. ― Nic nie wiem. Poza tym, że to pracownik ministra i zarazem jego bliski kumpel. Ponoć zdarza im się wspólnie sączyć absynt ― dopowiedział krótko, by zaraz porzucić ten temat na rzecz innego ― nie tyle chyba z ciekawości, co uprzejmości. ― Coś się stało? Masz kaca czy wstałeś lewą nogą? ― podpytał cicho, nie chcąc wyjść na nachalnego; oczekując tamtego mogli jednak wymienić przecież kilka prostych słów ― bo i nawet lubił z Rookwoodem rozmawiać.
A już na pewno słuchać tego, co miał do powiedzenia.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Augustus Rookwood
Śmierciożercy
paint me as a villain
Wiek
32
Zawód
właściciel pubu, przestępca, oszust
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
5
16
OPCM
Transmutacja
7
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
15
10
Brak karty postaci
14-12-2025, 22:16
- A wyglądam ci na ciepłego? - odparował bez chwili zastanowienia, choć pytanie Igora było najpewniej retoryczne, czuł silną potrzebę podkreślenia, że nie ma nic wspólnego z tymi wybrykami natury, którzy postępowali wbrew normom społecznym. On czuł się normalny, interesowały go wyłącznie kobiety, a za kumplami po prostu się nie tęskni. Koniec i kropka. Może innego dnia potraktowałby to właściwie, tak jak należało zinterpretować słowa Igora, jako żart, jako ironię, lecz - wyjątkowo - Rookwood nie miał nastroju na żarty. Samo spojrzenie sugerowało, by Karkaroff lepiej nie odpowiadał, - Taa... - przytaknął, a nawet jeśli Igor uczynił to nieświadomie, to przekierował falę irytacji Augustusa tam, gdzie należało - ku urzędnikowi mugolskiego pochodzenia, na którego czekali. Wzrok mężczyzny podążył za spojrzeniem Igora w tym samym kierunku, ku budce, gdzie spodziewali się go wreszcie ujrzeć. - Nic nie robią, biorą za to pieniądze, niemałe pieniądze. Gdy tylko dorwą się do koryta, to uczynią wszystko, byleby przy nim zostać - burczał cicho, mrużąc przy tym gniewnie oczy; w głębi ducha wiedział, że sam uczyniłby dokładnie to samo. Nie miał skrupułów, aby okradać uczciwych, zwykłych ludzi, by wykręcać najgorsze oszustwa tym mniej uczciwym przedsiębiorcom, więc nie miałby najmniejszych oporów przed tym, żeby okradać i państwo. I to legalnie? Brzmiało doskonale. Augustus był jednak hipokrytą, więc uważał, że co wolno jemu, to niekoniecznie innym. Na pewno nie tym, którzy się z nim nie zgadzali. A już w szczególności tym, których uważał za niegodnych posiadania różdżki. Wciąż nie doszedł do porządku dziennego ze świadomością kto pierdział w stołek Ministra Magii. Za każdym razem, gdy słyszał lub widział napisane nazwisko Nobby Leach czuł, że coś przewraca mu się w żołądku, że zaczyna mu być niedobrze ze złości, jakby podsunięto mu pod nos cuchnący szlam. Niezwykłe jak silną nienawiść potrafił żywić do człowieka, który nawet nie wiedział o jego istnieniu. - A żeby się nim, do stu galopujących hipogryfów, udławili. Tym absyntem. Razem ze szlamem, który pragną nam wciskać siła - stwierdził z goryczą Augustus. Polityka była niezwykle niewdzięcznym tematem. Budzącym skrajne emocje, prowokującym najbardziej żarliwe kłótnie i awantury, potrafiącym podzielić nie tylko przyjaciół, ale i rodziny. Władza i pieniądze odbierały rozum. Było jednak w życiu Rookwooda coś jeszcze, co wzbudzało weń tak silne uczucia - i wcale nie były to kobiety.
Tylko sport.
- Nie, dlaczego? - odpowiedział dość niechętnie, odrywając wzrok od budki i zawieszając go na twarzy Karkaroffa; na chwilę wrócił do udawania, że czyta Proroka, lecz kolumnę sportową zdążył przeczytać już kilkukrotnie. Znał niemal na pamięć wyniki ostatnich rozgrywek. Ponownie zapytany. - A daj spokój, człowieku... - westchnął ciężko. Tak ciężko, jakby dźwigał na swoich barkach ciężar ocalenia świata przed demoniczną szlamą Nobbym Leachem i jego bandą szlamolubów. - No szkoda słów. Jest piękna fizycznie, naprawdę, ale chora psychicznie. Nawet nie wyobrażasz sobie jak bardzo - wyrzucił z siebie nagle, uchylając rąbka tajemnicy przed Igorem, który nie zamierzał odpuścić i ciągnął go za język - aż Augustus pękł, nie potrafiąc dłużej tłumić swojej złości, a skoro młody tak bardzo chciał wiedzieć co go dręczy, to miał nadzieję usłyszeć kilka słów wsparcia. Może i podzielić gniew. - Nie ma w sobie nic więcej. W łóżku to prawdziwa artystka, ale poza?! - wybuchł Rookwood. Pierwszych kilka słów wypowiedział podniesionym tonem, lecz zaraz przypomniał sobie gdzie jest. Pochylił się więc ku Igorowi i ciszej kontynuował tyradę pod adresem kobiety, o której istnieniu Karkaroff nawet dotąd miał pojęcia. - Siano w głowie. Tyle powiem. Gumochłon ma większe pojęcie o świecie! - stwierdził z goryczą, a pytany dalej, wyjawił Igorowi genezę tych przykrych opinii. - KURWA, człowieku! - zawołał rozgniewany, uderzając pięścią o ławkę; wyglądał na szczerze przejętego całą sytuacja, okrutnie oburzonego. - Wyobraź sobie tę sytuację. Jest rano. Sowa przynosi Proroka Codziennego, a ona robi śniadanie, wiadomo. Jest miło, w nocy było miło, nie powiem, że nie. Tak jak mówiłem - zna się na robótkach ręcznych i nie tylko. Otwieram gazetę. - Prorok w jego rękach nagle okazał się zwinięty w rulon i uderzył nim w ławkę. - Czytam najnowsze wiadomości. Dochodzę do kolumny sportowej. Mówię jej, że Jastrzębie przegrały z wiedźmami w spodniach, co jest oczywistą ustawką polityczną, bo to jest nie-mo-żli-we, aby Jastrzębie przegrały z wiedźmami w spodniach. A wiesz co ona na to?! A ONA MNIE PYTA, CZY CHODZI O JASTRZĘBIE Z CHUDLEY. WYOBRAŻASZ TO SOBIE?! - zagrzmiał Augustus.
Brzmiało to mniej więcej tak jakby wspomniana przez niego kobieta popełniła występek gorszy aniżeli rzucenie zaklęcia niewybaczalnego w plecy jego matki na jego oczach. Co prawda w tym konkretnym przypadku uznałby to nawet za zabawne, bo Sigrun Rookwood starłaby ją później z powierzchni ziemi, ale pomyłkę Anastasiyi odbierał jako rażący błąd.
- Zrozumiałbym, gdyby nie wiedziała czym jest zwód Wrońskiego albo transylwanka, nawet pieprzony spalony! Ale pomylić Jastrzębie z Falmouth i wymyślać Jastrzębie z Chudley?! I ona będzie pierdolić kocopoły o tym, że mnie kocha?! Jak można nie mieć tak podstawowej wiedzy o świecie?! O kraju, w którym planuje przyszłość?! - pytał retorycznie, a jego oczy błyszczały ze złości. Wymachiwał chwilę gazetą w powietrzu, nie potrafiąc znaleźć słów, aby ująć w nie własne oburzenie. - Najpopularniejsza gra na świecie. Najlepsza drużyna pod słońcem. A ona myli ich z tymi frajerami z Chudley?!
Zawiesił spojrzenie na twarzy Igora, wyraźnie oczekując, że podzieli to oburzenie - i przytaknie mu, że czarownica ta przekroczyła pewną granicę i ośmieszyła się niewyobrażalnie.
Wygramy, a jak nie, to przynajmniej rozwalimy kilka łbów
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 11-01-2026, 00:45 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.