• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Irlandia > Równina Burren (Clare)
Równina Burren (Clare)
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
14-08-2025, 18:48

Równina Burren
Na zachodnim krańcu hrabstwa Clare rozciąga się Burren – kraina kamienia, w której ziemia wygląda jak popękana skóra dawnego świata. Płyty wapienne tworzą tu szare, nieregularne tarasy, wypełnione szczelinami tak głębokimi, że potrafią skryć całe strumienie. Między kamiennymi płytami rosną delikatne kwiaty – storczyki, tymianek, pojedyncze kępy trawy – jakby natura próbowała odzyskać to, co dawno utraciła. W słońcu wapienie jaśnieją, a o zmierzchu stają się chłodne i niemal srebrne. Wędrowiec, który zatrzyma się tu w ciszy, usłyszy jedynie skrzek mew znad odległego wybrzeża i szelest wiatru w trawie. Burren jest surowe i piękne zarazem – miejsce, które nie przyjmuje każdego, ale tego, kto je zrozumie, obdarza spokojem większym niż jakakolwiek dolina.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (2): « Wstecz 1 2
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Xavier Burke
Śmierciożercy
Wiek
31
Zawód
Badacz artefaktów, handlarz informacjami
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
0
20
OPCM
Transmutacja
11
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
10
5
Brak karty postaci
09-11-2025, 16:59
Nie mógł się z nią nie zgodzić. Jego przemyślenia w tym temacie były dokładnie takie same. Może nie brał czynnego udziału w życiu politycznym, ale nie przyglądał się im również biernie. Znał ludzi takich jak Leach i tak naprawdę żadne jego działanie nie miało go zaskoczyć. Miał w kieszeni kilku urzędników Ministerstwa, ludzka głupota i przekonanie o własnej wyższości i nietykalności zaprowadziło ich prosto do jego kieszeni. Mógł ich koneksje i wiedze dla własnych celów w każdym momencie i w żadnym razie nie mogli mu odmówić.
- Szczerze powiedziawszy zrobiłbym dokładnie to samo. Więc nie można im odmówić przebiegłości w tym temacie. Aktualna sytuacja polityczna i pojawienie się Grindelwalda oraz wyraźny opór elity to woda na ich młyn. Może i Leach jest głosem biednych i uciśnionych - wykrzywił usta w grymasie - może jest tylko marionetką Dumbledore’a, ale wydaje mi się, że doskonale wie jak wykorzystać swoje stanowisko. W każdym razie mam go na oku. - uśmiechnął się pod nosem - Tak samo pomyślałem. Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. Wystarczy chwilę poczekać, dać im się rzucić sobie do gardła i przyjdzie nasza kolej, a tego się nie będą spodziewać zbyt zajęci sobą. - pokiwał lekko głową.
W milczeniu przyglądał się jej poczynaniom z kryształami. Zrobił kilka kroków w prawo aby dokładnie zorientować się jak ułożone są kryształy. Dostrzegł, że każdy miał jedną ścianę bardziej wyprofilowaną i wyszlifowaną.
- Musimy zacząć od tego najbliżej źródła światła. - zawyrokował unosząc różdżkę i za jej pomocą obracając rzeczony kryształ, gładką ścianą tak aby odbiła promień.
Jego rozumowanie było trafne, tym razem stop światła odbił się idealnie i skierował się w stronę kolejnego, sąsiedniego kamienia.
- Ustawie, te cztery na górze, a kiedy wiązka dotrze do tych na boku obróć je tak by tak by odbiła się od tych gładkich krawędzi. - poinstruował ją zabierając się do roboty.
Kamienie niekiedy były oporne, jednak po kilku minutach udało mu się je obrócić pod odpowiednim kątem aby w końcu światło dotarło do kryształów, które pozostawił dla Antoniny. Kiedy i ona uporała się ze swoim przydziałem, a promień światła trafił idealnie w środek tafli wody jaskinie, w której się znajdowali zadrżała lekko, a kilka kamyków spadło z sufitu na ziemię i do wody. Moment później woda jakby się wzburzyła, a po chwili zaczęła wirować dokładnie w miejscu, z którego wydobywał się spod niej blask. Nie minęła minuta, a przed nimi utworzyły się wodne schodu, prowadzące prosto w środek utworzonego wiru, a którego dołu dochodziło do nich słabe, ale wyraźne światło.
- Kolejna próba czeka na nas tam. - skwitował wskazując różdżką w dół, po czym tym razem postanowił iść przodem.
Powoli postawił stopę na pierwszy wodnym schodku, a upewniwszy się, że ten jest stabilny i za moment nie spadnie w czeluść, ruszył spokojnie w dół, pewnie stawiając kroki. Obejrzał się na moment za Antoniną, ale wiedział, że ta, pchana rządzą wiedzy i osiągnięcia celu z całą pewnością ruszy za nim w nieznane, które czekało ich na końcu tych niecodziennych schodów.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Antonia Borgin
Śmierciożercy
I can resist everything except temptation
Wiek
28
Zawód
zaklinacz, pracuje w Ministerstwie Magii
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
14
OPCM
Transmutacja
6
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
11
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
8
Brak karty postaci
23-11-2025, 19:15
Nikt przypadkiem nie zostawał politykiem. Znała ich zbyt wielu, by mieć co do tego jakiekolwiek złudzenia. Wiedziała dokładnie, jakie cechy musiały ich ulepiać: ambicja znająca smak porażki, giętkość kręgosłupa podszyta pozorną statecznością, temperament, który potrafił błyszczeć lub kąsać w zależności od potrzeby. Dla większości właśnie to stanowiło fundament ich sukcesów. Owszem, trafiały się wyjątki - wyciągnięci z bibliotek, ogrodów, z własnych cichych światów, w których mogliby równie dobrze zostać na zawsze. Niezadowoleni z ról, w które zostali wciśnięci i raczej marnie zaangażowani. Ale ci, którzy naprawdę mieli pazur, potrafili prześlizgiwać się między politycznym bełkotem a szeptanymi pod stołem propozycjami z gracją wprawnych oszustów. To oni dostawali najwyższe stołki, to oni uczyli się przekonywać ludzi jednym słowem, a drugie trzymać w zanadrzu. Rozgrywali świat jak idealnie wyrzeźbioną szachownicę.
Nie miała wątpliwości, że Nobby Leach został do swojej roli przygotowany aż nazbyt porządnie. Nie obchodziły jej jego pobudki ani to, czy wierzy w frazesy, które wygłasza. Nawet relacja z Dumbledorem - potencjalnie groźna - nie zaprzątała jej głowy na tyle, by poświęcić jej więcej niż kilka chłodnych obserwacji. Dopóki nie zagrażało to jej własnym planom, wszystko inne pozostawało jedynie hałasem. Jedno jednak było oczywiste: Leach wiedział, jak rozdawać karty. Zbyt dobrze. A Grindelwald właśnie wbił mu w tę partię kołek - pewnie, precyzyjnie, bez cienia zawahania. Zburzył mu misternie ułożony układ i co najistotniejsze, nie zamierzał pozwolić, by Leach rozłożył ją od nowa.
I za tym stała myśl. Jedna z tych istotnych. Zjedzą się sami. Rozszarpią własne szeregi, zanim jeszcze na dobre opadnie kurz po tym całym widowisku - zrobią miejsce komuś, kto faktycznie miał znaczenie. Kogo wizja potrafiła zapowiadać świat lepszy, ostrzejszy, bardziej sprawiedliwy. - Oczywiście, że wie. I właśnie dlatego jest jeszcze bardziej niebezpieczny, Xavierze. - powiedziała, zaciskając mocniej palce na rękojeści różdżki, gdy mijali zwężony fragment przejścia. - Sam opór błękitnokrwistych był dla niego wystarczająco niewygodny. A pojawienie się Grindelwalda sprawi tylko, że zacznie przepychać swoje plany jeszcze szybciej. Bardziej agresywnie. - i to było niebezpieczeństwo. Polityka zmieniała się jak pogoda, ale były takie dni, kiedy deszcz lał bez wytchnienia, nieprzerwanie, aż potrafił podtopić fundamenty. Tego się obawiała. Ulewy, której nie da się powstrzymać. - Tak. Choć wciąż warto mieć oczy dookoła głowy - dodała po chwili, tonem bardziej stonowanym, ale bynajmniej nie łagodnym. - Nie mam ochoty prawić im komplementów, ale to starzy wyjadacze. Czuję, że jeszcze nas zaskoczą. - a myśl ta była równie nieprzyjemna, co realna. Wolała twardo stąpać po ziemi niż później zbierać się z rozczarowania.
Rozbrajanie pułapki poszło im sprawnie, choć potrzebowali kilku podejść i kilku błędów, żeby w końcu pojąć mechanizm kryształów. Za każdym razem, gdy ustawiali światło choć o włos nie tam, gdzie trzeba, drżała na całym ciele, spodziewając się najgorszego - że przejście zatrzaśnie się na dobre. Tak zwykle działały te ich przeklęte pułapki i zapadnie: jeden fałszywy ruch, jedna zła decyzja i wszystko trafia szlag. Na szczęście tym razem się udało, a jej zadowolenie z kolejnej rozwiązanej zagadki odbiło się w delikatnym, ledwie widocznym uśmiechu. Ziemia pod nimi zadrżała, tafla wody zaczęła bulgotać, po czym rozsunęła się, formując schody - niepewne, prowadzące w jeszcze bardziej niepewnym kierunku. Kolejny element układanki. Rzuciła spojrzenie na mapę. - Dobra robota - powiedziała, nie odrywając wzroku od pergaminu. Komplementy nie przychodziły jej z łatwością, ale nie odbierało im to znaczenia. - Żaden z tych pożal się specjalistów nie poradziłby sobie z tym, więc właściwie dobrze, że mnie wystawili do wiatru. - bo tu by skończyła się ta wędrówka. Bo prawdopodobnie nie miałaby szansy zejść niżej.
Ruszyła za Xavierem po schodach prowadzących w dół jaskini. Z każdym krokiem robiło się chłodniej, choć wciąż nie była pewna, czy to dobry znak, czy wręcz przeciwnie. Ciemność gęstniała tu jak rozlana smoła - nawet uniesiona wysoko różdżka i przywołane lumos nie potrafiły jej do końca rozproszyć. Xavier szedł przodem, ale już po chwili widziała tylko zarys jego sylwetki, potem cień, aż w końcu niemal zniknął jej z oczu. Coś skapnęło jej na głowę. Jedna kropla. Druga. I następna.
Gdy dotarli na sam dół, ziemia zadrżała, a schody za ich plecami po prostu… zniknęły, jakby nigdy ich tam nie było. - Będziemy musieli znaleźć inną drogę - rzuciła chłodno, bo nie zamierzała pozwolić, by to miejsce stało się ich wspólnym grobowcem.
Spojrzała na mapę. Powinni skręcić w lewo - więc skręciła. Przy kolejnym rozwidleniu w prawo, przy następnym znów w lewo. Z każdym zakrętem miała coraz mocniejsze wrażenie, że błądzą, że jaskinia plącze ich ścieżki na własnych zasadach. Ale może właśnie o to chodziło. Może mieli zwątpić, może mieli się zgubić, zanim w końcu dotrą do tego, czego tak długo szukała.
Zrobiła kilka kroków w głąb jednego z korytarzy, gdy do jej uszu dotarł głuchy dźwięk. Najpierw pomyślała, że to bulgotanie - że przypływ nadchodzi szybciej, niż zakładała. Ale kiedy poszła dalej, a dźwięk stał się wyraźniejszy, zrozumiała, że to nie woda. To nie był żaden ruch jaskini. To był odgłos dławienia się. Odgłos umierania. Unosząc różdżkę wyżej, rozświetliła przestrzeń przed sobą. I wtedy go zobaczyła. Kruczoczarne włosy. Zielone oczy błyszczące jeszcze resztką życia, choć gasnące z każdą sekundą. Skórzane rękawiczki na dłoniach teraz zaciśniętych na gardle, przez które przelewała się gęsta, ciemnoczerwona krew. - Ernie! - wyrwało się jej w spazmatycznym oddechu. Zamarła w miejscu, w szoku wyrysowanym na twarzy, niezdolna do wykonania choćby jednego kroku. Do podjęcia jakiejkolwiek logicznej myśli. Bo jego tu być nie mogło. Nie mogło. Ciało brata osunęło się na posadzkę z głuchym łoskotem. Oczy wciąż otwarte - ale pozbawione zielonego blasku. Pozbawione życia.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#13
Xavier Burke
Śmierciożercy
Wiek
31
Zawód
Badacz artefaktów, handlarz informacjami
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
0
20
OPCM
Transmutacja
11
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
10
5
Brak karty postaci
05-12-2025, 18:13
Nigdy nie był fanem polityki, ale nie był również ignorantem. Jeśli chciał prowadzić swój biznes bez przeszkód musiał być uzbrojony w wiedzę, która mu na to pozwoli. Dlatego też bacznie obserwował sytuację w Ministerstwie, docierały do niego liczne informacje przez ludzi, których właśnie w tym miejscu miał podstawionych. Jedni współpracowali z nim z własnej inicjatywy, inni potrzebowali dodatkowej zachęty. A Burke nie miał żadnych skrupułów aby taką dodatkową zachętę dla nich znaleźć. Kiedyś usłyszał, że nadawałby się na polityka, wyśmiał to spostrzeżenie. Zdecydowanie wolał działać za kulisami, pociągać za sznurki z ciemności, dyrygować swoją orkiestrą z miejsca, w którym nie było go widać. Był również zdecydowanie zbyt skupiony na sobie i swoich celach aby zajmować się innymi, a już zwłaszcza społeczeństwem, z którego dużą większością po prostu gardził.
Nie zmieniało to jednak faktu, że miał zamiar obserwować poczynania nowego Ministra. Chciał go poznać, dowiedzieć się jak myśli, jakie ma plany na przyszłość oraz w jaki sposób ma zamiar wprowadzić je w życie. Dostrzegał w tym również okazje do przejrzenia planów Dumbledora. Dyrektor Hogwartu był również utalentowanym marionetkarzem, chociaż zdecydowanie gorzej się z tym krył. Skoro jego o wiele młodsza kuzynka, nie będąc na zaprzysiężeniu pierwsze co zrobiła to wyszła z takimi wnioskami, nie dało się ukrywać, że z pewnością jakaś część obywateli również to dostrzeże. Był ciekaw jak to wszystko się rozwinie. Będzie to obserwował z ukrycia, zbierał informację, a jeśli będzie taka potrzeba nie zawaha się ich użyć dla swoich celów i dla JEGO celów, bo właśnie o to przede wszystkim chodziło.
- Myślę, że można śmiało stwierdzić, że Grindelwald nie mógł wybrać sobie lepszego momentu na powrót. Zamieszał w Dumblendor’owym kociołku o kilka razy za dużo i doprowadził do wrzenia. - odparł spokojnie.
Słowa Borgin przyjął lekkim skinieniem głowy. Nie był łasy na komplementy, zwłaszcza, że wiedział, że wykonał swoje zadanie odpowiednio. Nie „zaprosiła” go tutaj z sympatii, potrzebowała specjalisty, a on właśnie nim był.
Ciemność, która go ogarnęła gdy powoli podążał schodami wydawała się nieprzenikniona, a jednocześnie poniekąd żywa. Nie widział przed sobą za dużo, rzucone Lumos pozwalało mu dostrzec jedynie trzy schody do przodu, ale nic poza tym. Napięcie znów zawędrowało na jego ramiona. Nie przepadał za takimi sytuacjami, nie lubił nie mieć nad czymś kontroli, ale w tym momencie zdawał sobie doskonale sprawę, że to nie on rozdawał tutaj karty. Nie była to również towarzysząca mu Antonia. Jaskinia, skarbiec, nie ważne jak to nazwali, żyła swoim życie i wyznaczała zasady jakie tu panowały, a oni musieli się do nich dostosować jeśli chcieli dotrzeć do celu, a potem wydostać się stąd w jednym kawałku.
Gdy w końcu stanął na twardym gruncie nie odetchną w ulgą. Miał wrażenie, że największe wyzwania dopiero przed nimi i miały być one o wiele trudniejsze i wymagające niż poprzednie. Obejrzał się przez ramię i przez moment patrzył jak wodne schody znikają, uniemożliwiając im zawrócenie. Naturalnie powrót nie wchodził w grę. Zerknął na zegarek kontrolując czas jaki pozostał im do przypływu. Wychodziło na to, że mieli go jeszcze sporo w zanadrzu, ale nie mogli pozwolić aby to chociaż na moment ich rozluźniło. Chwilę później ruszył już za Antoniną. Korytarze, którymi wędrowali wydawały się jaśniejsze, jakby ściany emanowały swoim własnym, lekkim światłem nieznanego pochodzenia. Może mu się tylko wydawało, ale im dłużej szli, tym bardziej mu się wydawało, że kręcą się w kółko, chociaż nie dostrzegł żadnych powtarzających się znaków, które mogłyby go w tym przeświadczeniu utwierdzić.
W pewnym momencie do jego uszu dotarł jęk. Dźwięk, którego zdecydowanie się nie spodziewał tutaj usłyszeć, a spodziewał się po tym miejscu wiele. Spojrzał na Antoninę, szukając jego źródła w jej osobie, jednak nie pochodził on od niej. Zacisnął mocniej szczęki, wydawało się, że ona go nie słyszała. Idąc dalej słyszał coraz ich coraz więcej, a po chwili dodatkowo dołączyło do niech dyszenie, jakby ze zmęczenia. Ponownie się rozejrzał, unosząc różdżkę wyżej, chcąc oświetlić więcej przestrzeni przed sobą i w pewnym momencie po prawej mignął mu fragment białego ubrania. Od razu skierował w tamtym kierunku różdżkę by po chwili stanąć jak wryty. Zamurowało go, zmroziło jak dawno nie, a oddech ugrzązł mu w gardle. Leżała tam, w pół oparta o ścianę, w pół na ziemi. Jej piękna twarz wykazywała wycieńczenie, blond włosy pod wpływem potu przykleiły się do czoła i policzków. Miała na sobie biała koszulę nocną, znał ją doskonale, aż za dobrze. Przez moment wpatrywał się w jej niebieskie oczy, gasnące z każdą sekundę, a po chwili dostrzegł to co sprawiło, że całkowicie go sparaliżowało. Dół koszuli był całkowicie pokryty krwią, od pasa w dół wręcz tonęła we krwi, a jej kałuża cały czas powiększała się w około niej.
- Lottie… - szepnął chcąc zrobić krok w jej kierunku, ale chciało odmówiło mu posłuszeństwa.
Jakim cudem się tu znalazła, jak się tu dostała? Przecież nie było w ogóle takiej możliwości! Jego umysł starał się walczyć ze strachem jaki go teraz ogarnął, chciał wyciągnąć na wierzch jakiekolwiek logiczne wytłumaczenie tego co widział. To było po prostu niemożliwe. Wodził wzrokiem po sylwetce zmarłej żony, chorobliwie chcąc jej pomóc, chcąc ją uratować, ale nie mógł nic zrobić.
Bo ona nie żyła. Od lat i teraz również życie całkowicie z niej wyparowało, a on znów poczuł tą okropną bezradność, to druzgocące uczucie straty.
NIE! ONA NIE ŻYŁA!
Ta jedna myśl sprawiła, że zamrugał kilkukrotnie i w końcu odwrócił wzrok. Zacisnął mocniej palce na różdżce.
- Antonio… - odezwał się, a jego własny głos wydał mu się kompletnie obcy.
Nie miał pojęcia co ona widzi, ale kiedy na nią spojrzał dotarło do niego, że ją również sparaliżowało, tak samo jak jego.
- Antonio - powtórzył jej imię - Nie patrz na to. - polecił samemu patrząc już tylko na pannę Borgin, nie mogąc wrócić spojrzeniem do martwego ciała Charlotte - To nie jest prawdziwe. - zebrał w sobie wszystkie siły aby wyciągnąć do niej rękę i lekko pociągnąć ją za łokieć, chcąc wyrwać z letargu.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#14
Antonia Borgin
Śmierciożercy
I can resist everything except temptation
Wiek
28
Zawód
zaklinacz, pracuje w Ministerstwie Magii
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
14
OPCM
Transmutacja
6
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
11
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
8
Brak karty postaci
13-12-2025, 12:27
Choć pozornie mieli wpływ na to, jak będzie wyglądał ich świat i jakie przekonania będą głosić ludzie nimi rządzący, doskonale wiedziała, że przy politycznym korycie nie było miejsca na prawdziwy wybór. Gdy przychodził moment głosowania, gdy różdżka zawisała nad odpowiednim nazwiskiem, wszystkie istotne decyzje były już dawno podjęte. Dlatego jej wzrok nie kierował się ku Ministerstwu Magii. I nigdy nie kierowała się tam jej wiara. Była gotowa wybrać inaczej. Radykalnie. Wybrać stronę, która poza mrzonkami i obietnicami potrafiła dać coś więcej - dowód. Potwierdzenie, że ten wybór miał sens. Mówili jednym głosem. A ona, choć zawsze zostawiała w myślach miejsce na furtkę, na marzenia, które z rzeczywistością mogły mieć niewiele wspólnego, tym razem ufała, że będzie inaczej. Że lojalność wobec sprawy - wobec tej jednej osoby - zaprowadzi ich wszystkich do świata zbudowanego nie z deklaracji, lecz z działań. Do świata, w którym głos nie tylko zostanie usłyszany, ale stanie się ciężarem odczuwalnym na skórze. Oddechem, którego nie da się zignorować. Do którego każdy będzie musiał się dostosować. Bo tylko w ten sposób można było go oczyścić.
Ludzie upatrywali w zaprzysiężeniu wielkiej porażki. Ona miała co do tego wątpliwości. Teraz niezadowolenie było widoczne. Głośniejsze. Wyraźniejsze. A przez to sensowniejsze stawały się działania, które mogli planować dalej. Gniew miał kierunek. Rozczarowanie zaczynało szukać ujścia. A ludzie - alternatyw. Ona wiedziała, gdzie takich alternatyw szukać. Choć nikt nie spodziewał się pojawienia Grindelwalda i to przestała traktować jak realne zagrożenie. Nie z próżności ani lekkomyślności. Z chłodnej kalkulacji. Każdy zdrowo myślący czarodziej wiedział, do czego prowadzą wojny dwóch starców zamkniętych we własnej przeszłości. I każdy, kto rozumiał konsekwencje, prędzej czy później wybierze stronę. Odpowiednią. I właściwy kierunek. Nie należała do ludzi, którzy wszędzie doszukują się nadziei. Patrzyła na świat racjonalnie - często z domieszką pesymizmu. Ale w tej sytuacji, w tym konkretnym układzie sił, wierzyła, że mogą ugrać bardzo dużo. - Niech miesza dalej - rzuciła, wzruszając lekko ramionami. - Zjedzą się sami. I to mi wystarczy. - powiedziała to niemal nonszalancko, jakby rozmawiali o czymś błahym, pozbawionym znaczenia. I właśnie w tym kryła się jej wiara.
Czuła, że zbliżają się do źródła. Z każdym krokiem cel ich podróży stawał się wyraźniejszy. Głośniejszy. Jakby coś ich wzywało - jakby już na nich czekało. Nie zdawała sobie jeszcze sprawy, z czym ta wyprawa naprawdę się wiąże. Nie do momentu, w którym przekroczyli próg jaskini. Taka była ta praca. Poszukiwania zawsze karmiły się niedopowiedzeniem. Skrawkami informacji pozostawionymi przez innych - badaczy, poszukiwaczy, tych, którym się nie udało. Fragmentami map, urwanymi notatkami, ostrzeżeniami zapisanymi cudzą porażką. Gdyby i im się nie powiodło, mogliby dopisać kolejne linie. Zaznaczyć nowe pułapki. Uzupełnić białe plamy. Ale ona nie brała tego pod uwagę. Nie dopuszczała myśli, że mogą nie dotrzeć do celu.
Obraz cierpiącego brata był ostatnim, czego się spodziewała. Krew sącząca się między jego palcami. Dławione oddechy. Oczy gasnące z każdą sekundą - zielone, znajome, należące do kogoś, kto miał być nie do ruszenia. Wszystko wyglądało zbyt prawdziwie. Zbyt realnie, by to podważyć. Uwierzyła bez wahania. Bo tak działał lęk. Paraliżował. Odbierał zdolność logicznej oceny. Zabierał poczucie bezpieczeństwa. Serce biło jej jak oszalałe, jakby wraz z nim runęła cała ostoja. Jakby druga połowa jej duszy z łoskotem uderzyła o kamienną posadzkę - i już nigdy nie miała się podnieść. Nigdy więcej jego oczy nie spojrzą na jej twarz. Nigdy więcej ten irytujący śmiech nie przetnie powietrza. To ją druzgotało. Nie mogła myśleć. Nie mogła oddychać. Nie potrafiła dostrzec kłamstwa piętrzącego się tuż przed nią.
I wtedy dotarł do niej głos. Ten mądry. Ten logiczny. Ten, który odsuwał iluzję i bezlitośnie wskazywał prawdę. I już wiedziała. Jak łatwo dała się oszukać.
Różdżka uniosła się w stronę leżącego ciała, a usta wyszeptały niepewnie. - Riddikulus - w nerwowości, w otumanieniu całkowicie zapomniała, że za zaklęciem powinna stać intencja. Rozbawienia, rozśmieszenia, zmienienia obrazu w coś karykaturalnego. Więc kiedy nic się nie wydarzyło, a obraz nie zmieniał się, a wręcz przybierał na sile znów podniosła różdżkę i znów wypowiedziała zaklęcie tym razem kierując w nie intencję i zamiar, tym razem wyobrażając sobie jak ciało rozpływa się zmieniając w drobne śnieżynki i dzwoneczki szybujące ku sufitowi jaskini. - Riddukulus!
W końcu wyobrażenie zniknęło, bogin rozpłynął się niszcząc zarówno jej wizję jak i jego. Odwróciła się w stronę Xaviera, ale nawet na niego nie spojrzała. Nie była w stanie. – Idziemy dalej – zawyrokowała nie zatrzymując się nawet na chwilę, bowiem nie chciała o tym myśleć. Odcinała się od tego co się stało, od słabości, którą ujawniła, choć nie powinna. Odcięła się, bo tak było wygodniej.
Skręcili w bok przy kolejnym rozwidleniu, aż dotarli do szerokiej sali będącej prawdopodobnie centrum jaskini. – To gdzieś tutaj. – odetchnęła wchodząc głębiej pomieszczenia ostrożnie stawiając kroki. – Może być gdzieś ukryty w skale, w ziemi, w suficie. W podaniach znalazłam, że jest częścią serca jaskini. Musi tu być. – spojrzała w końcu na niego pierwszy raz od spotkania z boginem. Jej wzrok mówił: uważaj, choć nie powiedziała tego głośno.

Pierwszy rzut
Drugi rzut
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#15
Xavier Burke
Śmierciożercy
Wiek
31
Zawód
Badacz artefaktów, handlarz informacjami
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
0
20
OPCM
Transmutacja
11
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
10
5
Brak karty postaci
18-12-2025, 18:53
Już dawno przestał wierzyć w deklaracje. To były tylko słowa i jeśli nie szły za nimi czyny nie były nic warte. Nie był głupi, wiedział, że wiele ludzi nadal wierzy w deklaracja, karmi się zapewnieniami i fałszywymi nadziejami, które podawane im były na złotym talerzu. Było to jednak bardzo naiwne nastawienie, a rozczarowanie czasami mogło być nie do zniesienia. W jego przypadku zawsze za słowami szły czyny, jeśli coś obiecał, zawsze tej obietnicy dotrzymywał, nie ważne ile by to kosztowało. Miało to zastosowanie zarówno w codziennym życiu jak i w biznesie. Bliscy mogli zawsze na niego liczyć, wiedząc, że ich nie zawiedzie, a partnerzy biznesowi mieli pewność, że umowa jaka została zawarta zawsze będzie wypełniona co do joty.
Dlatego też słowa polityków były dla niego nic nie warte. Do nie do nich należały decyzje, to, że jeden sobie coś wymyślił wcale nie znaczyło, że reszta się z nim zgodzi, że przyklaśnie jego pomysłowi. Nie ważne w jak dobrej wierze dane pomysły i propozycje były wyciągane na światło dzienne. Zawsze komuś będzie coś nie pasować, bo na końcu zawsze każdy myślał o sobie, zawsze tak było i zawsze tak będzie. I właśnie z tych powodów polityka nie była dla niego, on nie krył się z tym, że przede wszystkim był samolubny.
Przytaknął na słowa Antoni. Niech zjedzą się sami i zostawią przestrzeń na to co tak naprawdę się liczyło. Na działania, na prawdę i na tego, który im to wszystko zapewni. Bo co do tego nie miał żadnych wątpliwości, gdyby tak było z całą pewnością nie zdecydowałby się na podążanie wyznaczoną przez niego ścieżką. Nie był jednak naiwny i wiedział, że jak wszystkie zmiany i ta będzie potrzebowała czasu. Ale jeśli o to chodziło byli właśnie oni, ci, którzy za nim podążali i byli gotowi wypełniać jego wolę.
Poszukiwania miały to do siebie, że tak naprawdę nigdy nie wiedziało się co się znajdzie. Oczywiście, miało się założenia, ciche marzenia aby znaleźć skarb po który się przyszło. Niedoświadczeni poszukiwacze po porażce często się poddawali, zawiedzeni niepowodzeniem swojej misji. Tylko ci, którzy naprawdę wiedzieli na czym polegają prawdziwe poszukiwania wiedzieli, że muszą być gotowi na wszystko, bo nigdy nie wiadomo co czai się za rogiem. I chociaż Burke był naprawdę przygotowany na wszystko, to mimo wszystko bogin w postaci zmarłej, umierającej w tym momencie na jego oczach żony sprawił, że zdębiał. Miał wrażenie, że historia zatoczyła koło, że na nowo przeżywa ten koszmarny dzień, a wszystkie emocje wróciły do niego ze zdwojoną siłą. Nie, nie płakał tak jak wtedy, w zasadzie od tamtej pory nie uronił ani jednej łzy, szok jednak zrobił swoje. I chociaż nie patrzył już w tamtym kierunku i sam zapewniał Antonię, że to co widzą jest jedynie iluzją, kątem oka nadal widział krew na kamiennej posadzce i fragment białej koszuli nocnej.
Gdy bogin zmienił się w kaskadę małych śnieżynek i dźwięk dzwoneczków nie odetchnął z ulgą, napięcie nie opuściło jego ciała. Poczuł za to zimny pot na karku, wiedząc już, że nigdy więcej nie chce wiedzieć tego obrazu. Nie spojrzał w tamtym kierunku aby upewnić się, że mara zniknęła. Skinął jedynie głową na słowa towarzyszki, po czym ruszył za nią dalej. Myślami jeszcze przez chwilę był w tamtym przedsionku, ale na szczęście udało mu się je szybko odegnać gdy znaleźli się w obszernej sali.
- Serca jaskini? To dość obszerne stwierdzenie. - mruknął, po czym rozejrzał się po pomieszczeniu.
Nie wyglądało specjalnie wyjątkowo, otaczały ich kamienne ściany, posadzka jednak wydawała się bardziej wypolerowana, jakby zrobione z kamiennych płyt, odmienna od podłoża, po którym poruszali się do tej pory. Nie dostrzegł jednak nic niezwykłego, żadnych specjalnych wskazówek pozostawionych tutaj przez pomysłodawców tych wszystkich prób.
Uniósł lekko różdżkę, jej końcówkę kierując na siebie samego.
- Clara Bonum - mruknął inkantacje zaklęcia i już po chwili poczuł jego działanie.
Miał wrażenie, że jego wzrok jakby się polepszył, podobnie jak inne zmysły. Było to co najmniej ciekawe doznanie. Nie rozwodząc się nad tym jednak bardziej ponownie skupił swoją uwagę na pomieszczeniu. Przeszedł się na spokojnie wzdłuż ścian starając się dojrzeć cokolwiek. Jednak dopiero kiedy zatrzymał się w samym centrum sali poczuł dziwne mrowienie w palcach. Obrócił się kilka razy, zrobił dwa kroki do przodu, a potem w tył aż znów poczuł to samo mrowienie. Skierował więc spojrzenie na ziemię, na kamienna płynę, na której w tym momencie stał.
- To chyba będzie tutaj, zobacz Ingwaz. - wskazał na ledwo widoczną, wytartą już przez czas runę wyrytą w kamiennej płycie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#16
Antonia Borgin
Śmierciożercy
I can resist everything except temptation
Wiek
28
Zawód
zaklinacz, pracuje w Ministerstwie Magii
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
14
OPCM
Transmutacja
6
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
11
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
8
Brak karty postaci
Wczoraj, 10:20
Choć zdawała się być osobą twardo stąpającą po ziemi, zadaniową i przepełnioną realizmem. Choć wszyscy, którzy ją znali - i ci, którzy tylko przelotnie stanęli na jej drodze - mogli wnioskować, że wysoko uniesiony podbródek, pewne siebie spojrzenie oraz racjonalność wylewająca się z jej słów są oznaką stałości. Wydawało się, że ją znają, bo ta sztywność była czymś, co zdawało się ją definiować. Prawda była jednak taka, że nawet ona sama nie wiedziała, jaka jest naprawdę. Czasem była dokładnie taka, jaką widzieli ją inni - opanowana, stanowcza, chłodna. A czasem, w tych rzadkich chwilach, gdy wstępował w nią obcy duch, czuła się lekka, niemal szalona i niebezpiecznie irracjonalna. W gruncie rzeczy wszystko sprowadzało się do jednego: w swojej zadaniowości nie wiedziała, dokąd właściwie zmierza. Kim naprawdę chce się stać. Czy wystarczyłoby jej bogactwo zdolne spełnić każdą zachciankę? Czy dopiero władza, stanowisko, realny wpływ na świat? A może chodziło o coś bardziej złudnego - o możliwość dzielenia tego wszystkiego z kimś, nawet jeśli przyszłoby im iść przez życie z pustymi kieszeniami. Żadna z tych odpowiedzi nie była pełna. Każda zaspokajała jedynie niewielki skrawek jej istnienia. Bo nieważne, ile artefaktów odnajdzie. Z iloma mężczyznami splącze się w prześcieradłach. Jaką pozycję zbuduje w Ministerstwie i jaką wiedzę zdoła sobie przywłaszczyć. Na koniec dnia wszystko i tak obracało się w głód. W to samo uczucie niedosytu, którego nie potrafiła uciszyć. Może właśnie po to była stworzona - by płonąć raz za razem. By ciągle za czymś gonić, nawet nie wiedząc dokładnie za czym. Może jej przeznaczeniem był brak celu, a życie miało opierać się nie na tym, co zaplanowane i rozsądne, lecz na tym, co pulsuje w tej jednej, ulotnej chwili.
Dlatego dziś było w niej tyle samozaparcia, dlatego potrzeba odnalezienia czegoś, czego nie zdołali odnaleźć inni, grzała jej krew, popychała do działania, mobilizowała w sposób, którego nikt postronny nie byłby w stanie zrozumieć. Powiedzieć, że napotkane po drodze wyzwania jej nie przerażały, byłoby kłamstwem. Bo w tym wszystkim wciąż była tylko człowiekiem. Wypełniała ją magia, ale reakcje - to, co robiła - pozostawały tak samo pierwotne jak u każdego. Miała prawo się bać. Miała prawo się wahać. I choć okazywanie tego przychodziło jej z trudem, czuła wszystko w środku - do bólu, całą sobą. Bo lecący ku przejściu liść był tylko eksperymentem, który mógł się powieść… albo skończyć porażką. Bo układane w pośpiechu światła na tafli wody mogły otworzyć przejście, ale równie dobrze mogły ich pochłonąć. Bo widok ciała własnego brata zburzył wszelką iluzję kontroli, choć była to tylko mara, czysta iluzja. I nawet teraz, gdy znajdowali się na ostatniej prostej tej zagadki, gdy od artefaktu dzieliło ich zaledwie kilka oddechów, nie czuła spokoju. Bo zdarzyć się mogło wszystko, a ona na każde wszystko chciała być gotowa.
Kącik ust drgnął jej w uśmiechu, gdy wspomniał, że to obszerne stwierdzenie. Symbole były przecież ulubionym językiem wszystkich poszukiwaczy - zostawić ślad, ale nie wskazać drogi; zamknąć miejsce skarbu w granicach kontynentu, a nie jednego pomieszczenia. Znała to aż nazbyt dobrze i zdążyła się przyzwyczaić, że informacje, które miały nieść największy sens, najczęściej go nie miały.
Rozeszli się w przeciwnych kierunkach, przeszukując każdy zakamarek, badając kamienne ściany i zaglądając tam, gdzie mogła czaić się wskazówka. Nie wiedziała, ile czasu minęło, nim usłyszała jego głos zwiastujący przełom. Podeszła szybkim krokiem i spojrzała na to, co przykuło jego uwagę. Wytarta runa rzeczywiście różniła się od wszystkiego wokół. Zamyśliła się. - Spokój. Siła. Ukryte działanie. Uśpienie. Zatrzymanie. - wyliczyła cicho i skinęła głową. - To może być to, Xavierze - w jej głosie zabrzmiała nuta podekscytowania, wciąż jednak stłumiona, jakby nie chciała pozwolić jej wybrzmieć do końca. Uniosła różdżkę. Było oczywiste, że samo naruszenie podłoża nic im nie da. Nikt, kto tkał tyle zasadzek, nie zostawiłby skarbu bez ochrony na ostatniej prostej. - Sensorum Malum - rzuciła, kierując różdżkę ku wyrytej w kamieniu runie. Powietrze zgęstniało, nabrzmiewając ciężarem czarnej magii. Zmrużyła oczy - Nie dotykaj jej. Ten fragment jest przeklęty - znów uniosła różdżkę. - Revelo Sigilla - zaklęcie uderzyło w podłoże, odsłaniając kolejne znaki. - Thurisaz… i odwrócona Laguz - stwierdziła, obserwując, jak runy rozświetlają się słabym blaskiem. - Czegoś tu brakuje - jej czar okazał się zbyt słaby. - Revelo Sigilla - spróbowała raz jeszcze, lecz bez skutku. Westchnęła z frustracją. Magia bywała kapryśna. - Spróbuj ty. Najpierw złamiemy klątwę, dopiero potem spróbujemy rozpieczętować runę. - byli na ostatniej prostej.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): « Wstecz 1 2


Skocz do:

Aktualny czas: 11-01-2026, 00:41 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.